Używamy plików cookies, w celu ułatwienia nawigacji, opracowania statystyk, dostosowania serwisu do preferencji użytkownika oraz przy współpracy z serwisami zewnętrznymi takimi jak Google, Facebook i Twitter. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji o plikach cookies znajduje się tutaj oraz w naszej polityce cookies. Zamknij

Wyspy Podwietrzne - 2009
Galeria zdjęć
Na skróty
1. Londyn4. St. Kitts & Nevis7. St. Barthélemy
2. Antigua5. St. Eustatius8. Anguila
3. Barbuda6. Saba9. St. Marteen
Mapa

W ramach dorocznego zimowego wyjazdu w cieplejsze rejony świata, postanowiliśmy obrać kurs na Brytyjskie Wyspy Podwietrzne. Z pomocą profesjonalnej załogi i wyczarterowanego katamaranu odwiedziliśmy zarówno miejsca znane jak i całkiem zapomniane wysepki, o których nawet mieszkańcy sąsiednich lądów niewiele wiedzą. Udało nam się przeżyć wielki sztorm, nurkować na wspaniałych rafach, położyć się pod lądującym Boeingiem i odwiedzić dom Chucka Norrisa. Takie rzeczy możliwe są tylko na Karaibach!

Londyn

[31 stycznia 2009]

Bez żadnych niespodzianek dotarliśmy do Londynu. Samolot wydawał odgłosy walki z przestrzenią - najpierw jakby wpadł na chmurę groszku - pewnie to grad ale co jeśli jednak groszek? Skąd groszek nad Krakowem? Potem, po lądowaniu dochodził nas odgłos jakby piłowania metalu - może drzwi przymarzły? Zdarza się.

Na lotnisku można wymienić pieniądze - złotówka dumnie widnieje jako jednak z głównych walut. Wzrok przyciąga wielki napis "0% commission" ale odpycha dużo mniejszy "min. £500". Funty sprzedają po 5,75 zł! Nie mają szczęścia Ci co wrócili z Anglii - funt był słaby, więc pracę porzucili i wrócili do ojczyzny. Premier Tusk dokonał cudu, Polacy wrócili, nadszedł kryzys, funt podrożał niemiłosiernie a Ci biedni ludzie już bez pracy, znów ze słabą walutą w portfelu - tym razem rodzimą. "Nie zmieniaj pasa na szybszy kiedy stoisz w korku" - mówi stare przysłowie inwestorów - tu się sprawdziło w 100%.Z lotniska do hotelu w którym mieliśmy rezerwację jest 5 minut piechotą, ale jeździ firmowy autobus. Komfort, panie. Kierowca chciał nas ograbić z 4 funtów - rozbój w biały dzień - 200 metrów za 20 złotych?? To chyba najdroższy transport na świecie! Pogrzebałem w portfelu i oświadczyłem że nie mam "drobnych", wysiadam z tego zbrodniczego pojazdu i idę na butach. Kierowca na to zamknął drzwi i uprzejmie zaoferował pomoc - "przyjedziemy do hotelu to poproszę żeby panu doliczyli do rachunku". I ruszył. E tam - pomyślałem - przecież nie będzie specjalnie wysiadał i gonił do recepcji żeby im powiedzieć! Pewnie liczy na moją "uczciwość", że sam się przyznam! Nie ma do czego - chciałem na piechotę a to było porwanie. No i? Nie wierzyłem - facet rzeczywiście wysiadł z autobusu, poszedł do recepcji i kazał mi nabić rachunek! Ale tu niespodzianka: na rezerwacji widniało logo British Airways, pokój był z góry opłacony nie dało się już niczego doliczyć do rachunku. Kierowca nie chciał dać za wygraną i cisnął recepcjonistkę, żeby obciążyć linie lotnicze (tak, tak.. Mrożek mógłby z tego zrobić jakieś zgrabne opowiadanie). Pani powiedziała mu że coś wymyśli i ... dała nam darmowy bilet na powrót autobusem dnia następnego. Nie pytam o co chodzi - ktoś kto ma dwa kurki w umywalce z których leci wrzątek i lód a jednak jest w stanie sobie w tym umyć zęby musi rządzić się inną logiką.

Internet działa bardzo elegancko, bez kabli (10 funtów za dobę), pizza pyszna, lany i butelkowany brązowy ALE też.

[1 lutego 2009]

Antigua
Antigua
© Paweł Zgrzebnicki

Antigua

Rano po zjedzeniu pysznego, sycącego śniadania, zostaliśmy zawiezieni na lotnisko. Tak naprawdę sycące śniadanie zjadłem tylko ja - Aga zadowoliła się kawą i jogurtem. Na lotnisku, ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że przy odprawie obowiązuje prawie samoobsługa - przy punktach odprawy stoją kioski gdzie wsuwa się paszport, podaje numer rezerwacji, deklaruje bagaż i otrzymuje się świeżutką kartę pokładową. Po takiej samodzielnej odprawie zostawia się tylko walizkę w "bag drop point" i gotowe. Wynalazek może i pożyteczny, ale maszyna przydzieliła nam miejsca na dwóch końcach samolotu i jak się okazało nie sposób było tych miejsc zmienić. Lot odbyliśmy w separacji a rozpoczęliśmy go z prawie 2-godzinnym opóźnieniem. Już staliśmy na pasie startowym, kiedy kapitan oświadczył, że wykryto małą usterkę i musimy się wrócić, żeby obsługa ową usterkę usunęła. Okazało się, że chodzi o jakieś ustrojstwo klimatyzacyjne zamontowane na skrzydle, które - jak pokazał czas - wcale się nie zepsuło, a tylko software wywalił błąd. Czy to przypadek że do Boeingów software pisze IBM a kilka tygodni wcześniej Pepson zaczął pracować w IBMie jako inżynier testów oprogramowania?

Dolecieliśmy planowo - słońce, 28 stopni - marzenie.

Już z okien samolotu miłe zaskoczenie - Antigua jest zielona, dużo mniej pustynna od zazwyczaj jałowych wysp Karaibskich.

Jak zwykle w takich miejscach, przed okazaniem paszportu do kontroli należy wypełnić "Immigration Card" gdzie widnieją trzeba różne do niczego nieprzydatne rubryki jak zawód albo miejsce zakwaterowania. Olewając system ("to nie Ukraina" - pomyślałem) wpisałem jako miejsce pobytu "hotel" - ilość dni: 14. I tu wtopa - "który hotel?" - pyta czarny (tzn. biały inaczej), miły skądinąd pogranicznik. "Nie wiem" - odpowiadam - "zwiedzam Karaiby, mam parę hoteli do wyboru. Podjadę, jak mi się spodoba to się zakwateruję" - tłumaczę. "Nie da rady" - urzędnik jest stanowczy - "musi Pan znać miejsce pobytu. Nie ma Pan rezerwacji?" - nie dowierza. "Nie chciałem rezerwować niczego w ciemno" - tłumaczę - "ale jak trzeba coś wpisać, to wezmę przewodnik i wpiszemy coś losowego" - proponuję chytrze. Argumentacja najwyraźniej przekracza granice norm ustawowych, urzędnik bowiem paruje podejrzliwością: "To na jak długo?" - pyta. "Nie wiem" - odpowiadam - "może 3 dni, może 7, kto wie?. Spodoba mi się - zostanę, nie - pojadę dalej. Muszę wrócić na 9 marca, bo mam bilet powrotny. W międzyczasie nie wiem co będę robił" - chyba wyszedłem na dywersanta, bo graniczny spojrzał na kolegę i woła "bilet niech Pan pokaże powrotny". Ja na to wyjmuję rezerwację elektroniczną i podaję. "Bilet!" - woła. "Nie mam" - tłumaczę - "jak będę wracał, to na podstawie rezerwacji mi wystawią". To już kompletna abstrakcja dla mundurowego. Widać ogromny wysiłek na jego twarzy - próbuje objąć sytuację pomiędzy intelekt, intuicję a normy proceduralne. Niewiele chyba z tego wynika, bo wbija do paszportu 8 dni zezwolenia na pobyt. Aga dostała 6. Nieśmiało zwracam uwagę na niekonsekwencję, ale on pogodnie tłumaczy: "Nie szkodzi - dzień albo dwa później wyjedziecie - nic się nie stanie" - tym razem to on okazał się górą. Nic z tego nie pojąłem.

Krótki morał ku przestrodze: wpisuj zawsze nazwę hotelu i utrzymuj że posiadasz rezerwację na tyle ile chcesz. Nie wdawaj się w dyskusje o podróżach, planach, itp - uchodź za prostego turystę z rezerwacją i bez żadnej inwencji - taki turysta jest przewidziany w procedurze. Inny - nie.

