Używamy plików cookies, w celu ułatwienia nawigacji, opracowania statystyk, dostosowania serwisu do preferencji użytkownika oraz przy współpracy z serwisami zewnętrznymi takimi jak Google, Facebook i Twitter. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji o plikach cookies znajduje się tutaj oraz w naszej polityce cookies. Zamknij

Stany Zjednoczone - 2009
Galeria zdjęć
Na skróty
1. Nowy Jork7. P.N. Zion
2. Las Vegas8. Wielki Kanion II
3. Zapora Hoovera9. Miami
4. Kanab10. Key West
5. Kanion Bryce11. Przylądek Canaveral
6. Wielki Kanion12. Powrót
Mapa

Pewne niespodziewane zaproszenie stało się pretekstem do wyrobienia sobie (wreszcie) wizy amerykańskiej. Symbolem podboju Ameryki stała się liczba 3. Przez nieco ponad trzy tygodnie zwiedziliśmy kawał kontynentu: trzy miasta (Nowy Jork, Las Vegas i Miami) oraz trzy przepiękne parki narodowe - Bryce, Zion oraz Wielki Kanion Kolorado. Od wschodniego wybrzeża do pustyni w Nevadzie - poprzez trzy strefy czasowe. Zafascynowani pięknem Stanów Zjednoczonych tworzyliśmy relację na żywo sięgając od Nowego Jorku do najdalej wysuniętej na południe części kraju - przylądka Key West.

Nowy Jork

[7 sierpnia 2009]

Z Polską nie mogliśmy jeszcze pożegnać się przez całe dziewięć godzin po wylocie. I nie był temu winien krajowy transport lotniczy LOT ale zabawne zachowania rodaków lecących za Wielką Wodę...

Obok mnie w fotelu zasiadła nobliwa starsza pani z którą przywitałem się swojskim "dzień dobry".

  •     —   "good morning" - odpowiedziała uśmiechając się sucho.
  •     —   "good morning" - poprawiłem się językowo i dostrzegłem w jej ręku amerykański paszport który właśnie w tej chwili dyskretnie położyła przed sobą.

Mimo kilku dalszych prób, nie udało mi się więcej skłonić pani do dialogu. "Obraziła się czy co?" - spekulowałem jeszcze przez chwilę, ale szybko zatopiłem się w błogim letargu postanawiając całą podniebną podróż przespać.

Obudziło mnie szturchanie Agi i powoli docierający do mojej świadomości głos stewardesy:

  •     —   "Pork or chicken?" - rutynowe ale smaczne pytanie przywołało mnie do rzeczywistości.
  •     —   "Kurczak" - odpowiedziałem rozbawiony już nieco tymi dwujęzycznymi pogaduszkami.
  •     —   "A dla Pani?" - spytała siedzącej obok mnie starszej kobiety.
  •     —   "Też kurczak" - odpowiedziała dama.

Spojrzałem na nią zaskoczony - zakłopotanie malowało się na jej twarzy pełnią ekspresji. Już przeczuwałem o co chodzi...

I w końcu także puenta historii nie pozwoliła wymknąć się z niezręcznej sytuacji starszej pani.

  •     —   "Wiza, obywatelstwo czy zielona karta?" - pytała po kolei dziewczyna z obsługi pokładowej rozdając formularze wjazdowe, który każdy z nas miał wypełnić.
  •     —   "Obywatelstwo" - odpowiedziała moja sąsiadka dumnie.
  •     —   "Ale przez zieloną kartę?" - toczyła dalej kłopotliwy temat stewardesa.
  •     —   "Tak, przez zieloną kartę" - odpowiedziała cicho i spuściła wzrok elegancka staruszka.

No i masz. Wyszło na moje. Folklor pełną gębą. Ale pocieszam się, że takie kompleksy to nie tylko polska przywara - na St. Marteen spotkaliśmy w niemal identycznej sytuacji starsze amerykańskie małżeństwo (mieszkające w Nowym Jorku nota bene). Pani małżonka, choć bardzo ale to bardzo "amerykańska", mówiła dziwnym, twardym akcentem a moje pytania skąd pochodzi i czym się zajmuje nieco ją skrępowały. Nie chciałem być niegrzeczny, więc starałem się rozmowę sprowadzić na inny tor, ale mąż, mający już chyba szczerze dość podobnych sytuacji nie wytrzymał kompromitujących oboje bzdurnych wykrętów i grzecznie wyznał że żona jest z Budapesztu i sprząta. A raczej sprzątała bo od kiedy go poślubiła, pracy na mopie nie wykonuje.

Nowojorska taksówka
Nowojorska taksówka
© Paweł Zgrzebnicki

Nowojorska taksówka

W końcu przylecieliśmy planowo na miejsce i po odprawie paszportowej, dotarliśmy kolejką na Manhattan. Wyszliśmy z Penn Station prosto na 32 ulicę na której czekał na nasz zarezerwowany hotel. Postanowiliśmy przejść kilka przecznic i dojść do celu na piechotę oglądając po drodze miejsce do którego przybyliśmy. Manhattan każdy w telewizji widział - faktycznie: wielkie wieżowce, gęsty ruch uliczny, mnóstwo ludzi - niesamowite miejsce przede wszystkim ze względu na architekturę. Ale od razu uderzyło mnie coś, czego nie byłem w stanie przez dłuższą chwilę ująć w słowa. To miejsce bardzo ale to bardzo przypomina azjatyckie miasta - takie jak Teheran czy Bangkok - ruch i interes jak bazarze. W niczym nie przypomina europejskich stonowanch miast. W samym centrum "stolicy świata" jakieś sklepiki z różnymi badziewami, kuchnia uliczna, bary i knajpy z azjatyckim jedzeniem, hamburgerami i temu podobne lokale bardziej przypominające handel trzeciego świata niż centrum światowego biznesu. Pewnie biznes przez duże "B" siedzi pięćdziesiąt pięter wyżej, ale tu na ulicy życie toczy się całkowicie spontanicznie i w niczym nie nawiązuje do europejskiej elegancji.

32 ulica jest akurat miejscem samych knajp orientalnych - woń koreańskich i japońskich przysmaków nie tylko dochodzi z kuchni, ale też z ulicy, gdzie w plastikowych workach na słońcu "dojrzewają" resztki ryb, mięs i jarzyn czekając na wywóz. Manhattan śmierdzi - pewnie nie wszędzie ale w wielu miejscach po prostu cuchnie - i tego w telewizji nie widać a raczej nie czuć.

Wieczorem skorzystaliśmy z jednej takiej knajpki:

  •     —   "Poproszę tę jagnięcinę" - wskazałem miłej koreańskiej kelnerce pozycję w menu.
  •     —   "Ale ona ma.... taki zapach.... dość specyficzny... może coś innego?" - zapytała nieśmiało.
  •     —   "Ja lubię jagnięcinę. Wiem, że ma specyficzny zapach. Może być" - odparłem.
  •     —   "Ale ona ma BARDZO specyficzny zapach. Sugeruję inne danie" - odparła kelnerka zmieszana.
  •     —   "Czyli śmierdzi?" -wypaliłem - "Jest stara? To stary baran, tak? Dobra może być coś innego" - zrzekłem się prawa do ulubionego mięsa. Skoro obsługa odradza, to musi być faktycznie coś na rzeczy. Może to z tych worków an zewnątrz?
  •     —   "Lubią państwo owoce morza? Mamy taką potrawę na dwie osoby - jest pyszna" - zasugerowała wesoło, czując najwyraźniej ulgę z powodu oddalenia baraniego zagrożenia.
  •     —   "OK - niech będą owoce morza" - przystaliśmy na propozycję.

Po kilku minutach na stalowy stół przywędrowała micha z gotującym się krabem z jarzynami, ośmiornicą i paroma innymi rzeczami które wpadły do wspólnego kotła. Pachniało w miarę ale jeść się niestety tego nie dało. Gotowane owoce morza to najgorszy możliwy sposób ich podania. To jak kompot ze śledzi. Ciepły.

Z potrawy nie skorzystaliśmy - zmieniliśmy ją na smażoną wołowinę z kapustą kim chi, ale mimo porażki gastronomicznej zauważyliśmy ciekawą rzecz. Stoły były wyposażone w palniki gazowe a paliwo doprowadzone było do nich rurkami gazowymi sterczącymi z podłogi. Czy w Europie jest to zgodne z przepisami? U nas pewnie odległość jedzącego od rurki gazowej musi być co najmniej dwa metry, rurka pomalowana na żółto, stół i palnik powinny posiadać specjalne certyfikaty, Sanepid też by pewnie coś znalazł. Jak choćby zwykłe nożyczki z którymi kelner chodzi od palnika do palnika i tnie wszystko na drobniejsze kawałki - od mięsa, poprzez ryby, gotującego się kraba itd. W Europie musi być w restauracji osobna deska do krojenia jarzyn, osobna do mięs, nawet noże muszą być osobne i posiadać różnokolorowe rączki żeby kucharz się nie pomylił a instrukcja co do kolorów musi być wywieszona w widocznym miejscu w kuchni - to nie jest żart, tak jest na prawdę.

A tu? Nic z tych rzeczy. No i lokal nie ma wymaganych 2,80 metra wysokości - jest koreańsko niski, całkowicie NIENORMATYWNY.

Światła Times Square
Światła Times Square
© Paweł Zgrzebnicki

Światła Times Square

Na każdym kroku zaczynam dostrzegać różnicę pomiędzy ułożoną, sklasyfikowaną, znormalizowaną Europą a tutejszym naturalizmem, który przecież obecny jest także wszędzie indziej - w Azji, Afryce, Ameryce Południowej... Mam jeszcze za mało danych, bo to dopiero pierwsze godziny, ale coś wyraźnie mi tu "nie gra". Tak jak napisałem na razie jest to mgliste odczucie, którego jeszcze nie sposób ubrać w pełni w słowa ani sklasyfikować jednoznacznie, ale coś chyba jest na rzeczy. A do tej pory myślałem, że taka "elegancja" i standaryzacja to kwestia stopnia rozwoju regionu, pewnej kultury konsumpcji, produkcji i obsługi konsumenta. Narzucona co prawda odgórnie, ale w trosce o zachowanie pewnej spójności, bezpieczeństwo i ład społeczny a w szczególności porządek na linii producent-konsument. Ale 88% ludności świata nie może się chyba mylić w sposobie podejścia do prowadzenia handlu - chyba więc zbiurokratyzowane normatywy europejskie nic nie mają wspólnego z rozwojem - a skoro nie z rozwojem to może z niedorozwojem?

Ehh.. znowu te jałowe rozważania. A co z doznaniami estetycznymi?

Wieczorem poszliśmy na Times Square - CZAD! Orgia świateł - rozświetlone biurowce, reklamy, sklepy - kosmos! Wrażenie nie-do-o-pi-sa-nia. Tak jak faraonowie stawiali monumentalne budowle aby skruszyć ich przytłaczającą wielkością wrogów, tak po wejściu na Times Square późnym wieczorem widać że weszliśmy do centrum współczesnego imperium.

"Jeśli wątpicie w naszą potęgę, spójrzcie na nasze budowle" - słowa okrutnego Timura, które ten kazał wyryć na bramie swojej stolicy przed siedmiuset laty, dziś pasują do nowojorskiego Manhattanu jak gdyby to właśnie tu starożytny władca je wypowiedział.

[8 sierpnia 2009]

Zwiedzanie dużych miast to nie lada wyzwanie, szczególnie w lecie. Upał i konieczność pokonywania dużych odległości to zadanie ponad miarę dla wielu turystów - dla nas również. Dawno temu przyjęliśmy za regułę używanie do tego celu specjalnych autobusów. We wszystkich większych miastach świata firmy oferują "sightseeing tours" - za kilkadziesiąt dolarów otrzymujesz bilet ważny co najmniej dwa dni, uprawniający Cię do wsiadania i wysiadania dowolną ilość razy na trasie autobusu. "Double Decker" (bo większość tych pojazdów to właśnie autobusy piętrowe) ma odkrytą górną platformę tak, że siedzisz sobie bracie (lub siostro droga) jak król (królowa) i za nic nie odpowiadasz. Wiozą Cię po całym mieście, opisują wszystkie ważne miejsca a Ty możesz sobie w każdym momencie wysiąść i dogłębnie eksplorować okolicę.

Także tym razem nasza reguła stała się rzeczywistością i późnym rankiem (w zasadzie bliżej południa, bo trzeba było odespać podróż) ruszyliśmy na zwiedzanie Wielkiego Jabłka.

Budowa Freedom Tower w miejscu zburzonego World Trade Center
Budowa Freedom Tower w miejscu zburzonego World Trade Center
© Paweł Zgrzebnicki

Budowa Freedom Tower w miejscu zburzonego World Trade Center

Po szybkim skontestowaniu chińskiej dzielnicy i paru innych mniej spektakularnych obszarów, dotarliśmy do Ground Zero - miejsca gdzie 11 września pamiętnego dwutysięcznego pierwszego roku zawaliły się dwie wieże World Trade Center. Luka wielkości kilkudziesięciu tysięcy metrów kwadratowych robi ogromne wrażenie - wśród wszędobylskich drapaczy chmur taka wyrwa wydaje się czymś zupełnie nienaturalnym. Kiedy patrzę na to miejsce i wyobrażam sobie jak musiało wyglądać całe zdarzenie - ciarki przebiegają mi po plecach.

Teraz Ground Zero to jeden wielki plac budowy, zamknięty dla odwiedzających. Powstaje tu Freedom Tower przypominający światu, że ten kraj nie ulegnie aktom agresji i terroryzmu.

