Używamy plików cookies, w celu ułatwienia nawigacji, opracowania statystyk, dostosowania serwisu do preferencji użytkownika oraz przy współpracy z serwisami zewnętrznymi takimi jak Google, Facebook i Twitter. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji o plikach cookies znajduje się tutaj oraz w naszej polityce cookies. Zamknij

Namibia - 2012
Galeria zdjęć
Na skróty
1. Windhoek11. Uis
2. Duwisib Castle12. Twyfelfontein
3. Hobas13. Otjitotongwe
4. Ai-Ais14. Sesfontein
5. Lüderitz15. Opuwo
6. Kolmanskoop16. Epupa Falls
7. Sessriem17. Kunene River Lodge
8. Sossusvlei18. Nakambale
9. Swakopmund19. Etosha
10. Spitzkoppe
Mapa

Wreszcie! Po ośmiu miesiącach od zakończenia ostatniej podróży, wybraliśmy się na kolejną wyprawę - tym razem do Namibii! Ostatni raz z Afryce byliśmy 5 lat temu, stęskniliśmy się więc nieco za Czarnym Lądem. Dodatkowo zamierzamy połączyć pasję podróżniczą z zamiłowaniem do off-roadu, bo przez 28 dni i 5300 kilometrów będziemy brnąć w nieznane samochodem terenowym.

[9.09.2012]

W sumie, to możemy nosić przydomek "dzieci szczęścia". W zeszłym tygodniu personel naziemny Lufthansy (którą to właśnie linią właśnie lecimy) ogłosił strajk w proteście przeciwko zamrożeniu podwyżek i wynajmowaniu zewnętrznych, tańszych firm w celu zapewnienia obsługi pasażerom. Strajk rozpoczął się tydzień przed naszym wylotem a w piątek, dwa dni przed planowaną podróżą odwołano ponad 1000 lotów. W sobotę jednak zawieszono akcję protestacyjną do kolejnej środy, więc lot w niedzielę odbył się bez przeszkód. To niezwykłe szczęście, bo w wyniku zorganizowanego szantażu pracowników linii lotniczej, dwa dni wcześniej poszkodowanych zostało ponad 100,000 pasażerów. Nam jednak się udało.

Podróż przez chwilę stała pod wielkim znakiem zapytania, gdyż miesiąc wcześniej firma kurierska zagubiła nasze paszporty, które wiozła z powrotem z ambasady Namibii w Berlinie. Nie do wiary... Na szczęście, po wdrożeniu odpowiedniej Procedury Poszukiwawczej, dokumenty tydzień później odnaleziono i już nic nie stało na przeszkodzie aby wsiąść do pięknego, białego Airbusa i wyruszyć przez Frankfurt i Johanesburg do Windhoek.

Dziwne... Samolot z Krakowa do Frankfurtu miał obsługę turecką (to o ten outsourcing chodzi?) a w roli drugiego pilota zasiadała piękna młoda blondynka... Nie żebym miał coś przeciwko, ale jako, że wychowałem się w czasach przesiąkniętych seksistowskimi stereotypami (Arnold Schwarzenegger znacznie różnił się od Sabriny), kobieta pilot (i do tego taka ładna) wzbudza moje ekscytacje. Jako że "mężczyźni wolą blondynki" a już na pewno wolą je od innych mężczyzn, czułem się w tymże samolocie niezwykle szczęśliwy i wyróżniony. Szkoda, że nie można odwiedzić kabiny pilota, bo chętnie bym się poprzyglądał, jak piękna pani pilot pociąga za różne gałki. Ale, że takie pomysły grożą śmiercią albo z rąk obsługi samolotu albo własnej żony, dalszych dywagacji zaniechałem i zająłem się herbatką. Zimny browar zostawię sobie na później - perspektywa dźwięcznego jawohl kusi mnie niezwykle już na samo wspomnienie boskich przeżyć sprzed kilku miesięcy (patrz: początek wyprawy Indie 2011/2012).

