Używamy plików cookies, w celu ułatwienia nawigacji, opracowania statystyk, dostosowania serwisu do preferencji użytkownika oraz przy współpracy z serwisami zewnętrznymi takimi jak Google, Facebook i Twitter. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji o plikach cookies znajduje się tutaj oraz w naszej polityce cookies. Zamknij

Birma, Kambodża, Tajlandia - 2008
Galeria zdjęć
Na skróty
TajlandiaKambodżaMyanmar
Mapa

Gdzie można znaleźć największą ilość miejsc kultu Buddy? W którym państwie szalony dyktator zburzył wszystkie zabytkowe miejsca z wyjątkiem jednego, które powstrzymało go swoim urokiem? A znacie miejsce, w którym żegluje się wiosłując nogami? Nie? Tajlandia, Kambodża i Związek Myanmar, czyli dawna Birma, to kolejne miejsca na naszej mapie podróży w najdalsze zakątki Ziemi. W trzy tygodnie pokonaliśmy wiele tysięcy kilometrów i zobaczyliśmy świat południowo-wschodniej Azji i którym nawet nie śniliśmy...

To już kolejny rok, kiedy nasza żelazna czwórka - zniesmaczona i zdołowana ołowianymi chmurami i kapiącym czymś paskudnym z ponurego nieba - wyrusza w stronę słońca, morza i kolejnej przygody.

Z Warszawy via Moskwa lecimy do Tajlandii a dalej do KambodżyBirmy. Plan podróży mamy napięty do granic możliwości, bo chcemy zobaczyć jak najwięcej, poleniuchować ile się da, a przy tym wszystkim zażyć sporo rozrywki - a to wszystko w trzy tygodnie.

Tajlandia

Lotnisko w Bangkoku - moloch o niezwykłej architekturze, robi na nas niekłamane wrażenie. Szacunek dla projektantów i wykonawców. Upał panuje nieziemski, jest 35 stopni, więc naprędce pozbywamy się zbędnej odzieży, dopadamy autobusu i jedziemy do centrum. W pobliskim biurze podróży składamy potrzebne do birmańskiej wizy dokumenty, załatwiamy jeszcze kilka "podróżniczych" formalności (m.in. bilety na przelot do Chiang Mai) - i miasto jest nasze. Kwaterujemy w Budget Guesthouse przy legendarnej ulicy Khao San. Pokoiki czyściutkie, umeblowanie to 2 łóżka i podłoga, okien brak ale cena całkiem sympatyczna - ok.10 dolarów za osobę. Khao San to zwariowana, tętniąca życiem przez całą dobę ulica, przytulisko turystów i wszelkiej maści dziwolągów z całego świata. Knajpka knajpką pogania, sklepik na sklepiku stoi a straganów jest tyle, że trudno się między nimi przecisnąć. Ruch jak w ulu, sprzedawcy ulicznego jedzenia uwijają się jak w ukropie, przebrane w zabawne stroje Tajki nie popuszczą nikomu, niestrudzenie zaczepiają, wciskając ogłupiałym turystom biżuterię, zapalniczki, świecidełka, drewniane żaby i sto tysięcy innych badziewi. Siadamy w pierwszej lepszej kafejce na piwie i przyglądamy się chodnikowym "salonom fryzjerskim", gdzie za niewielkie pieniądze można sobie zrobić na głowie absolutnie wszystko - dredy, przedłużanie włosów, warkoczyki i co kto chce. Wzdłuż chodników, mimo dość wczesnej pory spacerują spokojnie panienki do wzięcia za kasę. Amatorzy tego typu wrażeń muszą jednakowoż być ostrożni, bo roi się tu od transwestytów i można się w najmniej odpowiednim momencie trochę zdziwić.

Neony Khao San
Neony Khao San
© Paweł Zgrzebnicki

Neony Khao San

Bangkok stał się naszą bazą wypadową a tajską granicę przekraczaliśmy w tę i z powrotem trzy razy. Samo miasto liczy niewiele ponad dwieście lat, rozwija się niezwykle dynamicznie i wciąż zdumiewa niesamowitymi kontrastami Z jednej strony wielkie centra handlowe, dziesiątki estakad, budynki ze szkła i stali. Z drugiej - uliczki pełne starych, tradycyjnych warsztatów rzemieślniczych, bosonogich dzieci i prania rozwieszonego na miniaturowych podwórkach. No i godne podziwu, widoczne na każdym kroku, przywiązanie do tradycji. Ze zdumienia przecieramy oczy, gdy na dachu supernowoczesnego wieżowca, dostrzegamy kapliczkę wybudowaną dla opiekuńczych duchów. Poruszamy się po mieście tuk-tukami, bo nie dość że tanio, targować się można do woli, to jeszcze wszędzie się wcisną, nie stoją w korkach i czasami wykonują tak karkołomne manewry, że lepiej zamykać oczy. Jedyny dyskomfort, to kłęby spalin, więc należy mieć w podorędziu jakakolwiek szmatę do osłonięcia ust i nosa, bo płuca nie wytrzymają a łzotok z wytrzeszczem oczu - gwarantowany.