Za $16 dotarliśmy do wybranego z Lonely Planet hotelu - psia dziura za nocleg w której w każdej innej części świata zapłaciłbyś $50, tu kosztuje $200 + 20% podatku. Słyszałem że jest poza sezonem, ale Pani wyjmuje cennik z którego wynika, że ... sezon właśnie trwa w najlepsze (Gru-Kwi), a potem to dopiero będzie po sezonie. Ktoś tu kogoś robi w wała, ale trudno. Płacę kartą a tu - "declined". Raz, drugi, trzeci.... To samo. Kurczę - ta karta to prawie jedyne źródło kasy - dzwonię na infolinię banku a facet mi mówi, że karta jest zablokowana od 2 dni, ze względu na jakieś próby nieautoryzowanych transakcji, czy coś takiego. Nie moich w każdym razie - ktoś podobno próbował się podszywać pode mnie i ściągać pieniądze. Coś facet kręci i bredzi bez sensu - nie chce mi się tutaj tłumaczyć zawiłości, ale ewidentnie coś im się w tym banku pomieszało - czy to nie aby IBM pisze dla nich software?

Nawet mnie cała sytuacja nie rozzłościła, chociaż może się okazać, że to gwóźdź to trumny naszej wyprawy. Niemniej jednak znowu pachnie cudownym absurdem, w dodatku piwo 275ml kosztuje to 2 dolce a cola 750ml - 5 USD. Fakt - w hotelu (dla potrzeb tej relacji umówmy się, że będę nazywał to miejsce "hotelem"), ale mimo wszystko cena kosmiczna. Zobaczymy jutro ceny sklepowe - muszą być niższe - nie może skrzynka piwa kosztować tyle ile tu ludzie zarabiają w rok!

Chyba że Polska to Trzeci Świat a Antigua jest honorowym członkiem G8...

Jutro zadzwonię do opiekuna w banku i powiem co o nich myślę - niech znają moje zdanie za 9zł/min .. (to chyba Clapton nabija tu poziom cenowy - podobno ma tu dom...)

Aha .. biały (czarny inaczej) właściciel hotelu uprzejmie doradzał nam w sprawi wycieczki i oświadczył że na całych Karaibach w sumie nie ma nic do zobaczenia i wszędzie jest tak samo. Dzięki!

Antigua

[2 lutego 2009]

St. Johns - stolica Antigua & Barbuda
St. Johns - stolica Antigua & Barbuda
© Paweł Zgrzebnicki

St. Johns - stolica Antigua & Barbuda

Przed wyruszeniem na podbój wyspy - tak zwany "background teoretyczny". Antigua została odkryta przez Kolumba w 1493 roku i nazwana na cześć pewnego kościoła w Sewilli. Jej rdzennymi mieszkańcam byli Arawakowie zwani tu "Wadadli" (taką właśnie nazwę ma jedyne produkowane tu piwo). Po Kolumbie przyjechali tu Anglicy, założyli plantacje cukru i sprowadzili do pracy niewolników z Afryki. Żeby ich wyżywić, założyli uprawy rolne na sąsiedniej Barbudzie (ciekawe swoją drogą jak to działało, bo na Barbudzie jest prawie sama pustynia). Potem niewolnictwo zniesiono a po drugiej wojnie światowej, w 1967 roku, Antigua uzyskała prawa do samodzielnych rządów stając się Zjednoczonym Stanem Królestwa Brytyjskiego. Potem w listopadzie 1981 roku uzyskała pełną niepodległość. Pierwszym premierem został Vere Cornwall (VC) Bird z Partii Pracy (ALP), zwany tu do dziś Ojcem Narodu. Naród widocznie szybko wybacza błędy, bo najpierw tata Bird a potem syn Lester rządzili krajem do 2004 roku otoczeni ciągłymi skandalami korupcyjnymi. Drugi syn Ojca Narodu - Vere Bird Jr - został oskarżony w 1991 roku o szmuglowanie broni z Izraela dla kartelu narkotykowego Medelina, a trzeci - Ivor - skazany w 1995 za przemyt kokainy. W wyborach 2004 roku władzę przejęła Partia Postępowa i wprowadziła m.in. 20% liniowy podatek dochodowy, co niezbyt chyba podoba się mieszkańcom. Tak w średnim skrócie przedstawia się historia tego sympatycznego państwa.

Po przepysznym, sycącym śniadaniu wybraliśmy się do tak zwanego "miasta", czyli do St. John's. Typowe karaibskie miasteczko z "architekturą" drewnianą czyli z desek. Egzotyka. Ale co tam architektura - jacy ludzie? Prawdziwi rastamani! Już w drodze, w taksówce, szczęśliwy kierowca uświadomił nas, że nie ma co narzekać na deszcz - "Rain is also a sunshine, but a liquid sunshine. Nothing to worry about!". Potem inny miły dowoziciel - tym razem z busa - tańczył i śpiewał na dworcu z kolegami po zakończonym kursie. Żeby tak u nas, w zajezdni, pan Józek ze "139" oddtańczył polkę po zjeździe na bazę - to by dopiero była sensacja.

Fascynujący ludzie - z akcentem jak z gry "Monkey Island" albo filmu "Piraci z Karaibów"... A'propos "Monkey Island" przypomniała mi się scena z gry, kiedy główny bohater wchodzi o dżungli wgłąb wyspy (rzecz dzieje się gdzieś w XVII wieku) a tam budka telefoniczna. Wchodzi i dzwoni do twórców gry że się zgubił i autor jest idiotą. Ciekawe skąd scenarzysta czerpał inwencję? Na plaży koło której mieszkamy, w środku piasku, w cieniu palmy stoi stara, zdezelowana, czerwona brytyjska budka telefoniczna. Surrealizm stuprocentowy.

W St. John's pomaszerowaliśmy do portu, żeby poszukać ofert rejsów - w końcu Karaiby, to rejs by się przydał. Akurat chwilę wcześniej zawinął kilkupiętrowy potwór z USA i przywiózł masowo wysypujące się na nadbrzeże towarzystwo o średniej wieku 110 lat. Jedni o kulach, inni o laskach, jeszcze inni trzymali się z wrażenia za rozrusznik - "o kurde" - pomyślałem - "to to są te słynne rejsy po Karaibach...". Nadeszło zwątpienie.

Poszukiwania ofert spełzły na niczym, w końcu znaleźliśmy biuro podróży szczycące się organizowaniem wszystkiego co tylko możliwe. Wyjaśniłem miłej pani obsługującej (znała dwa języki, skubana, z pochodzenia była "żabą"), że chcemy popłynąć sobie na południe i poodwiedzać wyspy. Pani uprzejma po odebraniu w między czasie trzech telefonów od koleżanek ("ooo! It's you - Betty! How nice....") wyjaśniła, że nie warto się napinać. Na Gwadelupie strajki które przeniosły się z kontynentalnej Francji, nie ma prądu, nic nie działa, nie da się wpłynąć ani wypłynąć z portu. "W ogóle" - ciągnęła - "to na waszym miejscu omijałabym wszystkie francuskie wyspy. Zawsze może być strajk i utkniecie na zawsze" - podpowiedziała uprzejmie. "Macie wakacje - po co wam to?" - zapytała z uśmiechem. Następnie poradziła, że skoro dalej się upieramy przy pływaniu (loty też odradziła - z czego żyje to biuro?), to powinniśmy pojechać do English Harbour na drugim końcu wyspy - tam jest port jachtowy i może tam coś znajdziemy. I znowu wyszedłem rozbawiony ale i zdumiony - rozmowa z panią z biura (aha - na końcu przeprosiła za "histeryczny ton" jak była miła go określić) - otóż ta rozmowa zupełnie pasowała do surrealizmu Mrożka który od kilku dni mnie otacza. Nie wiem jak to wyrazić, ale chyba biorę udział w jakimś tajemniczym eksperymencie psychologicznym. Ale Ci co knują - przegrają - ich praca z góry skazana jest na klęskę - mnie ten absurd bawi - i to coraz bardziej.

Droga do English Harbour wije się krętymi drogami przez górzyste tereny wyspy. Z góry roztaczają się piękne widoki na morze i billboardy Zjednoczonej Partii Postępowej (UPP), która prosi o re-elekcję swojego kandydata. Inna partia - Antigua Labour Party - obiecuje zdjęcie jarzma z udręczonych pracą robotników (muszę przedefiniować sobie pojęcie jarzma w oparciu o tą scenkę z tańczącym busiarzem).

