Używamy plików cookies, w celu ułatwienia nawigacji, opracowania statystyk, dostosowania serwisu do preferencji użytkownika oraz przy współpracy z serwisami zewnętrznymi takimi jak Google, Facebook i Twitter. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji o plikach cookies znajduje się tutaj oraz w naszej polityce cookies. Zamknij

Wietnam, Laos, Tajlandia - 2014
Galeria zdjęć
Na skróty
1. Hanoi5. Chiang Rai
2. Sa Pa6. Ho Chi Minh City
3. Luang Prabang7. Huế, Hội An i Mỹ Sơn
4. Luang Nam Tha i Muang Sing
Mapa

W czasie, kiedy jesień na dobre zadomowiła się w Europie, znów pojawiła się chęć zażycia choćby odrobiny słońca i ciepła. Koniec listopada to idealny czas na zwiedzanie Azji południowo-wschodniej, a ponieważ znamy już te rejony w jednej z poprzednich wypraw, tym razem wybór był dużo łatwiejszy - jedziemy do Wietnamu!

Tak na prawdę, opracowaliśmy trzy scenariusze - podróży do Wietnamu, LaosuKambodży. W tej ostatniej widzieliśmy do tej pory jedynie słynny Angkor Wat, ale nie dane nam było odwiedzić rewelacyjnych plaż i rajskich wysp, a to w sumie niezły pomysł na leczenie jesiennej słoty. Dziki Laos też kusił swoją niedostępnością i unikalną kulturą plemion żyjących na północy. Przełom listopada i grudnia to jednocześnie najlepszy czas na odwiedzenie tego kraju. W Wietnamie z kolei miało być trochę chłodniej, ale ilość atrakcji turystycznych ostatecznie przeważyła szalę wyboru: kupujemy bilet do Hanoi!

Hanoi

Położone na północy miasto, stanowi drugą co do wielkości metropolię państwa i ważny ośrodek turystyczny, doskonałe miejsce do rozpoczęcia wyprawy. Po trwającej 27 godzin podróży, zrzuciliśmy bagaż w hotelu i wybraliśmy się na spacer, głodni przygód i nowych wrażeń. Powitała nas dość spokojna atmosfera, co zdumiało nas zupełnie, bo w pamięci mieliśmy nadal żywy obraz hałaśliwej i męczącej ulicy Tajlandii sprzed kilku lat. Owszem, w Hanoi ruch uliczny jest spory, ale jednocześnie z pozornego chaosu wyłania się porządek i spokój. Wietnamczycy są niezwykle opanowani i cisi, a samo miasto ma w sobie jakąś magiczną harmonię.

Kolejne zaskoczenie to tutejsza zabudowa - co chwilę naszym oczom okazywały się stare budowle, swoim stylem ewidentnie nawiązujące do dawnej architektury chińskiej. Charakterystyczne, podwinięte rogi dachów i napisy przedstawione za pomocą ideogramów nie pozostawiały wrażenia co do pochodzenia zabytków. Wietnam przez setki lat pozostawał pod wpływem potężnego sąsiada z północy, czerpał więc całymi garściami z oświeconej spuścizny kulturalnej i architektonicznej Chin. Orient przywitał nas więc całą gamą nowych doznań, nie spotkanych do tej pory wzorców i wyzwań.

Pierwsze kroki skierowaliśmy nad jezioro Hoàn Kiếm, które stanowi nie lada atrakcję nie tylko dla turystów, ale również dla okolicznych mieszkańców. Parkowe otoczenie wody sprzyja medytacji, relaksującym spacerom oraz różnorakim wydarzeniom kulturalnym. Jest też wspaniałym miejscem dla fotografii ślubnej: codziennie wiele młodych par przychodzi tu uwiecznić swój szczególny dzień z panoramą miasta oraz związaną z tutejszą legendą Żółwią Wieżą (Thap Rùa) w tle. Jest też nie lada gratka dla zwiedzających - położona na małej wyspie Świątynia Jadeitowej Góry (Đền Ngọc Sơn).

Pośród wielu atrakcji Hanoi, skusiła nas także wspaniała, zbudowana w 1070 roku konfucjańska Świątynia Literatury (Văn Miếu) oraz komunistyczne Mauzoleum Ho Chu Minha (Lăng Chủ tịch Hồ Chí Minh), zwanego w Wietnamie pieszczotliwie "Wujkiem Ho". Kult zmarłego w 1969 roku przywódcy Komunistycznej Partii Wietnamu jest doprawdy imponujący: wizerunki Wodza znajdują się na każdym banknocie, dawny Sajgon - stolica państwa - dziś nosi jego imię, w każdym mieście znajduje się odpowiedni pomnik, ulica i plac. Twórca współczesnego państwa wietnamskiego czczony jest tu niczym bóg i przedstawiany jako dobrotliwy dziadziuś, mądry ojciec i opiekuńczy duch. Ojciec narodu ulega jednak powolnemu rozpadowi, wystawiany jest więc na widok publiczny jedynie w godzinach porannych. Obecnie jego stan się na tyle pogorszył, że kilka tygodni przed naszym przyjazdem wywieziono go do Moskwy na renowację. Kult Oświeconego Przywódcy oraz samego komunizmu trzymają się jednak bardzo dobrze. Z perspektywy Wietnamu są trwałe jak skała i wieczne niczym Lenin!