Pora na Pałac Królewski! Pierwszego dnia, kiedy zaplanowaliśmy zwiedzanie Grand Palace, musieliśmy zmienić plany, ponieważ żaden kierowca tuk-tuka nie chciał nas tam zawieźć. Mętnie coś tłumaczyli - jedni o ceremonii, drudzy o dniu Buddy a wszyscy kręcili głowami, że nie - i już. Następnego dnia historia się powtórzyła. Ale kafary swój upór mają i w końcu znaleźliśmy chętnego-niechętnego. Okazało się, że Pałac jest gościnnie otwarty i pełen zwiedzających. A więc kierowcy łgali na potęgę - tylko dlaczego? Wyjaśnieniem może być to, że Tajowie bardzo szanują i niezwykle poważają swojego Króla, niechętnie więc widzą turystów tam, gdzie mogłoby dojść do najmniejszej obrazy lub uchybieniu jego czci. A wiadomo, że innostrańcy są nieobliczalni, więc na wszelki wypadek, niech się trzymają z daleka. Najlepszy dowód, że po Pałacu oprowadzać mogą tylko tajscy przewodnicy a przekłada tłumacz, który musi mieć specjalne zezwolenie. Z króla nie można sobie robić żartów, nie można kpić z monarchii, grożą za to poważne sankcje - nawet do 15 lat więzienia. Grand Palace pełni wyłącznie funkcje reprezentacyjne, jest czymś w rodzaju kompleksu pałacowo-parkowego z ponad stoma budynkami otoczonymi imponującymi kompozycjami zieleni.

Świątynia w Bangkoku
Świątynia w Bangkoku
© Paweł Zgrzebnicki

Świątynia w Bangkoku

Największe wrażenie robi na nas świątynia, gdzie na wysokim, złotym, przybranym drogimi kamieniami tronie umieszczono figurkę Buddy wyrzeźbionego z jednej bryły jadeitu. Figurka ustrojona jest w szatkę wykonana ze złota, zmienianą osobiście przez Monarchę, w zależności od pory roku (suchej bądź deszczowej). Niestety, robienie zdjęć jest zabronione i strażnicy bardzo tego pilnują.

Niezdrowa ciekawość zagnała nas także,do słynnej dzielnicy uciech Patpong. Dziesiątki klubów go-go powstały tu w latach trwania wojny w Wietnamie, dla rozrywki amerykańskich żołnierzy urlopujących w Tajlandii. Weszliśmy nieśmiało do pierwszego z brzegu. Mroczne wnętrze, po bokach stoliki, na środku scena-wybieg, a na niej smutne panienki o szklanych oczach. Popisują się kolejno swoimi umiejętnościami a właściwie sprawnością mięśni swoich wagin. Jedna "pali" cygaro, następna kucając gryzmoli "welcome" inna strzela piłeczkami pingpongowymi - ogólnie beznadziejnie przygnębiające widowisko. Przy stoliku obok widzę dwóch tłustych arabów a przy następnym - szok! dwie zakwefione muzułmanki. Wygląda na to, że przyszli razem, ale panie zgodnie z "przepisami" siedzą osobno i z uwagą przyglądają się wyczynom na scenie. Nie możemy tego pojąć. Mężowie przyprowadzili żony w celach szkoleniowych,czy jak? Szybko opuszczamy ponure miejsce i chyba jedyny raz podczas pobytu mamy zważone mocno nastroje. Nie polecam.

Każdy kolejny pobyt w mieście,wykorzystujemy na zwiedzanie licznych, naprawdę pięknych świątyń, w tym Wat Pho, gdzie znajduje się największy posag leżącego Buddy: 45m długości i 15 metrów wysokości. Podziwiamy uśmiechnięte błogo bóstwo w stanie nirwany. Jest naprawdę ogromny. Stanęłam przy ozdobionych macica perłową stopach - głowy już nie zobaczyłam. Była za daleko.