Windhoek

[10.09.2012]

Och, jak było pięknie! Do Johanesburga lecieliśmy absolutnie przeogromnym, dwupokładowym Airbusem A-380 z pięciuset dwudziestoma sześcioma pasażerami i bardzo fachową i uprzejmą załogą. Catering wspaniały i wrażenia z lotu również. Potem krótki, dwugodzinny lot do Windhoek i w końcu dotarliśmy na miejsce.

Stolica Namibii, jak wszystkie stolice bez starówki jest nudna jak niemieckie parówki. Żadnego punktu charakterystycznego, żadnego centrum turystycznego - ot miejsce skąd jak najszybciej trzeba wynieść się dalej. Miejsce jednak o tyle ciekawe, że różnorakie "straße" krzyżują się ze "streets", co daje doskonały obraz wspomnień przeszłości kolonialnej. Ponadto pomniki, które w Europie dawno by zostały zburzone, tu stoją pokazując niezbyt chwalebną przeszłość. Na przykład monument upamiętniający generała Lothara von Trotha - sprawcę eksterminacji rdzennej ludności, pierwszego masowego ludobójstwa w dziejach współczesnego świata. Aleja niepodległości krzyżuje się z ulicą Fidela Castro, co może przyprawić o lekkie pomieszanie zmysłów. No, ale z drugiej strony patrząc, to właśnie jest pasjonujące w poznawaniu innych kultur - okazuje się, że egzotyka, to nie tylko ludy prymitywne, to również całkiem współczesne, demokratyczne cywilizacje, mające całkowicie różny pogląd na rzeczywistość, jej historię i wzajemne złożenie pozornie sprzecznych koncepcji.

Windhoek - Duwisib Castle

[11.09.2012]

Kościół Chrystusa na ulicy Fidela Castro? Proszę bardzo! (Windhoek)
Kościół Chrystusa na ulicy Fidela Castro? Proszę bardzo! (Windhoek)
© Paweł Zgrzebnicki

Kościół Chrystusa na ulicy Fidela Castro? Proszę bardzo! (Windhoek)

Śniadanie w hostelu zjedliśmy w towarzystwie bardzo sympatycznego pracownika urzędu do spraw energii atomowej. Przyjechał z RPA, jako że gospodarki tejże oraz Namibii są ściśle ze sobą połączone. Kraj to którego właśnie przyjechaliśmy, posiada zasobne złoża uranu i odpowiednie władze muszą sprawować ścisłą kontrolę nad wydobyciem i transportem .Przy okazji dowiedzieliśmy się, że "nie ma się co bać Fukuszimy" i do Japonii można jechać w ciemno. Z tym ostatnim zdaniem chętnie zgodził się współśniadający z Hongkongu, który również przyjechał do Namibii - podobnie jak my - pozwiedzać. Po międzynarodowym porannym posiłku w zacnym towarzystwie, kolejne godziny przyszło nam spędzić na sprawach bardziej przyziemnych - na załatwieniu formalności związanych z wynajmem samochodu i wymianą pieniędzy. Mimo swej pozornej prostoty, oba wydarzenia okazały się jednak niezwykle pouczające.

Korzystna wymiana pieniędzy nie jest w cale taka łatwa - większość kantorów i wszystkie banki pobierają złodziejskie prowizje a informacja Lonely Planet jakoby banki miały najkorzystniejsze kursy, mija się z prawdą o sto procent. Kursy w bankach są najgorsze. Tak więc przez trzy godziny krążyliśmy po centrum Windhoek porównując warunki wymiany waluty, aż w końcu udało nam się znaleźć miejsce, które uznaliśmy za godne. Zamiast planowanej godziny, godzin tych ubyło kilka a tu jeszcze przed nami wypożyczenie samochodu i siedmiogodzinna trasa.