Sprzedawczyni w Hanoi
Sprzedawczyni w Hanoi
© Paweł Zgrzebnicki

Sprzedawczyni w Hanoi

Zmęczeni nieco kulturą wyższą postanowiliśmy przyglądnąć się samemu miastu. W pierwszej chwili Hanoi wydało nam się bardzo sympatyczne, żeby nie powiedzieć "słodkie". Niektóre cechy miasta sprawiają wrażenie, jakby miejsce wyciągnięto niedawno z jakiejś bajki: kiedy ludzie spożywają posiłki, siedzą na ulicy przed jadłodajnią, na malutkich stołeczkach i przy malutkich stoliczkach, dokładnie takich jakie spotkać można w naszych przedszkolach. To wystarcza, ponieważ Wietnamczycy są drobniusieńcy! W starej części miasta zbudowano pełno kamieniczek z wąskimi schodami prowadzącymi na kolejne piętra. Wchodząc po nich trzeba się kulić, aby nie uderzyć głową w to co znajduje się powyżej. Oczywiście Wietnamczycy nie mają takiego problemu, ale my czuliśmy się w takich miejscach jak Alicja w Krainie Czarów albo magicznym świecie dla krasnoludków! Dodatkowo wrażenie potęguje magia wieczora - ruch jest spokojny, jest w miarę cicho, drobni ludzie cały czas się uśmiechają a kolorowe światła malutkich uliczek i stare chińskie świątynie tworzą prawdziwie bajeczny nastrój.

Sklepikarze często śpią w swoich sklepach, a raczej sklep okazuje się być parterem ich domu. Z tyłu lokalu o powierzchni około dwudziestu metrów kwadratowych, znajdują się drobniutkie schody prowadzące na równie małe piętro mieszkalne. Nad pokojem, na kolejnym pięterku usytuowana jest malutka kuchnia i toaleta. W ten sposób na bardzo wąskiej (a więc i taniej) działce, budując wzwyż, malutcy ludzie zapewniają sobie dom i źródło zarobku. Wieczorem, sprzedawczynie siedzą przed swoimi sklepikami w piżamach, odwiedzają jedna drugą, a roześmiane dzieciaki przed snem gonią wśród sklepów i restauracji. Chodząc po ulicy odnosi się wrażenie, że właśnie weszło się do czyjegoś domu. Wieczorem atmosfera w starej części miasta jest wspaniała, niemalże baśniowa!

Hanoi już na pierwszy rzut oka różni się diametralnie od innych stolic Azji, a w zasadzie od innych miast w ogóle. Jest dużo ciszej, spokojniej i milej, choć w dzień nieprzerwany ruch skuterów i samochodów, tłum ludzi i zapach gnijących na upale jarzyn, po kilku godzinach spaceru daje na prawdę w kość. Mimo to, miasto jest wspaniałe. No i jest bardzo tanio: posiłek w jadłodajni można zjeść już za dolara!

Perfumowa Pagoda
Perfumowa Pagoda
© Paweł Zgrzebnicki

Perfumowa Pagoda

Kilkadziesiąt kilometrów na południe od Hanoi można zwiedzić perełkę azjatyckiej architektury sakralnej - Perfumową Pagodę, zawdzięczającą swoją nazwę kwitnącym raz w roku przez tydzień drzewom, których kwiaty roznoszą po okolicznych górach cudowny zapach. Do pięknego, starego kompleksu świątyń dostać się można jedynie łodzią, przez kilkadziesiąt minut majestatycznie sunącą po spokojnej rzece. Sama ta podróż, wśród wspaniałych wapiennych gór nastraja kontemplacyjnie, później pozostaje już tylko wejść po długich schodach i podziwiać piękne zabudowania. Na szczycie góry znajduje się jaskinia w której urządzono kolejne miejsce kultu. Do tego miejsca można dostać się zarówno piechotą jak i kolejką górską. Ta druga opcja daje podwójną korzyść: po pierwsze droga do góry prowadzi wśród nudnych straganów a po drugie z powietrza możemy podziwiać panoramę na prawdę pięknej okolicy. Całodzienna wycieczka do Perfumowej Pagody jest warta swojej ceny, choć podobno w szczycie sezonu tłum jest bardzo męczący. My mieliśmy to szczęście, że okolica była zupełnie wyludniona a turystów, poza nami, było na prawdę niewielu.

Sa Pa

W Socjalistycznej Republice Wietnamu, nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat rządzi jedna, komunistyczna partia. Mająca za symbol sierp i młot, organizacja czuwa nad utrzymaniem poprawności ideologicznej państwa, filozoficznie wyrażającej się zgłoskami marksizmu-leninizmu. Jednakże obecnie teoria znacznie rozmija się z praktyką i kraj bardziej przypomina wolnorynkowe Stany Zjednoczone XVIII wieku, niż totalitarne państwo rządzone przez zbrodniczy system. W rzeczy samej odnieśliśmy wrażenie, że swoboda gospodarcza w niektórych obszarach jest tu większa niż w rodzimej nam Europie. Pomijając drobną przedsiębiorczość, ilość sklepów, kramów i prywatnych restauracji, są też drobne usługi, które można świadczyć zupełnie swobodnie, bez oglądania się na specjalne koncesje, bądź uprawnienia. Dla przykładu, usługi fryzjerskie można oferować stawiając stołek pod drzewem i wieszając na nim lustro. Tanio, sprawnie, bez zbędnych komplikacji i kosztów. Lecz cóż tam zakład fryzjerski! Można mieć swoje pociągi! Po jednych wspólnych torach jeździ więc masa prywatnych składów, konkurujących między sobą cenami i wyposażeniem. Dzięki temu właśnie, do położonego o 350 kilometrów na północny wschód Sa Pa, można dojechać nocnym pociągiem, wybierając w ofertach jak w ulęgałkach. Dostępne są pociągi osobowe, pośpieszne, z miejscami siedzącymi, leżącymi, sypialne, z łóżkami twardymi i miękkimi, wieloosobowe bądź indywidualne, a wnętrza przedziałów mogą być nawet gustownie wyłożone boazerią!