Złoty posążek Buddy w Chiang Mai
Złoty posążek Buddy w Chiang Mai
© Paweł Zgrzebnicki

Złoty posążek Buddy w Chiang Mai

Lecimy do Chiang Mai czyli "Róży Północy". Niespełna godzina lotu i jesteśmy u celu. Kwaterujemy jak zwykle w hostelu za magiczną dla nas, niemal stałą wszędzie cenę 10 dolarów i ruszamy przed siebie. Chiang Mai, to stare, zabytkowe miasto o niskiej zabudowie,otoczone górami, dzięki czemu powietrze jest rześkie i lżej się oddycha. Świątyń tu dostatek - jest ich 300 a w każdej oczywiście setki posągów i posążków Buddy - leżącego,stojącego ,siedzącego i niemal zawsze uśmiechniętego. Najsłynniejsza ze świątyń to kapiąca złotem i zdobiona drogimi kamieniami Wat Phra Suthep. Legenda głosi, że przywiezione przez mnicha szczątki Buddy, król kazał umieścić na grzbiecie białego słonia a świątynię wybudować tam, gdzie zwierzę się zatrzyma. Słoń wszedł na najwyższą w okolicy górę, okrążył miejsce trzykrotnie i padł martwy. Nie było wątpliwości i świątynię wybudowano we wskazanym miejscu.

Chiang Mai to także centrum szkoleniowe we wszystkich niemal dziedzinach. Można się tu nauczyć jogi, medytacji, masaży, kucharzowania, języków - i czego tylko dusza zapragnie. My udajemy się do "Prison Spa". W kobiecym więzieniu skazane panie, przed wyjściem na wolność mogą zarobić parę groszy na nową drogę życia, więc umożliwiono im to, pozwalając na wykonywanie tajskiego masażu. W miłym i schludnym pomieszczeniu siadamy rządkiem na krzesełkach, gdzie sympatyczne Tajeczki szorują nam delikatnie stopy, przy czym nie obeszło się bez nerwowego chichotu, bo strasznie łaskocze. Po przejściu do właściwych już pomieszczeń, dostajemy czyściutkie ciuszki do przebrania, układamy się na materacach, pijemy herbatkę i oddajemy się półtoragodzinnej rozkoszy ugniatania, masowania i głaskania. Tajski masaż to sztuka a także profilaktyka wielu chorób i pomoc w osiągnięciu pełnej harmonii między ciałem, duszą i umysłem. Jego podstawą jest teoria 10 głównych linii energii (prana - czyli wiatr życia) rozmieszczonych w ciele. Tajski masaż poprzez uciskanie owych 10 linii usuwa blokady i równomiernie rozprowadza energię. Oczywiście mocno w to wierzymy i przyglądamy się sympatycznym masażystkom, zastanawiając się ,co takiego mogły przeskrobać, że trafiły za kratki. Każda z nich wyglądała tak krucho i niewinnie. Ciężko nam uwierzyć, że to przestępczynie. Może ofiary pomyłek sądowych?

Wieczorem włóczymy się po głównej ulicy, w tym dniu zamkniętej dla ruchu - bo jak się okazuje, jest to dzień ""targowy". Sprzedawcy rozłożyli swoje dobra gdzie tylko się dało, jedzonko pachnie, błogo nam się robi, więc dokonawszy paru zakupów siadamy w knajpce przy dobrej kolacyjce i zimnym piwie. Punkt 18:00 z zawieszonych na drzewach głośników rozlega się hymn narodowy. Ulica zamiera w bezruchu. Podrywamy się z krzeseł i z pełnym szacunkiem, wzorem tubylców, stajemy na baczność. Okazało się - jak nam wytłumaczył łamaną angielszczyzną kelner - że to taki codzienny zwyczaj. Przyjmujemy do wiadomości.

Po południu tuk-tukiem za całe 300 batów jedziemy do oddalonego o 15 kilometrów Night Safari (500B). Otwarte busiki wiozą nas w ciemne wąwozy, kierowca od czasu do czasu przystaje, włącza światło i w jego smudze ukazuje się nam kolejne rozespane, ogłupiałe zwierzę. Żałosne widowisko. Chętni mogli sobie zrobić zdjęcie z malutkim gepardem otumanionym opium. Zniesmaczeni i pełni współczucia dla nieszczęsnych zwierzaków, uciekamy do hotelu.

