Używamy plików cookies, w celu ułatwienia nawigacji, opracowania statystyk, dostosowania serwisu do preferencji użytkownika oraz przy współpracy z serwisami zewnętrznymi takimi jak Google, Facebook i Twitter. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji o plikach cookies znajduje się tutaj oraz w naszej polityce cookies. Zamknij

Peru, Boliwia - 2005
Galeria zdjęć
Na skróty
Dzień 1Dzień 6Dzień 11Dzień 16 i 17
Dzień 2Dzień 7Dzień 12Dzień 18, 19 i 20
Dzień 3Dzień 8Dzień 13Dzień 21
Dzień 4Dzień 9Dzień 14Dzień 22, 23 i 24
Dzień 5Dzień 10Dzień 15
Mapa

Druga połowa marca to w Polsce w dalszym ciągu nieprzyjemny powiew odchodzącej zimy. Chcąc oddać się rozkoszy podróżowania i poznawania nowych kultur w bardziej przyjaznych warunkach, postanowiliśmy przenieść się na południową półkulę, do Peru i Boliwii, gdzie właśnie kończyło się lato. Dwudziestoczterodniowa wyprawa pozostanie w naszej pamięci na zawsze - niezapomniane wrażenia spisaliśmy w formie dziennika podróży.

Dzień 1 - Przylot do stolicy Peru - Limy

[wtorek, 22.03.2005]

Do Limy, stolicy Peru dostaliśmy się liniami KLM z Warszawy przez Amsterdam. Nie jest to najtańsza trasa (ok. $1200 w obie strony), ponieważ można polecieć przez Miami i wtedy koszt przelotu można zamknąć w $700. Niestety nie mieliśmy wizy amerykańskiej, więc pozostała nam "mała" dopłata.

Zanim dolecieliśmy na miejsce, mieliśmy międzylądowanie na wyspie Bonaire (Karaiby). Jest to przepiękne, gorące miejsce, część trójkąta ABC („A” – Aruba, „B” – Bonaire, „C” – Curacao). Niefortunnie dla nas mieliśmy tylko pół godziny przed kolejną częścią podróży, więc na dokładne zwiedzanie wyspy przyjdzie czas kiedy indziej. Dobrą radą niech będzie przestroga przed dzwonieniem z telefonu na lotnisku. Telefon obsługuje kartę kredytową i widnieje na nim informacja o cenie połączenia do Europy wynoszącej $3 za minutę rozmowy. Podekscytowani faktem pierwszego w naszym życiu pobytu na Karaibach postanowiliśmy zadzwonić do znajomego ("No cześć... na Karaibach jesteśmy..." ;). Po powrocie do domu zastaliśmy rachunek na 115 zł za rozmowę która nie trwała dłużej niż 3 minuty! Nigdy więcej telefonów z Karaibów... Po miłym, drogim i krótkim pobycie na wyspie polecieliśmy dalej.

Na miejscu w Limie byliśmy o 19:30 czasu lokalnego, co w połączeniu z 17 godzinnym lotem w trakcie którego cały czas trwa dzień, daje rekordowo długą dobę! Wrażenie jest fantastyczne. Z lotniska pojechaliśmy do hotelu i zaraz po zrzuceniu plecaków poszliśmy oglądać piękną procesję niosącą ogromne, kilkutonowe ołtarze przedstawiające Matkę Boską i Jezusa Chrystusa. Konstrukcje wykonane są z drewna, figury przyozdobione srebrem, złotem i drogimi kamieniami, posiadają piękne podświetlenia i kosze z kwiatami. Każdy taki ołtarz niesiony jest przez kilkunastu mężczyzn na odcinku kilku metrów. Po przejściu krótkiej trasy, niosący zmieniają się i kolejne metry pokonują dalej. Uczestnictwo w procesji i możliwość niesienia ołtarza przez krótki czas stanowi ogromny zaszczyt; każdy z mężczyzn musi spełniać surowe wymagania moralne, mieć nienaganną opinię i przeszłość nieskalaną jakimkolwiek występkiem.

Dzień 2 - Lima

[środa, 23.03.2005]

Kilkutonowy ołtarz niesiony przez wiernych (Peru)
Kilkutonowy ołtarz niesiony przez wiernych (Peru)
© Paweł Zgrzebnicki

Kilkutonowy ołtarz niesiony przez wiernych (Peru)

Noc w hotelu okazała się ciężka ze względu na brak okien i przeokropną duchotę. Architektura wielu hoteli w Peru umieszcza pokoje całkowicie wewnątrz budynku. Są one otoczone innymi pokojami lub korytarzami i o oknach można zapomnieć. O klimatyzacji nie ma oczywiście co marzyć. Mowa oczywiście o hotelach najniższych kategorii, bo w takich właśnie spaliśmy.

Piękny, słoneczny dzień spędziliśmy na zwiedzaniu klasztoru św. Franciszka z pełnymi czaszek i piszczeli katakumbami, oraz Muzeum Złota, gdzie mogliśmy podziwiać wykopaliska i rekonstrukcje archeologiczne kultur Ameryki Południowej.

Gwiazdorski występ przed ekipą TV America (Lima, Peru)
Gwiazdorski występ przed ekipą TV America (Lima, Peru)
© Paweł Zgrzebnicki

Gwiazdorski występ przed ekipą TV America (Lima, Peru)

Po południu wybraliśmy się w podróż autobusem do Pisco. Na dworcu w Limie okazało się, że na jedynej prowadzącej do celu drodze wybuchły zamieszki i protesty rolników strajkujących przeciwko zbyt niskim cenom skupu trzciny i wełny. Sytuacja była dość poważna, cały transport został sparaliżowany, droga była obłożona palącymi się oponami a w powietrzu latały kamienie. Wobec takich niespodzianek autobus zatrzymał się kilkadziesiąt kilometrów przed celem podróży i musieliśmy poczekać do rana na poprawę sytuacji. Oprócz nieprzewidzianego opóźnienia (co jest w końcu normalne w tego typu wyprawach) przydarzył nam się zabawny incydent: na dworcu w Limie spotkaliśmy ekipę telewizji America TV , która kręciła reportaż o utrudnieniach w ruchu wynikających z protestów rolników. Kiedy zobaczyliśmy operatora kamery i piękną panią z mikrofonem, natychmiast podbiegliśmy żeby zrobić sobie z nimi zdjęcia. Na drugi dzień, siedząc przy śniadaniu w hotelu i oglądając wiadomości w telewizji, zobaczyliśmy rzeczony reportaż i nasze uśmiechnięte twarze szczerzące się do kamery. W ten sposób zostaliśmy gwiazdami lokalnych wiadomości ;-)

Dzień 3 - Pisco

[czwartek, 24.03.2005]

Wytwórnia win w Pisco (Peru)
Wytwórnia win w Pisco (Peru)
© Paweł Zgrzebnicki

Wytwórnia win w Pisco (Peru)

Ze względu na blokadę, wczesnym rankiem poszliśmy zwiedzać miejscową wytwórnię win i Pisco – peruwiańskiej wódki z soku winogronowego. Wizyta przebiegła pysznie, ponieważ zwiedzanie połączone było z degustacją. Bardzo sympatyczna pani technolog oferowała nam przeróżne gatunki spirytualiów, które rozkosznie pieściły nasze podniebienia i dały wesołe spojrzenie na rzeczywistość na całą resztę dnia.