Zadowoleni z dostępnego wyboru, skorzystaliśmy z jednej z ofert, zakupiliśmy bilet i wybraliśmy się w podróż na północ, pod chińską granicę, w góry zwane Alpami Tonkińskimi: do Sa Pa właśnie. W ciągu nocy, pociąg dojechał do Lào Cai, miasta położonego dokładnie na granicy z Chinami. Kiedy wysiedliśmy na stacji kolejowej, od razu w oczy rzucił nam się inny świat! Lào Cai to ważny ośrodek handlowy, równie wielu tu Wietnamczyków co Chińczyków. W zasadzie trudno było powiedzieć, czy to Wietnam czy Państwo Środka? Napisy w chińskim języku, chińskie samochody, sklepy, mowa jakaś taka bardziej chińska... No i sieć komórkowa powitała nas w Chinach!

Sa Pa
Sa Pa
© Paweł Zgrzebnicki

Sa Pa

W pociągu, dla najwyższego komfortu podróżnych włączono huragan na suficie, wiejący lodowatą masą powietrza przez całą noc. Do tego kuszetki wyposażone zostały w kołdry zdolne zapewnić przetrwanie armii Napoleona pod Moskwą, obudziliśmy się więc równie zmarznięci co mokrzy i spoceni. Na domiar złego jet lag nie pozwolił nam spać od drugiej w nocy, do celu przyjechaliśmy więc półprzytomni i wyziębieni.

Z Lào Cai do Sa Pa dostaliśmy się małym busikiem, pnąc się przez kilka godzin w górę po zawiłych serpentynach i powstrzymując ostatkiem woli żołądki od odmówienia posłuszeństwa. W końcu byliśmy na miejscu - w małej osadzie w środku wspaniałych gór usianych tarasami ryżowymi, pięknym miejscu będącym domem dla wielu kolorowych mniejszości etnicznych.

Wzdłuż całej południowej granicy Chin, a więc w pasie stanowiącym północną granicę Wietnamu, Laosu, Tajlandii i Birmy ciągną się górskie tereny zamieszkiwane przez dziesiątki różnych plemion, charakteryzujących się odmiennymi zwyczajami, ubiorami i tradycjami. Także w Alpach Tonkińskich spotkać można przedstawicieli przeróżnych kultur, w szczególności Czerwonych Dzao i Czarnych Hmongów. Ci pierwsi, jako część pięknego tradycyjnego ubioru, noszą na głowie charakterystyczne czerwone chusty, wyglądające często podobnie do poduszki. U drugich natomiast, w ubiorze (w tym także w nakryciu głowy) dominuje kolor czarny. Hmongowie zawijają również na łydkach dość grubą warstwę płóciennej taśmy, co nie tylko chroni ich nogi przed górskim chłodem, ale również przed jadowitymi wężami.

Sa Pa dość nieoczekiwanie stało się wiodącą atrakcją turystyczną regionu i do niedawna było po prostu małą górską osadą, podobną do dziesiątek innych w tej okolicy. Dziś jednak, choć dalej jest to mała mieścina, nowe hotele, sklepy i restauracje pną się tu w górę jedne po drugich. Na szczęście w dalszym ciągu miejscowość nie zatraciła swojego uroczego charakteru i stanowi wspaniałe miejsce do kilkudniowego wypoczynku a szczególnie trekkingu po okolicznych górach. Takie wycieczki organizowane są przez każdy tutejszy hotel i biuro turystyczne. W ciągu jednego, dwóch lub nawet pięciu dni, można powędrować w odległe rejony, tam, gdzie nie dociera żadna droga i dojść można jedynie piechotą po wielu godzinach mozolnej wspinaczki. Tam właśnie, od setek lat w niemal niezmienionych warunkach żyją mniejszości etniczne, które jednak w coraz większym stopniu czerpią ze współczesnej nam cywilizacji. Do Sa Pa codziennie schodzą z gór kolorowo ubrane kobiety, aby sprzedać swoje płody rolne i rękodzieło artystyczne. Kiedy porannymi busami turyści zjeżdżają do hoteli, Hmongowie, Dzao i Pho Lu nie odstępują ich na krok:

  •     —   Kup coś ode mnie! - przekonuje nas łamanym angielskim kolorowo ubrana kobieta
  •     —   Może później - staramy się zbyć ją w grzeczny sposób
  •     —   Później, później! - powtarza i idzie dalej za nami powtarzając dialog od początku.
Kobieta z ludu Czerwonych Dzao
Kobieta z ludu Czerwonych Dzao
© Paweł Zgrzebnicki

Kobieta z ludu Czerwonych Dzao

To dość męczące i do natrętnych pań trzeba się po prostu przyzwyczaić i nie zwracać na nie uwagi. Trudno się im dziwić, ponieważ zarobione z turystyki pieniądze pozwalają na utrzymanie całych rodzin a okazji do zdobycia kilku dolarów po prostu nie mogą przegapić. Widoczne jest ogromne rozwarstwienie - turyści bez trudu wydający dziesiątki dolarów na byle zachciankę i żyjący w skrajnej biedzie ludzie gór, dla których te same pieniądze oznaczają niebotyczną zmianę standardu funkcjonowania. Ludzie schodzą z wyżyn pokonując dziesiątki kilometrów aby w końcu dotrzeć do Sa Pa, gdzie niczym w El Dorado całymi dniami włóczą się po ulicach aby uszczknąć coś dla siebie z turystycznego tortu. Rząd próbuje przeciwdziałać degradacji kulturowej wprowadzając przepisy chroniące ludność i regulujące ruch turystyczny. Dla przykładu, można zawitać do dowolnej wioski, ale w większości z nich nocowanie jest nielegalne. Tak zwany homestay, czyli oferowany turystom nocleg w wiejskich chatach, jest legalnie akceptowany tylko w wyznaczonych osadach. Ma to na celu ochronę spuścizny kulturowej, krajobrazu i samych mieszkańców. Wprowadzono również podział terytorium górskiego na parki krajobrazowe i narodowe co również ma pomóc miejscowej ludności i wpłynąć na ochronę środowiska. Kultury mają jednak to do siebie, że czerpią słabsza z silniejszej, więc los Dzao, Hmongów i innych mniejszości wydaje się już przesądzony. Ludziom tym udało się utrzymać swoją unikalną tożsamość do dziś tylko dzięki przebywaniu w terenie niedostępnym, otoczonym górami, przez który trudno było dostać się zarówno królom, cesarzom jak i francuskim okupantom. Dziś jednak, niemal każda kolorowo ubrana kobieta trzyma w ręku telefon komórkowy a mężczyźni jeżdżą skuterami oklejonymi logo Apple, będącym tu współczesnym symbolem zamożności i dobrobytu.