W pobliżu byłego WTC różne organizacje nawołują odwiedzających to miejsce do opamiętania - zamydlono nam wszystkim oczy! Rzeczywistość nie wyglądała tak, jak przedstawiono ją w mediach! W sprawie ataku terrorystycznego należy przeprowadzić nowe, rzetelne dochodzenie - rząd uknuł spisek i zatuszował całą sprawę!

Przyznać trzeba że aktywiści zorganizowani są doskonale - rozdają ulotki, broszury a nawet filmy:

  •     —   "Weź" - wręcza mi płytę DVD jeden z agitatorów - "zobaczysz to czego nigdy nie pokazano w telewizji - dowiesz się prawdy".

Co dziwne (oczywiście dla mnie wychowanego na terenie PRL i RP), nikt z władz nie interesuje się wystąpieniami. Może to taka taktyka knującej spisek władzy? Uznać aktywistów za nieszkodliwych wariatów i pozwolić im działać? A może po prostu wolność słowa sprawia że agitatorzy nie zostają otoczeni przez tłum kordon policjantów? Tak czy inaczej - działają swobodnie - każdy z nich mówi to co myśli a nie są to pochlebne dla władzy stwierdzenia.

  •     —   "Wiesz że Obama jest kuzynem Dicka Cheneya?" - woła do mnie młody człowiek - "powiedziała to żona samego Cheneya w telewizji!" - demaskuje spisek na szczytach władzy. "Wszystko jest ustawione!" - gromko zrywa kajdany niewiedzy rozdając kolejne ulotki.

Oświeceni politycznie poszliśmy dalej - w kierunku zabytkowego St. Trinity Church i na Wall Street - pod siedzibę nowojorskiej giełdy. Vis-a-vis znajduje się Federal Hall National Memorial - miejsce gdzie George Washington jako pierwszy objął urząd prezydencki. Tu odpoczęliśmy chwilkę robiąc pamiątkowe zdjęcia z Panem Waszyngtonem i podreptaliśmy dalej w kierunku kolejnego przystanku naszego autobusu.

  •     —   "Jesteś w jakimś gangu?" - zapytał z nieskrywanym zainteresowaniem młody chłopak sprawdzający przy wejściu do pojazdu bilety.
  •     —   "Nie" - odparłem zdziwiony i popatrzyłem pytająco wzrokiem na przyglądającego mi się biletera.
  •     —   "To po co Ci to?" - wskazał na czerwoną bandanę którą miałem na głowie.
  •     —   "Chroni przed słońcem" - odpowiedziałem lekko rozdrażniony i wlazłem do środka.

"Co za debil" - pomyślałem - nie ma jak stereotyp. Gdybym był ubrany w galabiję już pewnie by dzwonił po policję że terrorysta zamierza wysadzić w powietrze Manhattan.

Po chwili jednak całe zdarzenie wydało mi się kompletnie absurdalne i zaczęło śmieszyć. Można się tu pewnie nieźle urządzić podkładając się pod pewne stereotypy - ale to inna bajka do rozważań...

Późnym popołudniem weszliśmy na Siódmą Aleję - tam gdzie spotyka się ona z Broadwayem, orgia świateł, reklam i wszelkiej maści billboardów nie pozwala oderwać oczu od tego wspaniałego (przynajmniej dla mnie) festiwalu komercji.

Afro-amerykańscy Izraelici demaskują prezydenta-szatana
Afro-amerykańscy Izraelici demaskują prezydenta-szatana
© Paweł Zgrzebnicki

Afro-amerykańscy Izraelici demaskują prezydenta-szatana

Idziemy dalej a tu na rogu sześciu czarnych (tzn. afro-amerykanów) w strojach ni to rycerzy ni jakichś średniowiecznych wojowników, z gwiazdami Dawida na piersiach urządza kolejną agitację:

  •     —   "Obama jest diabłem! Czarnym diabłem!" - krzyczy na całą ulicę Izraelita pokazując tablicę ze zdjęciem prezydenta z domalowanymi rogami.
  •     —   "Nie został wybrany, został wytypowany!" - gromi dalej (w oryginale brzmiało dużo bardziej chwytliwie: "He was not elected, he was selected").

Przez pierwsze kilka chwil nie mogłem się zorientować o co chodzi ale wkrótce zauważyłem kolejną tablicę opisującą teorię dwunastu zaginionych plemion Izraela - tą samą z której korzysta ruch Rasta na Jamajce. Choć w sumie było dwanaście plemion a zgubiło się dziesięć, murzyńscy rycerze postanowili uznać za zaginione wszystkie. Zagadka czarnych Żydów na środku Manhattanu w końcu się rozwiązała. Nie wiem co prawda co ma do tego Obama, ale przemówienie było bardzo atrakcyjne. Demonstranci dysponowali różnorakimi pomocami demonstrującymi ogólną słuszność poglądów - na przykład pięknym, powiększonym zdjęciem jakiegoś kodu paskowego z zakreślonymi w czerwone kółka kolejnymi cyframi 666. Szatan jak nic.

Swoją drogą znów pomyślałem o polskich realiach - gdyby tak w centrum grupa ludzi wyciągnęła portret Prezydenta RP i objawiła ludności że jest szatanem, to co by się stało?

Zaczęło się ściemniać, poszliśmy więc wolnym krokiem w kierunku pięknego Bryant Park, gdzie po intensywnym dniu przygód zalegliśmy podziwiając lśniące światłami drapacze chmur.

[9 sierpnia 2009]

The Abyssinian Baptist Church
The Abyssinian Baptist Church
© Paweł Zgrzebnicki

The Abyssinian Baptist Church

Dzisiaj niedziela! A co robić w Nowym Jorku w niedzielę? Jeśli kochasz muzykę, to koniecznie powinieneś odwiedzić jeden z kościołów w Harlemie - czarnej dzielnicy słynącej między innymi z barwnych mszy z chórami gospel.

Najsłynniejsze z takich miejsc to The Abyssinian Baptist Church mieszczący się przy 137 ulicy, pomiędzy alejami Siódmą i Lenoxa. Ubraliśmy się więc elegancko i poszliśmy w kierunku metra licząc na zaznanie słodkiej muzycznej radości a pewnie i odrobiny rozgrzeszenia, jako że zmierzaliśmy w kierunku zgodnego z upodobaniami nie tylko czarnych muzyków ale też samego Najwyższego.

Ale zaraz... jak para białasów będzie powitana w Harlemie? To pytanie gdzieś w nas tkwiło, ale natrętnie pojawiające się możliwe odpowiedzi (szczególnie te mniej przyjemne) tłumiliśmy racjonalnym stwierdzeniem, że gorzej niż na Jamajce na pewno nie będzie. A skoro przeżyliśmy w Kingston Town - damy radę i tutaj.

Pół godziny później wysiedliśmy z metra i poszliśmy na poszukiwanie celu.

Dziwnie jakoś. Pusto. Obdarte takie te ulice - miejsce bardziej przypominające przedmieścia z szerokimi dwupasmowymi ulicami niż to czego się spodziewaliśmy - gdzie my jesteśmy? Na szczęście w pobliżu stał radiowóz, skierowałem się więc do stróżów prawa z prośbą o poradę.

  •     —   "Szukam kościoła Baptystów. Przy 137...." - zagadnąłem.
  •     —   "Hmm... nie ma tu takiego czegoś" - odparł zdziwiony sierżant i spojrzał podejrzliwie.
  •     —   "Musi być." - nalegałem - "przecież tu jest 137 ulica, tak?"
  •     —   "No tak, ale kościoła nie ma" - odparł policjant.
  •     —   "Ja mam tu zapisane, że pomiędzy 7 aleją a Lenoxa - gdzie one są?"
  •     —   "A to po stronie Manhattanu, nie tutaj" - wyjaśnił pan z radiowozu, a ja dalej nie za bardzo kojarzyłem.
  •     —   "Myśmy właśnie przyjechali z Manhattanu. Czy to jest Harlem?" - spytałem czując że chyba pomyliliśmy drogę.
  •     —   "Nie Harlem, tylko Bronx" - wyjaśnił zagadkę obdartej rzeczywistości policjant.

No tak - dobrze, że podobna pomyłka nie zdarzyła się o północy, ale kto wie co gorsze? Harlem czy Bronx? W sumie ani jednego ani drugiego zupełnie nie znam, mam jednak pewne mgliste podejrzenie że szybciej po gębie można dostać w Nowej Hucie niż tutaj, chociaż... wolałbym tego nie testować - czym prędzej udaliśmy się więc wskazanym szlakiem do metra i dalej robiąc kolejne dwie przesiadki autobusowe dotarliśmy na właściwe miejsce (porada dnia: w autobusie używaj tylko drobnych - banknoty nie są przyjmowane).

Im bliżej celu tym więcej nobliwych czarnoskórych pań ubranych w białe eleganckie suknie i równie eleganckie białe kapelusze. Wszystkie dostojnie zmierzają to swoich kościołów - to znak, że w końcu obraliśmy dobry trop!

Ale gdzie ten słynny Harlem? Gdzie zapisana sprayem na murach historia gangów? Gdzie to ponure czarne getto?

Nie ma. Za to są odnowione kamieniczki, posprzątane ulice, starsze panie drepczące na mszę. Burmistrz Giuliani musiał mieć rzeczywiście twardą rękę, skoro udało mu się wprowadzić tu taki porządek. Może gdzieś wewnątrz dalej trwa wojna gangów a ulice przypominają pole bitwy skąd biały nie ma szans wyjść żywy, ale na pierwszy, drugi i trzeci rzut oka nic na to nie wskazuje. Za mało danych żeby generalizować, ale na pewno w niedzielny poranek biały turysta może spokojnie przyjść tu na spacer.

Pod kościołem baptystów tłum. Wierni akurat wychodzą z kościoła:

  •     —   "Do widzenia Pani Smith."
  •     —   "Do widzenia John" - pani wychodząca z kościoła żegna stojącego przy wyjściu kościelnego.
  •     —   "Miło że spadłeś Ron. Jak twoja żona?" - pyta kolejnego wiernego oddźwierny.
  •     —   "Dobrze dziękuję. Wspaniała msza!" - odpowiada pytany.

I tak właśnie biegnie tu życie. Po sąsiedzku. Wszyscy się znają, niedzielna msza to okazja to rozmów. Mimo, że to centrum wielomilionowej metropolii widać, że wszyscy w okolicy się znają a kościół skupia ludzi wokół tego samego cotygodniowego celu.

Oprócz wiernych - sporo turystów - widać nie tylko my wpadliśmy na pomysł posłuchania gospel w oryginalnym wydaniu.

  •     —   "Dziś nie wejdziecie" - informuje stojący na zewnątrz kościelny - "Wszystkie miejsca są już zajęte. Kościół jest pełny" - ucina spekulacje twardo, a nam nie pozostaje nic innego jak szukać innej, mniej znanej świątyni.

Tuż za rogiem akurat zaczyna się msza w kościele metodystów - najstarszym czarnym kościele w stanie Nowy Jork - założonym w 1796 roku Mother African Methodist Episcopal Zion Church. Widząc że drzwi zamykają się za ostatnimi wchodzącymi wiernymi, podbiegamy do wejścia i jako ostatni goście wpychamy się do środka - cel został osiągnięty.

Ciężko za pomocą słowa pisanego oddać piękno śpiewu, muzyki i całego klimatu towarzyszącego nabożeństwu w Harlemie. To trzeba zobaczyć, usłyszeć i przeżyć. Było niesamowicie, ale żeby nie poprzestać na trywialnych estetycznych zachwytach, z reporterskiego obowiązku zanotuję co następuje.

Msza z chórem gospel
Msza z chórem gospel
© Paweł Zgrzebnicki

Msza z chórem gospel

Obrządek mszy różni się znacznie od katolickiego - nie ma ustalonej, powtarzanej na każdej mszy liturgii. Jak wiadomo, w kościele katolickim co tydzień jest tak samo, tylko kazanie się różni. Tu w zasadzie jest tylko kazanie a nawet dwa kazania w ciągu całej mszy. Obrządek zaczyna się od śpiewu - chór, soliści i grający na ogranach wznoszą się na wyżyny muzycznego kunsztu, podnosząc znacznie temperaturę wśród wiernych. Zebrani klaszczą z uznaniem (owacje też nie są dopuszczalne na Starym Kontynencie) a kaznodzieja zaczyna swoją mowę. Ileż ekspresji w tym co mówi! Krzyczy, wymachuje rękami, zniża ton do szeptu, żeby zaraz podnieść głos i gromko zawołać:

  •     —   "Jezus jest naszym Panem! Czas się obudzić i czytać Znaki!"

Na to tłum klaszcze i przytakuje:

  •     —   "Racja! Tak! Jezus jest Naszym Panem!"

Kolejna niespotykana w katolickim obrządku forma to właśnie swoisty dialog jaki prowadzi pastor z wiernymi - on przekazuje nauczanie a wierni wykrzykują słowa uznania. W tym samym czasie organista zagrywa zgrabnie wstawki gospelowe tak, że wszystko brzmi jak jazzowe "przepowiadanie" - mimo że chór nie śpiewa, kazanie pastora, odpowiedzi wiernych i akompaniament organów same w sobie tworzą wspaniałe jam session.

Pod koniec mszy obrządek zbiega się w treści z katolickim - czas na sakrament do którego pomocnicy kaznodziei zachęcają wiernych:

  •     —   "Zechcesz z nami przyjąć komunię?"- kościelny chodzi między ławkami i namawia zebranych do podejścia do ołtarza. To następny przykład interakcji z wiernymi, która na katolickiej mszy nie występuje.

Sama komunia też jest inna - tu pod dwoma postaciami - chleba i wina a w rzeczywistości opłatka i czegoś czerwonego co z pewnością nie ma procentów i bardziej przypomina sok, ale w końcu symbol się liczy a nie treść trunku. "Wino" podawane jest w jednorazowych plastikowych kubeczkach wielkości naparstka. Wierni sami częstują się sakramentem - nikt nikomu nie wkłada go do ust.