Po przyjeździe do firmy od której wynajmowaliśmy wielką, trzylitrową Toyotę Hilux z dwoma namiotami na dachu, na parkingu przy wjeździe ujrzeliśmy identyczną, piękną Toyotę Hilux tyle, że bez namiotów na dachu za to z dachem na poziomie lewarka zmiany biegów. Idąc dalej przez hall w kierunku biura, zobaczyliśmy piękną galerię skasowanych do cna samochodów, co przyprawiło nas z jednej strony o zdumienie a z drugiej o lekki niepokój. Otóż dziewięćdziesiąt parę procent dróg w Namibii posiada nawierzchnię nieutwardzoną (używając zwrotu fachowego) a mówiąc po ludzku to zwykłe drogi szutrowe. Wychowani na asfalcie turyści zapominają, że przyczepność na takiej drodze jest niezbyt duża, co w połączeniu z przesuniętym w górę środkiem ciężkości (namioty!) i masą, w przypadku gwałtownego hamowania z dużej prędkości daje pewne dachowanie. Każdy samochód wyposażony jest w "czarną skrzynkę", zapisującą na bieżąco prędkość, położenie (GPS) i aktualne przeciążenia. W razie wypadku, nie ma zbyt wiele dyskusji - auto skasowane, wina kierowcy, ubezpieczenie takiej szkody nie pokrywa. Co więc robić w razie takiego zdarzenia? Trzeba auto odkupić! Dlatego, aby nie narazić się na zbędny wydatek – bagatela – kilkudziesięciu tysięcy euro i móc dochodzić odszkodowania od ubezpieczyciela, należy ściśle przestrzegać zaleceń firmy co do ograniczeń prędkości - na przykład na drogach szutrowych maksymalnie 80 kilometrów na godzinę, mimo, że znaki drogowe mogą być bardziej pobłażliwe.

Zamek Duwisib
Zamek Duwisib
© Paweł Zgrzebnicki

Zamek Duwisib

W końcu jednak wyjechaliśmy w trasę i przez całą resztę dnia napawaliśmy wzrok pięknymi krajobrazami południowej Namibii. Droga do Duwisib Castle, pokręcona przeokrutnie przez nasz planistyczny zmysł pragnący jak najbardziej niestandardowych rozwiązań, prowadziła przez prywatne farmy, zapomniane drogi i w końcu (jak powiedziałby Kubuś Puchatek) przez trudno-stwierdzić-co, gdy na dwie godziny przed dotarciem do celu zapadła kompletna ciemność. Jednak dzięki boskiej nawigacji udało nam się w końcu dotrzeć do upragnionego celu. Na prywatnym kempingu obok Duwisib Castle nie było żywej duszy, nie licząc zdziwionego właściciela, zachodzącego w głowę, jak u licha udało nam się dotrzeć w to miejsce, kiedy busz spowijają egipskie ciemności a rozgałęziające się co chwilę drogi ledwie można odróżnić od niekończących się połaci sawanny...

Duwisib Castle - Hobas

[12.09.2012]

Wieczory, jak przystało na wczesną wiosnę są niezwykle chłodne. Opatuleni w podwójne śpiwory obudziliśmy się rześkim rankiem a naszym oczom ukazał się stojący kilkadziesiąt metrów od nas dostojny zamek Duwisib. Zbudowany w 1908 roku przez przez kapitana Hansa Heinricha von Wolfa stanowi dość surrealistyczny wyraz wojskowej pasji fundatora. Kto by się spodziewał zamku przypominającego swoim wnętrzem bardziej fort niż dom rodzinny na środku afrykańskiego pustkowia? Na pewno nie spodziewała się tego sama pani kapitanowa, bo gdy dostojny mąż zginął w bitwie nad Sommą w  1916 roku, zwinęła natychmiast manatki i wyjechała do Anglii zostawiając dziwaczną budowlę i przeszłość za sobą, czemu trudno się dziwić, zwiedzając pomnik dwudziestowiecznej paranoi budowlanej.