Zaledwie kilka kilometrów od Sa Pa znajduje się objęta specjalną ochroną wioska Cat Cat, będąca żywym, zamieszkanym skansenem prezentującym życie codzienne Czarnych Hmongów. Niektórzy zarzucają temu przedsięwzięciu zbytnią komercyjność, ale nam relaksujący spacer wśród pięknych krajobrazów bardzo się podobał.

Jeśli ktoś ma już dość chodzenia po górach, może bez trudu wypożyczyć motocykl lub skuter. Taka całodzienna przyjemność kosztuje zaledwie kilka dolarów a dzięki zwinnemu dwuśladowi można w krótkim czasie objechać i zwiedzić dość odległe zakątki okolicy. Należy przy tym pamiętać, że w Wietnamie do prowadzenia motocykla lub skutera o pojemności powyżej 50 cm3 konieczne jest miejscowe prawo jazdy. W praktyce jednak do wypożyczenia pojazdu nie jest ono potrzebne (w ogóle nikt nie sprawdza czy klient ma jakiekolwiek prawo jazdy) , skutery o małej pojemności prawie w ogóle nie są dostępne a policja nie zatrzymuje turystów w ogóle, bo i tak nie potrafi rozmawiać w języku innym niż rodzimy.

Nam jednak udało się pośmigać po okolicy i po miłej przejażdżce wśród górskich serpentyn dotarliśmy do najwyższej górskiej przełęczy w Wietnamie, położonej na wysokości 1900 m. n.p.m. - przełęczy Tram Ton. Widoki z niej okazały się przepiękne, wiało niemiłosiernie, ale podróż warta była poświęconego czasu.

Widok z przełęczy Tram Ton
Widok z przełęczy Tram Ton
© Paweł Zgrzebnicki

Widok z przełęczy Tram Ton

Przełęcz znajduje się po północnej stronie najwyższego szczytu całych Indochin, Fansipan (3149 m. n.p.m.), na który to szczyt można dostać się w ciągu kilku dni, organizując wyprawę z pomocą przewodników w Sa Pa. Sam trekking nie jest zbyt trudny dość trudny, ale szyki mogą popsuć częste załamania pogody.

Luang Prabang

Po powrocie z Sa Pa, mieliśmy nadzieję udać się do zatoki Hạ Long na kilkudniowy rejs połączony ze zwiedzaniem fantastycznych formacji skalnych i jaskiń. Niestety na kilkanaście minut przed wyjazdem zostaliśmy poinformowani, że wszystkie rejsy zostały odwołane ze względu na cyklon, który uderzył w wybrzeże kraju. Od północy aż po południowy kraniec Wietnamu lało jak z cebra a prognozy nie przewidywały w najbliższym czasie żadnej poprawy. Cała nasza planowana trasa wyprawy przebiegała wzdłuż wybrzeża, tym samym okazało się, że dalsze zwiedzanie Wietnamu na razie musi zostać zawieszone. Przeszliśmy więc do planu B i po kilku godzinach siedzieliśmy w eleganckim, pachnącym fabryczną nowością samolocie ATR-72 linii Lao Airlines. W poszukiwaniu nowej przygody w Laosie!

Świątynia pałacowa w Luang Prabang
Świątynia pałacowa w Luang Prabang
© Paweł Zgrzebnicki

Świątynia pałacowa w Luang Prabang

Prawie w całości porośnięte dżunglą, położone w trudno dostępnych górach państwo, do dziś wyróżnia się spośród sąsiadów. Bez dostępu do morza, praktycznie bez przemysłu, całkowicie rolniczy kraj, dziś właśnie dzięki temu zapóźnieniu cywilizacyjnemu stanowi nie lada gratkę turystyczną. Tu w dalszym ciągu ludzie są "prawdziwi", nieskażeni jeszcze komercyjnymi naleciałościami. Choć czerpią garściami z nowoczesnej cywilizacji, w dalszym ciągu dzieląca ich od współczesnego świata przepaść, pozwala zagłębić się odwiedzającym ten kraj w nurt dawnej Azji.

Miejscowe przysłowie mówi, że kiedy Tajowie sadzą ryż, mieszkańcy Kambodży patrzą jak rośnie a Laotańczycy go słuchają. Faktycznie, już na granicy spostrzegliśmy, że przyjechaliśmy do jakiegoś wyjątkowego miejsca. Podczas, gdy na innych granicach urzędnicy pełnią swoją rolę manifestując nieskazitelną powagę i dystans do petenta, laotańscy pogranicznicy kipią wręcz uśmiechem i łagodnością.

Wylądowaliśmy w Luang Prabang. To małe miasteczko położone w północnej części kraju, stało się od pewnego czasu turystyczną mekką. Aż trudno uwierzyć, że do 1975 roku ta malutka osada była stolicą państwa! Dziś jest to spokojne miejsce do którego warto przyjechać na kilka dni i tu właśnie rozpocząć swoją podróż po Laosie.