Dopiero o 10:00 udało się wojsku odblokować przejazd i mogliśmy w korku innych autobusów pojechać do Pisco. Wcześniej w hotelowej stołówce spotkaliśmy eleganckiego pana, jak się okazało negocjatora ze strony rządu oddelegowanego do rozmów z protestującymi. Podobnie jak my, od bladego świtu czekał aż sprawa rozwiązana zostanie siłowo – widać nie miał ochoty na prowadzenie jakichkolwiek negocjacji, siedział więc przy stoliku obok nas i czekał na rozwój sytuacji.

Po przyjeździe do Pisco popłynęliśmy na wyspy Ballestas, które wraz z półwyspem Paracas tworzą Reserva Nacional de Paracas, najważniejszy na wybrzeżu Peru rezerwat ptactwa i zwierząt morskich, zwany Peruwiańskim Galapagos. Wyspy znajdują się one w odległości ok. 30 min drogi motorówką. Ich brzeg stanowią strome skały wystające z morza, na których rezydują kolonie ptaków i lwów morskich. Widok zapiera dech w piersiach – tłum zwierząt w naturalnym środowisku, wylegujący się na skałach, samce lwów morskich walczące o terytorium i delfiny skaczące w wodzie robią ogromne wrażenie. Jedynym mankamentem jest smród ptasiego guano pokrywającego wszystkie skały. Ale cóż – w końcu taka właśnie jest natura.

Świecznik Andów (Pisco, Peru)
Świecznik Andów (Pisco, Peru)
© Paweł Zgrzebnicki

Świecznik Andów (Pisco, Peru)

W drodze na wyspy minęliśmy wspaniałą, kilkudziesięciometrowej wielkości figurę nieznanego pochodzenia wyrzeźbioną w zboczu mijanego brzegu. Jest kilka teorii jej pochodzenia: prawdopodobnie utworzono ją jako znak orientacyjny dla dawnych statków (rysunek ma kilkaset lat). Inni badacze uznają że jest to wytwór kultu któregoś z bogów. Oczywiście są też zwolennicy pozaziemskiego pochodzenia figury. Najprawdopodobniej jednak jest to dzieło na cześć któregoś z bogów ale o znaczeniu czysto praktycznym – właśnie jako znak orientacyjny dla ówczesnej żeglugi. Rysunek zachował się praktycznie w nienaruszonym stanie, ponieważ w tym miejscu nie wieją żadne wiatry ani nie pada deszcz, nie ma więc przyczyn dla których miałaby nastąpić jakakolwiek erozja dzieła.

Po powrocie do portu pojechaliśmy do pobliskiego rezerwatu przyrody, gdzie podziwialiśmy wspaniałe urwiska skalne wybrzeża Pacyfiku.

Dzień 4 - Nasca

[piątek, 25.03.2005]

Linie z Nasca (Peru)
Linie z Nasca (Peru)

Rano w hotelu powitał nas lokalny wódz. Tradycyjne ubranie bardziej przypominało Cepelię i misia na Krupówkach, ale w końcu to też ma swój urok, więc razem z wodzem poszliśmy poznawać historię tego rejonu. Okazało się że wódz jest pasjonatem, założył sobie koło domu muzeum i zbiera tam różne starocie z kultury Nasca. Oprowadził nas po zbiorach a potem zaprowadził do lokalnego świętego miejsca i uczył czerpać energię z ziemi i powietrza. Zabieg sprowadza się do odmawiania czegoś w rodzaju mantry, gdzie słowa (fonetycznie oczywiście) brzmią "Pacia Mama, hamuj, hamuj", czyli "Matko Ziemio przybądź, przybądź". Modlitwa bardzo nam się spodobała, podobnie jak żona wodza, która okazała się być Szwedką – miała blond włosy i jasną cerę, co w połączeniu z tradycyjnym indiańskim strojem wyglądało dość komicznie.

Po zaczerpnięciu energii z natury pojechaliśmy na lotnisko, gdzie wynajęliśmy awionetkę, aby z lotu ptaka podziwiać słynne linie na miejscowym płaskowyżu. Linie, praktycznie niewidoczne z ziemi, robią ogromne wrażenie z powietrza. Rysunki powstały przez rozgarnianie gleby (składającej się z pyłu i drobnych kamieni) na boki na kilkunastokilometrowych odcinkach. Na ziemi brzeg takiej linii wygląda jak wał wysokości kilkunastu centymetrów. W powietrzu naszym oczom ukazują się intrygujące konstrukcje przecinających się, systematycznie rozszerzających się linii i rysunki ważnych dla tej kultury zwierząt takich jak pająk, małpa czy puma.

Popularne są teorie głoszone m.in. przez Ericha von Danikena o pozaziemskim pochodzeniu rysunków – według autora linie miały służyć kosmitom na wzór dzisiejszych lotnisk. Naukowcy są bardziej sceptyczni i uważają że linie służyły celom religijnym a ich ogrom miał przykuwać uwagę bogów. Proste linie miały służyć procesjom a ich rozszerzanie się umożliwić wiernym coraz szerszy marsz w modlitewnej ekstazie. Do wyznaczania prostych linii używano kija, który przy jednym z końców miał wywiercony otwór. Zachowane do dzisiaj egzemplarze tego fantastycznego wynalazku geodezyjnego można podziwiać w większości muzeów archeologicznych tamtego rejonu. Do odgarniania ziemi przy rysowaniu linii używano drewnianego narzędzia na wzór dzisiejszego kija hokejowego. Jak już wspomnieliśmy, oprócz linii rysowano także motywy zwierzęce, wszechobecne w kulturach tamtego rejonu. Robią one tym większe wrażenie, że nie tworzono ich przy użyciu linii łatwych geometrycznie do wyznaczenia.

Przetwórnia złota (Nasca, Peru)
Przetwórnia złota (Nasca, Peru)
© Paweł Zgrzebnicki

Przetwórnia złota (Nasca, Peru)

Po południu, po pysznym obiedzie i degustacji pysznej wódki z koki, pojechaliśmy zwiedzać lokalną przetwórnię złota. Jest to jeden z wielu prywatnych zakładów świadczących tutejszym górnikom usługę wytrącenia złota z rudy zawartej w okolicznych skałach. Górnicy przynoszą codziennie kilkaset kilogramów skał, które udało im się wykruszyć z położonego kilkanaście kilometrów dalej masywu i oddają do punktu usługowego. Tu skały wstępnie się kruszy używając kilofów i młotów a następnie tak otrzymane drobne kamienie wrzuca się do kamiennego koryta w którym leży owalny kamień. Obsługa tego urządzenia kołysze się przestępując z nogi na nogę stojąc na desce umocowanej do kamienia a pomocnicy dolewają wodę dla wydajniejszego rozdrabniania. W ten sposób rozkruszane są kamienie co chwilę dosypywane do koryta. Pracownicy tego punktu usługowego to miejscowi wieśniacy w tym kobiety i dzieci.