W porcie nasz wysiłek zostaje uwieńczony sukcesem - trafiamy na biuro firmy oferującej czartery jachtów i wreszcie rozpoczyna się rzeczowa rozmowa na temat naszej najbliższej przyszłości. Dostaliśmy dwie propozycje: czarteru prywatnego jachtu albo dołączenia na doczepkę do załogi płynącej na regaty na Tobago. Propozycja kusząca, ale nie za bardzo mamy ochotę być na Tobago już za dwie doby. Chcemy po drodze poodwiedzać wyspy - po to w końcu przyjechaliśmy! Ale te regaty - nie byle co... Może jednak się skusimy? Z drugiej strony ktoś kto nigdy nie pływał na żaglach (o przepraszam! Ja pływałem na Omedze w ósmej klasie podstawówki) - od razu na regaty? Pachnie 48-godzinnym rzyganiem...

Zobaczymy jutro - umówiliśmy się po 10 rano w porcie na omawianie propozycji, ustalanie ewentualnych tras, itd...

Na pyszną kolację zamówiliśmy rezultat świeżego dzisiejszego połowu - Mahi-Mahi. Trzeba przyznać że zwierze to pyszne! I znowu nachodzą mnie dziwne skojarzenia - ze 2 tygodnie temu oglądałem na Travel Channel program w którym gość pokazywał połów Mahi-Mahi - cały odcinek poświęcony był tylko temu. Jak mogłem przypuszczać, że kilkanaście dni później dostanę świeżego osobnika na talerz...

[3 lutego 2009]

English Harbour, Antigua
English Harbour, Antigua
© Paweł Zgrzebnicki

English Harbour, Antigua

Cały dzień spędziliśmy w English Harbour załatwiając czarter jachtu. Zdecydowaliśmy się na 7 dni rejsu katamaranem na północ od Antigua - po Wyspach Podwietrznych. Zapłaciłem przelewem - jak dojdzie i wszystko zaskoczy, to ruszamy w piątek o 9 rano.

Nie da się uciec od polityki - mój kandydat to Chet Grenne z Partii Pracy. Hasło wyborcze chwyciło mnie za serce: "No personal income tax. Lower utility bills". Zdecydowanie kocham tego gościa - potrzeba nam takich jak Chet!

Po wyspie tłuczemy się już tylko miejscowym transportem - widać rzeczywistość taką jaka jest na prawdę. A jest to bardzo miła rzeczywistość, żeby nie było wątpliwości. Co prawda bieda aż piszczy, ale szczęście ci ludzie mają wymalowane na twarzach - jak może być inaczej kiedy w busie leci reggae na cały regulator i wszyscy wesoło podśpiewują? Bardzo miły jest zwyczaj, według którego kierowca trzyma się ustalonej trasy tylko mniej więcej. Podwozi każdego do jego domu - według życzenia. Odstępstwa od trasy nie są duże - rzędu kilkuset metrów, ale dzięki temu każdy jest zadowolony. Rano, kiedy jechaliśmy do portu, pan kierowca nawet zatrzymał się pod domem - najwyraźniej stałego - pasażera i poczekał chwilkę aż ten wygrzebie się w końcu na poranny autobus. Jeśli jesteś miejscowy - nie ma stresu że nie zdążysz - no hurry - poczeka.

Po załatwieniu wszystkich formalności czarterowych zwiedziliśmy stary fort z XVII wieku (całkowicie zachowany, łącznie z działami) - piękna rzecz. Okazało się również, że z płaskiej karty debetowej (Visa Electron) co prawda nie da się wyciągnąć pieniędzy w bankomacie, ale za to w banku w okienku - tak. Wymaga to paru formalności, podania danych, przedstawienia paszportu itd - ale karta spełnia swoje zadanie. Oddala się widmo katastrofy finansowej, której zapowiedzią miało być zablokowanie przedwczoraj mojej karty kredytowej.

Jedliśmy dzisiaj pyszne krewetki - takie świeżutkie, prosto z morza. nie mają takiego baraniego posmaku jak te hodowlane dostępne w naszym nadmorskim kraju. W ogóle kuchnia jest tutaj wspaniała - widać najlepsze wpływy europejskie. I cały czas jestem pod wrażeniem ludzi - wszystko co słyszeliście o Karaibach, wyluzowanych czarnych rastamanach z dredami i koszulkami z Bobem Marleyem  - to prawda. Ten "piracki" akcent też jest prawdziwy - to niesamowite - dotychczas byłem przekonany, że to tylko filmowa koloryzacja - ale rzeczywiście - tak jak jest napisane na tablicach rejestracyjnych samochodów - "Antigua & Barbuda - The Land of Sun and Sea". Nothing to worry about.

[4 lutego 2009]

Dzień zleciał sennie - śniadanie, plaża, leżenie... Aga kupiła w lokalnym sklepie dwie "zupki chińskie" - mogą się przydać. Wspominam, bo to nie takie oczywiste że na małej karaibskiej wysepce dostępne są zupy "shitsu".

Zaczyna już nas nosić - jutro chyba pożyczymy samochód i pojeździmy po wyspie żeby mieć dokładny ogląd sytuacji. Nasz hotelik jest bardzo miły w kategoriach okoliczności przyrody, ale średnia wieku przyjezdnych w okolicy wynosi 75 lat i nas to trochę dołuje - czujemy się z deka jak w rajskim domu starców, więc jeden dzień byczenia się na piasku wystarczy - trzeba ruszyć tyłki na pohybel stagnacji!

Przy okazji takich rozważań dostało mi się za swoje, że to mnie nęci kapcaniarstwo, ale się dziarsko wytłumaczyłem, że nie widzę niczego zdrożnego w poleżeniu sobie jeden dzień na słonecznej plaży pod palmą - szczególnie kiedy parę dni wcześniej przyjechałem ze światowego centrum szarozimnej chujozy (przepraszam czytelnika za wyrażenie, ale mi się na ekspresję zebrało). Na nagie ciało amerykańskiego emeryta można przymknąć oko lub zwrócić je w stronę bezkresnego nieba malowniczo przechodzącego w błękit oceanu... Tłumaczenie wydaje się dobre, bo poskromiłem nieco zniecierpliwienie małżonki. Obiecałem też rychłą kafariadę.

[5 lutego 2009]

Księżycowy krajobraz Devil's Bridge
Księżycowy krajobraz Devil's Bridge
© Paweł Zgrzebnicki

Księżycowy krajobraz Devil's Bridge

Rano przyjechała pani z AVISa z piękną Toyotą Corollą. Wypisała wszystkie dokumenty, w tym zezwolenie na prowadzenie samochodu (!). To że masz prawo jazdy, to jest warunek konieczny, ale nie wystarczający do poruszania się po Antigua. Trzeba jeszcze miejscowego zezwolenia, które być może jest po prostu potwierdzeniem, że prawo jazdy jest ważne. Tak czy inaczej, trzeba zapłacić 20 dolców więcej za kolejną rządową fiszkę, potwierdzającą coś co i tak jest wiadome - kierowca z prawem jazdy musi mieć potwierdzenie że ma prawo jazdy :)

Objechaliśmy całą wyspę, nadaremno poszukując ruin fortów - ciężko je znaleźć. Dotarliśmy jedynie do Fort James. Antigua to piękna zielona wyspa ze wspaniałym wybrzeżem i turkusowym morzem. Na północno-wschodnim cyplu odnaleźliśmy fantastyczny Devil's Bridge - skalisty fragment wybrzeża o który rozbijają się z hukiem fale, strzelając w górę niczym gejzery. Legenda głosi, że jeśli wrzucisz w odmęt dwa jajka, to jedno zostanie pochłonięte a drugie diabeł ci odda ugotowane. Faktycznie, woda kipi tu energią jakby się gotowała.

W drodze przez wyspę, przejechaliśmy obok amerykańskiej bazy radarowej - ogromne, kilkudziesięciometrowej średnicy radioteleskopy robią kolosalne wrażenie. (Już po powrocie do domu szukałem tej bazy na zdjęciach Google Earth, ale chłopaki chyba sprytnie ją wymazały i dla szerszej publiczności widnieje w tym miejscu jedynie pustkowie).

Na wyspie pełno jest XVII-wiecznych budowli - pozostałości po Anglikach. Są tu pięknie zachowane kościoły, ruiny murów obronnych, domów i wież obserwacyjnych rozsianych po całej okolicy. Część z nich dalej funkcjonuje - jako kościoły, restauracje, itp.

Antigua to piękna wyspa - stuprocentowo karaibski klimat, dźwięki reggae, uśmiechnięci, mili, niezwykle powolni ludzie i powiew romantycznej historii z piratami w roli głównej - pięknie zachowane siedemnastowieczne działa w Forcie James pamiętają z pewnością dokąd wysyłały z hukiem kule, broniąc wyspy przed grabieżcami. Gdyby tylko mogły przemówić... Może dla nich właśnie dedykowany jest napis na mijanym dziś busie - "LE DEM TALK".