Jedna z setek wspaniałych dróg szutrowych
Jedna z setek wspaniałych dróg szutrowych
© Paweł Zgrzebnicki

Jedna z setek wspaniałych dróg szutrowych

Po dość dziwacznym estetycznie doświadczeniu pomknęliśmy w czterystukilometrową trasę na południe, do kanionu rzeki Fish. Przez kolejne siedem godzin nasze oczy cieszyły zmieniające się jak w kalejdoskopie krajobrazy. Okolice Duwisib Castle to przede wszystkim rozległe farmy o powierzchni wielu tysięcy hektarów. Ich prowizoryczne ogrodzenia ciągną się przez kilkadziesiąt kilometrów, wzdłuż dróg i poprzez szczyty gór. Publiczne drogi przechodzą przez prywatne posiadłości i nieraz trzeba się zatrzymać, aby otworzyć sobie bramę i przejechać dalej. Około dwustu kilometrów na południe, farmy się kończą i rozpoczyna się dziwaczny górski krajobraz, gdzie całe masywy zbudowane są z leżących na sobie tysięcy luźnych z pozoru głazów. Kolejne sto kilometrów dalej otoczenie zmienia się w coś, co do złudzenia przypomina bezdroża Arizony. Można by się pomylić, gdyby nie rosnące co jakiś czas drzewa kołczanowe - gatunek endemiczny dla południowej Afryki, więc dający w zasadzie całkowitą pewność, że nadal znajdujemy się w Namibii. Ostatnie sto kilometrów przed Fish River Canyon, to kamienisty, suchy teren. Można by pomyśleć, że to martwa pustynia, lecz drogę co rusz przebiegają oryksy, springbokikudu prezentując swą dzikość w całej okazałości. Wreszcie, zmęczeni drogą docieramy do Hobas, początku naszej przygody z jednym z najgłębszych kanionów świata.

Hobas - Ai-Ais

[13.09.2012]

Lodowata noc na kempingu minęła spokojnie, nie licząc porannego incydentu z pawianem. Otóż sprytna małpa przywędrowała do nas o szóstej nad ranem i zjadła dziesięć opakowań chińskich zupek, które nieopatrznie zostawiliśmy wieczorem na stole. Do uczty przysiadły się natychmiast ptaki, które w ciągu kilkunastu sekund rozgrabiły wszystkie resztki pozostawione przez złodzieja z rodziny makakowatych. Pawian uciekł spłoszony a my zostaliśmy bez połowy suchego prowiantu.

Fish River Canyon
Fish River Canyon
© Paweł Zgrzebnicki

Fish River Canyon

Po małpie, również i my zasiedliśmy do śniadania i w towarzystwie przepięknego słońca wyruszyliśmy na zwiedzanie kanionu Fish River. Po kilku kilometrach szutrowej drogi wijącej się prze iście marsjański krajobraz, dotarliśmy na pierwszy punkt widokowy. Naszym oczom ukazał się obraz zapierający dech w piersiach. 550-metrowej głębokości, szeroki na 27 kilometrów kanion to miejsce absolutnie niezwykłe, cud natury, którego próżno szukać gdzie indziej w Afryce. Nawet (choć to zdanie subiektywne) Wielki Kanion Kolorado nie zachwyca swym widokiem tak bardzo jak jego namibijski brat. Widok jest przewspaniały, a okrzyki zachwytu wydobywają się z ust wszystkich, którzy po raz pierwszy tu przyjeżdżają.

Park narodowy ciągnie się kilometrami a kolejne punkty widokowe wydobywają jego piękno z różnych stron.

I tak, po niemal pięciu godzinach zwiedzania z żalem rozstaliśmy się z jednym z najpiękniejszych miejsc na Ziemi o rodowodzie liczonym w setkach milionów lat.

To, co zachwyca w Namibii, to fakt, że tutejsze krajobrazy są tak zróżnicowane. Codziennie nasze dusze zachwyca inny widok; także i dziś otoczenie zmienia się wraz z odległością, jaką dzielnie pokonuje nasza Toyota. Droga do Ai-Ais to esencja kamienistej pustyni z surrealistycznymi widokami rodem z innej planety. Koniec trasy to wysokie góry wśród których wije się serpentynami droga, dotychczas całkiem prosta. Im bliżej wieczora, tym więcej zwierząt wychodzi z dziennego ukrycia, gdzie chowają się przed palącym słońcem. Warto uważać, bo po zmroku łatwo uderzyć w przebiegające przez drogę stworzenie; udaje nam się jednak dotrzeć do Ai-Ais przed zapadnięciem ciemności.