Ruiny świątyń w Sukhothai
Ruiny świątyń w Sukhothai
© Paweł Zgrzebnicki

Ruiny świątyń w Sukhothai

Pod koniec dnia, syci wrażeń wsiadamy o 20:00 do autobusu i ruszamy w (wyboistą) drogę do Sukhothai - pierwszej stolicy Tajlandii. Przyjeżdżamy o pierwszej w nocy i po mocno uciążliwych poszukiwaniach, przy pomocy niezawodnych kierowców tuk-tuków dostajemy - nieco za miastem, w rajskim ogrodzie 2 osobowy bungalow za całe 600 batów.
Następnego dnia po śniadaniu ruszamy do Parku historycznego Sukhothai. Wypożyczamy zgrabne rowerki (20B/godz) i ruszamy w objazd. Park jest rzeczywiście olbrzymi, oglądamy ruiny pałacu królewskiego i kilkudziesięciu świątyń z XIII i XIV w. a w każdej witają nas - jakże by inaczej - posągi Buddy. Teren jest bardzo zadbany. Liczne jeziorka, groble i prowadzące przez nie mostki dodają niezwykłego uroku.
Po całodziennym zwiedzaniu wracamy do centrum na pyszną kolację. To pierwszy a zarazem ostatni dzień w tym uroczym miasteczku. Wcześnie rano wylatujemy do Bangkoku a stamtąd natychmiast w dalszą drogę - przed nami Kambodża.

Kambodża

Całodniowa podróż do granicy to makabreska - koszmarne drogi i głębokie wyboje powodują,że żołądki podskakują nam do gardeł, duszno i gorąco jak w piekle a okien nie można nawet uchylić, bo kurz by nas uśmiercił. W końcu udaje nam się szczęśliwie dotrzeć o celu. Wypełniamy wnioski wizowe, cierpliwie znosimy niekończące się formalności i w końcu w tumanach kurzu, lekko zamroczeni ruszamy do Siem Reap. Z okien pojazdu przyglądamy się mijanym krajobrazom, wynędzniałym ludziom i obdartym dzieciom. Ten jeden z biedniejszych z krajów azjatyckich, po latach wyniszczających wojen domowych, terroru i ludobójstw powoli dźwiga się ku normalności. Ale widoczna zewsząd nędza, beznadzieja i puste spojrzenia mieszkańców nie nastrajają optymistycznie.
Dojeżdżamy do Angkor View Hotel,dostajemy pokoje po 6 dolarów od osoby i solidnie umordowani padamy do łóżek o niczym innym nie marząc, tylko o spaniu.

Angkor Wat w deszczu
Angkor Wat w deszczu
© Paweł Zgrzebnicki

Angkor Wat w deszczu

Następnego dnia, już trochę w lepszych nastrojach wynajmujemy dwa tuk-tuki (10 dol./os) i wyruszamy do słynnego kompleksu świątynnego Angkor Wat, pradawnej stolicy Khmerów. Zbudowana w XII wieku przez króla Surjawarmana II świątynia, jest najbardziej na świecie znanym obiektem wzniesionym ku czci hinduistycznego boga Wisznu. Pogoda tym razem spłatała nam psikusa i leje momentami jak z cebra. Wciągamy przezornie zabrane peleryny i ruszamy podziwiać niezwykłe dzieło ludzkich rąk i umysłów. Kompleks otoczony jest fosą i wysokimi zewnętrznymi murami. Góruje nad nimi pięć wież, z których najwyższa ma 65 metrów. Ściany ozdobione są niekończącymi się płaskorzeźbami - aż trudno sobie wyobrazić ogrom pracy jaką tu wykonano. Jak wszędzie na świecie, gdzie wznoszono monumenty ku pysze władców - musiało tu przedwcześnie i w mękach odejść z tego świata wiele istnień ludzkich. Wspinamy się cierpliwie, z dość dużym trudem, po kolejnych, kamiennych, straszliwie wysokich i śliskich od deszczu stopniach zastanawiając się, jakim cudem niewielcy wzrostem, o krótkich nóżkach Azjaci pokonywali te schody? Może w ten sposób przymuszano ich do mimowolnej pokory, bo wchodzić musieli na kolanach? A co z zejściem? Zjeżdżali na zadkach,czy zsuwali się tyłem bijąc po drodze pokłony władcy?