Barbuda

[6 lutego 2009]

Barbuda
Barbuda
© Paweł Zgrzebnicki

Barbuda

Na wstępie uprzedzam, że nie wiem ile zdołam napisać, bo być może zaraz zarzygam klawiaturę i na tym się skończy. Stoimy na kotwicy 500 metrów od brzegu i kołysze nami na wszystkie strony. Nie mam siły nawet tego komentować.

Zaczęło się tak: przyjechaliśmy rano do portu, oddaliśmy samochód i po godzinie zakupów prowiantowych władowaliśmy się na pokład katamaranu. Przywitała nas sympatyczna załoga - Wayne - nasz kapitan i Sonia ruszająca z nami jako pierwszy oficer. Ja tam słyszałem, że kobieta na statku przynosi pecha, ale może po prostu katamaran to nie statek? Mieliśmy płynąć na Montserrat, ale w wyniku zamieszania wzięliśmy kurs na Barbudę - może być - w sumie i tu i tam nie byliśmy ani razu więc było nam kompletnie obojętne. Mieliśmy płynąć 4 godziny - płynęliśmy 7. Dlaczego? Nie wiadomo - może dlatego że ja przez jedną trzecią drogi siedziałem za sterami, tyle samo Aga... Wdrażaliśmy się w nowy zawód, ale po paru godzinach wymiękliśmy - nawet nie cali, tylko nasze żołądki. Muli nas totalnie a tu właśnie Wayne przygotowuje coś na kolację. Kiwa przepotwornie a ja zaraz puszczę pawia...

[7 lutego 2009]

Noc minęła nam spokojnie, chociaż nasz katamaran wydawał z siebie przedziwne jęki i stuki. Coś trzaskało, stukało ...może to duch Jacka Sparrowa albo kapitana Morgana?

Rano pontonem podpłynęliśmy na Barbudę. To wspaniałe miejsce gdzie nie ma prawie niczego - kilka domów, jedna droga, cisza, spokój. W centrum jedynej wioski (jest tu może 5 uliczek a całość nie zajmuje więcej niż 0,5 km kwadratowego) totalny lajt - spokojne pociągnie browara, rytmy reggae dochodzące z zaparkowanych samochodów, grupki ludzi cieszących się z życia. Absolutnie nic się nie dzieje. Trzeba było zrobić odprawę paszportową, co okazało się czasochłonnym zajęciem - trzeba odwiedzić kilka osób w ich prywatnych domach (tam mają dokumenty i pieczątki - po co siedzieć w biurze, skoro odprawia się tu ktoś najwyżej raz w tygodniu?), tego nie ma, tamten wyszedł, itd. Dwudziestoparoletniemu celnikowi przerwaliśmy oglądanie meczu koszykówki - poprosił, żeby samemu wypełnić kwity rozsiadając się wygodnie w fotelu. Kiedy w końcu się wszystko udało załatwić, a zmysły nacieszyliśmy widokami wyspy - wróciliśmy na łódź. Tu, ku naszej uciesze, czekało na nas gorące curry przygotowane w międzyczasie przez Sonię. Jemy, podnosimy żagle i kierujemy się na St. Kitts & Nevis!

Było już po zmroku, kiedy wyraźnie, w świetle księżyca ujrzeliśmy cel naszej podróży. Najwyższy szczyt wyspy - Nevis Peak - otoczony był chmurami - dokładnie tak samo jak w 1493 roku, kiedy ujrzał go Kolumb. Widok prawdopodobnie kojarzył mu się z dawno niewidzianymi górami pokrytymi białym puchem, nazwał więc wyspę Śnieg (hiszp. "nieves"). Po całym dniu rejsu, o 21:50 zakotwiczyliśmy wreszcie u wybrzeży.

St. Kitts & Nevis

[8 lutego 2009]

Najwyższy punkt wyspy - Nevis Peak (Nevis)
Najwyższy punkt wyspy - Nevis Peak (Nevis)
© Paweł Zgrzebnicki

Najwyższy punkt wyspy - Nevis Peak (Nevis)

Przywitał nas deszczowy ranek z niebem ponurym jak broda Taliba (Robert Makłowicz powienien dostać jakąś nagrodę za wymyślenie tego fantastycznego porównania). Delektując się kawą, zastanawialiśmy się jak dziś wygląda była brytyjska kolonia - państwo stworzone całkowicie sztucznie z dwóch sąsiadujących ze sobą wysp. Historia St. Kitts & Nevis jest niemal identyczna jak pozostałych karaibskich wysepek - najpierw zamieszkiwali ją Karibowie, niezwykle waleczne plemię indiańskie, potem przybył Kolumb, za nim Brytyjczycy, którzy wyrżnęli Karibów co do jednego (nazwa Bloody Point upamiętnia dzień kiedy zmasakrowano 2000 ludzi a okolica przez wiele dni spływała krwią). Okres niewolnictwa to czas plantacji trzciny cukrowej. Potem przyjeżdżali tu sławni i bogaci Anglicy, na wakacje do ciepłych źródeł. Po drugiej wojnie światowej Królestwo kombinowało co by tu zrobić ze swoimi Indiami Zachodnimi - padł pomysł wielkiej federacji zrzeszającej wszystkie wysepki do kupy, próbowano więc połączyć w jedno St Kitts, Nevis i Anguilę. Ta ostatnia podziękowała za współpracę a od lat 90-tych ubiegłego wieku także Nevis nie bardzo przepada za sąsiadem. Jako znany raj podatkowy ma sporo przychodów z rejestracji spółek offshore'owych i nie chce za bardzo dzielić się ze "wspólnikiem". Dodatkowo St. Kitts ma tylko trzy stołki w jedenastoosobowym rządzie co krańcowo ich wkurza. Być może to ostatni czas na oglądanie St. Kitts & Nevis jako jednego państwa.

Po śniadaniu podpłynęliśmy do portu, gdzie zamierzaliśmy przejść odprawę paszportową żeby móc zejść na ląd. Niestety - niedziela w takim miejscu to nie czas na pracę - nawet dla służb pogranicza. Pomacaliśmy więc tylko siatkę z napisem "Restricted Area", wróciliśmy na nasz katamaran i popłynęliśmy na większą St. Kitts w nadziei, że może tam ktoś raczy nas przyjąć.

St. Kitts okazało się prawdziwym wypasem godnym amerykańskiego emeryta. Port zamieniono w strefę bezcłową w której niezliczone sklepy z biżuterią, ciuchami i alkoholem prowadzą hindusi mówiący kompletnie niezrozumiałym Hindu-Caribbean English. Przez dwie promenady przewija się tłum starców - dość przykry widok. Nie tyle ze względu na wiek podróżnych co na dziwny kontrast - wyobrażeń o Karaibskim raju z jednej strony, i komercyjnej parady stworzonej dla z trudem poruszających się starszych ludzi z nimi właśnie w roli głównej - z drugiej . Jednak wszystkie "modne" porty Karaibów do których zawijają wielkie statki wycieczkowe płynące z Miami, zostały zamienione w taki komercyjny Disneyland.

Z portu uciekliśmy szybko w poszukiwaniu czegoś bardziej strawnego, ale oprócz pięknie zachowanej stylistycznie architektury kolonialnej, nie znaleźliśmy niczego specjalnego. Może to dlatego, że była niedziela i wszędzie było pusto, wszystko zamknięte na cztery spusty? Wiadomo - Karaiby - oaza spokoju. A niedziela na Karaibach? Jak po wybuchu bomby neutronowej - żywej duszy...

Widok na St. Eustatiusis strony St. Kitts
Widok na St. Eustatiusis strony St. Kitts
© Paweł Zgrzebnicki

Widok na St. Eustatiusis strony St. Kitts

Po kilku godzinach odbiliśmy od brzegu i popłynęliśmy w kierunku St. Eustatius - jednej z najmniej znanych wysp tego archipelagu. Statia (tak nazywają ją miejscowi) należy do Antyli Hoenderskich i jest ... jedynym ich członkiem (w 2004 Aruba, Curacao, BonaireAnguila  wystąpiły z federacji). Najbardziej zatłoczony port Karaibów XVIII wieku dziś jest bodajże najmniej znaną destynacją. Dwieście lat temu było tu naprawdę tłoczno - podczas gdy Francuzi i Anglicy wprowadzali cła na coraz to nowe towary w swoich kolonialnych portach, Holendrzy znieśli podatki całkowicie i stworzyli tu strefę bezcłową. Statki pływające na trakcie z Afryki i Europy do Nowego Świata zatrzymywały się właśnie tutaj aby wymieniać między sobą dobra i przeładowywać towar. Z upływem czasu handlowa świetność wyspy przeminęła - St. Eustatius wróciła do swego pierwotnego stanu - zapomnianej przez świat wulkanicznej wysepki. Taką była od zawsze - nawet kiedy przypłynął tu Kolumb nie zastał już Karibów - wynieśli się z braku perspektyw pewnie. Wyspa bowiem to jedynie porośnięty lasem deszczowym wulkan od południa opadający wprost do morza a od północy otoczony pustynią. Żyje tu dziś 2900 osób i mało kto dociera z własnej, nieprzymuszonej woli. Nawet Wayne, nasz kapitan, który pływa na tym akwenie od wielu lat przyznał że zawsze omijał tę wyspę - po prostu nie było po co tu zawijać. Ale to właśnie stało się dla nas najbardziej kuszące - odwiedzić chociaż na chwilę karaibski koniec świata przed którym nawet ptaki zawracają.

