Używamy plików cookies, w celu ułatwienia nawigacji, opracowania statystyk, dostosowania serwisu do preferencji użytkownika oraz przy współpracy z serwisami zewnętrznymi takimi jak Google, Facebook i Twitter. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji o plikach cookies znajduje się tutaj oraz w naszej polityce cookies. Zamknij

Sri Lanka, Malediwy - 2008
Galeria zdjęć
Na skróty
Dzień pierwszyDzień drugiDzień trzeciMalediwy
Mapa

Czy wakacje to zawsze piękne słońce i błękit nieba? Niekoniecznie! "Jak to jest podróżować w strefie podzwrotnikowej w porze deszczowej?" Takie pytanie stało się motywacją do kolejnej naszej podróży - tym razem do Sri Lanki i na Malediwy. Z premedytacją wybraliśmy sierpień - czas, kiedy trwa w najlepsze pora deszczowa. Pomyśleliśmy, że jeśli spodoba nam się podróż w takich warunkach - będziemy mogli podróżować wszędzie o każdej porze roku.

Przygotowując podróż odkryliśmy, że taniej jest wykupić cały pakiet w biurze podróży (hotele + samoloty) niż na własną rękę organizować wszystko samodzielnie. Biura mają wykupione hurtowo pokoje na cały rok i spore zniżki w liniach lotniczych - w rezultacie koszt zakwaterowania, wyżywienia i lotów zamknął się poniżej ceny samego biletu lotniczego który mielibyśmy kupić na własną rękę!

Po 30 godzinach jazdy pociągiem, oczekiwania na najbardziej nieprzyjaznym z europejskich lotnisk Heathrow i wspaniałym, superkomfortowym locie Srilankan Airways (ach, ten Airbus A340) dotarliśmy do Colombo. Godzina przejazdu do hotelu i wreszcie na miejscu.

Następnego dnia - deszcz. Mogliśmy się tego spodziewać :) Dzień i tak spędziliśmy na odsypianiu podróży, więc strata niewielka. Ale już następnego poranka obudziło nas piękne słońce, wylegliśmy więc na plażę. Pięknie, ciepło - gdzie ten koszmar pory deszczowej? Nie przyjechaliśmy tu leżeć, więc czym prędzej udaliśmy się na poszukiwanie metody objechania wyspy. Okazał się, że na plaży pełno jest miejscowych chętnych zorganizować każdą zachciankę podróżniczą. Ponieważ czasu mieliśmy niewiele (to już drugi z sześciu dni na Sri Lance), ułożyliśmy cała trasę i zażądaliśmy jej zrealizowania trzy dni. Chłopak z plaży z którym rozmawialiśmy był przerażony:

  •     —   "Trzy dni?! Taka trasa to minimum siedem!"
  •     —   "Nie, musi być trzy i ani jednego więcej" - oświadczyliśmy twardo.
  •     —   "No cóż... Skoro musi, to musi, ale musicie się przygotować na to, że nie będzie łatwo - wstawanie o czwartej rano, itp..."
  •     —   "Ok!" - "Kafary tak mają" powiedzieliśmy do siebie i dobiliśmy targu.

Z pomocą niezbędnego Lonely Planet podliczyliśmy koszt i czas konieczny do samodzielnego sprostania zadaniu - okazało się, że koszt porównywalny a czas to... dwa tygodnie! Kalkulacja zgadzała się z tym, co w planach mają polskie biura trampingowe organizujące podobne wyprawy. Czyli strzał w dziesiątkę - cena podobna a czas siedem razy krótszy. Dlaczego? Bo zamiast komunikacji masowej (pociągi, autobusy, tuk-tuki), samodzielnego poszukiwania miejsca na nocleg, knajp itp - wszystko jest już gotowe a kierowca wiezie nas wszędzie gdzie chcemy komfortowym busem. Cały bus jest dla nas, więc leżymy zajmując całe rzędy siedzeń - wypasiona kuszetka, maksymalny komfort z klimatyzacją i osobistym kierowcą. A wszystko za taką samą cenę jak w przypadku samodzielnej organizacji. Warto w ten sposób podróżować, jeśli ma się sporo do zobaczenia a czas jest ograniczony.