Po uzyskaniu drobnego, mokrego pyłu dolewa się do niego rtęci, która doskonale rozpuszcza złoto. Następnie amalgamat złota w rtęci przenosi się do odpowiedniego pieca i odparowuje rtęć otrzymując czyste złoto.

Oczywiście taka technologia jest niesamowicie szkodliwa dla zdrowia: opary rtęci to jedna z najbardziej zabójczych toksyn. Do tego dochodzi nieludzko ciężka fizyczna praca przy obróbce skał. Mimo wszystko taki wysiłek się opłaca: za gram złota górnikowi wypłacane jest około 3 dolarów, zakład zaś sprzedaje go dalej za 10 dolarów. Dziennie otrzymuje się tu około 3 gramów 16 karatowego złota.

Wieczorem pojechaliśmy około 30 km w głąb pustyni zobaczyć stare cmentarzysko inkaskie. Przy zachodzącym słońcu, otoczeniu górami i pustynią wdzieraliśmy się w tajemnice sprzed kilkuset lat, oglądając odkryte groby mieszczące zmumifikowane szkielety Indian. Niektóre grobowce mieściły całe rodziny, inne osoby z jednej grupy zawodowej (np. nauczycielki – poznać je po bardzo długich, prawie dwumetrowych włosach). Po okolicznym terenie, wokół odkopanych dołów ze szkieletami, poniewiera się pełno ludzkich kości, które pustynia odsłania by niedługo pochłonąć je na powrót.

Dzień 5 - Arequipa

[sobota, 26.03.2005]

Klasztor św. Katarzyny (Arequipa, Peru)
Klasztor św. Katarzyny (Arequipa, Peru)
© Paweł Zgrzebnicki

Klasztor św. Katarzyny (Arequipa, Peru)

Po całonocnym przejeździe do Arequipy, rano zwiedzaliśmy klasztor św. Katarzyny. Jest to przepiękny kompleks świątynny wzniesiony w XVI wieku. Wyglądem i charakterem przypomina osobne, zamknięte miasteczko z całą konieczną do życia infrastrukturą. Urbanistycznie obszar podzielony był na osobne rejony w których mieszkały nowicjuszki, starsze siostry, miejsca wspólnej modlitwy, pralnię itd. Każda z takich funkcjonalnych części miała niezależną kuchnię, mimo, że istniała też kuchnia wspólna. Ze światem zakonnice kontaktowały się tylko w wyjątkowych wypadkach, tylko za zezwoleniem biskupa, korzystając ze zakratowanych okien, przez które nie było widać twarzy rozmówcy. Podobnie towary dostarczane były do wnętrza zakonu przez specjalny podajnik w ścianie, wymuszający zachowanie całkowitej anonimowości. Kiedyś żyło tu 450 sióstr, obecnie miejsce zamieniono na muzeum, właściwy klasztor przeniesiono zaś kilkadziesiąt metrów dalej.

Resztę dnia spędziliśmy na włóczeniu się po mieście i napawaniu się lokalnym klimatem.

Dzień 6 - Canion de Colca

[niedziela, 27.03.2005]

Kobiety z Chivay (Peru)
Kobiety z Chivay (Peru)
© Paweł Zgrzebnicki

Kobiety z Chivay (Peru)

Jak na porządną wyprawę przystało, pobudka była o 4:45. Taksówkami dostaliśmy się na dworzec, skąd mieliśmy autobus do Chivay (3650 m n.p.m.) – wsi z której mieliśmy wyruszyć do Kanionu Colca. Jest to najgłębszy kanion na świecie – największa różnica wzniesień pomiędzy rzeką a szczytem to ponad 4200 metrów. Sama rzeka Colca ma 160 km długości. Po drodze, na wysokości 3300 m n.p.m. przytrafiła się nam awaria autobusu, ale po mniej więcej pół godzinie ruszyliśmy dalej.

Chivay to piękne miejsce, z malowniczym ryneczkiem i pięknie ubranymi w tradycyjne stroje mieszkańcami, skąd wyrusza wiekszość wypraw na dno kanionu.

Po półgodzinnej naradzie w knajpie i zjedzeniu małego-co-nieco ok. 14:00 wyruszyliśmy w dół. Zejście w głąb kanionu zajęło nam 4 godziny, przy różnicy wysokości 1450 metrów. Na dole czekał na nas prawdziwy raj – osada z domkami z bambusa i trzciny, dwa kamienne baseny z ciepłą wodą (niedaleko są źródła geotermalne), palmy, zielona trawa i pyszne piwo. Mimo że byliśmy już zmęczeni, nie odpuściliśmy sobie jednak meczu z miejscowymi. Pojedynek wygraliśmy – Polska górą!

Po 4 godzinach schodzenia na dno kanionu Colca rozegraliśmy (wygrany!) mecz z Peruwiańczykami
Po 4 godzinach schodzenia na dno kanionu Colca rozegraliśmy (wygrany!) mecz z Peruwiańczykami
© Paweł Zgrzebnicki

Po 4 godzinach schodzenia na dno kanionu Colca rozegraliśmy (wygrany!) mecz z Peruwiańczykami

Wieczorem, po kolacji siedliśmy przy ognisku i racząc się miejscowymi trunkami słuchaliśmy legend o miejscowych duchach gór. Opowiadał je pochodzący z Limy Peruwiańczyk, który mając dość wielkiego miasta przeniósł się właśnie tutaj. Gość uchodził podobno za bardzo racjonalnego – w młodości trudnił się złodziejskim "fachem", żadne bóstwa czy inne religijne mity dla niego nie istniały. Potem trafił do wojska, skłonności do kradzieży mu przeszły, zaczął pracować a później, po kilkunastu latach przeprowadził się właśnie do wioski w kanionie Colca. Tu od miejscowych usłyszał o duchach, które nawiedzają osady ludzkie. Otóż każda góra posiada własnego, potężnego ducha. Do tego, zmarli Indianie również krążą wokół, nie mając dobrych zamysłów wobec żywych. Objawiają się nocą – białe postacie budzące ze snu i wywołujące przeraźliwy lęk. Nasz Indianin zarzekał się że dopóty nie wierzył w te opowieści, dopóty jego samego nie zaczęły nocą budzić tajemnicze postacie. Poradził nam więc aby pod poduszkę włożyć otwarty nóż – to jak talizman chroni przed koszmarem zmarłych Indian i duchami gór.