Gdy dotarliśmy na miejsce, słońce zachodziło leniwie za horyzont, zakotwiczyliśmy więc kilkaset metrów od brzegu Orjenstadt - jedynego miasteczka na St. Eustatius. Ku naszemu zdziwieniu, w oddali czekała długa kolejka oświetlonych jasno tankowców tak, jakby to był port w Arabii Saudyjskiej. Na co czekają? Dlaczego akurat tutaj? Tę zagadkę mamy nadzieję rozwiązać jutro.

St. Eustatius

[9 lutego 2009]

Wejście 'Drogą Niewolników' do Fort Oranje
Wejście 'Drogą Niewolników' do Fort Oranje
© Paweł Zgrzebnicki

Wejście 'Drogą Niewolników' do Fort Oranje

Powitał nas piękny poranek, słońce jasnymi promieniami oświetlało wyspę. Po krótkiej odprawie portowej, wzdłuż nadbrzeżnych ruin murów obronnych, wspięliśmy się Ścieżką Niewolników do Oranjestadt. Dwie rzeczy przykuły naszą uwagę od samego początku - niezwykła ilość ogromnych muszli wyrzuconych przez morze na brzeg, oraz niesamowicie zadbane zabytkowe zabudowania - rzeczona Ścieżka, mijane domy... wszystko tak piękne jak starówka w Amsterdamie. "Mała Holandia" - pomyślałem. Na każdym kroku widać tu majstersztyk budownictwa i architektury holenderskieej - ciemne, kamienno-ceglane budynki, brukowane drogi - wszystko jak żywcem wyciągnięte z obrazu Rembrandta. Życie snuje się tu powolnie - innymi słowy absolutnie nic się nie dzieje. Po wyspie powolnym krokiem przechadza się kilka osób, widać niezwykły porządek i spokój. Jego kulminacją jest widok skromnego zabytkowego cmentarza (używanego do dziś) - panorama rozciągająca się stąd na gładkie, błękitne morze, cień rzucany przez rosnące drzewa, zielona trawa i pięknie zadbane stare grobowce tworzą niesamowitą atmosferę - trudno sobie wyobrazić lepsze miejsce do wiecznego spoczynku. Obok zasłużonych oficerów armii Królewskiej pochowanych tu w XVIII wieku, chowani są tu także mieszkańcy żyjący (a raczej zmarli) współcześnie. Zauważyłem, że średnia życia wynosi tu z 85 lat - nieźle jak na całkowity brak specjalistycznej opieki zdrowotnej. Widać - klimat i spokój sprzyjają długowieczności.

Jeśli chcecie zobaczyć prawdziwą perłę Karaibów, przenieść się dwieście lat wstecz i zobaczyć idealnie zachowane zabudowania, fortyfikacje, utrzymane w idealnym porządku otoczenie jakby żywcem wyjęte z tamtych czasów - przyjedźcie tu koniecznie. To jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi jakie widzieliśmy - w każdym calu wypełnia wyobrażenia o Karaibach jakie mieliśmy w naszych duszach - powiązania egzotyki, kolonialnej historii, gotowych do strzału dział wymierzonych w zatokę w którą właśnie wpłynął piracki statek i wrażenia że jest się na samym końcu świata - a może w ogóle w jakiejś bajce?

Ehh.. kropla dźiegdziu w beczce miodu jest absolutnie konieczna w takich sytuacjach - można by zbyt wyidealizować swoje obserwacje. Siedząc w kafejce (a raczej budzie) internetowej, przysłuchiwaliśmy się rozmowom mieszkańców - właściciela i kilku wizytujących pań:

"Dwadzieścia lat pracuję dla rządu i w każde święta nie mam za co kupić jedzenia ani prezentów dla dzieci" - rzekła jedna. "Tak, to prawda" - przytaknęła druga - "rząd nie dba o nas.". "Wiecie, co jest tego przyczyną?" - spytał zagadkowo właściciel kafejki - "Powiem wam! Rząd uczy dzieci holenderskiego a potem dziwi się, że nie umieją angielskiego. Pozwala im chodzić do szkoły w dżinsach zamiast, żeby uczyły się dyscypliny i ubierały mundurki" - rozgarnął chytrze mroki moralno-edukacyjnego spisku rzucając srogie spojrzenia na słuchających.

"Wszędzie to samo..." - pomyślałem. Pożegnaliśmy dyskutantów i udaliśmy się w drogę powrotną. Z pewnością nigdy nie zapomnimy St. Eustatius - a może tu kiedyś wrócimy?

Cztery godziny później zakotwiczyliśmy u wybrzeży Saby - mrocznej (przynajmniej w wyglądu) wyspy - wulkanu strzeliście wybijającego się z morza ku chmurom otaczającym szczyt. Nie ma tu pięknych plaż - skały schodzą wprost do morza, domy zaś zawieszone są w połowie urwiska niczym bombki na choince. Mrocznie, dziwnie, lecz pięknie jednocześnie. Sceneria jak z filmu fantasy. Jutro wybierzemy się na zwiedzanie - będzie niesamowicie!

Ahh! Rozwiązaliśmy zagadkę wielkich statków! Statia to jedyne miejsce w tym akwenie dysponujące odpowiednią instalacją pozwalającą im uzupełniać paliwo. Na wzgórzu po zachodniej stronie wyspy, widnieje kilkanaście wielkich zbiorników z paliwem, zasilających wielkie kontenerowce, tankowce i inne jednostki towarowe. Widać coś jednak zostało z dawnej świetności i unikalności portu na St. Eustatius...

Saba

[10 lutego 2009]

Knajpa portowa na Saba
Knajpa portowa na Saba
© Paweł Zgrzebnicki

Knajpa portowa na Saba

Po zejściu na ląd i załatwieniu formalności paszportowych umówiłem się w lokalnym "Diving Center" na popołudniowe zejście pod wodę - trzeba koniecznie sprawdzić czy Saba cieszy się zasłużenie opinią jednego z najlepszych na świecie miejsc nurkowych. Potem wstąpiliśmy do żywcem wyjętej z filmów o piratach, fantastycznej knajpy portowej, o wdzięcznej nazwie "Na Dwa Głębsze". Czekając na zamówioną taksówkę, słuchaliśmy budzących grozę opowieści o zniszczeniach dokonanych w porcie przez huragan w 2008 roku - na brzegu leżały wielkie, wielotonowe głazy - wszystkie one zostały naniesione przez morze w trakcie kataklizmu. Powiało grozą. "Ponura wyspa" - pomyślałem, a ta myśl stała się dla nas równie ponurą przepowiednią na nadchodzące godziny...

Taksówką pojechaliśmy w górę wyspy, najpierw mijając leżącą na wysokości kilkuset metrów miasteczko "stolicę" o kuriozalnej nazwie The Bottom, aby potem wspiąć się jeszcze wyżej, do Windwardside. Wyspa o powierzchni trzynastu kilometrów kwadratowych to wielki wystający z wody wulkan, opadający do morza pionowymi zboczami z litej skały. W tym nieprzyjaznym otoczeniu, miejsca pod domy wykute są w skale, a łącząca osady wąska droga biegnąca przez wyspę, wije się nad stromymi urwiskami i pnie się po zboczach pod absurdalnym kątem. Droga ma swoją niezwykła historię - inżynierzy przysłani tu na początku XX wieku z Holandii stwierdzili, że w takim terenie drogi nie da się wybudować. Miejscowi wysłali więc swojego człowieka - niejakiego Josephusa Lamberta Hassela - na nauki do USA, aby tam dowiedział się jak zabrać się do rzeczy. Hassel poduczył się fachu, wrócił i drogę zbudował. Taką drogę, która działa bezproblemowo do dnia dzisiejszego. Na jego pamiątkę, umieszczono przy trakcie tablicę z wdzięczną dedykacją: "In Memory of Josephus Lambert Hassel (1906-1983), Engineer of This Road, That Could Not Be Built".