Drzewa w Angkor Wat
Drzewa w Angkor Wat
© Paweł Zgrzebnicki

Drzewa w Angkor Wat

Niesamowite, dość upiorne wrażenie wywierają na nas gigantyczne drzewa, których ogromne, wężowate korzenie siłą rozwalają kamienne budowle, przebijają i rozłupują grube mury, oplatają je w niektórych miejscach niczym macki mega-ośmiornicy. Widok porażający niczym z nocnego koszmaru. Przyroda wdziera się powoli ale uparcie w dzieło człowieka, jakby je chciała pochłonąć i unicestwić. Gdzieniegdzie na ścianach widać spore odpryski po kulach, pozostałe z czasów krwawych rządów Czerwonych Khmerów. Przed zejściem z utartych tras ostrzegają tablice i przewodnicy - choć teren został w zasadzie rozminowany - niebezpieczeństwo nadal istnieje.

W drodze powrotnej, na każdym kroku spotykamy grupki dzieci, oferujące bransoletki, parasolki i różnorakie drobiazgi służące nie wiadomo do czego - wszystko w jednej cenie 1 dolara. Mały chłopiec trzyma w ręku dziwaczny, dwustrunowy instrument z pięknie wypolerowanego drewna. Cena jest atrakcyjna, więc jesteśmy chętni. Okazuje się, że "łan dala" to cena promocyjna, ale za ... potrzymanie i obejrzenie z bliska tego cacka. Towar do sprzedania - owszem, ale dziesięciokrotnie drożej. Pełni niekłamanego podziwu dla zdolności marketingowych chłopczyka, syci wrażeń i mocno zmęczeni, wracamy niezawodnym tuk-tukiem do hotelu.

Powrót do Bangkoku,to powtórka z rozrywki - czyli znowu zatłoczony autobus, wyboje, kurz - ale chyba pomału zaczynamy się przyzwyczajać. Jak nie może być inaczej - znaczy tak musi być i nie warto narzekać. Nie licząc niewielkiej pomyłki dyrygujących "ruchem" mile uśmiechniętych chłopców z biura podróży, którzy pokierowali nas nie do tego autobusu - ogólnie jest sympatycznie jak nie wiem co. W końcu po "nawrotce" usadzono nas we właściwym pojeździe i szczęśliwie docieramy do celu.

Myanmar

Wstawanie o 4 rano zaczyna nam wchodzić w nawyk. Trochę nieprzytomni wturlaliśmy się do samolotu i przespawszy lot, budzimy się na lotnisku w Yangon. Oprzytomniawszy trochę, w drodze do hotelu, z ciekawością przyglądamy się krajowi, w którym junta rządzi twardą ręką. Kiedyś było ta najzamożniejsze z państw azjatyckich - dzisiaj panuje tu nędza. Drogi są w opłakanym stanie, w miastach często nie ma prądu (mieszkańcy mają własne spalinowe generatory prądu stojące na ulicy). Ale ludzie uśmiechnięci i życzliwi. Dziwowisko takie! Mimo różnych utrudnień zaplecze turystyczne działa, hoteliki są przyzwoite, poruszać się można po wyznaczonych trasach, samochód - owszem, ale wyłącznie z kierowcą - żadne jazdy na własną rękę. Ogólnie rzecz biorąc - turyści są mile widziani o ile stosują się do wyznaczonych reguł.

Wsiadamy do taksówki - kierowca, jak wszyscy mężczyźni zamiast spodni nosi Lungi - coś w rodzaju owiniętego wokół bioder, długiego do kostek fartucha. Po kilkunastominutowej jeździe wreszcie kotwiczymy w hotelu. Po zaspokojeniu niezbędnych potrzeb ciał i żołądków (obiad w znakomitej i taniej, dla odmiany japońskiej knajpce),wyruszamy do pagody Shwe Dagon. Legenda mówi, że wybudowano ją dwa i pół tysiąca lat temu na najwyższym wzniesieniu w okolicy Yangon. Najświętsza znajdująca się tu relikwia, to osiem włosów Buddy przechowywanych wewnątrz stupy wraz z niezliczoną ilością złota i szlachetnych kamieni. Legenda głosi iż owe włosy przywieziono z Indii. Po otwarciu skrzyni wiatr uniósł je w powietrze i wtedy spadł z nieba deszcz drogocennych klejnotów. Chorzy ozdrowieli, kalecy odzyskali kończyny, ślepcy - wzrok i cudom nie było końca.