Zwiedzania dzień pierwszy

Sierociniec dla Słoni
Sierociniec dla Słoni
© Paweł Zgrzebnicki

Sierociniec dla Słoni

Zaczęliśmy od odwiedzenia sierocińca dla słoni w miejscowości Pinnawala. - tu na ogromnym obszarze lekarze i biolodzy opiekują się słoniami, które nie mogą z pewnych przyczyn samodzielnie egzystować na wolności - ślepe, zranione przez kłusowników, chore lub osierocone - znajdują tu opiekę i schronienie. Oczywiście nie obeszło się bez jazdy na słoniu - trochę tandetna rozrywka, ale być w Sri Lance i nie ulec takiej pokusie? Był wielbłąd w Egipcie - musi być i słoń tu :)

Z Pinnawala pojechaliśmy do Sigiriya, zapodać sobie trochę kultury wyższej. Wyższej dosłownie, bo znajduje się tu Lion Rock, czyli "lwia skała" - wysoki na 200 metrów głaz na którym król Kassapa postawił sobie pałac. Dookoła skały mieściły się inne pałace, harem na 500 nałożnic ("Cysorz to mo klawe życie..."), baseny, ogrody i inne wypasy. Okazuje się, że inżynieria budowlana stała w tamtym okresie na zaskakująco wysokim poziomie - z pobliskich gór, systemem podziemnych rur z terakoty doprowadzano wodę, która pod własnym ciśnieniem tryskała z fontann umieszczonych w ogrodach. Wszystko działa do dzisiaj! Miejsce jest pełne niesamowitych osiągnięć techniki budowlanej - dość powiedzieć, że na skałę wchodziło się przez paszczę wysokiej na... metrów głowy lwa, schody wykonano ze skał krystalicznych ("moonstone") odbijających jaskrawo światło księżyca (żeby się w nocy na tychże schodach nie zabić) a pobliskie kilkuset tonowe głazy narzutowe leżące na zboczach podkuto i podłożono pod nie kamienne wsporniki tak, że gdy nadchodził wróg, było gotowe do zepchnięcia. Sigiriya to bardzo piękne miejsce - punkt obowiązkowy na mapie dziedzictwa kulturowego Sri Lanki, jeśli więc będziecie odwiedzać wyspę - koniecznie tu przyjedźcie.

Malunki tworzone przez nałóżnice królewskie (Sigiriya)
Malunki tworzone przez nałóżnice królewskie (Sigiriya)
© Paweł Zgrzebnicki

Malunki tworzone przez nałóżnice królewskie (Sigiriya)

Wieczorem dotarliśmy do Kandy, gdzie zwiedziliśmy Temple of the Sacred Tooth Relic - świątynię buddyjską w której przechowywany jest z należytymi szacunkami ząb samego Buddy. Miejsce święte dla jego wyznawców, nam jednak nie za bardzo przypadło do gustu - tłum pielgrzymów i architektura całkiem zwykła. Magia miejsca polega tylko na jego świętości, co gdy nie jest się buddystą całkowicie pozbawia świątynię uroku. A ząb? Niestety, chroniony niczym Całun Turyński - niewidoczny dla odwiedzających i ściśle chroniony. Można jedynie z daleka popatrzeć na pomieszczenie, gdzie przechowywany jest w czymś, co przypomina ruską matrioszkę - sześciu pojemnikach, jeden umieszczony w drugim. A zęba nie widać. Niewierni rozsiewają pogłoski, że go tam w ogóle nie ma, albo że jest tam jedynie kopia. Historycy przekonują, że ząb w XVI wieku wywieźli Portugalczycy i w katolickim amoku spalili. Sceptycy - że ząb przywieziony tu w IV wieku przez pewną księżniczkę w ogóle nie należał do Buddy. Tak czy inaczej - jak w przypadku tysięcy kości świętego Jana, czy setek palców świętego Mateusza - liczy się wiara a nie sam przedmiot.

Podbudowani religijnie udaliśmy się na przedstawienie kulturalne w którym pokazywano lokalne tańce, chodzenie po rozżarzonych węglach, smaganie się ogniem i inne wspaniałości. Przedstawienie organizowane jest codziennie w centrum Kandy, każdy może więc sobie pooglądać.