Dzień 7 - Canion de Colca

[poniedziałek, 28.03.2005]

Przepyszne opuncje
Przepyszne opuncje

Wczesnym rankiem wyruszyliśmy w kierunku gejzerów położonych kilka kilometrów od naszej osady. Wyprawa miała trwać 6 godzin – trwała 11. Mimo że gejzery leżą przy rzece, czyli na tej samej wysokości na której się znajdowaliśmy, nie było żadnej trasy "w poziomie", którą moglibyśmy się do nich dostać. Pozostawało nam wyjście 600 metrów do góry i 600 metrów w dół w kierunku celu. I z powrotem. W sumie 1200 metrów podejścia i 1200 metrów zejścia. Po drodze mijaliśmy zbocza pełne pięknych kaktusów, kolorowych krzewów, dzikie wodospady, monstrualne pnącza i zdradliwe, trujące rośliny. Ze względu na to, że wyprawa miała w początkowym założeniu trwać krótko, nie wzięliśmy ze sobą żadnego jedzenia oprócz liści koki, których żucie dodaje sił. Na szczęście przewodnik uczył nas jak możemy się wyżywić samą naturą – ścinaliśmy opuncje (owoce kaktusa) i inne pyszne rośliny których nazw nie sposób zapamiętać.

W drodze powrotnej, kiedy zaczęło się ściemniać, pogoda załamała się i zaczął padać ulewny deszcz. Mimo, że do celu prowadziła jedna, prosta ścieżka i ze zbocza widać całą drogę jak na dłoni, na najbliższym rozwidleniu zgubiliśmy się i poszliśmy nie tędy, którędy trzeba. Przewodnik został z tyłu i jak się okazało schował się pod skałą żeby przeczekać deszcz (!). My szliśmy przodem, żeby zdążyć przed zmrokiem do bazy i tak oto pogubiliśmy drogę.

Na szczęście po kilkunastu minutach zlokalizowaliśmy się krzykiem i żeby zejść na prawidłową wysokość, pozostało nam przedzieranie się przez krzaki w dół po "gradiencie". Ziemia i skały były mokra i śliskie od deszczu, kąt ostry, a jedyne czego mogliśmy się trzymać żeby nie spaść w dół to wszechobecne trujące krzewy, które po złamaniu z łodygi wydzielają bardzo toksyczny, parzący, biały sok. Do tego pełno kaktusów na które wpadaliśmy do sekundę zsuwając się niepewnie w dół, ulewa, ciemno i wyczerpanie po 10 godzinach pokonywania wzniesień na niemałej przecież wysokości. Jednym słowem - hardcore.

W końcu znaleźliśmy się na właściwej ścieżce i z latarkami z dłoniach, po kolejnej godzinie dotarliśmy do naszej osady. Deszcz ustał i na koniec dnia mogliśmy odpocząć delektując się orzeźwiającą kąpielą w kamiennym basenie.

Dzień 8 - Arequipa

[wtorek, 29.03.2005]

Przejazd rikszą na dworzec w Puno (Peru)
Przejazd rikszą na dworzec w Puno (Peru)
© Paweł Zgrzebnicki

Przejazd rikszą na dworzec w Puno (Peru)

O 5:00 rano wyruszyliśmy na mułach i koniach w górę kanionu, pnąc się przez godzinę w powrotem do Chivay. W pierwotnym założeniu mieliśmy iść piechotą, ale wyprawa dnia poprzedniego odebrała nam resztki sił. Zresztą, jazda konna po urwiskach skalnych, po metrowej szerokości ścieżce za krawędzią której czai się kilometrowa przepaść to też niezłe wyzwanie. Po dotarciu na górę zjedliśmy wymarzone śniadanie i wtoczyliśmy się do autobusu, który miał nas przewieźć z powrotem do Arequipy. Mieliśmy wracać tą samą trasą którą tu dotarliśmy, ale niestety dane nam było zwiedzać wszystkie okoliczne wsie (bardzo piękne zresztą). Podróż trwała 5 godzin i wiodła bitymi drogami w obfitą ilością kamieni. Innymi słowy pół dnia autobusowego off-roadu w rytmie ludowej muzyki wyjącej na cały regulator z przesterowanych głośników. Było pysznie. Mimo że tego samego dnia mieliśmy zebrać się do Puno, nasz brak sił wziął górę i zdecydowaliśmy przenieść wyjazd na wczesne godziny poranne dnia następnego.

Dzień 9 - Przejazd do La Paz

[środa, 30.03.2005]

Bazar na granicy peruwiańsko–boliwijskiej na którym handluje się ropą, benzyną i gazem (Peru)
Bazar na granicy peruwiańsko–boliwijskiej na którym handluje się ropą, benzyną i gazem (Peru)
© Paweł Zgrzebnicki

Bazar na granicy peruwiańsko–boliwijskiej na którym handluje się ropą, benzyną i gazem (Peru)

Pobudka 4:20. Autobus do Puno: 5:00. Po przyjeździe do Puno, rikszami przejechaliśmy na drugi dworzec i wsiedliśmy na autobus wiozący nas do granicy Peruwiańsko–Boliwijskiej. Granica to jeden wielki targ na którym handluje się gazem, ropą i benzyną – paliwami o wiele tańszymi w Boliwii.

Od tej pory należy uważać z robieniem zdjęć, ponieważ Boliwijczycy nie tolerują robienia im zdjęć bez zezwolenia. Za każdym razem kiedy chcesz zrobić komuś zdjęcie – należy do o to zapytać. Oczywiście zawsze dostaniesz odpowiedź odmowną.

Wszystkie zdjęcia które nie przedstawiają "czystych" krajobrazów lub ludzi w tle, muszą być zrobione z tak zwanej "przyczajki" czyli ty patrzysz w inną stronę, aparat wisi na brzuchu i jest kierowany na cel. To jedyna metoda żeby nie wzbudzić agresji a w skrajnych przypadkach nie dostać łomotu. Kilka dni później, w Coroico chcieliśmy zrobić zdjęcie wózka z kolorowymi przyprawami. Podszedłem do straganu, skierowałem aparat od góry na same przyprawy a tu nagle sprzedawca porwał wózek i odjechał z nim metr dalej. Popatrzyłem na niego zdziwiony – przecież nie robiłem zdjęcia jemu tylko przyprawom – ale on spojrzał na mnie bardzo gniewnie i już wiedziałem że ze zdjęcia nic nie będzie. Szczerze mówiąc cieszyłem się że skończyło się to tak łagodnie, bo handlarz wyglądał na naprawdę wściekłego.

Obawa przed robieniem zdjęć ludziom występuje w wielu społecznościach (np. u Nomadów, których spotkaliśmy w Egipcie). Ludzie ci uważają że fotografia kradnie im duszę, jak ognia unikają więc obiektywu. Wrogość wobec fotografowania należącej do danej osoby martwej rzeczy ma najpewniej podobne podłoże – wiąże się z poczuciem utraty czy kradzieży czegoś osobistego.