Ai-Ais - Lüderitz

[14.09.2012]

Rankiem dokonujemy drobnej naprawy opony. Zewnętrzna warstwa jest nieco nacięta przez bliskie spotkanie z jednym z milionów kamieni leżących luzem na drogach. Po dłuższych konsultacjach dochodzimy do wniosku, że nie będziemy jej zmieniać na zapasową, lecz podkleimy odstający fragment elastyczną żywicą epoksydową. Z opowieści spotkanych podróżników wiemy, że opony nawalają jedna po drugiej - rekordzista zmieniał w czasie trasy ogumienie… pięciokrotnie.

Jeszcze tylko standardowa kontrola ciśnienia oraz "płynów ustrojowych" w Toyocie i jedziemy dalej.

Rzeka Oranje
Rzeka Oranje
© Paweł Zgrzebnicki

Rzeka Oranje

Kierujemy się dalej na południe, do granicy z RPA biegnącej wzdłuż rzeki Oranje. Tutaj góry pną się na wysokość niemalże kilometra, wśród skalistych olbrzymów wąska droga wije się w towarzystwie urwistych skał i przepaści prowadzących w dół, wprost w objęcia malowniczej, rozległej rzeki. Oranje - częściowo spokojna a po części porywista - jest oazą dla bujnej zielonej roślinności wgryzającej się w podnóża wysokich szczytów.

Po około dwustu kilometrach docieramy do asfaltowej drogi biegnącej wprost na północ, wzdłuż Sperrgebiet - zamkniętej strefy w której wydobywane są diamenty. Krajobraz znów zmienia się niespodziewanie, tym razem przechodząc z wysokogórskiego, poprzez kamienisty, pustynny pejzaż, aż po bujną, rozległą sawannę, ciągnącą się przez setki kilometrów.

W okolicach Aus spotykamy dzikie konie, stadami pasące się w jednym z ostatnich na Ziemi miejsc, gdzie ludzka ingerencja nie grabi na własny użytek terytorium i życia tych wspaniałych zwierząt. W końcu ostatnie sto kilometrów z 450-kilometrowej trasy to początek Namib Naukluft - wielkiej piaszczystej pustyni, na której wiecznie hulający wiatr maluje swoją mozolną pracą coraz wyższe wydmy i zawiewa krzemowy kruszec na drogę sprawiając, że w przed sobą widzimy jedynie zamgloną rzeczywistość zbliżającą nas do Lüderitz.

Kolmanskoop

[15.09.2012]

Wczorajszy, wietrzny wieczór spędziliśmy w fantastycznej restauracji "Ritzi's", gdzie do grona moich ulubionych ryb dołączył Kingklip czyli po polsku "miętus kapski" jeśli cokolwiek ta nazwa komuś mówi. Rybę można znaleźć w niewielu miejscach na świecie, ale jeśli ktoś trafi - na prawdę warto!

Poranek natomiast stanowił całkowite zaprzeczenie uroku poprzedniego wieczora. Zimne, wręcz lodowate powietrze i mgła gęsta jak późną jesienią na szkockich bezdrożach. Dobrze, że poprzedniego dnia właścicielka kempingu zlitowała się nad nami i ze względu na silny wiatr zaproponowała pokoje w tej samej cenie, którą mieliśmy zapłacić za sen w namiocie na dachu samochodu. Nas jednak nic nie zaskoczy - o fatalnej pogodzie na wybrzeżu Atlantyku wiedzą wszyscy, którzy się wybierają do Namibii i jeśli ktoś chce odwiedzić ten rejon, musi być przygotowany na polarne doznania. /Na marginesie: spotkana wczoraj dziewczyna przywiozła ze sobą kombinezon narciarski, aby nie marznąć w nocy w namiocie!/