Na koniec - a jakże - chór, śpiew, wielka radość i spontaniczne oklaski - msza w Harlemie to prawdziwy cymes dla duszy!

Panorama Nowego Jorku z tarasu widokowego Empire State Building
Panorama Nowego Jorku z tarasu widokowego Empire State Building
© Paweł Zgrzebnicki

Panorama Nowego Jorku z tarasu widokowego Empire State Building

Po południu pokrzepieni duchowo wybraliśmy się na spacer po słynnym moście brooklińskim - wybudowanej w 1883 roku neogotyckiej konstrukcji łączącej Manhattan z sąsiednim brzegiem.

Późnym wieczorem (a w zasadzie już w nocy, bo była prawie jedenasta) wjechaliśmy na 86 piętro Empire State Building aby stamtąd podziwiać rozświetloną panoramę Nowego Jorku. Surrealistyczna panorama lśniących blaskiem nocnych świateł drapaczy chmur powala z nóg. Tu, wyświechtane być może określenie miasta jako stolicy świata staje się realnym przeżyciem. Ani grama w nim przesadny, choć widok i wrażenie są tak absurdalne, że łatwo pomylić je ze snem o innej planecie. Patrzysz kilkaset metrów w dół, w bok, dookoła - wszędzie las wież - wszystkie rozświetlone. W dole neony, ruch uliczny, samochody jak kropki zlane w barwny potok. Wszystko utopione we mgle światła - niczym sterczące z parującej blaskiem otchłani. Poświata jak półprzeźroczysty dym unosi się do samej góry tracąc z każdym metrem wysokości swą moc - zalewa monumentalne miasto w dole, a tu w górze słychać jedynie ciszę.

Na romans i poezję nagle mi się zebrało ale żeby nie było że to jakieś ckliwe takie, jest też określenie krótkie i treściwe - amerykańskie w sam raz - A Million Dollar View!

[10 sierpnia 2009]

Nowy Jork to nie tylko tygiel kulturowy i wspaniała architektura. To także centrum światowego biznesu. Z czegoś trzeba żyć, więc korzystając z okazji odbyliśmy kilka eleganckich spotkań z ludźmi z którymi na codzień łączy nas czysto wirtualna komunikacja. Jednym z pretekstów do całego wyjazdu było zaproszenie na pewną konferencję i przyjęcie które mieliśmy zaszczyt odebrać kilka tygodni wcześniej. Tak więc grzecznościom i ukłonom nie było końca i prawie cały dzień upłynął na poprawianiu krawata i uściskach dłoni. Nic co nadawałoby się do relacji turystycznej, ale na szczęście dzień uratowaliśmy kilkugodzinną wycieczką do największego nowojorskiego parku.

Central Park
Central Park
© Paweł Zgrzebnicki

Central Park

Central Park - bo o nim właśnie mowa - zajmuje powierzchnię 341 hektarów i znajduje się w samym środku Manhattanu. W centrum dzielnicy w której króluje beton i stal pod koniec XIX wieku założono park w którym widok wielkiego miasta zasłania 26 tysięcy drzew. Tu odpoczywają Nowojorczycy, jest to nie tylko miejsce medytacji i relaksu ale także różnorakiej maści rozrywek i wydarzeń kulturalnych. Można znaleźć tu karuzele, place zabaw dla dzieci, boiska do baseballa i korty tenisowe. Są piękne alejki i stawy, sadzawki, ławeczki i czego dusza tylko zapragnie. W Central Parku odbywa się mnóstwo imprez - koncertów, zawodów, konkursów, występów, są też cykliczne - również darmowe - kursy tańca (np. co piątek lekcje tanga), odczyty poezji (takie jak cotygodniowe spotkania przy pomniku Shakespeare'a) i inne imprezy których nie sposób spamiętać.

W Central Parku nakręcono nieliczoną ilość scen do różnych filmów a okoliczne apartamenty zamieszkują najwięksi tego świata - Woody Alen, Angelina Jolie, Brad Pitt, Steven Spielberg i spora ilość ich kolegów po fachu i nie tylko. Na terenie parku znajduje się także miejsce upamiętniające śmierć Johna Lennona - w pobliżu kamienicy w której mieszkał (Yoko Ono do dziś ma tam sześć apartamentów i administruje całym budynkiem), na skraju parku ułożono mozajkę z napisem "Imagine", gdzie zawsze leżą świeże kwiaty od wielbicieli wielkiego Beatlesa. Początkowo, aby oddać cześć pamięci muzyka, fani zbierali się na miejscu zbrodni - jak pewnie wszystkim wiadomo, Lennon został zastrzelony przed wejściem do swojego domu. Z przyczyn dość prozaicznych (w tym miejscu chodnik jest wąski, dom znajduje się na ruchliwym skrzyżowaniu), pani Ono zapłaciła władzom miasta milion dolarów za zgodę na umieszczenie mozaiki kilkadziesiąt metrów dalej - w Central Parku właśnie. Miejsce nazwano Strawberry Fields - znów na cześć muzyka, nazwę zapożyczając z jednej z piosenek Beatlesów inspirowanej sierocińcem o tej samej nazwie. W Central Parku truskawek (ani sierocińca) nie ma, ale nazwa przyjęła się doskonale.

Zwyczaj prywatnego sponsoringu jest regułą w przypadku Central Parku - to właśnie z prywatnych datków jest on utrzymywany w całości. Władze miasta nie dają na to miejsce ani centa. Skąd więc pieniądze? Każdy może coś sensownego ufundować - na przykład Michael Jackson zbudował plac zabaw i wpłacił do budżetu niemałą sumkę. Za jedyne 10 milionów, każdy może postawić tu pomnik bliskiej mu osobie - chętnych nie brakuje a miejsca jest dużo. I tak właśnie park sobie radzi. Nie tylko duże kwoty wytyczają przyszłość skweru - wiele fundacji zbiera datki od obywateli miasta, sporo wpływów park notuje za sprawą opłat za świadczenie usług turystycznych - zgody na oprowadzanie i obwożenie rikszami turystów, wjazd dorożek i tym podobnych działań.

Niestety czas gonił, umówione spotkania nie mogły być przełożone, nie poleżeliśmy przeto w błogim nieróbstwie na jednej z zielonych łąk. Po dwóch godzinach przyjemnej przejażdżki po parku, wróciliśmy do przyziemnych spraw - otoczenie zieleni zamieniliśmy na widok szkła i betonu a powiew wiatru na chłód klimatyzatorów. Na szczęście czas na biznes to tylko jeden dzień w całej podróży, jutro więc znów oddamy się odkrywczej eksploracji różnorakich atrakcji.

[11 sierpnia 2009]

Manhattan
Manhattan
© Paweł Zgrzebnicki

Manhattan

Za dwadzieścia kilka godzin wylatujemy do Vegas a przecież jeszcze nie widzieliśmy Statui Wolności!

Koniecznie trzeba było nadrobić to niedociągnięcie, z samego rana popędziliśmy więc do metra, aby w końcu wysiąść na ostatniej stacji. Stąd odchodzą promy na Wyspę Wolności - miejsce gdzie wznosi się czterdziestosześciometrowy monument, będący symbolem Nowego Jorku i całej Ameryki. Dla przybywających tu emigrantów to znak zerwania z pętami reżimu i uciemiężenia, znak swobody, wolności i niezależności.

Wszystko fajnie, ale jak się można było spodziewać, do jednej z nawiększych atrakcji Nowego Jorku tłumy walą jak oszalałe. Kilkusetmetrowe kolejki po bilety na prom, dalej masy ludzi czekających na transport... łatwo sobie wyobrazić co dzieje się na samej wyspie! Trzydziestodwustopniowy upał nie ułatwia zadania a zanosi się na kilkugodzinne stanie. Aż tak desperacko nas nie ciągnie do trochę jednak obciachowej sztampy, wybraliśmy więc nieco mniej konwencjonalną, ale dużo bardziej atrakcyjną metodę obejrzenia celu - helikopter.

W pobliżu znajduje się Heliport, skąd startują śmigłowce z pomocą których w ciągu kilkunastominutowego lotu można obejrzeć z lotu ptaka cały Manhattan a także rzeczoną Statuę wolności. Perspektywa wyborna, opcja choć nietania, warta okazała się każdego centa. Z góry Nowy Jork wygląda fantastycznie! Do tego lot helikopterem sam w sobie jest niesamowitym przeżyciem, podniebny spacer pomiędzy budynkami to coś co nie sposób będzie zapomnieć! Jeśli więc będziesz w Nowym Jorku a patrzysz z góry na lęk wysokości - koniecznie powinnieneś wybrać się w taką podróż!

Ah co to był za lot! Fantastyczny! Jak cały Nowy Jork zresztą i wszelkie wrażenia w nim związane.

Miły dla zmysłów dzień zakończyliśmy spacerem po uroczym Brooklinie, przechadzając się dostojnie między zadbanymi, pięknymi kamieniczkami w starej części najludniejszej dzielnicy Nowego Jorku.

Tym samym zakończyliśmy nasz pełen wrażeń pobyt w mieście które nigdy nie zasypia. Z pewnością tu wrócimy i to nie raz - jest jeszcze tyle do obejrzenia, że apetyt na Wielkie Jabłko szybko nam nie minie.

Las Vegas

[12 sierpnia 2009]

Automatu do gry na lotnisku w Las Vegas
Automatu do gry na lotnisku w Las Vegas
© Paweł Zgrzebnicki

Automatu do gry na lotnisku w Las Vegas

Po pięciu godzinach lotu samolot majestatycznie zbliżał się do celu. Pod nami od dłuższego czasu rozciągał się krajobraz niczym z filmu science fiction - bezkresna górzysta pustynia, co jakiś czas poprzecinana wyschniętymi dawno korytami rzek. Po horyzont nie widać niczego co miałoby jakikolwiek z cywilizacją a przecież horyzont rozciąga się na prawdę daleko, bo przecież lecimy na wysokości kilku kilometrów. Kiedy patrzę z góry na ten piękny obraz, przypominają mi się zdjęcia lotnicze Afganistanu które niedawno oglądałem - widok identyczny. Surowy krajobraz pustynnych gór przywodzi na myśl raczej inny świat a przecież takie właśnie tereny to znaczna część naszego globu. Spora część Azji, Australii i Ameryki Północnej to właśnie takie niegościnne dla człowieka ale fantastyczne zarazem przestrzenie... jest pięknie.

Nagle z wszechobecnej pustki wyłaniają się zabudowania - nie pojedyncze osady ale od razu cała mega-metropolia. Niczym baza kosmiczna na obcej planecie! To Las Vegas - miasto grzechu, zbudowanie od zera na środku pustyni, w zasadzie jedynie dzięki zalegalizowanemu tu w 1931 roku hazardowi i prężnej działalności mafii.

Lotnisko w Vegas niczym brama wejściowa do miasta nie pozostawia złudzeń - przylecieliśmy do stolicy hazardu. Automaty do gier rozstawione są na korytarzach, w halach odlotów, przylotów, w poczekalniach - słowem wszędzie. Gości witają barwne neony reklamujące najbliższe imprezy - musicale, występy, koncerty - widać jest tu wszystko, czego tylko dusza może pragnąć.

Po wyjściu z lotniska uderzył nas nieziemski upał - 42 stopnie w cieniu! No tak, to przecież pustynia! Ale masakra - ledwo można złapać oddech! Do tego całkowite zero wilgoci - gardło i oczy wysychają w ciągu pół minuty na pieprz. Na szczęście natychmiast udało nam się złapać taksówkę i...

  •     —   "poprosimy do..."

no właśnie gdzie?

Hotel Luxor
Hotel Luxor
© Paweł Zgrzebnicki

Hotel Luxor

Nie mamy przecież żadnej rezerwacji! Hoteli tu w prawdzie od groma, ale który wybrać? Jeśli to Vegas, to musi być to koniecznie coś spektakularnego. Jedziemy więc do Luxoru - monumentalnego hotelu o kształcie... piramidy! Kiedyś widzieliśmy reportaż na jego temat w telewizji, teraz nadarzyła się okazja zamieszkać w nim osobiście. Co innego jednak szklany ekran a co innego rzeczywistość. To co na filmie jest piękne, tu robi setki razy większe wrażenie. Ten hotel to na prawdę coś niesamowitego! Architekci - jak zresztą w przypadku wszystkich hoteli w Las Vegas - wznieśli się na absolutne wyżyny kunsztu, przeplatając najwyższej próby inżynierię szczytem stylistycznego kiczu. Jest więc naturalnej wielkości szklana piramida w której mieści się hotel. Do budynku wchodzi więc przez monumentalną rzeźbę Sfinksa, piękne hieroglify zdobią wszystkie ściany, rzeźby znane z Egiptu ozdabiają każdy korytarz i każdą salę, starożytne płaskorzeźby zdobią nawet windy.

Wewnątrz tłum - ogromna hala wewnątrz piramidy gości tysiące osób. Przy kontuarze recepcji kilkanaście stanowisk, gdzie tłum oczekuje na zakwaterowanie. Bardziej wygląda to jak hala odlotów na jakimś wielkim lotnisku, niż jakikolwiek hotel. Tłum, gwar, muzyka i hałas automatów do gier dochodzący z kasyna, które jest integralną częścią każdego hotelu. Kasyna nie są w jakikolwiek sposób wydzielone - to raczej hotel jest kasynem z recepcją ,restauracjami i pokojami. Budowla jest samowystarczalnym mini-miastem. Są tu sklepy, bary, restauracje, baseny, kino IMAX, wystawy, sale w których odbywają się występy gwiazd no i niezliczona ilość automatów do gier, stołów do ruletki, gier w karty, i wszelkich innych odmian hazardu.