Boliwia to kraj o wiele bardziej prymitywny niż Peru – najbiedniejszy i najbardziej zacofany kraj Ameryki Południowej. Mimo iż oficjalnie społeczeństwo jest w kilkudziesięciu procentach katolickie – praktycznie wszyscy kulturowo tkwią w wierzeniach i obrzędach sprzed setek lat. Odprawianie czarów i rzucanie uroków jest tu na porządku dziennym, akcesoria do czarnej i białej magii można oficjalnie kupić na ulicy. Na przykład w La Paz – stolicy Boliwii – na każdym targowisku można kupić suszone płody lam służące do odprawiania czarów. Takich przykładów można mnożyć setki. Samo dotknięcie przez wrogo nastawioną czarownicę według miejscowych wierzeń może doprowadzić do niepłodności. Każda wioska ma swojego szamana, istnieją specjalizacje wśród czarowników – tak jak w świecie zachodnim pośród lekarzy. Praktycznie cała Ameryka Południowa religię katolicką przyjęła na zasadzie pomalowania na nowe barwy starych wierzeń. W dalszym ciągu święci kościoła katolickiego to bożkowie indiańscy tylko w innej postaci. Słyszeliśmy też pogłoski o współczesnych, wcale nierzadkich przypadkach kanibalizmu, natomiast tej informacji nie sposób potwierdzić.

Przyjazd do Boliwii jest więc sporym przeżyciem, ponieważ można zakosztować prawdziwej dzikości dawnej kultury, która do dziś istnieje w sposób autentyczny, przejawiając się w życiu codziennym wszystkich ludzi a nie tylko jako mizerna prezentacja dla turystów.

Przygraniczne miasteczko jest brudne i śmierdzące – to początek tego co w Boliwii jest normą. Po przejściu granicy skierowaliśmy się do punktu wymiany pieniędzy. Kantor stanowi stojąca na chodniku stara, drewniana ławka za którą siedzi handlowiec. W szufladzie w osobnych przegródkach starannie poukładane dolary, sole i boliwiany. Prawdziwy bank w pierwotnej formie (fr. banc – ławka) !

Przed załadowaniem się do wynajętego na miejscu busa poszliśmy do najbliższej publicznej toalety. Było nam trochę nieswojo, kiedy boliwijskie dzieci bez żadnej sympatii wskazywały na nas palcami i wyrzucały w naszym kierunku wiązanki najprawdopodobniej różnej maści epitetów z których rozumieliśmy tylko gringo. Ton i wyraz twarzy nie pozostawiały wątpliwości, że z jakiegoś powodu "białasy" im się nie podobają.

Tiahuanaco, Boliwia
Tiahuanaco, Boliwia
© Paweł Zgrzebnicki

Tiahuanaco, Boliwia

W końcu wyruszyliśmy w kierunku Tiahuanaco – centrum prastarej kultury o tej samej nazwie z której ostało się tylko resztki kamiennych budowli w tym słynna Brama Słońca. Po drodze mijaliśmy kilka posterunków policji antynarkotykowej, która zatrzymywała każdy samochód i sprawdzała dokumenty kierowcy oraz pasażerów. Takich wymuszonych postojów jest w Boliwii sporo, ale ich zasadność jest mocno wątpliwa, ponieważ nikt nie zagląda do środka pojazdu, przewieźć więc w nim można wszystko. Zresztą korupcja w tym kraju jest tak powszechna a policja sowicie opłacana przez mafie narkotykowe, że ewentualny przewóz kokainy lub jej półproduktów z pewnością nie napotyka żadnych sankcji.

w Tiahuanaco zachowało się niewiele z wspaniałej prastarej kultury – zostały nieliczne ruiny po tym, jak część materiału z budowli została zużyta na podkłady kolejowe oraz do budowy "nowej" Boliwii po tym, jak Boliwar wywalczył niepodległość dla kraju.

Jedząc pyszne mięso lamy w restauracji obok ruin, patrzyliśmy na małych chłopców grających przed wejściem w piłkę. To faktycznie religia Ameryki Południowej – jeden z chłopców uparcie podrzucał piłkę do góry, kopał ją w wyskoku i padał na ziemię po udanym zagraniu. Piłka odbijała się od ściany budynku i wracała do jego rąk. To ćwiczenie powtarzał przez cały czas naszego posiłku – uparcie doskonalił swoje umiejętności podobnie jak jego koledzy, którzy marzą, że kiedyś ich talent zostaną dostrzeżony i dzięki wypracowanym umiejętnościom wyrwą się z tego centrum ubóstwa.

Wieczorem dojechaliśmy do La Paz i po rozlokowaniu w hotelu udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

Dzień 10 - La Paz

[czwartek, 31.03.2005]

Kobieta boliwijska z tradycyjnym melonikiem
Kobieta boliwijska z tradycyjnym melonikiem
© Paweł Zgrzebnicki

Kobieta boliwijska z tradycyjnym melonikiem

La Paz jest miastem położonym w kotle, którego brzegi stanowią najwyżej położone punkty miasta. Najniżej położona – i najbogatsza zarazem – dzielnica usytuowana jest na wysokości 3300 m n.p.m. Lotnisko znajdujące się w pobliżu najwyższych i najbiedniejszych jednocześnie dzielnic, leży na wysokości 4082 m.n.p.m. Tam też znajduje się stadion, gdzie Boliwia ogrywa wszystkie kraje, goszcząc ich reprezentacje. Oddychanie na tej wysokości przy wzmożonym wysiłku fizycznym stanowi nie lada problem – przyjezdni futboliści, nieprzyzwyczajeni do takich warunków, nie wytrzymują kondycyjnie już w pierwszych minutach meczu.

Rano z hotelu pojechaliśmy do Księżycowej Doliny (Valle de La Luna) położonej w pobliżu bogatych dzielnic La Paz. Można tam zobaczyć bardzo ciekawe, przypominające z wyglądu turecką Kapadocję formacje ziemne, powstałe w wyniku działań erozyjnych.

Po południu włóczyliśmy się po mieście obserwując jak sobie żyją ludzie. W biedniejszych dzielnicach kobiety ubrane są w tradycyjne stroje których nieodłącznym elementem są meloniki. Po tym jak w XIX wieku angielscy dżentelmeni zawitali tutaj z wyspiarskimi nakryciami głowy, tutejszym kobietom tak to się spodobało, że moda nie minęła do dziś.

Przez cały dzień kobiety handlują owocami, mięsem i innymi towarami wystawionymi na ulicznych stoiskach. Wieczorem handlarki piją spore ilości wódki, a ulice biednych dzielnic bardziej przypominają gorzelnię niż miasto, co daje niezbyt przyjemny, ale stuprocentowo prawdziwy obraz biednej społeczności.

Chcieliśmy zobaczyć jak bawią się młodzi Boliwijczycy, późnym wieczorem poszliśmy więc do klubu Equinoccio, w którym do późna słuchaliśmy wspaniałego koncertu boliwijskiej formacji metalowej, której nazwy niestety nie pamiętamy. Było fantastycznie – świetna atmosfera, fajni ludzie, muzyka na wysokim poziomie i pyszne piwo.