Luang Prabang jest pełne atrakcji - świątynie Mai Suwannaphumaham, Xieng Thong i Manorom zachwycają swoim pięknem i zdobieniami. Są też wspaniałym miejscem na spokojną medytację. Mimo, że miasto jest bardzo popularne wśród turystów, wewnątrz świątyń nie ma ich wielu, można więc spokojne usiąść na podłodze, oprzeć się o ścianę i zrelaksować się patrząc na dobrotliwe spojrzenia rzeźbionych figur i wdychając aromatyczną woń kadzidła. Kiedy majestatyczne spacery przestaną wystarczać, warto wspiąć się po długich schodach na górę Phousi, z której rozciąga się wspaniały panoramiczny widok na całą okolicę.

Wieczorem, punktem obowiązkowym programu staje się nocny targ (Night Market) na którym miejscowe kobiety sprzedają wyroby rękodzielnicze, tkaniny, figurki i wszelkiej maści ozdoby z bambusa. Są też wódki z zanurzonym w nich wężem bądź skorpionem, dowolne ilości wyszukanego jedzenia i wspaniała, magiczna atmosfera, daleka od komercyjnego chłamu, który spotkać można choćby w Tajlandii.

Dwadzieścia pięć kilometrów na północ od Luang Prabang znajdują się spektakularne jaskinie Pak Ou w których ustawiono tysiące drewnianych posążków Buddy. Do jaskiń można dostać się zarówno płynąc na wycieczkę rzeką, jak i jadąc do celu wyboistą drogą. My wybraliśmy tę drugą opcję, zakochani po uszy w azjatyckich skuterach.

Rzeka Mekong w Luang Prabang
Rzeka Mekong w Luang Prabang
© Paweł Zgrzebnicki

Rzeka Mekong w Luang Prabang

W okolicy miasteczka trzeba również odwiedzić malownicze, choć niezbyt wysokie wodospady Tat Sae. Ich urok nie leży w spektakularnej grozie, lecz malowniczym otoczeniu i możliwości zażycia wspaniałej kąpieli w czystej górskiej wodzie. Pożyczając motocykl lub korzystając z motorikszy, można spędzić w wodzie i w otoczeniu pięknej przyrody wspaniały dzień!

Luang Prabang i jego okolice są na prawdę wspaniałe. Spokojna atmosfera zachęca do zostania tu dłużej. Jedyny problem to ceny, albowiem sprytni Laotańczycy wyczuli idealnie koniunkturę i ustalili wartość swoich wyrobów i usług na iście zachodnim poziomie. Wypożyczenie motocykla jest czterokrotnie droższe niż w Sa Pa, pamiątki zamiast kilkunastu kosztują po kilkadziesiąt a nawet kilkaset dolarów. Widać, mieszkańcy Laosu, mimo panującego oficjalnie komunizmu, mają świetny zmysł do interesów! Trzeba jednak przyznać, że rękodzieło jest doskonałej jakości, i jeśli ktoś planuje w trakcie swojej podróży zakupy, to warto je zrobić właśnie tutaj.

Luang Nam Tha i Muang Sing

Komunikacja w Laosie jest delikatnie mówiąc "wymagająca". Górzysty kraj może pochwalić się niewielką ilością prostych odcinków drogi, a jakość traktów i określenie "komfort" leżą na dwóch rożnych biegunach pojęciowych. W rezultacie pokonanie odpowiednio długiego odcinka lądem musi trwać wiele dni i okupione jest zwykle mdłościami i potłuczonym od podskoków kręgosłupem.

Wieś w pobliżu Luang Nam Tha
Wieś w pobliżu Luang Nam Tha
© Paweł Zgrzebnicki

Wieś w pobliżu Luang Nam Tha

Szlak naszej podróży prowadził dalej na północ, do położonego blisko chińskiej granicy Luang Namtha. Po czterech godzinach jazdy dotarliśmy do dość obskurnego miasteczka, złożonego właściwie z jednej znaczącej ulicy, kilku nieciekawych hoteli i paru lokali, które właściciele najwyraźniej uważali za restauracje. Miejsca takie jak to, mają dość sympatyczne określenie: "nic, o czym chciałbyś pisać do domu". Do Luang Namtha przyjechaliśmy jednak po drodze i nie zamierzaliśmy pozostawać tu dłużej niż kilkanaście godzin. Tyle właśnie zajęło nam wyspanie się po podróży i załatwienie wycieczki po rozległej prowincji, umożliwiające poznanie licznych mniejszości etnicznych zamieszkujących okolicę.

Podobnie jak w Sa Pa, także i tu główną atrakcją są wielodniowe trekkingi i wycieczki kulturo-poznawcze, ale poziom świadczonych usług odbiega (niestety na minus) od wietnamskiego odpowiednika o całe lata świetlne. Widać, że Laotańczycy uczą się dopiero fachu i proponowana jakość pozostawia jeszcze wiele do życzenia, trącąc straszliwą amatorszczyzną.

Dwudniowa wyprawa sympatycznym samochodzikiem prowadziła nas kolejno przez wsie zamieszkiwane przez plemiona zamieszkujące te tereny od setek lat: Akhka, Tai Lue, Tai Neua, YaoHmong . W końcu dotarliśmy niemal do Chin, do miejscowości Muang Sing, która wygląda jakby świat o niej zapomniał. Nie zapomnieli natomiast kupcy, przemytnicy i handlarze opium. Podejrzanie dużo tu nowiutkich Toyot Hilux, które królują na drogach regionu. Ma je tu każdy: chałupa się rozpada, ale Toyota jest! W wioskach, gdzie do tej pory najwyższym luksusem była bambusowa chata i kurnik, teraz powstają murowane domy z telewizją i obowiązkowym systemem hi-fi.

  •     —   Skąd ludzie na to biorą pieniądze? - pytam przewodnika
  •     —   Uprawiają ryż - odpowiada lakonicznie
  •     —   A ile kosztuje kilogram w skupie? - nie daję za wygraną
  •     —   Dwadzieścia centów... - przyznaje zmieszany
  •     —   Przecież z takiego zarobku nie da się kupić tego wszystkiego!
  •     —   No.... wiesz... jest też opium... - dodaje po cichu i wszystko staje się jasne.