Na szczęście dla nas, cena noclegu okazała się przystępna, miejsce do spania mieliśmy więc zapewnione. Może to znak dobrej passy? Bo ceny w hotelach są jak całe Las Vegas - zwariowane. Skaczą cały czas i potrafią zmieniać się o kilkaset procent co kilka godzin. W zależności od dnia tygodnia, aktualnego obłożenia i pewnie jeszcze kilku innych czynników za ten sam pokój możesz zapłacić 50 dolarów a chwilę później... 350! Co więcej - cen, niczym wygranej na jednorękim bandycie - nie sposób przewidzieć. Jak w kasynie - trzeba tu szczęścia albo rezerwacji z bardzo, ale to baaaardzo znacznym wyprzedzeniem. Amerykanie wakacje w Vegas planują często na rok wcześniej, wykupując je w biurach dysponujących dyskontowymi cenami z racji rezerwacji hurtowych. Jeśli natomiast ktoś wybiera się tu "w ciemno" - pierwszą ruletkę znajdzie właśnie na recepcji.

Kiedy wreszcie udało nam się zrzucić z siebie wszystkie bagaże, pomyśleliśmy, że wypada zwiedzić okolicę. Niestety po przejściu 300 metrów musieliśmy zawrócić - po Las Vegas nie sposób chodzić w dzień! Upał jest tak palący, że przyjemności oglądania miasta trzeba zostawić na noc. Klimat więc sprzyja imprezowemu charakterowi miasta - jedynym sensownym przeznaczeniem dnia wydaje się odsypianie nocnych szaleństw. Bo właśnie noc jest wyłącznym czasem kiedy można tu cokolwiek robić.

Ponieważ jednak znowu czas przesunął nam się o trzy godziny to tyłu, dziś jeszcze odpuszczamy - nocny podbój Vegas zaczniemy jutro!

[13 sierpnia 2009]

Paryż w Las Vegas
Paryż w Las Vegas
© Paweł Zgrzebnicki

Paryż w Las Vegas

A niech to! Całe przedpołudnie spędziliśmy ślęcząc przy Internecie. A miało być tak pięknie i prosto...

Tak, tak, należy się kilka słów wyjaśnienia: otóż przyjechaliśmy tu "w ciemno". Co prawda pierwszą część podróży mieliśmy dość dobrze zaplanowaną - Nowy Jork, lot do Vegas, i ... i tyle. Pomyśleliśmy, że nie ma się co napinać - na miejscu znajdziemy jakiś hotel (to akurat się udało), pożyczymy auto i sobie pojeździmy po parkach narodowych. Potem się zobaczy.

No i prawie wszystko wyszło, ale nie przewidzieliśmy, że parki narodowe dość popularne w tym czasie, a miejsc noclegowych jak na lekarstwo. Proste zadanie "zarezerwuj hotel" stało się nie lada wyzwaniem: zajęte, brak miejsc, full itd. Może więc pożyczyć domek na kółkach, czyli popularnego tu campera i śmigać po polach namiotowych?

Zajęte, brak miejsc, full ...

Śmiała idea, żeby sobie jeździć od miejsca do miejsca stała się nierealna. Przełączyliśmy się więc w tryb poszukiwania jednego miejsca z którego można będzie robić wypady w interesujące nas miejsca, czyli parki Bryce, ZionGrand Canion przede wszystkim. Z mapy wynikało że idealnym miejscem byłaby miejscowość Kanab i tam też skoncentrowaliśmy nasze poszukiwania. W końcu udało nam się znaleźć... ostatnie miejsce! Uff...

Teraz do rozwiązania pozostał problem: co dalej? Jeśli chcemy pożyczyć samochód, musimy ściśle zdefiniować liczbę dni - jeśli się spóźnimy choć o jeden - dopłacimy krocie. Pętla się zaciskała i trzeba było całą naszą przyszłość rozplanować co do dnia.

Ok - to potem lećmy na Florydę - do Miami. Ale czy są tam wolne miejsca? I czy jest powrotny samolot do Nowego Jorku w ostatni dzień? Wszystko musiało się zazębiać idealnie, łącznie z godzinami przelotów. W końcu po kilku godzinach, udało się wszystko zarezerwować i przybić ostateczną pieczęć na naszych planach.

Jak już czytelnikowi wiadomo, w dzień i tak nie ma czego oglądać w Vegas. Przedpołudnie przydało się więc na planowanie jak ulał. Chociaż... można było w tym czasie siedzieć w kasynie i wygrać milion dolarów na przykład.

Po obiedzie ciężkim jak działa Nawarony (wielki tyłki amerykanów nie biorą się z sałaty) poszliśmy w teren. Co tam upał! Trzeba działać!

Przez pierwsze dwieście metrów udawało nam się odganiać od natrętnych molestatorów wciskających różnej maści ulotki i oferujących przeróżne deale nie do odrzucenia. Niestety pod naporem sił nieprzyjaciela musieliśmy polec:

  •     —   "Jesteście małżeństwem?" - spytał Fred, lokalny naganiacz, sądząc po wieku - ze sporym stażem.
  •     —   "Tak, a co?" - spytaliśmy zdziwieni.
  •     —   "A macie to samo nazwisko w paszporcie?" - nowy przyjaciel łypnął na nasz chytrze małymi oczkami.
  •     —   "Tak, ale jakie to ma znaczenie?" - trybiki nie mogły jeszcze nam wskoczyć na właściwe miejsce.
  •     —   "To mam dla was DEAL" - rozpromienił się dziadek - "jest jeden haczyk" - ton ściszył do szeptu - "ale ja wam powiem jaki" - wyjaśniał dalej. "Otóż mieszkacie w Luxor" - zaczął swoją opowieść - "ta sama firma jest właścicielem hoteli MGM Grand, Mandalay Bay, Excalibur, New York - New York, Monte Carlo, Mirage, Treasure Island, Circus-Circus, Stratosphere..." - wymieniał po kolei wydawałoby się całe Las Vegas.
  •     —   "To muszą mieć sporo pieniędzy" - wtrąciłem.
  •     —   "O, tak" - znowu zaczął szeptem - "ci goście obracają miliardami. Mają DUUUŻOOO dolarów" - pokiwał głową z uznaniem - "i otwierają następny hotel" - wyjaśnił, ale po tym co powiedział do tej pory, nie bardzo nas to zaskoczyło.

"Chcą go wypromować, i proponują taki interes: jeśli jesteście małżeństwem i zadeklarujecie odpowiedni dochód w formularzu (nikt tego nie sprawdza przecież - nie martwcie się) - zostaniecie oprowadzeni po nowych kasynach. Dostaniecie za darmo jedzenie, picie, macie tylko słuchać i kiwać głową z uznaniem. Macie też zapewniać, że jak wrócicie do domu o wszystkim opowiecie znajomym, którzy 'na pewno tu przyjadą' i skorzystają z nowej oferty" - Fredowi zebrało się na szczerość.

"W zamian za wysłuchanie wszystkiego (a potrwa to ze dwie godziny) dostaniecie bilety na Stratosphere Tower z której widać z góry całe Las Vegas, bilet na wieczorny show i darmową wyżerę z drinkami. Wszystko warte $210 od osoby dostaniecie za darmo. Musicie tylko zapłacić podatek $40 i tu właśnie jest haczyk - ale i tak oszczędzacie $160 od osoby, gdybyście chcieli takie bilety kupić samodzielnie. To co zgadzacie się?"

  •     —   "Hmm... nie nie wiemy, właściwie... w sumie jutro rano mamy inne plany..." - zaczęliśmy ściemniać.
  •     —   "Poczekajcie chwilę" - przerwał Fred - "szefie!" - krzyknął do murzyna bez karku - "mogę dać im darmowe kupony do kasyna?"
  •     —   "Pewnie - daj im dwa!" - szef miał wyraźnie dobry humor, bo po Fredzie było widać że stało się coś nieoczekiwanego.
  •     —   "OK - macie tu dwa kupony po $50 - w sumie darmowe $100 do wydania w Casono Royale" - dał nam dwa świstki - "jak coś wygracie to mi odpalcie działkę"- roześmiał się na zakończenie.

No i tak właśnie zostaliśmy przekupieni. Najbardziej oporni na "oferty stulecia" dali się w końcu naciągnąć. A co tam - to w końcu Vegas a w dodatku deal wydaje się całkiem OK.

Dzwonnica z Placu św. Marka w Wenecji... w Las Vegas
Dzwonnica z Placu św. Marka w Wenecji... w Las Vegas
© Paweł Zgrzebnicki

Dzwonnica z Placu św. Marka w Wenecji... w Las Vegas

Co prawda rano chcieliśmy jechać na tamę Hoovera, ale niestety klamka zapadła. Ale może jednak nie?

W tej chwili jeszcze nie zobaczyliśmy światełka w tunelu, ale już następnego dnia miało się okazać, że Polak potrafi zrobić "w konia" nawet właścicieli największych kasyn w Las Vegas...

Wieczorem wreszcie wyruszyliśmy na podbój miasta. Szał! Wielkie wyświetlacze LED, orgia świateł, muzyka, tłum ludzi, miliony kasyn, tysiące fruwających ulotek, setki ulicznych artystów, nieskończony tłum turystów i całodobowy kolorowy korek uliczny. Disneyland dla dorosłych dzieci!

Kiedy oprzytomnieliśmy po pierwszym uderzeniu, powędrowaliśmy w kierunku Bellagio - jednego z najdroższych hoteli w Vegas (noc kosztuje bagatela 700 dolarów), przed którym co wieczór odbywa się pokaz tańczących fontann. Podświetlane od dołu strumienie biją do góry, na boki, wirują zgodnie w tańcu niczym giętkie baletnice, a wszystko w rytmie "Viva Las Vegas" - śpiewanej przez samego Króla Elvisa piosenki płynącej z gigantycznych głośników umieszczonych na froncie budynku.

Pokaz trwa kilka minut i powtarzany jest co pół godziny. Podobnie jak inne cykliczne atrakcje w Vegas, przyciąga tłumy gapiów, ale są ku temu powody - jest fantastycznie!

Kilkadziesiąt metrów dalej - przed hotelem Mirage wybucha wulkan! Oczywiście nie prawdziwy, ale wygląda identycznie. Monstrualna góra z której kipi lawa - podświetlana pomarańczowo-czerwonym światłem para z kipiącymi strumieniami wody wygląda nadnaturalnie doskonale. Przy rytmicznym dudnieniu bębnów ogromne płomienie buchają rytmicznie w ognistego kotła a wszystko pochłania widzów wprowadzając w mistyczny trans. Kolejne przedstawienie nie z tej Ziemi, jak wszystkie inne pokazuje najdoskonalszą próbę scenografii.

I jak przy każdym z takich pokazów - dorośli widzowie zamieniają się w małe dzieci oglądające z rozdziawionymi buziami spektakl i z niedowierzaniem kręcące głowami. Ten nierealny świat pochłania wszystkich bez reszty a dla nas w końcu staje się w pełni zrozumiałe dlaczego Las Vegas jest tak popularnym miejscem dla kilkudziesięciu milionów turystów rocznie odwiedzających miasto.

Drugiego tak bajecznego miejsca na Ziemi nie ma. Vegas jest głośne, przytłaczające, męczące, wkurzające, kiczowate i tandetne, ale jednocześnie jest absolutnie cudowne! Jak połączenie ogania z wodą - mimo że niemożliwe, w tym jedynym miejscu na świecie staje się rzeczywistością.

Zapora Hoovera

[14 sierpnia 2009]

Widok z tamy Hoovera
Widok z tamy Hoovera
© Paweł Zgrzebnicki

Widok z tamy Hoovera

Na umówione spotkanie wyruszyliśmy o wpół do ósmej rano, niczym na morfologię - bez śniadania ani kawy. Względna radość po zrobieniu interesu stulecia prysła już całkowicie a my skazani byliśmy na dwie godziny jakiejś nasiadówy i wysłuchiwania bredni reklamowych o nowym hotelu i kasynie. Wszystko co prawda miało się opłacić, ale dla odzyskania wolności byliśmy gotowi znaleźć jakąś pokrętną wymówkę i zrezygnować z wieczornych darmowych przygód.

Co więcej, na 11:00 rano mieliśmy umówiony odbiór wypożyczonego samochodu a dalszy plan zakładał zwiedzanie tamy Hoovera. Trudno - cierp ciało kiedyś chciało...

Po dowleczeniu się na umówione miejsce podsunięto nam pod nos jakiś formularz. Gdy skończyliśmy go wypełniać pani obsługująca z promiennym uśmiechem oświadczyła, że przed nami trzygodzinna prezentacja.

  •     —   "Jak to trzygodzinna?!" - uruchomiłem się nadspodziewanie doniośle - "wszystko miało zająć dwie godziny! Na tyle się zgadzaliśmy!"
  •     —   "Proszę Pana, prezentacja potrwa co najmniej trzy godziny, do tego dojazd, czas na posiłek, itp. - zajmie to Państwu całe przedpołudnie" - wyjaśniła kwaśno recepcjonistka
  •     —   "Czujemy się oszukani!" - prychnąłem na nią złowieszczo - "żądam zwrotu kosztów! Nie tak się umawialiśmy z człowiekiem który zaoferował nam Państwa pakiet promocyjny. Proszę natychmiast zwrócić 40 dolarów które wczoraj zapłaciliśmy" - poprosiłem grzecznie, ale wiedziałem że zwrot kosztów nastąpi bez żadnych dodatkowych pytań.

Tak też się stało - pani recepcjonistka nie robiąc żadnych dodatkowych uwag zwróciła zapłacony wczoraj przez nas podatek a'konto darmowych biletów i w ten sposób uwolniliśmy się od nieszczęsnego interesu stulecia.