Dzień 11 - Coroico

[piątek, 1.04.2005]

'Surviving the Death Road' (La Paz, Boliwia)
'Surviving the Death Road' (La Paz, Boliwia)
© Paweł Zgrzebnicki

'Surviving the Death Road' (La Paz, Boliwia)

Rano, z kacem gigantem po całonocnej zabawie, wyruszyliśmy na zwiedzanie targu czarownic w La Paz. W najwyżej położonej, najbiedniejszej dzielnicy miasta odbywa się targ na którym oprócz produktów codziennej potrzeby można kupić wszelkie akcesoria służące czarom. Są tu odpowiednie zioła, eliksiry, suszone ptaki, płody lam i inne niesamowite składniki. Przed każdym straganem stoi charakterystyczny kociołek opalany drewnem cedrowym, w którym wiedźmy palą swoje mieszanki odczarowując przeróżne uroki.

O 13:00 opuściliśmy hotel i wybraliśmy się do Coroico – uroczej miejscowości wypoczynkowej, położonej ok. 120 km od La Paz. Prowadzi do niej górska, kręta droga nazwana Najniebezpieczniejszą Drogą Na Świecie. Zyskała ten przydomek dzięki największej liczbie wypadków drogowych – średnio w przepaści lądują tu 3 samochody miesięcznie. Droga jest szalenie niebezpieczna: ma około 3 metrów szerokości, z jednej strony pionowa ściana, z drugiej przepaść. Oczywiście żadnego asfaltu a często padający deszcz i lejące się w kilku miejscach na drogę wodospady wypłukują grunt, który tym łatwiej się osuwa. Samochody, żeby się minąć, muszą korzystać ze specjalnych zatoczek – poszerzonych miejsc na drodze – gdzie czekają aż jadący z przeciwka przejedzie obok.

Kilka lat temu wybudowano alternatywną, nowoczesną drogę za 120 mln. dolarów pożyczonych ze specjalnego, międzynarodowego funduszu, ale niestety połączenie jest w dalszym ciągu nieczynne (w 2006 roku nową drogę oddano w końcu do użytku - przyp.).

Atrakcyjność Drogi Śmierci wykorzystują biura turystyczne w La Paz, organizując zjazdy rowerami, które dostarczają niemałych emocji, szczególnie, kiedy zza zakrętu wyłania się ciężarówka i nie ma gdzie uciec.

Kierowca busa, z którym jechaliśmy do Coroico, przed wyruszeniem na niebezpieczną trasę zakupił stumililitrową butelkę wódki i modląc się za bezpieczną podróż oblał wszystkie koła, polał Matkę Ziemię, pomodlił się i pociągnął solidny łyk dla lepszego czucia szosy. Wyraziliśmy zdziwienie, że w tak niebezpieczną trasę kierowca jedzie "po jednym", ale taki jest zwyczaj i z obrzędami nie należy dyskutować.

Po przyjeździe do Coroico zakwaterowaliśmy się w hotelu i poddaliśmy się błogiemu stanowi nic-nie-robienia.

Dzień 12 - Coroico

[sobota, 2.04.2005]

Wyjazd do Coroico w założeniu miał być wypoczynkiem po ostatnich dniach wyczerpującej dyscypliny podróży, tak więc cały dzień spędziliśmy na spacerach, graniu w bilard, piciu piwa i spaniu.

Samo Coroico to piękna górska miejscowość, otoczona plantacjami koki. Kilkaset kilometrów dalej Che Guevara dokonał żywota a jego sen o rewolucji bezpowrotnie się rozwiał.

Dzień 13 - Powrót do La Paz

[niedziela, 3.04.2005]

Z takimi oponami kierowcy wożą ludzi Drogą Śmierci (Coroico, Boliwia)
Z takimi oponami kierowcy wożą ludzi Drogą Śmierci (Coroico, Boliwia)
© Paweł Zgrzebnicki

Z takimi oponami kierowcy wożą ludzi Drogą Śmierci (Coroico, Boliwia)

Cały weekend lało, deszcz padał też od rana tego dnia. Droga powrotna zapowiadała się ekscytująco biorąc pod uwagę, że bus którym mieliśmy wracać nie miał bieżnika, a z łysej opony wystawały druty obok których rozchodziły się liczne pęknięcia wiekowej gumy. Kierowca twierdził, że liczą się jego umiejętności a nie stan techniczny pojazdu ale my jakoś nie mogliśmy się przekonać, wynajęliśmy więc Toyotę Land Cruiser z 1978 roku, wyposażoną w dobre opony MT, co w takich warunkach wydawało się jedynym zabezpieczeniem dla przejazdu Drogą Śmierci we mgle i ulewie przy obsuwających się krawędziach drogi.

Na szczęście dojechaliśmy cali i zdrowi, i resztę dnia w La Paz spędziliśmy na zwiedzaniu miasta.

Dzień 14 - Copacabana

[poniedziałek, 4.04.2005]

Zatoczka na Wyspie Słońca na jeziorze Titicaca (Boliwia)
Zatoczka na Wyspie Słońca na jeziorze Titicaca (Boliwia)
© Paweł Zgrzebnicki

Zatoczka na Wyspie Słońca na jeziorze Titicaca (Boliwia)

7:30 to wspaniała pora na wyjazd do Copacabany – małego miastecznka nad jeziorem Titicaca. Po dotarciu na miejsce, o 12:30 wyruszyliśmy na zwiedzanie Wyspy Słońca. To legendarne, jedno z najważniejszych miejsc w kulturze Inków. Tu mianowicie według wierzeń narodził się biały bóg Viracocha oraz pierwsi Inkowie Manco Capac oraz jego siostra, a zarazem żona Mama Ocllo. Wyspa Słońca to święte miejsce dla mieszkających w Boliwii oraz Peru Indian AjmaraKeczua.

Z portu wgłąb wyspy prowadzi droga pnąca się w górę. Stąd możemy podziwiać cudowne widoki zatoczek do złudzenia przypominających wybrzeża Morza Śródziemnego.

Na samej górze naszym oczom ukazuje się owo święte miejsce, tak ważne dla rdzennej ludności.

Ołtarz Inków (Wyspa Słońca, jez. Titicaca, Boliwia)
Ołtarz Inków (Wyspa Słońca, jez. Titicaca, Boliwia)
© Paweł Zgrzebnicki

Ołtarz Inków (Wyspa Słońca, jez. Titicaca, Boliwia)

Płynąc w rejs powrotny zwiedziliśmy słynne inkaskie schody zlokalizowane kilka zatoczek dalej i zaryzykowaliśmy kąpiel w przeraźliwie zimnym Titicaca – najwyżej położonym żeglownym jeziorze na świecie.

Wieczorem poszliśmy do knajpy polecanej w Lonely Planet a słynącej z domowego likieru z koki, ale trunek nie przypadł nam do gustu – nie polecamy.