Opuszczone miasto Kolmanskop
Opuszczone miasto Kolmanskop
© Paweł Zgrzebnicki

Opuszczone miasto Kolmanskop

Wystarczy jednak odjechać dziesięć kilometrów w głąb lądu, aby przejmujące zimno ustąpiło miejsca lejącemu się z nieba żarowi. Ubrani w swetry, kurtki i pełne buty, musieliśmy szybko wyskakiwać z ciuchów po dotarciu do Kolmanskoop - opuszczonego miasteczka z czasów diamentowej gorączki początków XX wieku. Miasto duchów, jak nazywają to miejsce przewodniki, stanowi zespół starych budynków bez okien z wnętrzem wypełnionym piaskiem otaczającej ten rejon pustyni. Było to faktycznie samowystarczalne miejsce - wśród wielu budowli stoją tu m.in. pralnia, fabryka lodu i kręgielnia. Jednak z rozmowy z mieszkającym w Namibii znajomym podróżnikiem wynika, że miejsce w ostatnich latach zmieniło diametralnie swój charakter: kiedy Peter był tu w roku 1978, nie było zwiedzających, nie było w pobliżu asfaltowej drogi, a żeby dojechać do Lüderitz, trzeba było często czekać na ciężki sprzęt usuwający zalegające na drodze łachy piasku przyniesionego przez niesiony od lądu do morza wiatr. Samo Kolmanskoop było dziewicze w swym charakterze. Opuszczone przed kilkudziesięciu laty, pozostało nienaruszone przez cały czas. Odwiedzający to miejsce miał faktycznie wrażenie, że duchy mieszkających tu kiedyś ludzi dalej wiodą w Kolmanskoop swój ciężki los. Wewnątrz domów latami nazbierało się tyle piasku, że można było się wspinać po hałdach pod sufit.

Jednak obecnie piasek ze znacznej części pomieszczeń został usunięty, wnętrza odmalowane a całość bardziej przypomina replikę miasta duchów, skansen bardziej, niż rzeczywiście opuszczone miasto. Kolmanskoop nie jest już samotne - rząd Namibii robi wszystko aby zachować zabytek w jak najlepszym stanie. Troska i opieka, jaką go otacza, obecnie w żadnym stopniu nie uprawomocnia użycia przymiotnika "opuszczone".

Po bezskutecznym poszukiwaniu duchów przeszłości pojechaliśmy wzdłuż wybrzeża na północ. Krajobraz i temperatura przypominają raczej tereny północnej Rosji daleko za kołem podbiegunowym i w niczym nie przywodzą na myśl Afryki. Zimno, mgliście, pusto. Fiordy, skały, rozległe kamienne pustkowia. Złowrogie grzywy fal, roztrzaskujące wody Atlantyku o ostre wybrzeże. Wśród tak nieprzyjaznego otoczenia swój dom znajdują stada flamingów i fok. Jest tu opuszczona norweska stacja wielorybnicza z 1914 roku (Norwedzy musieli się tu czuć jak u siebie), latarnia morska i niezliczone dziewicze zatoki, ukryte wśród ciężko dostępnego terenu zachodniej Namibii.

Lüderitz - Sessriem

[16.09.2012]