Hola, hola! Pięniądze dostaliśmy z powrotem, jesteśmy na zero ale... nadal mamy darmowe kupony do kasyna warte sto dolarów! Był to bonus nie objęty oficjalnym kontraktem, więc na całym zamieszaniu jesteśmy sto baksów do przodu!

Tak oto (może nie na kosmiczną sumę) wyrolowaliśmy (przypadkowo ale jednak) właścicieli największych hoteli w Vegas. Polak potrafi - sto dolarów w kieszeni :) Oczywiście kupon zaraz wróci z powrotem do kasyna, bo z pewnością wszystko przegramy, ale jednak iskierka kombinatorskiej satysfakcji gdzieś się w nas tli.

No dobra, nie ma się czym chwalić, wiem... Ale to tak przez przypadek wyszło... Już będziemy grzeczni... Mimo, że aniołek podpowiada słowa skruchy, diabelska część natury dalej się cieszy. I niech tak zostanie!

W umówionym czasie odebraliśmy pięknego, dwustukonnego białego Forda Mustanga cabrio i pomknęliśmy w kierunku zapory Hoovera.

Zbudowana w 1936 roku tama jest największą taką budowlą na świecie. Dzięki niej właśnie może egzystować Las Vegas, które - paradoksalnie - mimo, że znajduje się na najsuchszym obszarze Stanów Zjednoczonych, zużywa najwięcej wody ze wszystkich miast w USA!

Elektrownia wodna zespolona z zaporą daje moc ponad 2000 megawatów, dzięki czemu metropolia pełna świateł może normalnie funkcjonować.

Efektem ubocznym budowy tamy, było powstanie sztucznego jeziora - Lake Mead - nad którym dziś wypoczywają dziesiątki tysięcy Amerykanów. To właśnie dzięki niemu można w Nevadzie oglądać częsty, surrealistyczny widok mknących autostradą samochodów ciągnących za sobą na przyczepach wielkie łodzie. Jeśli ktoś nie wie o jeziorze, widząc dziesiątki łodzi na pustyni może postradać zmysły.

Na tamę można wejść a nawet wjechać samochodem, przez jej środek biegnie granica stanów - NevadyArizony. Jak dzieci - poszliśmy sobie więc do Arizony i z powrotem, obfotografowaliśmy całą konstrukcję i wyruszyliśmy w drogę powrotną do Miasta Grzechu.

Późnym wieczorem zawitaliśmy do downdown - najstarszej części miasta. To urokliwe miejsce przyciąga raczej starszych bywalców, także sami mieszkańcy chętnie tu spędzają wolny czas. Mimo, że równie okazale kusi światłami jak nowa część Vegas - więcej tu stonowania, spokoju i oddechu. Jeśli trzymać się faktów, to w zasadzie JEST Las Vegas, bo popularny The Strip, czyli ulica Las Vegas Boulevard South, gdzie mieszczą się już wspominane wcześniej największe hotele, leży oficjalnie poza granicami miasta. Ale oczywiście to tylko oficjalny podział administracyjny - w praktyce tam właśnie kumuluje się całe rozrywkowe życie metropolii.

Niemniej downtown właśnie jest tym Vegas, które tak często pokazywane jest na szklanym i wielkim ekranie - tu właśnie mieszczą się kaplice ślubów w których każdego dnia wiąże się razem ponad 350 par. Ślub można wziąć u Elvisa, skacząc ze spadochronem, pod wodą, na statku kosmicznym Star Trek - jak kto chce. W downtown również mieści się największy na świecie ekran - przykrywający całą ulicę Fremont cylindryczny wyświetlacz o długości 300 metrów! Na ekranie odbywają się darmowe pokazy - wyświetlane są teledyski i koncerty, a każdego dnia 25000 osób z głowami zadartymi do góry patrzy w niebo oglądając fantastyczne pokazy, słuchając muzyki i tańcząc w rytmie oszałamiającego spektaklu.

Kanab

[15 sierpnia 2009]

Krajobraz Utah
Krajobraz Utah
© Paweł Zgrzebnicki

Krajobraz Utah

Dość Las Vegas! Chcemy ciszy i chwili spokoju! Wczesnym przedpołudniem wykwaterowaliśmy się z jaskini rozpusty i wsiedliśmy do naszego ognistego Mustanga. Kierunek: Kanab w stanie Utah. Tam właśnie spędzimy kilka kolejnych dni, rozkoszując się okolicznościami przyrody i zwiedzając okoliczne parki narodowe.

Przejazd zajął nam cały dzień, nie ma o czym się rozpisywać. No może z wyjątkiem jednego: jest tu przepięknie! Amerykanie mają doskonałą nazwę na takie miejsca: middle of nowhere. Droga wiedzie przez dziewicze tereny, obszary nie tknięte przez człowieka, połacie terenu od milionów lat pozostające bez zmian. Piękne góry, częściowo pustynny krajobraz, rudo-brązowe skały stojące samotnie pośród bezkresnej dziczy. Tak jak całe otoczenie - także i droga pasuje do krajobrazu wyśmienicie - prawie nie ma tu żadnego ruchu - nitka asfaltu majestatycznie ciągnie się aż po horyzont, bez ani jednego zakrętu po drodze - pustka i oddech wolności. Co kilkanaście mil mija nas Harley Davidson - symbol Ameryki, który tu właśnie pasuje jak ulał.

Kanion Bryce

[16 sierpnia 2009]

Kanion Bryce
Kanion Bryce
© Paweł Zgrzebnicki

Kanion Bryce

Cudowna pogoda - słońce, wiaterek, 26 stopni. Jakże inaczej niż w Las Vegas! Wreszcie spokój, cisza, dzika przyroda. Lepszej pogody na wyprawę do kanionu Bryce nie można było sobie wymarzyć, wsiedliśmy więc do naszego Mustanga i pomknęliśmy pustą autostradą przed siebie. 70 mil bezkresnej dziczy Utah, od czasu do czasu przerwanej jakąś małą osadą. Wzdłuż drogi puste stepy, na horyzoncie czerwone góry stołowe, co kilka mil jakaś samotna farma na której pasą się konie. Dziki Zachód jak malowany!

Uroku dodają stojące do kilkanaście mil terenowe Fordy z napisem "Sheriff" w których lokalni królowie strzegą porządku na drogach, choć wszyscy których mijaliśmy spali sobie smacznie rozłożeni na siedzeniach - ot, spokojna niedziela.

Po półtorej godziny dojechaliśmy na miejsce i tu miłe zaskoczenie:

  •     —   "Witam w Kanionie Bryce" - oświadczył ranger wychodząc z budki strażnika stojącej na granicy parku narodowego - "niczego od was nie chcę" - uśmiechnął się - "dziś zwiedzanie jest darmowe".

W ten oto sposób oszczędziliśmy 25 dolarów. Bardzo sympatyczny ten kanion - już nam się podoba!

Parki narodowe w USA są - jak większość rzeczy która służy tu ludziom - przyjazna dla użytkowników a korzystanie z nich uproszczone do maksimum. Można oczywiście pójść na piechotę i zwiedzać na butach park który ma 18 mil długości i kilkaset metrów różnic wzniesień. Ale po co?

Wygodniej autem, więc przez park biegnie pięknie utrzymana droga na której co jakiś czas drogowskaz kieruje na View Point - miejsce gdzie można zaparkować, wysiąść i zrobić zdjęcia.

Myli się ten, kto sądzi, że ujmuje to doznaniom. Punkty widokowe są tak rozłożone, że konia z rzędem temu kto znajdzie lepsze miejsca. Jeśli gdzieś jest NAJpiękniejszy krajobraz, to właśnie w View Poincie. I nie ma lepszego!

Dzięki takiemu udogodnieniu można park obejrzeć z jeden dzień - pieszo zajęłoby to chyba z miesiąc. Widoki sterczących czerwonych skał są powalające, a my jeździmy zaczarowani od jednego punktu do drugiego. Co dziwne, mimo wielkiej popularności miejsca, tłumów nie widać. Park jest wielki i dookoła panuje spokój, cisza, samochody majestatycznie pojawiają się i znikają za horyzontem, nikt nie krzyczy i nie szpanuje nowym car audio. Setki ludzi wpływające do parku każdej godziny, rozpływa się gdzieś w niebycie.

Ponieważ takie widoki lepiej oglądać niż opisywać - a szczerze mówiąc autorowi brakuje tego i owego (warsztatu szczególnie, o talencie nie mówiąc) aby w słowach ująć piękno krajobrazu - odsyłam do galerii zdjęć. Bryce jest przepiękny!

Po całym dniu zwiedzania - a jakże - podjechaliśmy do sklepu z pamiątkami. A co! Trzeba coś postawić na półce jak wrócimy!

I tu proszę szanownych państwa, lekkie rozczarowanie. Cepeliada na całego. Krupówki i Sukiennice razem wzięte, zmiksowane i skoncentrowane na sam koniec. Ale nic to jeszcze. Skoro można kupić ciupagę i Lajkonika, to można i figurkę Indianina, skoro nic innego nie ma. Ale.... wszystko - nie do wiary - Made in China! Każdy przedmiot mający przywoływać wspomnienia rdzennej Ameryki zrobiony małymi chińskimi rączkami! Za miskę ryżu oczywiście :)

Rozpacz - plastikowe niedźwiedzie, Indianie, kowboje, nylonowe dream catcher'y, myśliwskie czapki ze sztucznego tworzywa zamiast futra - zgroza!!!

Zrozpaczony podszedłem do porządnie wyglądających kurtek i płaszczy - impregnowane, stylowe, wreszcie wyglądają na miejscową robotę. Biorę do ręki metkę, patrzę a tu... Made in China!

Ratując resztki honoru producent pisze "Designed in USA", ale pod spodem po oczach bije katastrofalne "Made in China" właśnie.

I tyle jeśli chodzi o pamiątki z Dzikiego Zachodu. Teraz doceniam napis, który widziałem wczoraj przy jednym ze sklepów: "NOT Made in China". Wczoraj wydawało mi się to zabawne - dzisiaj doceniam szczerość i mam nadzieję, że na taki właśnie emblemat natkniemy się jeszcze w tej podróży choć raz.

Wielki Kanion

[17 sierpnia 2009]

Kanion Kolorado od strony północnej
Kanion Kolorado od strony północnej
© Paweł Zgrzebnicki

Kanion Kolorado od strony północnej

Kolejny piękny dzień - czas na kolejny piękny park. Dziś serwujemy Wielki Kanion Kolorado!

Po dwóch godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce od mniej popularnej wśród zwiedzających strony północnej. Nie ma tu View Pointów na które można by wjechać samochodem - jak Pan Bóg przykazał, trzeba wszystko zrobić na butach. Tak też uczyniliśmy i cały dzień zafascynowani gapiliśmy się w bezkresne przepaście pięknego Kanionu. I znów ten sam problem biednego kronikarza - co tu opisywać, kiedy słów brakuje na oddanie piękna obrazu? Po raz kolejny zapraszam do galerii, choć i na zdjęciu rzeczywista, powalająca głębia przestrzeni nie znajdzie odbicia. Pozostaje mi życzyć Czytelnikowi, żeby osobiście tu kiedyś zawitał - park wart jest swojej sławy a my za dwa dni planujemy zaatakować go od strony południowej. Żeby się tam dostać musimy dołożyć 170 mil w tę i z powrotem ale dla takich widoków - bez żadnej wątpliwości warto!

Park Narodowy Zion

[18 sierpnia 2009]

Park narodowy Zion
Park narodowy Zion
© Paweł Zgrzebnicki

Park narodowy Zion

O pięknie poranków w Utah nie będę się rozpisywał, bo Czytelnikowi wydać się może to już nieco nudne. Niemniej nas ta pogoda i okoliczności przyrody bynajmniej nie nużą. Jeśli by nie daj Boże zaczęły - zawsze mamy w zanadrzu wspomnienia o stalowoszarych, zimnych miesiącach w Krakowie. Zapodamy sobie kilka takich retrospekcji a fascynacja piękną pogodą będzie jak nowa!

Trzydzieści dwie mile od naszej bazy wypadowej znajduje się park narodowy Zion będący kolejnym celem naszej eksploracji. Mimo, że okolica w zasadzie ta sama, okazało się że jest on zupełnie różny zarówno od Bryce jak i od Wielkiego Kanionu. To niesamowite, jak przyroda na tak małym obszarze może zbudować tak różne w charakterze formy, jednocześnie mające wspólny charakter,

No tak... zanim te porównania, najpierw wypada parę słów o samym parku Zion. Pod koniec XIX wieku przybyli tu Mormoni, którzy urzeczeni rajskim pięknem miejsca nadali mu nazwę Syjon (ang. Zion). Miejsce jest faktycznie cudownie piękne - nazwa Mormonom udała się w sam raz.

Na początku XX wieku obszar objęto ochroną uznając go za park narodowy (co jest nie lada wyróżnieniem, bo zawsze mogło paść na szczebel niżej, czyli park stanowy). Główną atrakcją parku jest Kanion Zion w którym czerwono-rude skały piętrzą z obu stron małej, płynącej pośrodku rzeki.

Przez park prowadzi malownicza droga do której budowniczowie dodali występującego tu rudo-brunatnego kruszywa skalnego. W rezultacie droga nie dość że owija malownicze scenerie, to jeszcze sama jest niezwykle piękna, bo zamiast czarnego asfaltu, pod kołami samochodu wije się buro-rdzawy dywan, idealnie komponujący się z identycznym kolorem otaczającej przyrody.