Z Windwardside prowadzi 800 stopniowa stroma ścieżka na szczyt wulkanu (Mt. Scenery, 878 m.n.p.m.), dokąd można dotrzeć po 90 minutach. Ze względu na spory upał, przyjemność sobie darowaliśmy.

Widok na osadę Bottom (Saba)
Widok na osadę Bottom (Saba)
© Paweł Zgrzebnicki

Widok na osadę Bottom (Saba)

Wczesnym popołudniem wyruszyłem na podbój świata podwodnego. Towarzyszyli mi niesamowici Kanadyjczycy - absolutnie twardzi ludzie, wszyscy dobrze po 70-tce. Przyjechali tu specjalnie na nurkowanie. Tego dnia było to ich trzecie zejście pod wodę - ich siła, zapał, sprawność fizyczna i hart były tak wielkie, że z przysłowiową świecą można by szukać podobnych u niejednego o połowę młodszego zawodnika. "Szacun" - rzec należy.

Po chwili rejsu, dotarliśmy wreszcie na miejsce, ubrałem więc sprzęt i z donośnym pluskiem wskoczyłem w otchłań. Dwadzieścia metrów niżej zaparło mi dech w piersiach a trzeba Wam wiedzieć, że reduktor ciśnienia i butla były w porządku. A jednak - Saba to z pewnością jedno z najwspanialszych miejsc nurkowych na tej planecie! Bogactwo i kolorystyka żyjących tu stworzeń mogą przyprawić o zawrót głowy. Metrowej długości rurkowe koralowce mają fantastyczny fosforyzujący fioletowy kolor - taki jakim mienią się lampy ultrafioletowe dyskotekach. Coś absolutnie fantastycznego! Jeśli jesteście maniakami nurkowania - przyjeżdżajcie koniecznie na Sabę!

Wszystko co dobre ma swój koniec (tylko kiełbasa ma dwa końce), wizyta w podwodnym świecie - też. W naziemnej rzeczywistości zaczęło lać rzęsiście. Saba to niezwykle kapryśna pogodowo wyspa - na szczycie wulkanu cały czas zawieszona jest ponure chmursko.

  •     —   "Idzie burza" - zawyrokował Wayne - "Mamy dwie opcje: zostać do jutra albo uciekać. Rejs na St. Barth zajmie około 10 godzin - dotrzemy więc późną nocą".
  •     —   "Jasne, płyniemy!" - przystaliśmy na drugą propozycję - "Nocny rejs - brzmi świetnie!". W dodatku skoro mamy uciec przed burzą? Nad czym się dłużej zastanawiać? No to w drogę!

Przed burzą jednak uciec się nie udało. Co więcej - płynęliśmy korytarzem, na który z lewej i z prawej strony nacierały dwa przeciwbieżne sztormy. Noc, ciemno, środek morza, do najbliższego lądu kilka godzin żeglugi a tu za burtą dziewięć w skali Beauforta! Miernik wysokości fal, który zainstalowano na pokładzie zawiesił się przy wskazaniu 22 stóp - to prawie tyle co trzykondygnacyjny budynek! Do tego deszcz, wiatr i ... uradowany kapitan! "UUU! UUU!" - cieszył się Wayne - "Ale fajnie kiwa!" - szczerzył zęby wesoło.

Wayne to jednak doświadczony żeglarz - wiedział co robi. "Gdybyśmy zostali, byłoby stokroć gorzej." - stwierdził ponuro - "Przy tak skalistym wybrzeżu fale są kilka razy większe i niemal na pewno roztrzaskalibyśmy jacht. W taką burzę jednostkę trzeba opuścić - ludzie czekają w porcie a łodzie zdane są na pastwę żywiołu".

Mimo, że GPS wielokrotnie wariował i gubił sygnał, udało nam się późną nocą dotrzeć do wybrzeży St. Barth. Straty będziemy podliczać jutro.

Saba zapadnie w naszej pamięci jako Ponura Saba - groźna, niebezpieczna ale i fascynująca - urokiem mrocznej, morskiej przygody, godnej Morza Karaibskiego.

St. Barthélemy

[11 lutego 2009]

St. Barthélemy
St. Barthélemy
© Paweł Zgrzebnicki

St. Barthélemy

St. Barth (a w zasadzie St. Barthélemy) to francuska wyspa demonstrująca swą francuskość w całej okazałości - ciężko się tu dogadać po angielsku, można płacić tylko w euro, itd. Wszystko - urzędnicy, barmani, sklepikarze, same sklepy i bary - wszystko jest europejskie, francuskie. Korsyka na której byliśmy kilka lat temu ma więcej własnego stylu i kultury niż St. Barth. Miejsce w sam raz dla frankofilów i entuzjastów Unii Europejskiej.

Nie zawsze wyspa była jednak francuska - przez pewien okres czasu rządzili nią Szwedzi. W 1784 roku francuski król Ludwik XVI oddał im wyspę za prawa handlowe w Goeteborgu. Portowe miasteczko - Gustavia - zawdzięcza swoją nazwę szwedzkiemu królowi Gustawowi III. Protoplaści IKEA nie cieszyli się jednak długo zamorskim kurortem, bowiem około roku 1870-tego wyspę strawił totalny pożar wywołany przez pewną psychopatyczną szwedkę. Straż pożarna nie spisała się na medal i niebiesko-żółtym ostał się tylko jeden budynek. Jako, że nie chciało im się wszystkiego odbudowywać, w 1878 opchnęli Francuzom wyspę za jednego franka. Jakiś czas później wprowadzono euro i otwarto sklep Louis Vuitton w którym spragniony przygody żeglarz może kupić swojej lubej lub koledze z załogi, plastikowy breloczek za jedyne 260 EUR.

Wyspę zwiedziliśmy używając za przewodnika miejscowego taksówkarza, który ku naszemu zaskoczeniu doskonale mówił po angielsku. Opisał nam każdy szczegół mijanego krajobrazu, opowiedział historię i opisał współczesne życie mieszkańców. St. Barth żyje z turystyki - niczego nie eksportuje, bo niczego się tutaj nie produkuje ani nie uprawia. Na rolnictwo jest za sucho - sześćset milimetrów opadów rocznie ledwo starcza na potrzeby gospodarstw domowych, z których każde magazynuje deszczówkę w podziemnych zbiornikach. Na uprawy wody nie ma. Woda "miejska" pochodzi z morza - jest odsalana zza pomocą specjalnych urządzeń, ale jest to proces drogi i prowadzony jedynie z konieczności na jak najmniejszą możliwą skalę. Wyspa jest więc w całości uzależniona os świata zewnętrznego - importuje się tu absolutnie wszystko. Jednak mieszkańcom powodzi się bardzo dobrze - każdy na wyspie ma zajęcie, wszyscy gdzieś pracują. Bezrobocie jest zerowe, dodatkowo matka Francja dba o rozdysponowanie odpowiednich dopłat z UE. St. Barth jest własnością Francji - ma autonomię lecz nie ma niepodległości. Ale za tą ostatnią nikt tu nie tęskni - mieszkają tu prawie sami biali, którzy dumni są ze swoich miejscowych korzeni, lecz mentalnie są Europejczykami.

Pas startowy na St. Barth
Pas startowy na St. Barth
© Paweł Zgrzebnicki

Pas startowy na St. Barth

St. Barthélemy jak każda szanująca się wyspa ma lotnisko - 600 metrów pasa startowego zostało wydarte naturze z jedynego płaskiego kawałka terenu. Z jednej strony pas zaczyna się u podnóża góry w poprzek której biegnie droga, z drugiej zaś kończy się w morzu. Samolot nadlatujący z południa, wyłania się znad góry, obniżając lot, sunie kilka metrów nad jadącymi drogą samochodami aby w końcu miotany silnymi podmuchami wiatru niepewnie dotknąć lądowiska w połowie jego długości. Teraz ma już tylko 300 metrów na odzyskanie równowagi i zatrzymanie - chwila nieuwagi, kilkanaście metrów dalsze dotknięcie ziemi lub silniejszy podmuch wiatru i katastrofa gotowa. Z racji wielkości (a raczej "małości") lotniska, obsługuje ono jedynie awionetki. "Powinni zamknąć to gówno" - zawyrokował Brad - nasz kierowca - kiedy mały samolot przelatując nad naszymi głowami, kiwając się na boki pchany uderzeniem bocznego wiatru wylądował wreszcie na dole. "To mój wnuk" - promieniał dumą taksówkarz - "zdolny chłopak! Ale boję się o niego. Powinni jednak zamknąć tę parodię lotniska, zanim wydarzy się nieszczęście" - powiedział tym razem z powagą. I ruszył dalej, aby pokazać nam kolejne fascynujące miejsca na jego ukochanej Barth.