Komunistyczny rząd chyba nie specjalnie sobie radzi z polityką społeczną - szkoły są drogie, służba zdrowia całkowicie płatna, studnie z pitną wodą budują niemieckie firmy w ramach swoich charytatywnych programów pomocowych a fundusze na rozwój ubogich regionów zbiera UNICEF i Unia Europejska. Czyli w sumie komunizm, tyle, że światowy. Poza tym, ubogi kraj powoli wykupywany jest przez bogatszego sąsiada - w dziewiczych dotychczas górach prowadzony jest masowy wyrąb lasów a na ich miejsce sadzone są połacie drzew kauczukowych. Północ Laosu powoli zamienia się w wielką chińską farmę kauczuku.

Chiang Rai

Cały czas mieliśmy nadzieję na dalsze zwiedzanie Wietnamu, ale pogoda w kraju Wujka Ho dalej nie zachęcała do wizyty. Postanowiliśmy więc dostać się do Tajlandii, od granicy z którą dzieliło nas zaledwie cztery godziny drogi. Kraj dużo nowocześniejszy niż Laos, oferuje bogatą siatkę połączeń lotniczych i dobre drogi, co pozwala na szybkie dostanie się w dowolne miejsce regionu.

Z Luang Lamtha dotarliśmy autobusem do granicy, a po jej przejściu i kolejnych dwóch godzinach podróży, w końcu do Chiang Rai. Przybycie tu okazało się niezwykle pouczające - w ten sposób widzieliśmy trzy analogiczne miejsca w trzech rożnych krajach - Sa Pa w Wietnamie, Luang Namtha w Laosie i Chiang Rai w Tajlandii. Wszystkie trzy leżą w górach, oferują podobną klasę atrakcji turystycznych i chwalą się sąsiedztwem licznych grup mniejszości etnicznych. Dzięki ostatnim dwóm tygodniom podróży mogliśmy mieć jasny wgląd w różnice jakie dzielą trzy kraje i odmienny rozwój tych samych kultur w różnych warunkach.

O ile Sa Pa sprawia wrażenie elegancko urządzonego resortu, prowadzącego w miarę zrównoważoną politykę środowiskową i kulturową, Luang Prabang jest dziewiczy a pula ofert raczej przypomina amatorską sprzedaż bazarową, Chiang Rai w ogóle nie kojarzy się z kolorowym Orientem, a raczej z nieatrakcyjnym tłocznym miastem, wszechobecnym betonem i spasionymi turystami w średnim wieku szukającymi płatnego seksu. Chiang Rai bardziej przypomina Bangkok niż górski kurort, tyle, że w wielokrotnie gorszym wydaniu.

Nie ma tu sympatycznych knajpek, jest za to Night Market. Świetnie! Ten w Sa Pa bardzo nam się podobał! Idziemy!

Biała Świątynia w Chiang Rai
Biała Świątynia w Chiang Rai
© Paweł Zgrzebnicki

Biała Świątynia w Chiang Rai

Niestety w Chiang Rai nie jest tak sympatycznie. W zasadzie to w ogóle nie jest. Night Market jest zwykłym placem handlowym z dziesiątkami straganów zapełnionych ciuchami, podróbkami perfum i plastikowymi zegarkami. Tandeta na całego! Na środku placu ustawiono scenę na której organizowane są występy - na przykład ubranych w rewiowe stroje aniołków transwestytów śpiewających z playbacku po rosyjsku. Dno pochyłe.

Jest jednak coś, dla czego warto tu przyjechać bez dwóch zdań: Biała Świątynia - Wat Rong Khun.

Jej budowę rozpoczęto w 1998 roku, architektem jest genialny Chalermchai Kositpipat. Buddyjsko-hinduistyczna budowla pełna jest współczesnych odniesień. Na jej teren wchodzi się przez park w którym ustawione są figury demonów trzymające prawdziwe butelki whisky i palące się papierosy. Z drzew zwisają głowy Batmana, Freddy'ego Krugera i innych ikon popkultury. Do wnętrza prowadzi pomost otoczony przez wyciągnięte z piekieł ludzkie ręce i oblepione pieniędzmi martwe czaszki. Wewnątrz zamiast tradycyjnych malunków sakralnych namalowano współczesny świat: postaci z filmów, Georga Busha i Bin Ladena umieszczono w oczach demona, są bohaterowie kreskówek, komiksów, telefony komórkowe, Michael Jackson i płonące wieże WTC owinięte przez szatana pod postacią węża mającego zamiast głowy uchwyt do nalewania paliwa. Ponad tym całym światem ułudy, nękających ludzi pokus i demonów namalowano siedzącego Buddę a w miejscu ołtarza ustawiono woskową figurę medytującego człowieka.

Budowla jest wspaniała i współczesne akcenty robią ogromne wrażenie. Zwiedzaniu Wat Rong Khun poświęciliśmy wiele godzin i każda minuta była tego warta.

Niestety poza imponującą budowlą nic więcej w Chiang Rai nas nie porwało. Pogoda na wschodzie Wietnamu zaczęła się poprawiać, zdecydowaliśmy więc czym prędzej przenieść się do tego sympatycznego kraju.

Ho Chi Minh City

Po przyjeździe do stolicy państwa, dawnego Sajgonu, byliśmy w siódmym niebie. Tajski chłam zamieniliśmy na porządne miasto, centrum kultury, biznesu i rozrywki. Jadąc wieczorem przez Ho Chi Minh City dostrzegliśmy jego ogromny potencjał. Są tu pięknie podświetlone kolonialne pałace, nowoczesne, pełne przepychu sklepy z największymi światowymi markami, kolorowe place, szerokie ulice. Wszędzie powiewa sierp i młot, co wprowadza niesamowity dysonans poznawczy, ale pomijając polityczne konotacje, miasto jest na prawdę fajne!