To co stanowi o pięknie Zion, to rzeźba wszechobecnych skał. Za sprawą cieków wodnych i kilkunastu milionów lat przeróżnych wypiętrzeń, teren pokrywa coś na kształt pustyni skalnej złożonej z pofałdowanych warstw. Tak, jakby ktoś położył na lekko górzystym terenie wielkie rude rozwałkowane ciasto do pizzy, a następnie na nim położył kolejne, potem jeszcze kolejne... I tak warstwa po warstwie, delikatne płynące linie cienkich warstw skalnych układają się w obraz jak gdyby namalowany delikatnie falującymi pociągnięciami pędzla. Z takich smug właśnie składają się tu wszystkie skały. Zion to cały rudo-czerwony świat, jak gdyby warstwa po warstwie ułożony z plastelinowych placków. Z pewnością zasłużył na rajski przydomek.

W górze kanionu utarty szlak się kończy - dalej trzeba iść w górę lodowatej rzeki brodząc w wodzie. Najpierw po kostki, potem, ostrożnie stąpając po śliskich kamieniach zanurzonym po pas. To jedyna droga do końca kanionu, gdzie rzeka w końcu zanika a jego urwiska schodzą się razem ocierając o siebie malownicze wstęgi ścian.

Swoje piękno park zawdzięcza przede wszystkim wodzie, rzeźbiącej piękne formy tak złudnie przypominające malunki. Mimo, że w Utah deszcz pada dość skromnie, opad wsiąka w piaskowo-iłowe podłoże aby potem przesączyć się i dotrzeć do skały. Tam woda skrapla się i spływa wąskimi strużkami w poprzek tworząc piękne obrazy. Cały proces - od opadu deszczu do spłynięcia kropli po skale trwa jedyne... 1200 lat. Ale co to w porównaniu do 13 milionów? (Na tyle właśnie datowany jest cały proces geologiczny parku Zion).

"Kropla drąży skałę" - w tym miejscu przysłowie nabiera na prawdę nowego wymiaru. 229 mil kwadratowych powierzchni i 800 metrów głębokości pięknych malunków naskalnych... wszystko wyrzeźbione wodą. Kropla po kropli...

Zacząłem od porównań, na nich więc należałoby skończyć. Mimo, że parki Bryce, Zion i Grand Canyon położone są na tej samej wyżynie Kolorado, mają całkowicie różny charakter. Nie sposób uwierzyć, że na tak małym obszarze, z ziemi wyglądającej identycznie (wszędzie te same czerwone skały) można wyczarować tak różne w charakterze formy. Malowany kroplami wody Zion, wydmuchany wiatrem i wodą Bryce i wyrzeźbiony rzeką Kanion Kolorado pokazują trzy oblicza twórczego żywiołu przyrody działającego na tym samym materiale - rudo-brązowych skałach stanów Utah i Arizona. Po ich wyglądzie możnaby pomyśleć że trzy parki narodowe znajdują się w kompletnie różnych miejscach a przecież oddalone są od siebie o kilkadziesiąt mil! Obejrzenie ich jeden po drugim nadaje ich zwiedzaniu dodatkowej jakości - pokazuje wspólne, niesamowite oblicze, niemożliwe do dostrzeżenia w każdym z nich z osobna.

Wielki Kanion II

[19 sierpnia 2009]

Wielki Kanion Kolorado od strony południowej
Wielki Kanion Kolorado od strony południowej
© Paweł Zgrzebnicki

Wielki Kanion Kolorado od strony południowej

O wpół do siódmej rano było jeszcze ciemno, kiedy wyjechaliśmy na dwustumilową trasę w kierunku południowego wejścia do parku narodowego Grand Canion. Po pięciu godzinach jazdy przez rezerwat Indian Navajo, w apogeum skwaru byliśmy u celu.

Południowa strona Kanionu Kolorado miło zaskoczyła nas swoją odmiennością od części północnej - jest tu mnóstwo punktów obserwacyjnych a asfaltowa droga wije się wzdłuż krawędzi przez kilkadziesiąt mil. Ze względu na swój atrakcyjny widokowo charakter, dużo więcej tu odwiedzających a park ma znacznie bardziej komercyjny charakter.

Do Wielkiego Kanionu przyjechaliśmy z solidnym postanowieniem zrobienia jakiejś spektakularnej wycieczki w głąb. Niestety, jak się wkrótce okazało - pozostało nam obejść się smakiem. Na terenie tej części parku można się wybrać najwyżej na krótką, 45-minutowa wycieczkę z przewodnikiem, o charakterze przechadzki przyrodniczej z kształcącymi opowiadaniami o florze, faunie i geologii tego uroczego miejsca.

Jak wszystkie zwiedzane do tej pory parki narodowe USA, także i ten, mimo swojego niezaprzeczalnego piękna, przypomina raczej miejsce rodzinnych wycieczek krajoznawczych aniżeli dziką, niedostępną przestrzeń. Sunące asfaltową drogą minivany pełne ciekawskich rodzin z dziećmi, mamy upominające swoje pociechy aby nie podchodziły zbyt blisko krawędzi, barierki, tabliczki informacyjne, itd, itp. Wszystko piękne, ułożone, bezpieczne, punkty widokowe osaczone ze wszystkich stron hordą ciekawskich turystów. Matki z dziećmi, niepełnosprawni na wózkach inwalidzkich, emeryci, renciści i młode pary - ciężko w tym tłumie dostrzec stereotypowy model turysty znany z polskich szlaków. To tak, jakby człowiek dołożył wszelkich starań do zmiany pięknej dzikiej przyrody w muzeum lub swego rodzaju zoo, gdzie wśród asfaltowych dróg i parkowych alejek, grzeczni (jak śpiewał Big Cyc - "uczesani i bezpieczni") ludzie oglądają poukładaną, oddzieloną barierkami, skrzętnie opisaną naturę a wychodząc są przekonani o tym jak bardzo dzikie bestie widzieli na własne oczy. Taki niedzielny hipermarket, gdzie całe rodziny tłumnie przychodzą w odwiedziny niecodziennej rozrywki - tu z wyższej, bo przyrodniczej półki.

A wiem co m mówię (a raczej piszę), bo przecież cztery lata temu mieliśmy przyjemność zejść na dno Kanionu Colca w Peru - jakże innego - po prostu naturalnie dzikiego, nieskażonego gramem komercji. Rejon Colca zamieszkują Indianie zachowujący się zupełnie naturalnie. Żyją skromnie, równie skromnie choć bardzo barwnie się ubierają - cały region otacza naturalny, prawdziwy folklor. Tu w Arizonie, Indianie Navajo sprawiają wrażenie jakby na siłę ktoś ich tu wepchał. Słyszałem i czytałem wielokrotnie o tragedii niemogących przystosować się do kultury białego człowieka rdzennych mieszańcach Ameryki i taka też wydaje się tu być rzeczywistość. Mimo, że rząd federalny daje Indianom sporo swobody i cieszą się tu specjalnymi względami, niespecjalnie umieją swoją pozycję wykorzystać. Szczerze mówiąc, wygląda na to, że w ogóle niewiele potrafią. Na pustej prerii stoją sobie osady złożone z kilku, kilkunastu przyczep albo drewnianych baraków - ot i wioska indiańska. Na poboczu drogi co bardziej przedsiębiorczy sprzedają koraliki, repliki tomahawków, ceramikę i miniaturki łuków - odpustową cepeliadę marnej naprawdę jakości. Nic autentycznego, wszystko sprawia wrażenie robionego na siłę, byle tylko coś wystawić. Handel odbywa się w drewnianych, niechlujnie skleconych budach. Obraz nędzy i rozpaczy. Zaczynam rozumieć absurd "Made in China" - kuriozalnie produkty wyprodukowane w Państwie Środka są dużo porządniejsze i wyglądają na wielokroć bardziej autentyczne (nawet mimo plastiku) niż te ubogie, zrobione bez pomysłu na miejscu przez rdzennych mieszkańców rezerwatu - przypominających bardziej bezrobotnych z marginesu społecznego niż dumnych autochtonów.

Zachód słońca nad Arizoną
Zachód słońca nad Arizoną
© Paweł Zgrzebnicki

Zachód słońca nad Arizoną

Wracając, zadumani nad nowymi obserwacjami przyrodniczo-kulturowymi oglądaliśmy najpiękniejszy w życiu zachód słońca nad równinami Arizony. Horyzont znaczony przez czarne o zmroku wysokie góry palił się za nimi czerwoną łuną słońca. Nie, żeby zachód był po prostu kolorowy - on się palił! Zza czarnych zarysów gór blaskiem biły wszystkie odcienie żółci, pomarańczu i czerwieni przechodząc w fioletowo czarną noc. Nad górami, niczym dym - siwe chmury o niesamowitym falistym kształcie - jakby ktoś wzdłuż całego horyzontu namalował cienką linią chmury w kształcie sinusoidy - jedna nad drugą, przesadnie regularne, jak gdyby buchający żar płomieni zza horyzontu wypychał co chwila płaską do tej pory linię ku górze.

Wynik działania prądów konwekcyjnych znad rozgrzanej prerii wyglądał absolutnie niesamowicie. To najwspanialszy widok końca dnia jaki mieliśmy okazję widzieć. Gdyby tu niczego innego nie było - do Arizony warto przyjechać choćby tylko dla zachodu słońca.

[20 sierpnia 2009]

Dzisiaj dzień upłynął pod banderą powrotu do Las Vegas. Po drodze zatrzymaliśmy się w St. George - miasteczku w którym wcześniej umówiliśmy się na spotkanie z pewnym znajomym.

  •     —   "A więc jedziecie do Las Vegas" - zagaił Troy.
  •     —   "Tak, musimy wreszcie wygrać coś w kasynie" - to wstyd, ale do tej pory jeszcze nie postawiliśmy w grze ani jednego centa.
  •     —   "Ja znam sposób - wiesz jak wyjść z kasyna z milionem dolarów?" - spytał całkiem poważnie.
  •     —   "No.. nie bardzo" - przyznałem się do fatalnej niewiedzy.
  •     —   "Trzeba przyjść z dwoma!" - błysnął zębami Troy zdradzając sekret bywalca salonów rozpusty

Dwóch milionów akurat nie mieliśmy przy sobie, więc w wieczornej ruletce musieliśmy poprzestać na kilkadziesiąt tysięcy razy mniejszej kwocie. Rachunek prawdopodobieństwa został przetestowany z powodzeniem i w ciągu godziny przegraliśmy wszystko co do centa nabijając kabzę właścicielowi kasyna, który jak zwykle wyszedł najlepiej na całym biznesie.

Miami

[21 sierpnia 2009]

Miami Beach
Miami Beach
© Paweł Zgrzebnicki

Miami Beach

Czwarta rano.... Uhhh... co za masakralna pora... Ranne godziny ze wskazówkami zegarka smętnie wskazującymi czas gdzieś w tej okolicy tarczy wyznaczają szlak cierpień wszystkich naszych wypraw.

Półprzytomni zwlekliśmy się z bagażami na dół. Ku naszemu zdziwieniu przy recepcji znów stał tłum ludzi, kasyno wcale nie było puste a życie towarzyskie kwitło w najlepsze. Dwudziestoczterogodzinna zabawa trwała w najlepsze a my po wymeldowaniu poczłapaliśmy nadal w stanie letargu do taksówki.

Wczorajsza klątwa przegranej musiała najwyraźniej echem odbić się w dniu dzisiejszym, bo efekty uboczne zaczęły nas razić od rana. Na pierwszy ogień poszedł transport na lotnisko:

  •     —   "$11,50" - oświadczył taksówkarz po zakończeniu kursu i zaraz potem dodał "Nie rozmieniam pieniędzy!" kiedy wręczyłem mu banknot studolarowy.
  •     —   "Proszę Pana, mam $10,70 drobnych a to nie wystarcza, tak? Daję więc Panu $100 i oczekuję reszty" - zacząłem tłumaczyć wydawało mi się rzecz dość oczywistą.
  •     —   "Ale ja nie mam pieniędzy żeby wydać" - oświadczył taksówkarz stawiając sytuację w pozycji pata.

Staliśmy na podjeździe dla taksówek na lotnisku, gdzie samochody mogą przebywać najwyżej minutę. Nasze targi przedłużały się i do samochodu podeszła ochrona lotniska.

Wytłumaczyłem w czym problem ale doczekałem się następującej odpowiedzi:

  •     —   "To nie wina taksówkarza, że nie ma Panu wydać. To stanowi Pański problem żeby móc zapłacić za taksówkę a nie kierowcy. Proszę iść rozmienić pieniądze do któregoś ze sklepów na lotnisku, bo ta taksówka nie może tu stać!" - wyjaśnił podminowany ochroniarz - nie podobał mu się najwyraźniej nieoczekiwanie przedłużający się postój.

Sytuacja stała się trochę nerwowa, ale na szczęście szybko rozmieniłem pieniądze i kłopot został zażegnany,

Weszliśmy na lotnisko, a tam tłum ludzi do odprawy i... tylko jedna osoba za kontuarem! Linie American Airlines, którymi i akurat wybieraliśmy się do Miami odprawiały jednocześnie dwa loty w tym jeden międzynarodowy. Kilkaset osób i tylko jedna pani z obsługi, nie dość że drukująca karty pokładowe, to jeszcze ręcznie przenosząca walizki z wagi na taśmę i robiąca za informację jednocześnie.