Bezkresna Namibia
Bezkresna Namibia
© Paweł Zgrzebnicki

Bezkresna Namibia

Poranek jak wczoraj - zimny, mglisty a schodzące do gruntu chmury smagają twarz lekką mżawką. Zwijamy manele i jak najszybciej oddalamy się z tego ponurego miejsca. Gęsta jak mleko mgła ciągnie się jeszcze sto dwadzieścia kilometrów w głąb lądu, potem skręcamy na północ i stopniowo wyłaniając się z mieszaniny wilgoci, wiatru i piasku, zbliżamy się do Namibrand Nature Reserve - najwięksżego prywatnego rezerwatu przyrody w Namibii, który w rzeczywistości jest zespołem kilku stowarzyszonych prywatnych posiadłości o wspólnej powierzchni 2000 kilometrów kwadratowych. Park ciągnie się wśród pięknych, zielonych gór, porośniętych niskopiennymi, odporną na ciężkie warunki atmosferyczne trawą oraz mocnymi krzewami. Wijąca się w pięknych krajobrazach droga mija wysokie szczyty sięgające niemal dwóch tysięcy metrów ponad poziom pobliskiego Atlantyku. Żyje tu mnóstwo dzikich zwierząt i park może pochwalić się największym przyrostem ich populacji w całej Namibii. Niebawem po wjechaniu na teren rezerwatu, także i nam udaje się doświadczyć cudu natury - mijamy stada zebr, strusi, a antylopy co chwilę przebiegają szutrową drogę zmuszając nas do zachowania sporej ostrożności za kierownicą. Bezkresne połacie sawanny i wypiętrzających się z nich strzelistych gór zapierają dech w piersiach. Wrażenia są tak niesamowite, że kilkugodzinna trasa mija jak z bicza strzelił - wkrótce wjeżdżamy do Sesriem - miejsca gdzie spotykają się dwie spośród kilku głównych atrakcji turystycznych Namibii: kanion Sesriem i Sossuslvei - wspaniały zakątek złożony z najwyższych na świecie wydm. Ale zwiedzanie zostawiamy sobie na jutro. Dziś jest już wieczór i pora rozłożyć namioty, coś zjeść i wcześniej położyć się do snu - jutro wstajemy o piątej rano, aby zdążyć przed wschodem słońca wdrapać się na szczyt jednej z wydm i stamtąd podziwiać pełen kolorów festiwal powitania nowego dnia.

Sossusvlei

[17.09.2012]

Trudno. Spanie jest wspaniałe, piąta rano to środek nocy, ale wstać trzeba (jak mówi nasze stare podróżnicze przysłowie: "Nie przyjechaliśmy tu przecież dla przyjemności" ;-) ). W dodatku trzeba się też nieźle sprężyć, bo za godzinę wyjeżdżamy na Dune 45 - oddaloną o czterdzieści pięć kilometrów wydmę z której podziwiać będziemy wschód słońca. Przed nami niecała godzina na mycie, zwinięcie po ciemku całego obozowiska, złożenie namiotów (przecież nie pojedziemy z rozłożonymi namiotami na dachu!) i wypicie chociaż kilku łyków orzeźwiającej kawy. Punktualnie o szóstej bramy parku narodowego otwierają się i kilka sekund później, elegancką asfaltową drogą mkniemy już przed siebie. Dune 45, inne tutejsze wydmy piętrzące się na wysokość kilkuset metrów pod poziom drogi, którą wzdłuż nich jedziemy, leżące na końcu drogi Sossusvlei, Dead Vlei, Hidden Vlei to wszystko części tego samego, jednego z najstarszych na świecie ekosystemów, którego wiek ocenia się na 500 milionów lat. Tyle czasu temu piasek z pustyni Kalahari został przywiany do rzeki Oranje, spłynął nią do Atlantyku a następnie prądem benguelskim przeniesiony został na północ i wyrzucony w końcu tutaj. Specyficzny mikroklimat utworzył wysokie, czerwone wydmy, które od tego czasu, choć ciągle się zmieniają, jednocześnie pozostają wciąż takie same.