Świątynia Shwe Dagon
Świątynia Shwe Dagon
© Paweł Zgrzebnicki

Świątynia Shwe Dagon

Świątynia jest uważana za jedną z najokazalszych na świecie i rzeczywiście - warta jest swojej legendy. Od blasku złota i drogocenności mieni się w oczach. Przybywają tu tysiące pielgrzymów,oddają cześć Buddzie a później strudzeni - posilają się gdzie popadnie (czasami u stóp bóstwa) i w końcu udają się na zasłużony odpoczynek. Też u stóp bóstwa. Nikt nie dziwi się śpiącym w różnych zakamarkach zmęczonym wyznawcom. Sumiennie obejrzawszy wszystko - w czym pomógł nam sympatyczny przewodnik - wracamy do hotelu, ponieważ - a jakże - czeka nas pobudka o 4 rano.

Niewielkim, śmigłowym samolocikiem lecimy do Heho a stamtąd taksówka zawozi nas do Nyaung Shwe - malutkiej mieścinki przycupniętej wśród licznych kanałów prowadzących do jeziora Inle. Meldujemy się w kameralnym, czyściutkim hoteliku, za cenę wiadomo jaką i oglądamy miasteczko. To pierwszy w czasie naszej wędrówki dzień na nabranie oddechu i pełny relaks, ale żeby nam nie było za dobrze - nagle wszędzie gaśnie światło. W hotelu - chwała Buddzie są świeczki,więc jakoś udaje nam się pogospodarzyć i w końcu iść spać.

Rano atrakcja na którą bardzo czekaliśmy - wycieczka łodzią po jeziorze Inle. Czekając na umówionego na 10 rano przewodnika, przyglądamy się idącym rządkiem chłopcom - kandydatom na mnichów. Wyruszają z pobliskiej szkoły-świątyni, ubrani w czyściutkie różowe szatki, idą od domu do domu z przygotowanymi miseczkami, oczekując na jedzenie. Drzwi się otwierają i kolejna gospodyni sypie każdemu z nich po łyżce ryżu i co tam jeszcze gospodarstwo domowe da. To co uzbierają, to ich całodniowy posiłek.

Rybak na jeziorze Inle
Rybak na jeziorze Inle
© Paweł Zgrzebnicki

Rybak na jeziorze Inle

Przewodnik prowadzi nas do wygodnej, długiej łodzi, sadowimy się w krzesełkach i płyniemy. Pogoda jest piękna, słońce przypieka a bryza z jeziora przyjemnie chłodzi. Mijamy rybaków, którzy łowią ryby jak cyrkowcy. Nogą oplatają wiosło, w rękach trzymają sieć a przy tym wszystkim stoją na tych swoich łódkach wyprostowani jak trzcina i jak się zdaje, bez żadnego wysiłku sterują. Mistrzostwo świata!
Wpływamy do osady. Momentalnie otaczają nas wodni handlarze, oferując wszystko - biżuterię, figurki, amulety i w ogóle co kto chce. Z trudem wydostajemy się z tego kłębowiska i cumujemy przy fabryce papierosów, gdzie młodziutkie dziewczynki siedząc po turecku na podłodze pracowicie zawijają w liście tytoń z miodem. Gościnnie częstują nas zieloną herbatą i pozwalają podziwiać niebywałą zręczność rąk. A później kolejno oglądamy - manufakturę, gdzie produkuje się przepiękne, drewniane łodzie, tkalnię, gdzie powstają na krosnach cuda z jedwabiu, przyglądamy się w podziwie pracy staruszka, który ze złamanych łodyg lotosu wysnuwa cieniutkie jak pajęczyna włókienka i zręcznymi palcami jak czarodziej zwija je w nitki. Ale to nie koniec atrakcji. W planie mamy zwiedzanie klasztoru z tresowanymi kotami i nie możemy się doczekać tego dziwowiska. Kot-indywidualista dał się wytresować? No i faktycznie. Klasztor jest, koty też, tyle - że rozpieszczone i rozleniwione drzemią sobie na wielgachnym linoleum. Między nimi siedzący na podłodze mnich podnosi od czasu do czasu niewielką obręcz, klepnie kota w tyłek a on raczy przeskoczyć przez obręcz albo nie. Jeden zwierzak się obraził, obrócił zadkiem do dręczyciela i zapadł w drzemkę. To tyle, jeśli chodzi o tresowanie kotów.