Na godzinę przed odlotem zaczęło się robić trochę nerwowo, bo wydawało się, że nie posunęliśmy się do przodu ani o krok. W końcu przyszła jakaś kobieta z obsługi i uformowała nowy ogonek:

  •     —   "Kto z Państwa do Miami? Proszę ustawić się tutaj" - zarekomendowała dziarsko

Ustawiliśmy się nowej "kolejce nadziei" a do odprawy przydzielono pracownika, który do tej pory zajmował się sprzedażą biletów. Nowa pani, nieco zdezorientowana nowym przydziałem starała się jak mogła ale nie szło jej najlepiej. W końcu, kiedy nadeszła nasza kolej oświadczyła:

  •     —   "Jest już za późno. Nie polecicie Państwo tym samolotem. Za godzinę jest następny z przesiadką w Dallas..."
  •     —   "To niemożliwe! Proszę Pani, byliśmy tu na dwie godziny przed odlotem! Musicie nas Państwo odprawić!" - zaczęliśmy szamotać się desperacko.
  •     —   "Przykro mi. Zostało zbyt mało czasu do odlotu. Nie zdążycie Państwo przejść przez kontrolę bezpieczeństwa i dojechać na terminal" - ucięła dyskusję kobieta - "skargi proszę kierować na www.aa.com" - dodała na sam koniec zamykając nam usta.

Co za badziewne linie! Żebyś wiedziała głupia babo, że złożę skargę! Tylko co to da?....

Dostaliśmy nowe karty pokładowe z wydrukowaną godziną odlotu "07:57". Przynajmniej będziemy mogli zjeść jakieś śniadanie...

Pokrzepieni pyszną kanapką i wstrętną wodnistą kawą podeszliśmy do ekranów, na których wyświetlane są rozkłady odlotów:

  •     —   "Odleciał..." - przeczytałem czerwony napis obok numeru nowoprzydzielonego nam lotu
  •     —   Jak to odleciał??? Przecież jest 07:00, na bilecie mamy wypisane wyraźnie, że odlot jest za godzinę!

Puściliśmy się biegiem do bramki D33 z której miano nas wyekspediować do Dallas.

  •     —   "Za-gre-bne-cke A-gny-ska Pa-ue..." - dukała akurat pani do mikrofonu wzywając nas na przez megafon.

Zaraz zaraz... Po co wzywa nas na pokład, skoro samolot już odleciał...?

  •     —   "Nie, nie odleciał" - wyjaśniła Pani uprzejmie" - "właśnie otwarliśmy bramki, wylatujemy za dwadzieścia minut."
  •     —   "Jak to za dwadzieścia? Na bilecie mamy napisane że za pięćdziesiąt a rozkład lotów mówi że samolot już odleciał..." - przestałem cokolwiek rozumieć.
  •     —   "Proszę Pana" - zaczęła metodycznie obsługująca lot hostessa - "mieliśmy wylecieć planowo o 6:50, ale mamy opóźnienie. Wyświetlacze są z góry zaprogramowane i nie wiedzą że jest opóźnienie a ja nie mogę ich teraz przeprogramować. Dlatego pokazują że samolot już odleciał" - wyjaśniała a ja nadal nic nie rozumiałem, bo przecież wielokrotnie widziałem na ekranach informacje "opóźniony", "odwołany", "zmiana bramki" i inne, bo do tego przecież te ekrany służą!. "Mieliśmy mieć godzinne opóźnienie i tak Panu podano na bilecie. W międzyczasie sytuacja się poprawiła, opóźnienie uległo skróceniu i zaraz odlatujemy" - obowiązkowy uśmiech hostessy postawił kropkę na końcu mętnego i kompletnie bezsensownego wyjaśnienia.

W samolocie zamiast cieszyć się szybkim startem, przyszło nam czekać ponad godzinę i w rezultacie nadrobiliśmy opóźnienie do wartości oczekiwanej, zgodnej z nadrukiem na bilecie, a nawet trochę większej. W Dallas wyświetlacz również pokazywał, że samolot do Miami już odleciał, ale pokrzepieni doświadczeniem kompletnie to zignorowaliśmy. I słusznie, bo "planowe opóźnienie" i absurd rodem z PRLowskich dworców PKP okazały się tutejszym zwyczajem. Wkrótce wzbiliśmy się w powietrze i odlecieliśmy w kierunku wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych.

[22 sierpnia 2009]

Miami
Miami
© Paweł Zgrzebnicki

Miami

Gdyby nie drapacze chmur i porządek na ulicach, możnaby śmiało pomylić Miami z jakimś miastem Ameryki Łacińskiej. Na ulicy częściej słychać tu hiszpański - część osób po angielsku w ogóle nie mówi. Na ulicach więcej latynosów niż białych, nawet napisy informacyjne na lotnisku są w dwóch językach. Menu w sporej części knajp jest tylko po hiszpańsku, a same restauracje serwują w większości kuchnię kubańską.

Wydaje się, że emigranci z komunistycznej Kuby stanowią większość populacji Miami, a latynoski charakter miejsca uwidacznia się na każdym kroku. Także na ulicy, gdzie samochody - co niespotykane w USA - trąbią na siebie, kierowcy denerwują się, wznoszą okrzyki i od czasu do czasu sobie wygrażają. Ot - południowy temperament. Pod względem drogowym Floryda to śmieszne miejsce - kierowcy jeżdżą "amerykańsko" (spokojnie, wolno, bezpiecznie, "dupowato" trochę) ale towarzyszą temu emocje rodem z Ameryki Południowej czy Polski chociażby. Za kierownicą mieszkańcy Miami są niecierpliwi a czasem nawet niegrzeczni, co w Stanach jest naprawdę wyjątkową rzadkością.

Samo miasto jest kompletnie nieciekawe - nie licząc wielkich drapaczy chmur i betonowej masy hoteli nie ma tu nic na czym możnaby zawiesić oko. No może poza kameralną częścią willową dzielnicy Coconut Grove, która niczym wyjątek od reguły zdaje się potwierdzać obserwacje.

Być może kilka lat temu życie tętniło tu atrakcjami, ale dziś miasto jest pustym bankrutem. Na co drugim domu widnieje napis "na sprzedaż", piękne jachty stojące w kanałach Miami również wystawione są na licytacje. Jak na tak wielką aglomerację na ulicach prawie pusto, wygląda jakby ponad połowa mieszkańców opuściła to miejsce całkiem niedawno. Część hoteli zamknięto - zbankrutowały. Budowy nowych stoją niedokończone, jakby jakaś zaraza przetrzebiła okolicę zostawiając niszczejącą infrastrukturę. Spora część lokali handlowych oklejona jest napisami "do wynajęcia"; kryzys nie ominął nawet gigantów - do rzadkości nie należą pozaklejane papierem szyby największych sieci handlowo-usługowych takich jak chociażby "Dunkin' Donnuts" czy "Mc Donnalds". Miami wygląda tak, jakby tu właśnie znajdowało się epicentrum kryzysu ekonomicznego ostatnich lat.

Zadziwieni tym osobliwym latyno-ekonomicznym obrazem, powędrowaliśmy na "Bayside Marketplace" - jak twierdził autor naszego przewodnika, miejsce znane z knajp, butików i bujnego życia towarzyskiego toczącego się w okolicy pobliskiej plaży. No i faktycznie coś się tu dzieje - knajpy są, życie towarzyskie przypominające lans i "paradę równości" może nie tyle kwitnie, ile jest w ogóle obecne, a butiki są faktycznie imponujące. Nie pod względem oferty towarowej, ale cenowo - para całkiem zwykłych dżinsów po 350 dolarów wymiotła nas ze środka natychmiast.

Takie to właśnie jest Miami - trochę dziwaczne, kulturowo przesunięte o dobre 300 mil na południe, dotknięte bankructwem, ale nadal utrzymujące poziom cenowy zawieszony gdzieś pomiędzy absurdem a niedorzecznością.

Ale, ale! Jest tu w sklepach moje tegoroczne odkrycie piwne - dominikańskie "Presidente"! A po degustacji na Angullli myślałem, że długo go nie zobaczę... I jeszcze jedna niespodzianka - za dwa dni z Przylądka Canaveral startuje prom kosmiczny Discovery! Udało nam się zarezerwować bilety (na oglądanie co prawda, nie na sam prom), więc będzie więc wrażeń co nie miara. Lot ma się odbyć o 1:36 nad ranem - niedługo czeka nas fantastyczna noc!

Key West

[23 sierpnia 2009]

Droga na Key West
Droga na Key West
© Paweł Zgrzebnicki

Droga na Key West

"Film drogi" - to właściwa nazwa dla tego co tu wyprawiamy. Większość naszych ostatnich dni polega na jechaniu ho-ho-ho-jak-daleko i wracaniu z powrotem. Mijają nas piękne krajobrazy, nić autostrady ciągnie się pod kołami samochodu a my zmierzamy do celu przekonani że na końcu jest coś, po co warto było jechać kilkaset mil.

Dziś za cel obraliśmy sobie Key West - najdalej wysuniętą na południe część Stanów Zjednoczonych, którą od wybrzeży Kuby dzieli jedynie 140 kilometrów.

Setki małych piaszczystych wysepek połączonych jedną drogą ciągnie się na południe wąskim pasmem niczym polski Hel. Wokół sielski krajobraz, zaraz za Miami znika zgiełk wielkiego miasta, a mijane miejsca do złudzenia przypominają Karaiby.

Bo przecież na rajskie wyspy stąd jest wcale niedaleko - ludzie więc podobni, wyluzowani, życie płynie spokojnie, budynki przypominają te widziane pół roku wcześniej na Antigua, Nevis czy na St. Barth. Tyle, że tutaj ze względu na wyższy poziom życia, domy są czyste, odnowione, eleganckie jednym słowem. Trawka wokół angielska a piękne białe łodzie stoją niemal przy każdej posesji.

Key West - klub dla kobiet z 1915 roku
Key West - klub dla kobiet z 1915 roku
© Paweł Zgrzebnicki

Key West - klub dla kobiet z 1915 roku

Na Key West dochodzi droga zbudowana na nasypie sztucznie przeprowadzonym pomiędzy małymi wysepkami. Na sporej części trasy, nasyp jest jedynym, jedynie kilka metrów szerszym od samej drogi kawałkiem lądu. Wokół rozciąga się morze i nawet słupy średniego napięcia stoją wtopione w wodę. Tam, gdzie było zbyt głęboko, zamiast nasypu poprowadzono mosty, takie jak ten najdłuższy - bo siedmiomilowy - łączący kawałki lądu zaraz przed Key West. Ale próżno tu szukać pełnych podziwu uniesień dla magii inżynierów wznoszącej wielkie, zatykające dech w piersiach konstrukcje - mosty unoszą się zaledwie kilka metrów nad wodą i gdyby nie nazwa "most" można by je w ogóle przegapić będąc przekonanym że to dalej nasyp.

I wreszcie po pięciu godzinach jazdy docieramy do końca trasy - na Key West, które okazuje się być uroczą turystyczną atrakcją. Miasteczko jest piękne, zadbane, stare domy z XIX wieku wyglądają jakby je wzniesiono przed chwilą. W starej knajpie w której Ernest Hemingway zasiadywał po ukończeniu kolejnych rozdziałów "Komu Bije Dzwon", kwaśny zapach drewna przesączonego przez lata wylewanym piwem nadal unosi się na tłumem gości. Nie ma tu niczego z pretensjonalnego nadęcia, stylistyki muzealnej ani dziwacznego skansenu. Key West żyje naturalnym rytmem jakby zatrzymane w czasie. Miło tu przyjechać, fajnie posiedzieć w knajpach i zakosztować przepysznej kuchni. Nie wybudowano tu odstraszających superkurortów hotelowych, atmosfera jest kameralna, po prostu swojska. Jeśli chcecie zatopić się w karaibskim zblazowaniu i odpłynąć w czasie o kilkadziesiąt lat wstecz a wybieracie się właśnie na Florydę - kierujcie się na Key West. Na prawdę warto!

Przylądek Canaveral

[24 sierpnia 2009]

Rakieta Saturn B1 w Centrum Kosmicznym NASA
Rakieta Saturn B1 w Centrum Kosmicznym NASA
© Paweł Zgrzebnicki

Rakieta Saturn B1 w Centrum Kosmicznym NASA

Stało się już pewną tradycją spędzanie większości dnia w samochodzie, zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy więc na ponad dwustumilową trasę prowadzącą na przylądek Canaveral. Mimo doskonałej pięciopasmowej autostrady i trzypasmowej drogi szybkiego ruchu, droga dłużyła się niemiłosiernie, a to ze względu na wszechobecne ograniczenia prędkości. Wszyscy tychże ograniczeń przestrzegają, a Ci którzy próbują swych sił w walce z kagańcem prawa drogowego, szybko zatrzymywani są przez policję. Drogi patrolowane są nie tylko przez radiowozy oznakowane i "tajniackie", ale też z powietrza przez krążące nad pasami ruchu helikoptery. Trudno o swobodę znaną z polskich dróg; bardzo bezpiecznie za to, późnym popołudniem dotarliśmy wreszcie do celu.

Kompleks NASA - Centrum Kennedy'ego - zajmuje sporą cześć przylądka Canaveral. Znajdują się tu setki obiektów - hangary, lotniska, wojskowa baza lotnicza, laboratoria, budynki biurowe, telekomunikacyjne, słowem - jest tu całe osobne, samowystarczalne miasto. Infrastruktura Centrum Lotów Kosmicznych połączona jest elegancką siecią dróg i znajduje się na terenie... chronionego obszaru przyrodniczego. Wzdłuż dróg, niczym w parku, za równo przystrzyżoną trawą, wiją się kanały w których wylegują się aligatory. Jest tu mnóstwo ptaków, żółwi wodnych wychodzących z morza i składających jaja, jest też bez liku innej dzikiej zwierzyny o którą NASA dba troskliwie łącząc w niesamowity sposób nowoczesną infrastrukturę urbanistyczną, naukę i technologię z troską o potrzeby środowiska naturalnego. To przedsięwzięcie - ogromny wysiłek wkładany w prawidłowe funkcjonowanie biosystemu z jednoczesnym utrzymaniem nowoczesnego zaplecza naukowo-technicznego, połączenie dzikiej przyrody z mega-konstrukcjami stanowiącymi największe osiągnięcia myśli inżynierskiej ludzkości - robi niesamowite wrażenie, jeśli przypomnieć sobie, co człowiek robi z naturalnym środowiskiem w Chinach, Rosji czy Brazylii przy konstruowaniu podobnych w charakterze obiektów.