Polecamy natomiast pyszne pstrągi z jeziora (truche). Titicaca zostało zarybione tym gatunkiem pstrągów w sposób sztuczny, podobno po to, aby wzbogacić miejscową dietę w białko. Ryba ma różowe mięso, podobne do łososia, jest w konsystencji niezwykle sprężysta a po przygotowaniu przepyszna. Śmiało możemy powiedzieć że tak pysznej ryby nie jedliśmy nigdy wcześniej. Później po powrocie do Peru też próbowaliśmy truche z tamtejszej części Titicaca, ale nie smakowały tak dobrze. Być może to zasługa restauracji – małego blaszanego garażu w porcie Copacabana a może kwestia samego Titicaca: w Boliwii krystalicznie czysta górska woda w jeziorze z kamiennym dnem, w Peru zarośnięty glonami i trzciną zbiornik wodny bardziej przypominający polskie Mazury.

Dzień 15 - Puno

[wtorek, 5.04.2005]

Pływające wyspy Indian Uro (jez. Titicaca, Peru)
Pływające wyspy Indian Uro (jez. Titicaca, Peru)
© Paweł Zgrzebnicki

Pływające wyspy Indian Uro (jez. Titicaca, Peru)

Znowu wyjazd o 7:30. Rozklekotanym busem pełnym miejscowego folkloru dotoczyliśmy się do granicy boliwijsko–peruwiańskiej. Tutejsze środki transportu mają bardzo małe siedzenia, dostosowane do mikrych Indian; gringo czują się w nich jak sardynka w puszce.

Około południa byliśmy w Puno. W porcie kupiliśmy bilety na rejs na pływające wyspy Indian Uro. W tej okolicy jezioro Titicaca jest gęsto porośnięte trzcinami. Indianie ścinają je, wiążą w bele i układają je na wodzie. W ten sposób powstają pływające wyspy na których zamieszkują. Oczywiście trzcina namaka i z czasem tonie, utrzymanie wyspy na wodzie wymaga więc ciągłej pracy i dokładania materiału. Domostwa na wyspach również zrobione są z trzciny, podobnie jak tradycyjne łodzie będące niemałą atrakcją dla przyjezdnych. Obecnie Indianie żyją z turystyki sprzedając pamiątki. Mimo, iż z założenia pływające wyspy stworzone zostały po to, aby odseparować się od cywilizacji, nowoczesna technologia dotarła i tu. Przykładem są wszechobecne kolektory słoneczne umieszczone na dachach prymitywnych chat.

Dzień 16 i 17 - Cusco

[środa, czwartek, 6-7.04.2005]

Parada z okazji miejscowego święta (Cusco, Peru)
Parada z okazji miejscowego święta (Cusco, Peru)
© Paweł Zgrzebnicki

Parada z okazji miejscowego święta (Cusco, Peru)

We wtorek wieczorem dotarliśmy do Cusco – najpopularniejszego wśród turystów miasteczka w Peru.

Co weekend przyjeżdża tu tysiące ludzi z USA, żeby zabawić się w tutejszych dyskotekach i pubach. Rzeczywiście Cusco to miejscowość oferująca głównie rozrywkę w nocnych lokalach. Ceny są tu kilku- i kilkunastokrotnie wyższe niż w innych miejscach regionu. Małe piwo w większości pubów kosztuje 7 soli (ok. 7 złotych), co bardziej przypomina środek Europy a nie Amerykę Południową. Wystrój knajp też wygląda jak żywcem wyjęty z krakowskiego Kazimierza, podobnie muzyka i klimat w ogóle. Dlaczego turyści przyjeżdżają właśnie tu? Całą noc centrum miasta żyje zabawą – jakby było to miejsce do tego tylko stworzone. Dziewczyny z całej Ameryki Południowej i Środkowej przyjeżdżają tu polując na bogatych turystów. Z jednej strony usługi seksualne są tu drogie (nocna "przygoda" łącznie z pokojem w hotelu to koszt $200), z drugiej jednak, można za kilka dolarów wynająć pokój w położonym dalej od centrum hostelu i zakosztować seksualnej egzotyki z kilkoma pięknymi mulatkami całkiem za darmo. Sekret tkwi w tym, że największym marzeniem tych dziewczyn jest wyrwać się stąd do innego świata. Dla nich biały mężczyzna z dolarowym portfelem to książę z bajki i zrobią wszystko żeby je ze sobą zabrał.

Kulturowo stosunki damsko–męskie są cofnięte w stosunku do świata zachodniego w kilkadziesiąt lat. Tu w dalszym ciągu kobieta jest sługą mężczyzny i zrobi wszystko żeby on był zadowolony. Niemniej panują tu honorowe reguły wśród kobiet i nie wszystkim mężczyznę mogą obdarować. Przykładem jest klasyczna pozycja w trakcie stosunku, która tu jest zarezerwowana wyłącznie dla męża. Dziewczyna idąca do łóżka z mężczyzną który nie jest jej mężem, nigdy nie dopuści do zbliżenia w tej właśnie formie.

Atrakcyjność Cusco to także narkotyki. Mimo iż nielegalne, a ich posiadanie jest surowo karane, dostępne są w każdej dyskotece, w każdym barze. Działkę kokainy wystarczającą na całą noc dla kilku osób, można tu kupić za $25, co sprawia że znakomita większość przyjezdnych cały czas jest "na koksie".

Peruwiański przysmak – świnka morska (Cusco, Peru)
Peruwiański przysmak – świnka morska (Cusco, Peru)
© Paweł Zgrzebnicki

Peruwiański przysmak – świnka morska (Cusco, Peru)

Przejście z jednego pubu do drugiego wcale nie jest łatwe – natychmiast jest się otoczonym przez kilkanaście dzieci wręczających wizytówki nocnych klubów i zaciągających pod właściwy adres. "Naganiacz" zarabia na każdym gościu przyprowadzonym do knajpy, jest to więc dla miejscowych dzieci intratny interes.

Odwiedzając Cusco nie można zapomnieć o zabytkach i innych miejscach "poprawnych" turystycznie. Na nas największe wrażenie zrobiła ogromna katedra, wewnątrz której znajduje się kilkanaście przepięknych monumentalnych ołtarzy.

Cusco to także dobre jedzenie – pełno tu restauracji gdzie można zjeść pyszne dania zarówno kuchni miejscowej jak i europejskiej. Stanowczo nie polecamy jednak peruwiańskiego przysmaku – świnki morskiej, podawanej tu wyłącznie na specjalne okazje. Dane nam było spróbować tego rzadkiego specjału właśnie w Cusco po tym, jak jedną z restauracji polecił nam znajomy Peruwiańczyk. Prawdopodobnie smak potrawy był odrażający przez dające specyficzny aromat zioła którymi nafaszerowana była świnka, niemniej trauma po konsumpcji jest tak wielka, że trudno nam wyobrazić sobie ponowną próbę.

