Używamy plików cookies, w celu ułatwienia nawigacji, opracowania statystyk, dostosowania serwisu do preferencji użytkownika oraz przy współpracy z serwisami zewnętrznymi takimi jak Google, Facebook i Twitter. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji o plikach cookies znajduje się tutaj oraz w naszej polityce cookies. Zamknij

Rumunia - 2014
Galeria zdjęć
Mapa

Ostatnie cztery miesiące spędziłem na przerabianiu seryjnej Toyoty Hilux na samochód nadający się na wyprawy w dowolny teren, nie tylko "cywilny". Po setkach godzin spędzonych w garażu, przyszedł czas na test. Wybrałem miejsce, które nadaje się do tego doskonale: znajduje się blisko, oferuje piękną przyrodę, góry, w które można wjechać samochodem i wspaniałe miejsca do zwiedzania. Pojechaliśmy do Rumunii.

Plan odwiedzenia tego wspaniałego kraju chodził nam już po głowie od dawna, ale zawsze albo "nie było okazji", "nie było czasu", albo "lało jak z cebra" (jak w zeszłym roku o tej samej porze), albo... zawsze coś! Tym razem wymówki nie było żadnej, tym bardziej że w dalszych planach pojawiła się wyprawa na Nordkapp, a jak wiadomo w Skandynawii wszystko (także i warsztaty) są bardzo drogie, lepiej więc sprawdzić samochód w bardziej przystępnych warunkach. A więc w drogę!

Pierwszego dnia dojeżdżamy do Tokaju na Węgrzech. Nie spieszymy się za bardzo, bo po pierwsze po co, a po drugie ciężki samochód nie pozwala na zbyt wiele. To znaczy pozwala, ale lepiej móc się zatrzymać w razie czego :-) Tokaj zbyt porywający nie jest, mimo swej znakomitej winiarskiej sławy. Ot, małe, ciche miasteczko, przez które płynie spokojna rzeka. Nad rzeką znajduje się kemping, więc nocleg dla nas wymarzony. Mniej wymarzone okazują się dodatkowe okoliczności - około 20:00 przy brzegu zatrzymuje się kilka dużych kajaków, z których wysypuje się chmara dzieciaków z podstawówki. Brzęczące niczym osy, krzyczące, piszczące i biegające w kółko postanowiają się rozbić dokładnie tam gdzie my. Jeden "gościnnych" z odciągów od namiotu zostaje wbity pod naszym tylnym zderzakiem tak, że nawet nie jesteśmy w stanie obejść samochodu do okoła. W rezultacie zamiast świętego spokoju, utykamy w samym środku węgierskiego obozu kajakowego.

Tokaj (Węgry)
Tokaj (Węgry)
© Paweł Zgrzebnicki

Tokaj (Węgry)

Następnego dnia rano, równo z dzieciakami zwijamy manele i rozstajemy się na dobre z Tokajem. Jeszcze tylko krótka wizyta w sklepie z winami i ruszamy na wschód.

Rumunia, póki co, nie należy do strefy Schengen, dlatego jak za starych (nie)dobrych czasów, trzeba odstać swoje w kolejce na granicy. Urzędnicy bardzo mili, skrupulatnie sprawdzają samochody, patrzą nawet, czy na tylnym siedzeniu nie siedzi jakiś dywersant. Nie siedzi, więc bez problemu wjeżdżamy do kraju mrocznego Drakuli i złowrogiego dyktatora Ceaușescu.

Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów trasy wiedzie przez równiny okolic miasta Baia Mare. Mkniemy przed siebie, żeby jak najszybciej znaleźć się gdzieś, gdzie współczesna cywilizacja jest jak najmniej obecna. Patrząc na mapę, dobrym miejscem wydają nam się góry Oașului, znajdujące się około 50 kilometrów na północny wschód od Baia Mare, na granicy z Ukrainą. Wjeżdżamy odważnie do wsi Baile Tarului. Na końcu osady droga się kończy, chociać w popularnym atlasie drogowym kupionym na stacji benzynowej, trakt (co prawda bity) ciągnie się dalej. Siedzący na ławeczce przed domem gospodarze machają do nas wskazując na baniak z winem, najwyraźniej dając nam do zrozumienia, że wspólnie możemy zająć się czymś przyjemniejszym niż walka z górskim terenem.