W porcie czekał na nas Wayne aby oświadczyć, że na dalszy rejs dzisiaj nie mamy co liczyć. "Trzeba naprawić zniszczenia spowodowane przez sztorm" - powiedział smutno - "złamany fotel sternika, oświetlenie, nie działa też zawór gazowy, wodny, jest jeszcze kilka innych, drobnych usterek." - wyliczał. "Fotel będę miał na piątą po południu - oddałem do spawania" - streszczał dopołudniowe działania Wayne. "Po południu nie ma co płynąć, bo zbiera się na silny wiatr. Lepiej poczekać do jutra." - poradził.

Katamaran trzeba naprawić, ciężko przecież płynąć na stojąco, bez świateł nawigacyjnych, wody i gazu. Zmianę planów zatwierdziliśmy i wróciliśmy na pokład w oczekiwaniu na powrót kapitana z pospawanym mocowaniem fotela.

Wspornik fotela, który trzy partole policji wzięły za... karabin maszynowy
Wspornik fotela, który trzy partole policji wzięły za... karabin maszynowy
© Paweł Zgrzebnicki

Wspornik fotela, który trzy partole policji wzięły za... karabin maszynowy

Wayne wrócił na łódź dwie godziny później zanosząc się śmiechem z ... niedowierzania. Zespawana noga fotela ma kształt litery "L", z podłużną rurką łączącą po skosie dwa prostopadłe ramiona. Ma długość około metra, jest chromowana więc pięknie połyskuje w słońcu. Wayne szedł sobie przez miasteczko z ową metalową konstrukcją trzymając ją pod pachą, zwróconą dłuższym ramieniem do przodu. Trzykrotnie (!!!) zatrzymała go policja pytając o licencję na karabin który właśnie niesie! Ciężko skomentować sytuację - każde jej wspomnienie wywołuje w nas salwy śmiechu a na myśl przychodzi znów proza Mrożka.

Wieczorem wiatr nieco ustał, morze rozświetliło się blaskiem pełni księżyca a my zabraliśmy się za wędkowanie. Krewetki okazały się wspaniałą przynętą i w ciągu pół godziny Wayne i Sonia wyciągnęli po dwa piękne Red Snappery. Mnie nie szło najlepiej, szczerze mówiąc nie szło w ogóle. Lecz nagle, szarpnięcie wędki omal nie wyrwało mi jej z rąk! Zaciąłem dla pewności i zacząłem zwijać linkę. Kiedy ryba była już kilka metrów od łodzi, szarpała tak mocno, że nie sposób było przekręcić kołowrotka! Wędka wygięła się niebezpiecznie i czułem, że jeszcze kilka centymetrów a pójdzie w drzazgi. Próbowałem podnieść wędzisko do góry - bezskutecznie - połów ważył zbyt wiele. Kiedy sięgałem do kołowrotka aby odpuścić trochę żyłki, ryba szarpnęła z całych sił i zerwała zaczep. Wayne oniemiał - linka miała wytrzymałość pięćdziesięciu kilogramów - co za monstrum więc holowałem? Tajemnica zniknęła w ciemnych wodach zatoki i pozostanie na zawsze w opowieściach "taaaaaką rybą".

Anguila

[12 lutego 2009]

Anguilla
Anguilla
© Paweł Zgrzebnicki

Anguilla

Półdniowy rejs na Anguilę upłynął na słodkim wygrzewaniu się w promieniach słońca. Złowione ryby całą noc pluskały się w specjalnie dla nich zaprojektowanej komorze, rano na śniadanie zjedliśmy więc najpyszniejsze danie jakie można sobie wyobrazić na morzu - świeżo złowioną rybę z sokiem z limonki. Potem już tylko fale, słońce i orzeźwiająca bryza w której zanurzał się nasz katamaran zmierzając wolno do kolejnego celu.

Zakotwiczyliśmy w uroczej, pustej zatoce z pięknym złotym piaskiem, cudownymi palmami i turkusową wodą. Jedynym budynkiem który wtopiony był w to piękne otoczenie była drewniana knajpka plażowa, obok której leniwie powiewał na wietrze hamak, ocieniony dwoma małymi drzewkami. Było romantycznie, wręcz rajsko. Wisienką na torcie był darmowy dostęp do Internetu, postanowiliśmy więc spędzić tu całe popołudnie, delektując się klimatem i załatwiając kilka bardziej przyziemnych spraw dzięki dostępowi do sieci. Okoliczności przyrody wymagały schłodzenia zimnym piwem - wspaniałym wyborem okazało się "Presidente" produkcji Dominikańskiej - z ręką na sercu jedno z najlepszych piw jakie kiedykolwiek miałem okazję smakować. W tamtej chwili - z pewnością najlepsze. Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję go kupić - nie wahajcie się ani chwili!

Wayne i Sonja byli już dawno na łodzi, kiedy my zdecydowaliśmy się w końcu opuścić bar. Plaża rozświetlona teraz była blaskiem palących się pochodni wskazujących drogę pośród ciemności. Mimo, że nasz jacht znajdował się kilkadziesiąt metrów od brzegu a morze huczało szumem wzburzonych fal, Wayne usłyszał nasze nawoływania. Po chwili jego ponton wynurzył się z mroku i tak zakończył się nasz pierwszy dzień na Anguilli.

St. Marteen

[13 lutego 2009]

Dom Chucka Norrisa
Dom Chucka Norrisa
© Paweł Zgrzebnicki

Dom Chucka Norrisa

Wczesnym rankiem wyszliśmy na ląd - postanowiliśmy zobaczyć coś więcej niż tylko plażowy bar. Zamówiliśmy taksówkę (to na prawdę najlepszy sposób zwiedzania małych wysepek) i już po chwili mogliśmy cieszyć oczy nowymi wrażeniami. Wyspa jest całkowicie płaska - zupełne przeciwieństwo widocznego stąd wyraźnie górzystego St. Martin. W zasadzie nie ma tu nic do oglądania - pewnie tak samo pomyślał Kolumb, skoro nawet nie zszedł ze statku na ląd kiedy zobaczył Anguillę. Piękne zatoki zajmują równie piękne jak i drogie resorty - wakacyjny raj dla bogatych i sławnych. Prócz romantycznych widoków na zatoki z lazurową wodą, na Angulli nie ma absolutnie nic, co w jakimkolwiek stopniu przykułoby naszą uwagę. No może z wyjątkiem domu Chucka Norrisa! Aktor kupił go podobno za pół miliona dolarów kilka lat temu (to na prawdę bardzo niska cena na rynku nieruchomości karaibskich) i pomieszkuje tu od czasu do czasu. Prawego i Sprawiedliwego akurat nie było w domu, może dlatego że w rezydencji trwał remont? W pobliżu willi, po drugiej stronie drogi dojazdowej leży ogromny bagnisty teren utworzony z zamknięcia mierzei przez morze - takich miejsc jest pełno zarówno tu jak i na wszystkich piaszczystych wysepkach tego regionu a komary to najdokuczliwsza ich konsekwencja. Czy Chuckowi Norrisowi nie przeszkadzają komary? Albo raczej czy komarom nie przeszkadza Chuck Norris?

Wyspę objechaliśmy w godzinę, wróciliśmy na katamaran i popłynęliśmy w kierunku St. Marteen.

Po zacumowaniu w porcie poszliśmy do odprawy paszportowej. Okienko owszem otwarte, ale po drugiej stronie nikogo. Po chwili stojąca na zewnątrz starsza kobieta zgasiła ogromne, grube cygaro i okadzona dymem weszła do środka:

Zachód słońca nad St. Marteen
Zachód słońca nad St. Marteen
© Paweł Zgrzebnicki

Zachód słońca nad St. Marteen
  •     —   "Musiałam skończyć palić, nie?" - rzuciła sucho z wyraźnym akcentem na końcu i wtoczyła się do na swoje miejsce. - "Gdzie bilet powrotny?" - zapytała po obejrzeniu paszportów.
  •     —   "Mamy bilet z Antigua do domu, ale z St. Marteen jeszcze niczego nie mamy, bo dopiero przypłynęliśmy" - starałem się wytłumaczyć uprzejmie.
  •     —   "Nie wpuszczę bez dowodu, że wyjedziecie" - wyjaśniła procedurę. Ton i sposób prezentacji przepisów nasunęły mi przypuszczenie że szkolono ją w szkole służb pogranicza Rosji albo po prostu ją stamtąd zaimportowano.
  •     —   "Pewnie, że wyjedziemy, po co mielibyśmy tu zostać?" - tłumaczyłem - "dziś już jest za późno żeby kupić bilet, jacht odpływa a nie możemy zostać za granicą do jutra, bo za granicą jest morze" - sięgnąłem rozpaczliwie do ostatnich pokładów logiki.
  •     —   "Fakt" - przyznała po chwili namysłu - "co tu z wami zrobić? - żyłki na jej czole naprężyły się niebezpiecznie w heroicznym wysiłku intelektualnym - "eee... to w takim razie was wpuszczę. Ale TYLKO tym razem. Jeśli jeszcze raz was zobaczę bez biletu - nie macie szans!" - dała wyraz swojej stanowczości, wbiła pieczątkę i z wyraźną ulgą zamknęła okienko, po czym wytoczyła się bez słowa z biura.