Dzień 18, 19 i 20 - Abra Malaga – Santa Maria – Santa Teresa – Aguas Calientes

[piątek, sobota, niedziela, 8-10.04.2005]

Zjazd z Abra Malaga do Santa Maria (Peru)
Zjazd z Abra Malaga do Santa Maria (Peru)
© Paweł Zgrzebnicki

Zjazd z Abra Malaga do Santa Maria (Peru)

W piątek rozpoczęła się nasza wyprawa w kierunku Machupicchu. Przed setkami lat do tego miejsca prowadziło prawdopodobnie kilkanaście dróg z różnych stron – tak zwanych szlaków inkaskich. Od wielu lat dla turystów udostępniony jest jeden z nich, konsekwentnie promowany i uczęszczany przez tysiące osób miesięcznie. Od dawna znany jest jeszcze jeden ze szlaków – jest jednak zbyt niebezpieczny żeby pozwolić turystom na jego uczęszczanie. Kilka lat temu udało się odtworzyć kolejną drogę Inków na Machupicchu. Tą właśnie, nietypową, niekomercyjną trasą postanowiliśmy udać się na spotkanie ze słynnym miastem Inków.

Droga przez dżunglę z Santa Maria do Santa Teresa (Peru)
Droga przez dżunglę z Santa Maria do Santa Teresa (Peru)
© Paweł Zgrzebnicki

Droga przez dżunglę z Santa Maria do Santa Teresa (Peru)

Nasza trasa rozpoczęła się w Abra Malaga – 4350 m n.p.m. dokąd zawiózł nas autobus. Stamtąd resztę dnia – około 5 godzin – zjeżdżaliśmy rowerami w dół do miejscowości Santa Maria (1430 m n.p.m.). W sumie 75 kilometrów zjazdu w deszczu i słońcu, po bitej drodze w pięknych okolicznościach przyrody, w górach na skraju dżungli. Po zjeździe zatrzymaliśmy się w miejscowej gospodzie, gdzie dostaliśmy pyszne jedzenie, lodowaty prysznic i wspaniałe wygodne łóżka.

Następnego dnia czekało nas przejście górami do miejscowości Santa Teresa (1900 m n.p.m.). Góry wspaniałe! Piękna fauna i flora dżungli, cudowne widoki. Mieliśmy małą przygodę z pająkiem który spadając z drzewa trafił na moją nogę i dziabnął był boleśnie. Niestety nie udało się go złapać, mogłem jedynie powiedzieć, że był to czarny pająk. Daleko od cywilizacji mielibyśmy niemały problem, gdyby pająk okazał się jadowity. Po godzinie marszu, po dotarciu do chaty w środku dżungli, gdzie mieszkał jakiś dziadek z babcią, Indianie stwierdzili, że gdyby to był groźny pająk to już bym nie żył. A że żyję – to był niegroźny i nie ma problemu.

Veronica – 5685m n.p.m (Peru)
Veronica – 5685m n.p.m (Peru)
© Paweł Zgrzebnicki

Veronica – 5685m n.p.m (Peru)

Późnym popołudniem dotarliśmy do Santa Teresa – wioski, która po doszczętnym zniszczeniu przez powódź w 1998 roku, została przeniesiona na pobliskie wzgórze, z dala od rwących nurtów Vilcanota. Mimo, że wioska nadal przypomina obóz uchodźców, ludzie żyją tu bardzo biednie, wszyscy ubierają się bardzo czysto i schludnie. Dzieci bawiące się na ulicy wyglądają jakby właśnie wyszły z kościoła – ładnie uczesane, czysto i porządnie ubrane. I nikogo pijanego na ulicy – rzecz nie do pomyślenia w podobnych warunkach w Polsce. W ogóle w Peru nie spotkaliśmy nikogo pijanego. Nie to, żeby Peruwiańczycy nie pili – po prostu wstydzą się pokazywać publicznie pijani, stąd ulice niepodobne są do europejskich odpowiedników. Podobnie, nie przypominamy sobie nikogo, kto by palił na ulicy. Dziwne, ale tak właśnie było.

W niedzielę, idąc wzdłuż rzeki Vilcanota, dotarliśmy do Aguas Calientes – uroczego, otoczonego górami miasteczka, skąd większość turystów wspina się na Machupicchu. Ostatni fragment drogi, kilkanaście kilometrów, pokonaliśmy koleją – jedynym sposobem dostania się do naszego celu. Czekając na pociąg na jednym z przydomowych podwórek spotkaliśmy małpę uwiązaną do drzewa, analogicznie jak w Polsce trzyma się wiejskie psy.

Dzień 21 - Machupicchu

[poniedziałek, 11.04.2005]

Machu Picchu (Peru)
Machu Picchu (Peru)
© Paweł Zgrzebnicki

Machu Picchu (Peru)

Droga na Machupicchu wiedzie kamiennymi schodami ułożonymi przez Inków setki lat temu. Do pokonania jest 450 m różnicy wzniesień i przy wprawie jaką zyskaliśmy na dużych wysokościach byliśmy na górze po 45 minutach. Oczywiście na górę można też wjechać autokarem, tak jak to czynią tysiące rozemocjonowanych emerytów z całego świata, ale oczywiście przypomina to wjechanie kolejką na Kasprowy w szpilkach, stanowczo więc odradzamy taką opcję – po prostu obciach.

Po kilku godzinach spokojnego zwiedzania, zaczęło się robić tłoczno, najwyższy czas było uciekać na dół, żeby nie psuć sobie wspaniałych wrażeń komercyjną tandetą, która zaczęła dominować wraz z przybyciem setek japońskich turystów obwieszonych Nikonami i nie wiadomo po co na tej wysokości noszących maski przeciwpyłowe.

Machupicchu już od wczesnych godzin przedpołudniowych przypomina zakopiańskie Krupówki, ziejące folklorystyczną błazenadą miejsce otoczone sklepami pełnymi bezwartościowych pamiątek po kilkadziesiąt dolarów za sztukę. Tak na marginesie to w cały obszar Machupicchu i Aguas Calientes kilka lat temu zainwestowali Japończycy i Anglicy, zamieniając mistyczne miejsce w maszynkę do robienia pieniędzy.

W tym miejscu trzeba być, bo jest piękne. Trzeba je zobaczyć bo jest słynne. Ale trzeba z niego równie szybko uciekać, żeby nie zepsuć sobie cudownego smaku Ameryki Południowej. Wieczorem wróciliśmy do Cusco koleją, skąd następnego dnia mieliśmy samolot do Limy.

Dzień 22, 23 i 24 - Lima, Warszawa

[wtorek, środa, czwartek 12-14.04.2005]

Przedostatnie dwa dni w Limie spędziliśmy na zwiedzaniu Miraflores – dzielnicy Limy graniczącej z Oceanem Spokojnym. Dzielnica bardzo ładna, natomiast plaża niespecjalnie – sprawiająca wrażenie brudnej, podobnie jak zimny Pacyfik. Snując się leniwie po stolicy Peru, robiliśmy ostatnie zakupy, przed wieczornym wylotem do domu.

Tekst: Paweł Zgrzebnicki
Chcielibyśmy serdecznie podziękować Markowi Bartczakowi za wspólną podróż oraz zdjęcia, które uświetniły naszą galerię.
Przygotowując wyprawę i relację korzystano z następujących opracowań:
  • B. Box, A. Murphy, Peru Handbook, Footprint, Bath 2003, 4th edition
  • A.D. Nystrom, M. Konn, Bolivia, Lonely Planet, Footscray 2004, 5th edition