Okazuje się, że rumuński atlas może służyć najwyżej do orientacji krajoznawczej, ponieważ droga zmienia się w łąkę, łąka w las i tak wkrótce odnajdujemy się na górskiej przełęczy o bliżej nieokreślonej nazwie. Toyota sprawuje się wspaniale, ale to dopiero początek. Na dodatek ciężko powiedzieć, gdzie jechać dalej? Wiemy, że chcemy się dostać przez góry do wsi Cămărzana, ale lepiej jechać granią w lewo? A może w prawo? Czy zjeżdżać "na chama" w dół? Niestety nie widać żadnych sugestywnych śladów, decydujemy więc najpierw jechać w lewo. Po kilkuset metrach droga robi się ciężko dostępna. Aga - jako dzielny pilot - idzie piechotą sprawdzać, czy warto pchać się dalej?

Nie warto. Zawracamy i jedziemy w prawo. Powolutku, trochę w dół, na razie nie jest źle. Natrafiamy na ślad jakiejś drogi, wyżłobionej najpewniej kiedyś przez wóz ciągniony przez konia. Robi się późno, postanowiamy więc zostać tu na noc. W końcu o to właśnie chodzi! Okoliczności przyrody piękne, cała łąka intensywnie pachnie lawendą, spokój, cisza, romantyczny wieczór w odludnych górach. O to jak stąd zjechać, postanowiamy pomartwić się kolejnego dnia.

Budzi nas rześki poranek i piękne słońce. Śniadanko, zwijanie maneli i w drogę! Po kilkuset metrach uważnego zjazdu okazuje się, że robi się dość stromo, delikatna z pozoru łąka została rozjeżdżona końmi a deszcze wyżłobiły głębokie koryta przez które nie sposób przejechać. Na szczęście dzięki iście zawodowej pracy pilota (a raczej pilotki), naprowadzany, metr po metrze w końcu zjeżdżam do bardziej przystępnego terenu. Tak kończy się pierwszy, dość niespodziewany odcinek off-roadowy, a my kierujemy się dalej na wschód. Przejeżdżamy przez kolejne wsie, nie mogąc wyjść z podziwu dla fantazji współczesnych architektów. Czy tu w ogóle są architekci?

Góry Oașului (Rumunia)
Góry Oașului (Rumunia)
© Paweł Zgrzebnicki

Góry Oașului (Rumunia)

Na szczęście koszmar nowobogackich wielopiętrowych "willi" z kosmicznymi dachami kończy się szybko i wkrótce wjeżdżamy w rejon Maramureszu. Tu dominuje architektura drewniana, stare domy z bali, belki bogato zdobione rzeźbieniami, charakterystyczne wysokie bramy z fantastycznymi ornamentami i wszechobecna sztuka ludowa. Tu czas jakby się zatrzymał, a im dalej wgłąb gór, tym wrażenie jest większe. Obrazki, które już w Polsce dawno przeminęły, w Rumunii (póki co) można spotkać na każdym kroku. Tradycyjne życie wiejskie, uprawa i godpodarowanie z użyciem najprostszych narzędzi, całe wsie bez prądu... To wszystko sprawia, że czujemy się jak w żywym skansenie. Dojeżdżamy do kolorowego Wesołego Cmentarza (rum. Cimitirul Vesel), który okazuje się wart wizyty w każdym calu! Jest absolutnie cudowny!

Po pełnym zachwytu zwiedzaniu, kilkadziesiąt kilometrów dalej znów wjeżdżamy w prowadzącą do granicy z Ukrainą, górską drogę położoną za Poienile de sub Munte. Tym razem obywa się bez terenowych niespodzianek. Udaje nam się znaleźć ustronne miejsce nad rzeką a na dodatek sporo poukładanego, równo pociętego drewna: gałęzi, bali, konarów. Mieszkańcy oczyszczają rzeki z naniesionych leśnych śmieci, ponieważ powodują one blokowanie przepływu i rozlewanie się koryta. Dzięki temu nie trzeba się w ogóle wysilać, żeby zrobić sobie wspaniałe ognisko! Ciepło przydaje się bardzo, bo górskie wieczory są tu bardzo chłodne.

Siedząc i dumając nad pięknem przyrody, obserwujemy nieustanny ruch, który toczy się na pobliskim dukcie leśnym. Wielkie ciężarówki jadą wysoko w góry i zwożą przez cały czas dziesiątki ton drewna. Transport trwa do północy, samochody mijają się jeden po drugim, a my mamy wrażenie, że w tym tempie za kilka dni zniknie cały las! Jak się potem okazuje, na całym terenie górskiej północy Rumunii sprawa wygląda identycznie. Intensywna gospodarka leśna wygląda na "nieco" rabunkową i zbyt intensywną, ale być może to jedynie mylny osąd?