Dzień drugi

Pole herbaciane
Pole herbaciane
© Paweł Zgrzebnicki

Pole herbaciane

Wczesnym rankiem wyruszyliśmy w góry znajdujące się w centralnej części Sri Lanki. Pierwszy przystanek - plantacja i fabryka herbaty. Po fabryce oprowadziła nas sympatyczna pani, omawiając szczegółowo cały proces powstawania suszu służącego do przygotowania pysznego naparu. Fabryka - jedna z wielu sobie podobnych znajdujących się w tym rejonie - jest prywatną własnością i zatrudnia 550 osób - prawie same kobiety. 350 z nich zajmuje się zbieraniem liści na plantacji. Zrywa się jedynie dwa najmłodsze listki, starsze i większe nie nadają się do niczego. Po zebraniu liście leżakują kilkanaście godzin i wielkich skrzyniach (na oko mają jakieś trzy metry szerokości, półtora metra wysokości i 15 metrów długości) i są co pewien czas przerzucane. To pierwszy etap - wstępne podsuszanie. Następnie liście zrzucane są przez specjalny otwór w podłodze do znajdujących się na dole maszyn tnących je na małe kawałeczki. Maszyny nie zmieniły się od XIX wieku ale niby i po co, skoro działają i są bardzo sprytnie zaprojektowane. Liście znajdują się w kilkusetlitrowym walcowym pojemniku który obraca się ruchem okrężnym po powierzchni "stołu" z nożami tnącymi. Pod wpływem grawitacji liście napierają na noże a obracający się pojemnik wymusza cięcie przez nieruchome noże. Tak poszatkowane liście wędrują na wytrząsarkę, gdzie przechodzą przez kilka sit - tu sortuje się je od pyłu poprzez cztery główne wielkości do największych, które należy jeszcze raz przepuścić przez system szatkowania. Pocięte i posegregowane wielkościami kawałki liści z wytrząsarki wędrują na kilkugodzinne leżakowanie. Tu po prostu leżą i same z siebie fermentują dzięki czemu mamy potem tak pyszną czarną herbatę. Zielona herbata powstaje nie przez leżakowanie i fermentację, lecz przez poddanie ścinków działaniu gorącej pary. Tak więc te które poszły do fermentacji będą herbatą czarną a te które naparowaniu - herbatą zieloną. Teraz herbata przekładana jest do opalanej drewnem (nie, żadnym tam gazem) suszarni w której w prawie 100 stopniach Celsjusza wędruje przez kilkanaście minut systemem pasów transmisyjnych. Tak wysuszona jest już prawie gotowa do pakowania. Jeszcze tylko należy oddzielić skrawki liści od skrawków łodyg z których wyrosły, bo te nie nadają się do parzenia. W tym celu herbata wędruje do maszyny naładowującej elektrostatycznie wysuszone wióry. Wysuszone skrawki łodyg z jakiegoś powodu mają inną podatność na naelektryzowanie i łatwo je w ten sposób oddzielić od liści. No i herbata gotowa.Pakuje się ją do wielkich worków posegregowaną według wielkości skrawków (wyróżniane są cztery wielkości). Te największe dają najdelikatniejszy i najbardziej wysublimowany smak; te najmniejsze aromat mocny ale smak bardziej podły. W końcu jest też pył herbaciany dający super mocny aromat, ale posiadający najgorsze z możliwych walory smakowe. Aha - jest też tzw. herbata "biała" - robi się ją wyłącznie z czubków łodyżek zawierających stożek wzrostu z zawiązką nowego listka - to najdroższa i najbardziej wartościowa z herbat. Worki wędrują następnie na giełdę towarową gdzie kupowane są przez producentów wciskających konsumentom kit, że ich herbata jest w z jakiegoś powodu nadzwyczajna. Herbata to herbata i każda jest taka sama - wszystkie pochodzą z jednego źródła - tak jak węgiel czy zboże. Różnica polega jedynie na chemii czyli sztucznym aromacie którym producenci "dopalają" swoje produkty. No i oczywiście na mieszance - czy użyli dużych kawałków, czy małych czy może je jakoś zmiksowali. Najgorzej oczywiście wypadają herbaty w torebkach - wystarczy rozciąć, żeby przekonać się że zawierają najgorsze możliwe nadzienie - pył. To dlatego herbata w torebce tak szybko uwalnia kolor - za smak jednak odpowiada już tylko chemia i marketing. Jeśli chcecie popijać sobie dobrą herbatę - kupujcie herbatę liściastą (nie w torebkach), w jak największych rozmiarach i koniecznie i zastrzeżeniem "unblended".

Horton Plains
Horton Plains
© Paweł Zgrzebnicki

Horton Plains

Po tej fascynującej wędrówce po świecie złotego naparu pojechaliśmy do parku narodowego Horton Plains odwiedzić prawdziwy koniec świata - miejsce nazwane przez mieszkańców Sri Lanki "Worlds' End". Klif ten to wysokie na 880 metrów urwisko pod którym rozciąga się piękny płaskowyż. Wygląda faktycznie jak koniec świata - płasko, płasko, nagle kilometrowe urwisko i panorama na której końcu jest... morze. Tak! Stąd - a jest to sam środek Sri Lanki - widać w pogodny dzień Ocean Indyjski.