Pokrzepieni zwycięstwem logiki nad biurokracją pojechaliśmy do najtańszego hostelu jaki udało nam się znaleźć w Lonely Planet. Tu autorzy przewodnika nie minęli się z prawdą ani o cal: "nic o czym można by pisać do domu". Ale przynajmniej czysto.

Wieczorem przy zimnym piwie pożegnaliśmy Wayna i Sonję, którzy w drogę powrotną wybierali się następnego dnia o świcie - czeka ich siedemnaście godzin rejsu bez żadnych przystanków.

[14 lutego 2009]

Mimo huczących całą noc generatorów klimatyzacji za oknem, spało się nam wyśmienicie - co za odmiana po tygodniu huśtania w ciasnej koi! Na śniadanie poszliśmy do pobliskiego Mc Donalda - wszystko inne było jeszcze zamknięte. Ten posiłek powinien przejść do historii jako Najbardziej Ciężkostrawne Śniadanie roku - ociekające tłuszczem placki ziemniaczane ze smażoną mieloną wołowiną, smażonym plackiem z syropem klonowym i przesłodzonym sokiem pomarańczowym z proszku. Absolutnie nigdy więcej! Jutro pójdziemy do Burger Kinga ;-)

Nasze wątroby dostały mocną pobudkę i ciężkie zadanie na kolejne pół dnia, w nagrodę zabraliśmy je więc na lotnisko, żeby kupić bilety na Kubę. Niestety okazało się, że bezpośrednich lotów brak, zdecydowaliśmy się więc na lot na Jamajkę a po 6 dniach z Kingston na Kubę. Tym samym ustaliliśmy grafik na resztę naszej podróży.

Popołudnie spędziliśmy leniwie, na studiowaniu informacji o Jamajce, delektowaniu się pizzą, kupowaniu sandałów (obecne zdarłem przez ostatnie trzy lata do granic możliwości) oraz dodatkowej walizki. Przed wyjazdem uparliśmy się, żeby upakować wszystko w jeden bagaż, ale rzeczywistość rozdęła go w magiczny sposób i za dwadzieścia trzy dolary (taniej niż w Carefourze!) kupiliśmy piękną, czerwoną przyjaciółkę podróży. Walizka ma napis "Polo" a w rączce pokazujący całkowicie losowe kierunki kompas. Jest naprawdę stylowa.

[15 lutego 2009]

St. Marteen / St. Martin to wyspa o którą przez wiele lat walczyli Francuzi i Holendrzy. Legenda głosi, ze w końcu postanowili ją podzielić: przedstawiciele obu państw mieli iść przed siebie - "kto zajdzie dalej - zgarnie o tyle większą część wyspy ile wyniesie jego przewaga nad rywalem". Francuz i Holender ruszyli więc przed siebie, przy czym ten pierwszy gasił pragnienie winem, drugi zaś smacznym rumem. Moc trunku zrobiła swoje, holender padł i w rezultacie Francuzom przypadła niemal dwukrotnie większa część wyspy niż ich konkurentom.

Dziś to jednak część holenderska (Sint Marteen) przeżywa prawdziwy boom - w całości strefa wolnocłowa przyciąga większość ruchu turystycznego. Część francuska (Saint Martin) jest cicha, spokojna, idealna dla tych, którzy cenią spokój z dala od tłumów. Podobnie jak St. Barth jest tak bardzo, ale to bardzo francuska a za razem niezwykle europejska - próżno tu szukać klimatów specyficznych dla klasycznych wyobrażeń o Karaibach.

Samolot podchodzący do lądowania na plażą St. Marteen
Samolot podchodzący do lądowania na plażą St. Marteen
© Paweł Zgrzebnicki

Samolot podchodzący do lądowania na plażą St. Marteen

Dzień rozpoczęliśmy od tradycyjnego objechania wyspy wynajętą taksówką. Tour de isle zakończyliśmy na Maho Bay, gdzie znajduje się jedyny chyba na świecie bar graniczący z pasem startowym lotniska. Morze, plaża, bar, drinki, leżaki, parasole i ... pas startowy. Samoloty - od małych awionetek do ogromnych 747 zniżają swój lot nad morzem i lądują przelatując kilkanaście metrów nad głowami plażowiczów. Obok baru - wbita w piasek deska surfingowa z naniesionym rozkładem lotów danego dnia. Wszyscy wypatrują nowych maszyn. Leci bez świateł? To coś małego. Widać z daleka zapalone światła z przodu? O! Coś wielkiego - pewnie American Airlines...

Samoloty nie tylko lądują, ale też ustawiają się do startu - przez okno kabiny pilot macha do zebranych na plaży gapiów, zawraca powoli i ustawia się na początku pasa startowego. Trzymając wciśnięty hamulec zwiększa do maksimum ciąg silników po czym puszcza wodze a maszyna rusza do startu. Ryczące silniki zmiatają wszystko co znajduje się za nimi. Niektórzy śmiałkowie trzymają się siatki ogrodzenia zaraz za pasem startowym: kto się dłużej utrzyma? Kogo oderwie? Tumany piasku podniesione z plaży wbijają się głęboko w morze a nacierające fale, niczym zamrożone w miejscu, zostają zatrzymane przeciwbieżnym strumieniem odrzutu z silników.

I tak co kilkanaście minut - nie można się znudzić! Kiedy przy lądowaniu wielkiego Boeinga ustawicie się dokładnie na jego torze lotu, przelatując nad wami położy was na ziemi. Leci tak nisko, że wydaje się iż dotknie kołami głowy - człowiek kładzie się odruchowo na ziemi żeby uniknąć zderzenia! Niesamowite wrażenie - jeśli chcesz położyć się pod lądującym Boeingiem - przyjedź na St. Marteen!

Tekst: Paweł Zgrzebnicki
"Wyspy Podwietrzne" stanowiły pierwszą część naszej Wielkiej Zimowej Wyprawy. Część druga, opisana jest w relacji Jamajka, Kuba - 2009.
Na koniec należy się kilka słów wyjaśnienia odnośnie funkcjonującej w języku polskim nazwy geograficznej "Wyspy Podwiewtrzne". Otóż w języku angielskim noszą one nazwę "Leeward Islands" a słowo "leeward" oznacza akurat "zawietrzny". Prawidłowa nazwa powinna więc brzmieć "Wyspy Zawietrzne". Niestety, nazwa ta funkcjonuje jako określenie sąsiedniego archipelagu, który "w oryginale" nazywa się "Windward Islands", czyli Wyspy Nawietrzne. Osoba, która wprowadzała do polskiej terminologii tłumaczenia archipelagów zrobiła poważny błąd rzeczowy, ponieważ "zawietrzny" i "nawietrzny" to terminologie żeglarskie a nie umowne nazwy i wyspy biorą swoją nazwę od kierunku z którego najczęściej wieje tam wiatr. Więcej o tym problemie można znaleźć w dyskusji na stronach Wikipedii. Dla zachowania spójności z polską terminologią geograficzną, pozostaliśmy przy nazwie "Wyspy Podwietrzne".
Przygotowując wyprawę i relację korzystano z następujących opracowań:
  • Ryan Ver Berkmoes, Amy C. Balfour, Paul Clammer, Michael Grosberg, Scott Kennedy, Richard Koss, Josh Krist, Tom Masters, Jens Porup, Brandon Presser, Brendan Sainsbury, Ellee Thalheimer, Karla Zimmerman, Caribbean Islands, Lonely Planet, Footscray 2008, 5th edition
  • Robert Coates, Joe Fullman, Sean Harvey, Sara Humphreys, Stephen Keeling, Lesley McCave, Matt Norman, Lisa Risher, Rebecca Strauss, Alex Robertson Textor, Polly Thomas, The Rough Guide to the Caribbean, Rough Guides, Nowy Jork 2008, 3rd edition