Wieczór szykuje nam jeszcze jedną miłą niespodzinkę - na swojej drodze spotyka nas ekpia w terenowych samochodach z Polski. Pozdrawiamy Czarnego Patrola! :-) W ogóle w Rumunii pełno jest rodaków traktujących ten kraj jak swoiste El-Dorado off-roadowe. Mijamy kawalkady motocykli, samochody terenowe pojedyncze i w zorganizowanych grupach, jest też mnóstwo gości z Niemiec, Francji, Austrii i Holandii w swoich ukochanych kamperach.

Następnego dnia powoli jeździmy sobie po okolicy, fotografując cerkwie, domy, ludzi i planując trasę kolejnej górskiej przeprawy. Postanawiamy wjechać do Bâile Borșa. Nasz atlas co prawda już nie sugeruje, że wiedzie tędy jakaś przejezdna droga, ale z kolei OpenStreetMap "widzi" na końcu leśny dukt, prowadzący przez cały Maramuresz. Może uda się przejechać?

Wesoły Cmentarz (Săpânța, Rumunia)
Wesoły Cmentarz (Săpânța, Rumunia)
© Paweł Zgrzebnicki

Wesoły Cmentarz (Săpânța, Rumunia)

Wyjeżdżamy poza miasteczko i naszym oczom ukazuje się zrujnowane całkowicie zabudowania posocjalistycznej kopalni. Przed laty znajdował się tu przemysłowy ośrodek; centrum wydobycia m.in. miedzi, srebra i ołowiu (w latach 2000-2003 wielokrotnie wskazywano na przedostające się na Ukrainę i Węgry zanieczyszczenie rzeki Cisy (rum.i> Tisa), powodowane przez uwalniające się do cieków wodnych miedź, cynk, ołów, żelazo, mangan i siarkę). W pobliżu ruin znajdujemy skały o charakterystycznym, żółtym zabarwieniu oraz zlewający się mały strumień pachnący siarkowodorem. Obraz wygląda poruszająco, jak powojenne ruiny albo Strefa Zero z Czernobyla. Dalej na szczęście droga wiedzie przez las i otacza nas dziewicza przyroda. Spotykamy jeszcze kilka betonowych, apokaliptycznych ruin, najwyraźniej będących kiedyś częscią całego zespołu wydobywczego. Po mniej więcej 7 kilometrach droga staje się stroma, wąska, błotnista, upstrzona wystającymi wysoko kamieniami. Toyota radzi sobie świetnie, pniemy się wgłąb Maramureszu coraz wyżej.

Po pewnym czasie dochodzimy jednak do wniosku, że teren staje się na tyle ciężki, że bez ewentualnego wsparcia drugiego samochodu, możemy na dobre utknąć w jakiejś koleinie lub zawiesić się na którejś z wystających skał. Podejmujemy decyzję o odwrocie i staczamy się powoli tyłem, bo w tym miejscu po prostu nie ma gdzie zawrócić. Po kilkuset metrach dojeżdżamy do małej polany, gdzie robimy krótki postój.

Po chwili z drogi którą właśnie zjechaliśmy wytacza się z lasu wielka, poradziecka ciężarówka z drewnem, napierając do przodu niczym ponury lodowiec. Dobrze, że nie pchaliśmy się dalej w góry! Spotkanie z takim potworem w błotnistym korycie powyżej nie byłoby niczym przyjemnym!

Wracamy na główną drogę i podążając dalej na wschód dojeżdżamy kilka kilometrów za Cârlibaba, gdzie skręcamy w leśną drogę prowadzącą na północ. Chwilę później znajdujemy sympatyczną polankę przy strumieniu z ułożonym dość bezwładnie ściętym drewnem, podobnie jak poprzedniej nocy, pozwalającym bez wysiłku cieszyć się ciepłym ogniskiem.

Późnym wieczorem zaczyna padać deszcz, który szybko zamienia się w ulewę.

Rano dalej jest mokro, ale już nie pada. Korzystamy więc z suchego nieba i czym prędzej zwijamy obóz. Okazuje się, że rozbiliśmy się w mocno zacienionym miejscu, jedziemy więc dalej, aby gdzieś w słoneczku móc umyć się w górskim strumieniu. Zatrzymujemy się kilka kilometrów dalej i szybciutko myjemy w lodowatej wodzie. Chwilę potem podjeżdża do nas BMW X5, z którego wysiada elegancko ubrany mężczyzna. Podchodzi do nas i przedstawia się płynnym angielskim:

  •     —   Dzień dobry, jestem leśniczym. Patroluję podległy mi teren i chciałbym zapytać co Państwo tu robią i czy mogę jakoś pomóc?

Zamurowało mnie. Rumuńskie zadupie, środek gór, wokół cywilizacja jak sprzed dwustu lat a tu takie zderzenie kultur!