Następny przystanek,to kuźnia, jakiej by się Hefajstos nie powstydził. Miech pracuje, ogień groźnie płonie a trzech młodzieńców ogromniastymi młotami w zgodnym i niesamowitym rytmie "wykuwa" kolejny wyrób. My trafiliśmy akurat na coś,co wyglądało na miecz. Ostatni przystanek, to wizyta u kobiet-żyraf. Siedzą sobie przy krosnach trzy panie (z wyglądu matka z dwiema córkami) i pracowicie dziergają barwną tkaninę. Każda z nich ma na szyi niemożliwie ciężką obręcz. Taka tradycja rodzinno-plemienna. Dziewczynki od siódmego roku życia są "uszczęśliwiane" kolejnymi zwojami nakładanymi po jednym co trzy lata. Po 10 latach jest ich 25 i na moje oko całe to ustrojstwo waży pół tony, choć przewodnik powiedział,że 4 kilogramy. Chyba kłamał.
A tradycja swój początek zawdzięcza jak nic jakiemuś męskiemu szowiniście i patologicznemu zazdrośnikowi. Miało być niby tak, iż owa obręcz gwarantowała mężowi, że żona go nigdy w życiu nie zdradzi. Gdyby - nie daj Budda, nieszczęśnicę na niewierności przyłapano, to spiralkę ściągano komisyjnie w gronie rodzinnym i wtedy albo szyjka się od razu złamała i było po sprawie, albo niewiasta zległa i do końca życia była skazana na pozycję horyzontalną, łoże boleści i łaskę rodziny. Nie wiadomo co gorsze.

Moc wrażeń spłukujemy zimnym piwem i po przespanej kamiennym snem nocy wyruszamy do Mandalay. Taksówka wiezie nas przez kolejne wertepy w niesamowitych kłębach kurzu, ale nic to - jesteśmy już prawie uodpornieni.

Krajobraz Myanmaru
Krajobraz Myanmaru
© Paweł Zgrzebnicki

Krajobraz Myanmaru

Jedziemy do jaskini Pindaya i kolejny raz podczas tej wyprawy niemal zatyka nas z wrażenia. Nagromadzono tu ponad trzy tysiące posągów i posążków Buddy, przeważnie złotych,każdy opatrzony imieniem i nazwiskiem donatora. Z trudem poruszamy się po tym niesamowitym labiryncie ale wrażenia warte są każdego trudu. Wieczorem,fundujemy sobie parę godzin odpoczynku a następnego dnia wypływamy mini-statkiem do Mingun. Z należytym szacunkiem oglądamy to, co popularnie nazywane jest "największą na świecie stertą cegieł" a tak naprawdę jest nieukończoną pagodą, której budowę rozpoczął król Bodawpaya ale wziął i umarł a rozpoczęta budowla miała i tak pecha, bo pękła na pół podczas trzęsienia ziemi.

Pecha mamy też my,bo choć bardzo chcemy zwiedzić Mandalay Palace - to nie dość, że kierowca wiezie nas - chyba złośliwie - nie od tej strony co trzeba, to kiedy w końcu trafiamy pod właściwą bramę, okazuje się, że już zamknięte.

Następny dzionek rozpoczynamy jak zwykle bladym świtem: taksówka, lotnisko, szybka odprawa, lot i po niespełna pół godzinie jesteśmy w Bagan. Instalujemy się w sympatycznym hoteliku, dostajemy śniadanie i ruszamy zwiedzać świątynie, których - a jakże - i tu dostatek. Stup i świętych przybytków jest tu ponad dwa tysiące. Najstarsze pochodzą z IX wieku a rozrzucone są na terenie 40 kilometrów. kwadratowych. Cały ten niezwykły kompleks jest wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Zamawiamy konne dwukółki i zwiedzamy kolejne ruiny. Po raz pierwszy nie poraża nas blask złota i kosztowności - może dlatego każda z budowli robi na nas wrażenie wyciszenia, spokoju i wywołuje uczucie zbliżone do pokory. Ze szczytu Tha Kya Bon oglądamy zachód słońca. Niezwykła atmosfera i zmęczenie trochę nas usypiają. W końcu wracamy do hotelu, krótki wieczór i do spania. Rano przed nami stoi kolejne wyzwanie. Taksówka wiezie nas do oddalonego o 60 kilometrów klasztoru Mount Popa, wzniesionego na szczycie wulkanicznego stożka. Po drodze zatrzymujemy się przy samotnej chatce, której gospodarze zajmują się produkcją bimbru z soku palmy. Podziwiamy cały cykl produkcyjny - od zebranego do kociołka soku palmowego, poprzez produkcję zacieru, destylacji i zlewania "specyfiku" do buteleczek. Podziwiamy małżonkę gospodarza,malutką zasuszoną kobiecinkę, która niczym Baba Jaga siedzi w kucki przy wielkiej kadzi, miesza parujący "produkt" i ze stoickim spokojem pali półkilometrowego papierosa. Degustujemy wyrób -trochę to słodkie i z lekka obrzydliwe, ale na pamiątkę kupujemy po butelczynie i jedziemy dalej. Taksówka zatrzymuje się u stóp klasztoru, upał panuje niemiłosierny ale dla kafarów nic to. Prężymy muskuły i ambitnie wspinamy się po 777 schodach,oczywiście boso i w towarzystwie wesołych małp. Siedzą sobie te stworzonka gdzie tylko się da i jak to małpy, tylko patrzą, komu by jakiegoś figla spłatać. Smród nas atakuje niemiłosierny, bo oczywiście odchody sympatycznych zwierzątek przez nikogo nie sprzątane "parują" w słońcu,pielgrzymi i turyści rozdeptują to bosymi nogami - szał ciał i uprzęży. W końcu z lekka zasapani - jesteśmy na szczycie i tu rozczarowanie. Kicz kiczem pogania, tandeta jak na krakowskim Kleparzu, a Budda straszy wściekłymi kolorami z każdego zakamarka.. Ale wynagradza nam wszystko niesamowity widok, rozległa panorama i pejzaż od którego dech zapiera. Po zejściu w dół, z  determinacją szorujemy nogi i naturalnie mocno wierzymy,że żadna zaraza się do nas nie przyczepiła. Budda czuwa!