W centralnej dzielnicy - District 1, przy ulicy Bùi Viện, "rozrywka" przyjmuje charakter podobny do tego co Bangkok oferuje przy Khao San. Idąc spacerem, na pięciuset metrach ulicy naliczyłem trzydzieści barów z siedzącymi przed nimi na wysokich stołkach prostytutkami. Pomiędzy nimi, utkano siatkę restauracji, klubów i pubów w których podstarzali biali widzący w sobie wiecznych hippisów wypijają tony piwa, zajadając wielkie miski z Pho. Jest ekstremalnie głośno, ale najwyraźniej o to właśnie chodzi. To miejsce to wieczna imprezownia.

Sala bankietowa w Pałacu Niepodległości (HCM City)
Sala bankietowa w Pałacu Niepodległości (HCM City)
© Paweł Zgrzebnicki

Sala bankietowa w Pałacu Niepodległości (HCM City)

Sytuacja zmienia się diametralnie w perspektywie kultury wyższej. Ho Chi Minh City oferuje szereg wspaniałych miejsc do zwiedzenia, w tym szokujące muzeum wojny wietnamskiej (1957-1975). Wystawa zawierająca pamiątki tamtych czasów oraz zdjęcia ofiar zbrodni wojennych robi piorunujące wrażenie. Zwiedzający wychodzą stamtąd zdruzgotani, nierzadko ze łzami w oczach. Jedno z pięter budynku poświęcono ludziom zniszczonym genetycznie po rozpyleniu przez Amerykanów milionów ton środka bojowego o nazwie "Agent Orange", zawierającego rakotwórcze dioksyny. Jedno ze zdjęć pokazuje amerykański pluton wojskowy z radością pozujący do zdjęcia przy ciele z urwaną głową. W wolnym tłumaczeniu podpis brzmi: "To zdjęcie umieszczono nie tyle po to, aby przedstawić okrucieństwo wojny, ale aby pokazać co wojsko robi z ludzkim umysłem"...

Aby dokładnie poznać treści prezentowane w muzeum, trzeba na to poświęcić kilka godzin, ale będzie to doskonale zainwestowany czas. Warto jak najlepiej znać historię, aby nie być kiedyś zmuszonym do jej powtarzania. Jeśli ktoś do tej pory tego nie zrobił, dzięki wystawie można również ostatecznie wybić sobie z głowy jakiekolwiek koncepcje na temat przydatności wojny, tego, że czasem jest "złem koniecznym", czy inne podobne bzdury. Wystawa w War Remnants Museum doskonale w tym pomaga.

Kilkadziesiąt kilometrów na północny-wschód od Ho Chi Minh City można obejrzeć spektakularne tunele Củ Chi - zbudowaną przez Wietkong w czasie konfliktu zbrojnego sieć podziemnych przejść i bunkrów, funkcjonujących w czasie wojny jako autonomiczne miasto. Znajdowały się tam szpitale, zbrojownie, sale sypialne, kuchnie i cały zespół pomieszczeń pomocniczych. Tunele wyposażone także były w szereg pułapek a ich przekrój praktycznie uniemożliwiał przejcie nimi jakiemukolwiek uzbrojonemu żołnierzowi amerykańskiemu. Do dziś, z ponad 200 kilometrów siatki zachowało się w dobrym stanie około 120. Teren jest bardzo zadbany i doskonale przystosowany do zwiedzania. Turystom udostępniono także strzelnicę na której można spróbować sił z AK47 (czyli popularnym Kałasznikowem), M16 oraz innymi typami broni używanymi w czasie walk w Wietnamie. Jeden nabój kosztuje dwa dolary, a kupić trzeba co najmniej 10 sztuk. Tunele Củ Chi to kolejna z atrakcji, których nie wolno pominąć podczas podróży po Wietnamie. Nam podobały się bardzo!

Huế, Hội An i Mỹ Sơn

Nie udało nam się jednak uniknąć brzydkiej pogody. Kiedy lecieliśmy do Huế, w trakcie lądowania mieliśmy wrażenie, że ponure chmury nigdy się nie skończą. Przy braku odpowiedniej widoczności, samolot obniżał pułap bardzo wolno, a ziemię dostrzegliśmy dopiero na minutę przed lądowaniem. Temperatura powietrza nadal była jednak komfortowa a deszcz ciepły, aura nie przeszkadzała nam więc w ogóle.

W Huế nie zamierzaliśmy zabawić zbyt długo. Aby móc kolejnego dnia pojechać na południe, jak najszybciej pozbyliśmy się bagażu i wyruszyliśmy na zwiedzanie tego, po co tu specjalnie przyjechaliśmy - słynnej Cytadeli.

Zabudowania pałacowe w Huế
Zabudowania pałacowe w Huế
© Paweł Zgrzebnicki

Zabudowania pałacowe w Huế

Na wzór pekińskiego pałacu, w Huế - dawnej stolicy Wietnamu - powstała zamknięta twierdza z Purpurowym Miastem. Pałac Cesarski zbudowano na wzór słynnego chińskiego odpowiednika. Umieszczono go na ogrodzonej potrójnym murem powierzchni ponad pięciu kilometrów kwadratowych, gdzie urządzono parki, budynki urzędów, baraki wojskowe, harem, zabudowania reprezentacyjne i inne posiadłości służące pokoleniom władców. W czasie wojny wietnamskiej i późniejszych rządów komunistów cytadela popadła w ruinę, ale od pewnego czasu prowadzone są intensywne prace konserwatorskie mające na celu przywrócenie dawnej świetności. Mimo wielu zniszczeń budowle i cesarskie parki robią ogromne wrażenie, a opisy życia dworskiego, etykiety i sposobu organizacji państwa wciągają zwiedzających na wiele godzin. Także i my przenieśliśmy się o kilkaset lat wstecz i włóczyliśmy się bez końca po fantastycznych budowlach dawnych pałaców. W ostatnim momencie znaleźliśmy wyjście z labiryntu parkowych uliczek i zakamarków, unikając zamknięcia na noc z duchami cesarzy. Z pewnością Cytadela z Zakazanym Miastem jest perełką dla której warto przyjechać do Huế, choćby z drugiego końca Wietnamu.