  •     —   Jestesmy turystami z Polski - wyjaśniłem - zatrzymaliśmy się na nocleg i jedziemy dalej w góry. Możemy?
  •     —   Oczywiście! Droga jest przejezdna, jeśli wszystko w porządku to tyle z mojej strony!
Tu spędzimy noc! (Maramuresz, Rumunia)
Tu spędzimy noc! (Maramuresz, Rumunia)
© Paweł Zgrzebnicki

Tu spędzimy noc! (Maramuresz, Rumunia)

Pomachał i pojechał. Niezła historia! Jak się za chwilę miało okazać, w górach znajduje się miejsce hałdowania jakichś odpadów kopalnianych, jakiegoś kruszywa. Wszystko przy granicy z Ukrainą, gdzie sytuacja jest mocno niepewna; pewnie jeden z kierowców jeżdżących po lesie ciężarówek nas zauważył i dał znać do nadleśnictwa, że obcy, podejrzany element kręci się w pobliżu... W każdym razie było miło a standard urzędniczy w tym wypadku stawia w moich oczach Rumunię na najwyższej półce.

Jedziemy dalej. Mijamy piękne drewniane chaty na rozległej hali i kilka kilometrów dalej dojeżdżamy do Przełęczy Cârlibaba (1225 m.n.p.m.), gdzie umiejscowiono dziwaczną, surrealistyczną hałdę. Wygląda niesamowicie! Dziewicza przyroda, piękne góry, panoramy, a tu, na hali pośród najwyżej położonego terenu, kolejna góra, tym razem sztuczna. Od razu przychodzi mi na myśl sowiecka myśl technologiczna, cofanie rzek, wysuszanie morza, przesuwanie gór i podobne dewiacje koncepcyjne. Dziwne to wszystko...

Dalej droga prowadzi obok starej cerkwii, przez Przełęcz Pohonuș (1225 m.n.p.m.) aż do wsi Moldovita. Po wspaniałym przejeździe przez górskie terny, dojeżdżamy do głównej drogi i mijając majowniczą przełęcz Ciumâma (1109 m.n.p.m.) wjeżdżamy na teren Bukowiny. Tu góry ustępują terenom bardziej płaskim, zmienia się też charakter gospodarstw na bardziej zamożne, choć nadal starające się utrzymać fason folklorystyczny. Bukowina znana jest z wielu etnograficznych atrakcji. Zwiedzamy po kolei udekorowane wspaniałymi malunkami monastyry i cerkwie:

Odwiedzamy też znane ze swoich dawnych związków z Polską miejscowości Cacica oraz Păltinoasa. Wyglądają jednak, jak każda inna wieś. Nieco rozczarowani brakiem jakichś spektakularnych polskich akcentów, kończymy dzień, kierując się tym razem do przydrożnego pensjonatu w Gura Humorului. Rozlało się na dobre, tą noc postanawiamy więc spędzić w suchym komforcie.

Cerkiew Zwiastowania w monastyrze Moldoviţa (Rumunia)
Cerkiew Zwiastowania w monastyrze Moldoviţa (Rumunia)
© Paweł Zgrzebnicki

Cerkiew Zwiastowania w monastyrze Moldoviţa (Rumunia)

Do spokojnego wypoczynku jednak daleko, bo wieczorem do pensjonatu zjeżdżają się miejscowi goście, gdzie w wynajętej sali restauracyjnej niemal do rana ochodzą huczne poprawiny.

Rano leje dalej, postanawiamy więc wracać spowrotem w kierunku Ojczyzny. Przez całą Rumunię deszcz podąża za nami. Zatrzymujemy się jeszcze w Șurdești, gdzie znajduje się piękny, XVIII-wieczny kościółek drewniany chlubiący się wspaniałą, strzelistą wieżą.

Zbiża się wieczór, żegnamy Rumunię i na noc zatrzymujemy się na ślicznie położonym kempingu w bajecznie kolorowej wiosce Túristvándi na Węgrzech. Deszcz dogania nas kolejnego dnia rano, kończymy więc nasz wyjazd i wracamy do - póki co - słonecznej Polski.

Tekst: Paweł Zgrzebnicki
Przygotowując wyprawę i relację korzystano z następujących opracowań:
  • Stanisław Figiel, Piotr Krzywda, Bukowina. Maramuresz. Przewodnik po północnej Rumunii, Rewasz, 2010
  • Atlas, România 1:300000, Cartographia
  • nawigacja GPS, Sygic Europe, Sygic
  • nawigacja GPS, Maps With Me, MapsWithMe GmbH