Wyspa Phi-Phi
Wyspa Phi-Phi
© Paweł Zgrzebnicki

Wyspa Phi-Phi

Wracamy samolotem do Yangon, zostawiamy bagaże w hotelu i jedziemy pooglądać skarby Birmy - czyli Muzeum Kamieni Szlachetnych. Jeśli ktoś jest uzależniony od błyskotek, to nie radzę tam wchodzić, bo oczopląs i nerwica gwarantowane. Największy na świecie dwunastokilogramowy szafir nie robi jeszcze takiego wrażenia, bo to po prostu kawał wielkiego, nieoszlifowanego kamienia, zachowany tak, jak go natura stworzyła. Ale dalej jest już tylko "gorzej". Jadeity, szmaragdy, cytryniany, diamenty, szafiry, turkusy - innymi słowy spełnione sny szalonego jubilera. A to wszystko w wyrobach tak pięknych i wykonanych z taką precyzją, że oko staje. Ale my - oczywiście odporni na pokusy bogactwa, łazimy jeszcze po niższych piętrach, gdzie można sobie kupić wyrób w złocie, srebrze, platynie z kamieniem wybranym , ulubionym bądź wyśnionym i oczywiście - z certyfikatem. Jesteśmy ponad to, uczucia mamy pod kontrolą więc opuszczamy siedlisko pokusy i idziemy sobie na kawę do knajpki.

Przed nami ostatni etap podróży - wyspa Phi-Phi. Wylatujemy z Bangkoku do Krabi i promem płyniemy przez szmaragdowy Ocean Indyjski do celu, o którym już od paru dni, każde z nas skrycie marzy. LENIUCHOWANIE!!! Dostajemy klucze do sympatycznych domków i od tej chwili luz-blues - robimy co chcemy. Plażujemy, pływamy w oceanie, słońce nas dopieszcza, śpimy, odpoczywamy, raczymy się piwem i chłoniemy spokój. A ponieważ wiadomo,że wszystko co pyszne, szybko się kończy - tydzień mija w okamgnieniu i niestety trzeba wracać. Na lotnisku w Bangkoku strzelamy sobie ostatnie w tej podróży pamiątkowe fotki, z podziwem oglądamy sobie w trupa zalanych Rosjan wczołgujących przy pomocy trochę trzeźwiejszych partnerek się do samolotu i z żalem żegnamy Indochiny.

Tekst: Anna Zgrzebnicka
Dziękujemy Mamie Ani oraz Basi za wspaniałą, wspólną podróż. Mamie również dziękujemy za wspaniałą relację.
Przygotowując wyprawę i relację korzystano z następujących opracowań:
  • A. Burke, K. Mohammadi, M. Elliott, Iran, Lonely Planet, Footscray 2004, 4th edition
  • Y. Dehghani, Farsi (Persian) Phrasebook, Lonely Planet, Footscray 2004
  • Raise-Know-How Verlag, Bielefeld 2005, Iran, Lonely Planet, Footscray 2004, mapa 1:1 500 000, wyd. 2