Kolejnego dnia porannym autobusem wybraliśmy się do Hội An, kolorowego miasteczka położonego na wybrzeżu Wietnamu. Kilkaset lat temu był to najważniejszy port tej części świata. Osiedlali się tu kupcy m.in. z Chin, Japonii oraz Europy. Po dawnych mieszkańcach pozostała unikalna architektura i układ miasta. Pomysłowi komuniści wietnamscy chcieli wyburzyć stare budowle i zastąpić je "nowoczesnymi" blokami, ale sprzeciwił się temu Polak - Kazimierz Kwiatkowski - kierujący pracami konserwatorskimi w pobliskim Mỹ Sơn. Dzięki jego uporowi odrestaurowano zabytkową starówkę, wpisano miejsce na listę zabytków światowego dziedzictwa UNESCO i dziś jest to bez wątpienia jedno z najpiękniejszych miejsc na tej planecie.

Hội An to przede wszystkim zabytkowa starówka z pięknymi uliczkami obwieszonymi kolorowymi lampionami znanymi z chińskich baśni. Wzdłuż ciągną się domy prezentujące unikalną mieszankę stylu chińsko-japońskiego. Pomiędzy nie wciśnięte są imponujące świątynie buddyjskie i konfucjańskie. Te drugie szczególnie przypadły nam do gustu, ale obie są niezwykle ciekawe ze względu na unikalny filozoficznie charakter. Dlaczego?

Zwykle miejsca kultu poświęcone są wymyślonym bogom (choć ich wyznawcy często gotowi są zabić w przekonaniu, że oblubieńcy są prawdziwi), a bogów tych prosi się o różnego rodzaju łaski. Świątynie konfucjańskiebuddyjskie mają wspólną cechę różną od wyżej opisanej: są budowane jako wyraz szacunku do... przekonań. Jedne, z wdzięczności za to, że Budda podzielił się swoimi dość praktycznymi przemyśleniami na temat tego jak uniknąć w życiu rozczarowań, a drugie - podobnie - za to, że Konfucjusz przekazał ludzkości przydatny system prawno-filozoficzny. Nie czynią z Buddy ani Konfucjusza bogów, ale czczą ich idee, oddając jednocześnie szacunek twórcom tychże. Szczególnie widocznie to jest w przypadku systemu konfucjańskiego, który przez setki lat stanowił podstawę funkcjonowania państwa, społeczeństwa, rodziny i człowieka. Ponad wszystko Konfucjusz cenił nie ślepą wiarę, lecz mądrość, rozum ludzki i rozsądek. Świątynie honorują zacne osoby, sztukę, literaturę i chwalebne cechy charakteru zgodne z prawym systemem myśli Konfucjusza. Tu, w Hội An, jedną z budowli poświęcono pewnemu mądremu generałowi, który przyczynił się miastu i jego mieszańcom. W świątynnym patio ustawiono kamienny staw ze skalistą wysepką na której rośnie piękny bonsai. Wszystko ustawiono tu w pięknej harmonii. Podobnie jak w przyrodzie, w inscenizacji próżno szukać symetrii, budowli lub innych znaków narzucenia swojej woli światu zewnętrznemu. Pod drzewem siedzi dwóch mędrców grających w go - starą chińską grę, według wielu bardziej wymagającą od znanych w Europie szachów. Nie wznoszą błagalnie rąk ku niebiosom w poszukiwaniu ratunku i poczuciu własnej bezsilności. Używają rozumu, rozsądku, mądrości, a natury nie eksplorują czyniąc sobie poddaną, lecz żyją z nią w odpowiedniej harmonii.

Świątynie w Hội An i tej części świata w ogóle, bardziej przypominają oświeceniowe pomniki niż ołtarze religijnego kultu.

Hinduistyczne świątynie w Mỹ Sơn
Hinduistyczne świątynie w Mỹ Sơn

Niedaleko miasta, znajduje się kolejne warte odwiedzenia miejsce: tym razem, ze względu na walory archeologiczne. To wspomniany hinduistyczny kompleks Mỹ Sơn, zbudowany w IV w. n.e.. Dziś pozostało po nim niewiele, ale tacy jak my fascynaci różnorakich starożytności, będą niewątpliwie cieszyć oczy, spacerując przez kilka godzin wśród samotnych, wiekowych ruin.

Jeszcze tylko jeden wieczór, jeden lot powrotny do Hanoi i przyszła pora na pożegnanie wspaniałej Azji. Żal nam było stąd wyjeżdżać: Wietnamczycy okazali się wspaniałymi ludźmi, kraj jest bardzo ciekawy i pełen cudownych miejsc do zwiedzenia. Kuchnia jest pyszna, a temperatura o wiele przyjemniejsza niż to, na co trzeba przygotować się po powrocie do grudniowej Polski. Mamy ogromną nadzieję, że jeszcze kiedyś odwiedzimy te strony i za radością ponownie zawołamy: Good morning Vietnam!

Tekst: Paweł Zgrzebnicki
Przygotowując wyprawę i relację korzystano z następujących opracowań:
  • Iain Stewart, Brett Atkinson, Damian Harper, Nick Ray, Vietnam, Lonely Planet, 2014, 12th Edition
  • Andrew Burke, Justine Vaisutis, Laos, Lonely Planet, 2007, 6th Edition