Niestety nam pogoda niezbyt dopisała i biegiem - żeby zdążyć przed deszczem - wróciliśmy do samochodu i ruszyliśmy w trasę powrotną. Wieczorem dotarliśmy do kameralnego hoteliku w Tissamaharama gdzie zjedliśmy pyszną kolację i położyliśmy się do spania, ponieważ następnego dnia czekała nas pobudka wczesnym świtem.

Dzień trzeci

Park Narodowy Yale
Park Narodowy Yale
© Paweł Zgrzebnicki

Park Narodowy Yale

Wczesnym rankiem, jeszcze przed wschodem słońca wyruszyliśmy na safari, do parku narodowego Yala. To przepiękne miejsce znajduje się w zupełnie innej strefie mikroklimatycznej - podczas gdy na wschodnim wybrzeżu cały czas leje (pora deszczowa), w środku wyspy - w górach - jest zmiennie, tu, na południu zastaniecie piękną pogodę i warunki pustynnej suszy - padać zacznie dopiero koło października. Jak to zawsze w "okolicznościach przyrody" - jest tu pięknie. Wspaniałe, dziko żyjące zwierzęta, naturalne lasy, susza - biosfera to subtropikalny las a nie jak w Kenii (gdzie na podobnym safari byliśmy ponad rok temu) zielona sawanna. Zwierząt dużo mniej niż w Afryce, ale ornitolodzy mają tu dla siebie prawdziwy raj - na Sri Lance żyje ponad 50 endemicznych gatunków ptaków. Dla fotografii żywej przyrody Sri Lanka to obowiązkowy przystanek.

Około południa żar był już nie do zniesienia nie tylko dla nas ale też dla zwierząt, które pochowały się do lasu i do wody. To wyraźny znak, że trzeba kończyć, wyruszyliśmy więc w powrotną drogę do naszego macierzystego hotelu.

Malediwy

Malediwy
Malediwy
© Paweł Zgrzebnicki

Malediwy

Dzień później o drugiej w nocy z hotelu zabrał nas miły Pan taksówką i zawiózł do Colombo, skąd po paru godzinach wylecieliśmy na Malediwy - najniższego kraju na świecie, którego średnia wysokość wynosi 1,7 m n.p.m. a najwyższy szczyt wynosi 2,4 m.

Uwaga odnośnie przelotów: Należy pamiętać, że w odróżnieniu od innych krajów, na Sri Lance należy stawić się na lotnisku co najmniej trzy godziny przed odlotem. Podyktowane jest to względami bezpieczeństwa - konflikt z Tamilskimi Tygrysami wciąż trwa o czym mieliśmy przekonać się kilka dni później, gdy dowiedzieliśmy się o bombie która została zdetonowana przez terrorystów w centrum stolicy.

Niezależna turystyka na Malediwach praktycznie nie istnieje - kraj składa się z 1190 malutkich wysepek, z których znaczna część jest dzierżawiona w całości przez duże sieci hotelowe. Na pozostałych żyją tubylcy, lecz nie ma tam żadnych miejsc noclegowych. Transport między wysepkami też jest kiepski, praktycznie nie istnieje. Malediwy to kraj muzułmański i obowiązuje to całkowity zakaz sprzedaży alkoholu (oczywiście nie dotyczy to hoteli). Jeśli wwozicie swój alkohol - zostanie on zatrzymany na granicy w depozyt do czasu wyjazdu. Ten kraj jest pod wieloma względami wyjątkowy - między innymi pod względem dostępności dla turystów - jeśli chcecie zobaczyć Malediwy - zapomnijcie o samodzielnej podróży - albo macie własny jacht, albo musicie wykupić pobyt w jednym z setek eleganckich hoteli. Oczywiście ma to swoje plusy - cała wyspa jest obiektem hotelowym, wszystko jest zadbane, dla wielu osób jest obrazem raju na Ziemi.

Malediwy to słodkie lenistwo i nurkowanie - nie ma tu czego zwiedzać, ale kultury zażyliśmy już dość - nadszedł czas błogiego nicnierobienia!

Tekst: Paweł Zgrzebnicki
Przygotowując wyprawę i relację korzystano z następujących opracowań:
  • J. Cummins, T. Cannon, M. Elliot, R. Ver Berkmoes, Sri Lanka, Lonely Planet, Footscray 2006, 10th edition