Do dyspozycji zwiedzających jest mnóstwo atrakcji - różnorodne wycieczki po laboratoriach, halach produkcyjnych, hangarach, zwiedzanie muzeów, wystawionych na zewnątrz rakiet, lądowników, wspaniałe trójwymiarowe pokazy w kinach IMAX a nawet tygodniowe szkolenie dla astronautów w którym może wziąć udział każdy za odpowiednią opłatą oczywiście. Przed startem wahadłowca można także zjeść obiad w towarzystwie załogi i pogawędzić o tym i tamtym.

Po pełnym wrażeń, wielogodzinnym zwiedzaniu czego-się-tylko-da, ułożyliśmy się na łące czekając wśród setek podobnych nam maniaków na widowiskowy start promu Discovery. W odległości sześciu mil od platformy startowej, wszystkie kamery i aparaty fotograficzne skierowane były w kierunku "punktu zero".

Ze względu na bezpieczeństwo, minimalna odległość w której podczas startu znajduje się obsługa i widzowie wynosi trzy i pół mili - nieco więcej aniżeli zasięg rażenia możliwego wybuchu zbiorników z ciekłym wodorem i tlenem, obliczony na trzy mile. Najbliżej pola startowego znajdują się loże VIPów, gdzie obserwują start m.in. rodziny kosmonautów. Cała reszta stoi prawie dwa razy dalej. Ewentualny wybuch oznacza też natychmiastowe skażenie powietrza trującymi gazami - wszyscy gapie zostają poinstruowani o konieczności schronienia się w pobliskich budynkach wyposażonych w niezależny obieg klimatyzacyjny.

Pogoda na Florydzie jest niezwykle kapryśna - co parę godzin pada, niebo zaciąga się ołowianymi chmurami a srogie, przelotne co prawda, ale niezwykle gwałtowne burze mogą stanowić poważne zagrożenie dla misji. Co kilkanaście minut z głośników podawane są aktualne wiadomości - zarówno pogodowe, jak i te techniczne. Nad przylądkiem Canaveral ciągle krąży samolot na bieżąco monitorujący warunki meteorologiczne. Każdy z widzów ma świadomość tego, że wielogodzinne oczekiwanie na start może w każdej chwili zakończyć się odwołaniem lotu - po kilku wpadkach (w tym tragicznej w skutkach awarii promu Challenger w 1986 roku), teraz NASA dba o bezpieczeństwo na wszystkie możliwe sposoby, i jak zapewnia. nie zotawia cienia możliwości dla ewentualnego ryzyka, którego możnaby uniknąć.

Oczekiwanie na start promu Discovery
Oczekiwanie na start promu Discovery
© Paweł Zgrzebnicki

Oczekiwanie na start promu Discovery

No i wreszcie! Wielki telebim pokazuje ostatnie minuty przygotowań - wszystko układa się elegancko...

...do czasu.

Na pięć minut przed startem lot zostaje nagle odwołany!

Szef misji podejmuje taką decyzję kierując się nieprzychylnymi prognozami pogody i - jak wyjaśniono - sporym ryzykiem "zakłócenia lotu przez wyładowania atmosferyczne". Tym samym start misji STS-128 został przełożony na dzień jutrzejszy, na podobną godzinę,czyli wpół do drugiej w nocy.

Zawiedzeni - ale cóż, trzeba przyznać że od początku taki finał braliśmy pod uwagę - podreptaliśmy do samochodu i z oczami na zapałkach pojechaliśmy w kierunki Miami. Kilkanaście mil później zatrzymaliśmy się na parkingu i wzorem NASA, podróż postanowiliśmy przełożyć w czasie, tym razem z powodu "niesprzyjających warunków psychomotorycznych". Rozłożyliśmy siedzenia i zasnęliśmy kamiennym snem - rano pojedziemy dalej.

Powrót

[25 sierpnia 2009]

Są takie dni w czasie prawie każdej wyprawy, w których nie dzieje się absolutnie nic. Trzeba by wymyślić jakąś chwytliwą nazwę dla takich momentów i podawać przy dacie jako wpis do dziennika. Pusta kartka w kronice wygląda głupio, coś trzeba naskrobać, ale ciężko o twórczy i ciekawy w charakterze opis dnia, który polega na odsypianiu zarwanej nocy i trzystukilometrowej trasy w korku.

Nie będę więc raczył czytelnika jakąś ściemą - cały dzień przespaliśmy. A teraz, skoro już wpis w dzienniku jest - idziemy spać dalej. Do jutra.

[26 sierpnia 2009]

Okolice Key Largo
Okolice Key Largo
© Paweł Zgrzebnicki

Okolice Key Largo

Dzisiejszy dzień mieliśmy spędzić na nurkowaniu na pięknej rafie koralowej w podwodnym parku narodowym w okolicach Key Largo. Niestety, okazało się, że w centrum nurkowym do którego przyjechaliśmy, państwo nie raczą dodawać do zestawu nurkowego dive mastera, czyli swojego człowieka, który prowadziłby grupę. Nie dają też kompasu, żadnych wskazówek nawigacyjnych, nie mówiąc już o komputerze (to takie urządzenie podobne do zegarka, które informuje ile czasu i na jakiej głębokości odbywało się nurkowanie, oblicza konieczne przystanki dekompresyjne itd.). Jednym słowem dają butlę, kamizelkę, płetwy, maskę i pas balastowy, za pomocą wynajętej łodzi wywożą delikwenta w morze i droga wolna - skacz i ciesz się widokami.

Za całą imprezę (to NIE jest tylko wypożyczenie sprzętu, choć w praktyce niestety do tego się sprowadza) kasują stawkę w górnej granicy przyjętych na świecie opłat za nurkowanie w towarzystwie instruktora, który ma opracowany plan nurkowania, zna teren, itd... Tu - wolna amerykanka a właściciel twierdzi, że taki jest tu zwyczaj.

Organizatorom nie przeszkadza fakt, że wśród klientów mogą być również osoby bez żadnego doświadczenia nurkowego a większość z nich nie posiada uprawnień do nurkowania bez instruktora bądź dive mastera.

O braku towarzyszącego instruktora goście są informowani zaraz przed wskoczeniem do wody. Na szczęście cała grupa jednogłośnie odmówiła współpracy i kazała zawieźć się z powrotem do portu.

Dla mnie to nowość w organizowaniu nurkowania i niezbyt takie pomysły przypadają mi do gustu. Jeśli ktoś gdzieś już zetknął się z takimi praktykami (zaznaczam że ośrodek miał certyfikaty PADISSI) - proszę dać mi znać. Chętnie zrobię sobie mapę takich miejsc.

No, ale przynajmniej znowu jakieś nowe doświadczenie i parę godzin za kółkiem - filmu drogi ciąg dalszy :)

[27 sierpnia 2009]

Dziś ostatni dzień w Miami i przeznaczamy go na błogie nicnierobienie na plaży. Wreszcie pozbędziemy się samochodu i wiecznych problemów z parkowaniem. Bowiem parkowanie w Miami (i pewnie we wszystkich dużych miastach USA) to prawdziwy koszmar a wczoraj zza szyby samochodu wyciągnęliśmy mandat na $18 za spóźnienie się z opłatą za parkometr o paręnaście minut. Ale po południu oddamy grata do wypożyczalni i problem wreszcie z głowy. Choć trzeba przyznać, że bez samochodu niczego byśmy nie zobaczyli... Odżałujemy więc nawet te osiemnaście dolarów - wrzucimy to jakoś w budżet nieprzewidzianych wydatków i będzie ok.

Jutro wylatujemy do Nowego Jorku z zamiarem spędzenia ostatnich dwóch dni na kosztowaniu wyższej kultury - chcemy odwiedzić parę muzeów i wystaw, może trafi się jakiś fajny koncert...

Wyprawa zbliża się ku końcowi, pora więc na małe podsumowanie:

Stany Zjednoczone to bez cienia wątpliwości fantastyczny kraj. W różnych miejscach jest tak różny jak potrafią być odmienne kultury całego świata. Ludzie są tu bardzo mili, uprzejmi i otwarci. Z jednej strony bardzo nowocześni i z łatwością przyjmujący nowe rozwiązania i technologie ale z drugiej niezwykle hermetyczni - wszystko musi być "po amerykańsku", czyli łatwo, prosto, bez zbędnych komplikacji (a precyzyjnie - bez żadnych komplikacji).

Dla sporej części obywateli, na USA kończy się świat - reszta to virtual. Mam wrażenie że jeśli czegoś nie ma w Stanach, spora część Amerykanów uważa że nie ma tego wcale. Przykład - w salonach WSZYSTKCH sieci komórkowych (Sprint, Verizon, AT&T, itd...) pytałem o prepaidowe karty dające dostęp do Internetu. I wszyscy byli szczerze zdziwieni że o coś takiego pytam. Czegoś takiego NIE MA. Kiedy powiedziałem, że w Europie to bardzo popularne - wybałuszali oczy z niedowierzaniem. Skoro u nich nie ma, to znaczy że nigdzie nie ma! Oczywiście to bardzo płytki przykład, ale sporo przeprowadzonych z różnymi napotkanymi osobami rozmów (na przeróżne tematy) utwierdza mnie w takim przekonaniu.

Oglądając różne miejsca - te dzikie oraz zdominowane przez człowieka - odnoszę wrażenie, że tu nic nie jest zostawione przypadkowi. Jeśli człowiek ma na coś wpływ i chce to uregulować - to jest uregulowane. Jeśli jest trawnik o który ktoś ma dbać - jest przystrzyżony. Przy drogach nie widać chaszczy i innych badziewi. Jeśli jest droga - jest zadbana albo właśnie w remoncie. Jeśli jest stary budynek, który do niczego już się nie nadaje - jest wyburzany a na jego miejsce od razu powstaje nowy. Jeśli na ścianie jest graffiti - natychmiast jest zamalowywane. A jeśli właściciel budynku się ociąga - zostaje obarczony sporą karą. Jeśli coś może być łatwiejsze - jest przerabiane tak, żeby było łatwiejsze. Itd.. W USA po prostu panuje porządek. Nie taki sztuczny, sterylny, nienaturalny, ale raczej taki w którym widać, że gospodarz (czy to prywatny czy samo państwo) dba o swoją własność. I tu widać właśnie mentalność Ameryki - wszystko ma swojego właściciela. Nawet jeśli rzeczy są publiczne - są WŁASNOŚĆIĄ publiczną. I dlatego - jak o własność - należy o nie dbać.

Dumni obywatele wieszają wszędzie flagę USA
Dumni obywatele wieszają wszędzie flagę USA
© Paweł Zgrzebnicki

Dumni obywatele wieszają wszędzie flagę USA

Amerykanie są bardzo, ale to bardzo sympatyczni w codziennych kontaktach: "jak się masz?", "jak leci?" przy powitaniu, "trzymaj się", "uważaj na siebie" przy pożegnaniu, czasem wydaje się że uśmiech nie schodzi im z twarzy. Pewnie to pozory i automat analogiczny do naszego "dzień dobry" i "do widzenia", ale co z tego, że automat, skoro taki miły i zawsze z uśmiechem? Zawsze można przez kilka minut z kimś pogawędzić, nikt nie spuszcza nosa na kwintę i nie odwraca się plecami udając że Cię nie widzi. Kontakty międzyludzkie są bardzo miłe a to przecież tworzy sporą część jakości codziennego życia.

W Nowym Jorku wszystkie cechy kulturowe po wielokroć się intensyfikują. Żyją tu przedstawiciele wszystkich narodów świata, w użyciu (jak powiedział nam jeden z taksówkarzy) jest 158 języków (ciekawe,czy ktoś to rzeczywiście policzył). Dlatego nowojorczycy nie dziwią się absolutnie niczemu. Jest tu taka różnorodność kultur, zachowań, wyglądu, zawodów, sposobów na życie, że absolutnie nic nie jest w stanie nikogo zdziwić, zaszokować ani zaskoczyć. To bardzo miłe, bo tego ducha wzajemnej tolerancji i akceptacji czuć tu na prawdę na każdym kroku.

Możnaby tak pisać w zasadzie w nieskończoność, ale nie chcę, żeby domysły i nadinterpretacje wzięły górę nad rzetelną obserwacją. Byliśmy tu tylko 3,5 tygodnia, zwiedziliśmy malutki ułamek kraju, ciężko więc wyciągać kategoryczne wnioski. Te opisane powyżej też z pewnością są jedynie marnym przybliżeniem rzeczywistości, i być może nie zawsze się sprawdzają. Kto chce się przekonać czy mam rację - powinien przyjechać tu jak najszybciej. Warto - do kwadratu.

Tekst: Paweł Zgrzebnicki
Przygotowując wyprawę i relację korzystano z następujących opracowań:
  • Ole Helmhausen, Rainer Eisenschmid, Hemut Linde, Axel Pinck, Lydia Strömer, Werner Voran, Jens Wassermann, Reinhard Zakrzewski, Baedeker USA, Wydawnictwo Pascal, 2008, wydanie I
  • Jeff Campbell, Alexis Averbuck, Sandra Bao, Andy Bender, Glenda Bendure, Tim Bewer, Alison Bing, Becca Blond, Dominique Channel, Jim DuFrense, Lisa Dunford, Ned Friary, Beth Greenfield, Michael Grosberg, Adam Karlin, Beth Kohn, Mariella Krause, Nick Marino, Emily Matchar, Becky Ohlsen, Brendan Sainsbury, Andrea Schulte-Peevers, Karla Zimmerman, USA, Lonely Planet, 2008, 5th edition