Sossusvlei
Sossusvlei
© Paweł Zgrzebnicki

Sossusvlei

Po pół godzinie jazdy dojechaliśmy na miejsce i zaczęliśmy się wspinać na szczyt wysokiej na 170 metrów Dune 45. Na wpół zaspany jeszcze organizm, bez rozgrzewki, zmuszony do pokonywania oporu piasku i walki z osuwaniem się w przeciwnym do zamierzonego kierunku, wkrótce odczuł trud wspinaczki. Łydki niemal eksplodowały a płuca łakomie łapały każdy oddech, serce biło z całych sił a wszystko po to, aby w końcu wdrapać się wzdłuż grzbietu na sam szczyt. Jakże tu pięknie! Słońce powoli wstawało oświetlając pierwszymi promieniami czerwony krajobraz, po raz kolejny stwarzający wrażenie nieziemskiego. Po kilkunastu minutach przepięknego przedstawienia spokojnym krokiem schodzimy w dół i chwilę potem jedziemy dalej, do Sossusvlei. Pięć kilometrów przed metą, asfalt się kończy a drewniana tablica ostrzega, że dalsza droga dostępna jest tylko dla samochodów z napędem na cztery koła. No to jedziemy! Pięć kilometrów w piachu. Kierownica wyrywa się to w lewo to w prawo, jedynka, dwójka, z powrotem jedynka, byle nie stanąć, ale cały czas jechać. Postój oznacza konieczność ruszenia z miejsca, a na pustyni to ryzyko zakopania się po próg. Lepiej więc za wszelką cenę brnąć do przodu. Jednak dla dzielnej Toyoty to bułka z masłem i w kilkanaście minut docieramy do pięknego miejsca na końcu świata - Sossusvlei. Dziewicza przyroda, marsjańskie wydmy, dzikie zwierzęta nie znające ludzkiego okrucieństwa i nie uciekające na widok człowieka oraz dziewięćsetletnie drzewa sprawiają, że oczarowani miejscem spędzamy tu niemal połowę dnia. W końcu z żalem rozstajemy się z tym rajskim widokiem i wracamy z powrotem, kierując się teraz do kanionu Sesriem. Piekielna rozpadlina długa na kilometr i głęboka na trzydzieści metrów daje okazję do zejścia w dół i niemal godzinnego spaceru wśród dziwacznej, zwyrodniałej scenerii. Kolejne piękne miejsce... Jutro ruszamy dalej na północ, przed nami następne kilkaset kilometrów trasy.

Sessriem - Swakopmund

[18.09.2012]

Punktualnie o 10:00 wyruszamy w dalszą drogę, do Swakopmund. Leżące około 350 kilometrów na północ miasto, jest popularnym nadatlantyckim kurortem ściągającym rok w rok dziesiątki tysięcy turystów zwabionych popularnymi atrakcjami tego miejsca. Nas jednak do Swakopmund nie ściąga bogactwo rozrywkowej oferty, lecz wyjątkowe atrakcje przyrodnicze. Ale to dopiero jutro, bo dziś pozostaje do przejechania fantastyczna, malownicza trasa wiodąca przez część parku narodowego Namib Naukluft, strzeliste masywy górskie i kręte, strome drogi prowadzące przez przełęcze GaubKuiseb.

Zakopany w pustyni Hudson Hornet z 1941r.
Zakopany w pustyni Hudson Hornet z 1941r.
© Paweł Zgrzebnicki

Zakopany w pustyni Hudson Hornet z 1941r.

Czy góry mogą nas jeszcze czymś zaskoczyć? Okazuje się że tak! Po raz kolejny ich morfologia okazuje się kompletnie inna od tego co dotychczas widzieliśmy. W Namibii występują chyba wszystkie rodzaje masywów górskich! Tym razem naszym oczom ukazują się zielone szczyty o wysokościach tysiąca kilkuset metrów nad poziomem morza, porośnięte bujną roślinnością pnącą się w górę spod otaczającej wszystko sawanny. W tle mieni się daleki, tajemniczy stalowo-biały szczyt dorzucający swoim metalicznym wdziękiem kontrast iście alpejski.

Kilkadziesiąt kilometrów dalej, właśnie w pobliżu przełęczy Kuiseb, góry stają się jakby zlepione z naprzemiennych warstw, ale tak, że co druga warstwa jest taka sama i na ścianie zbocza wydaje się jakby wyciśnięta na zewnątrz. Można by pomyśleć, że to zebry zaklęte w szczyty górskie przez jakąś straszną klątwę, gdyby nie to, że Zebra Mountains na swojej drodze dopiero spotkamy - za kilkanaście dni, na północy, pod granicą z Angolą.

W końcu szutrowa szosa wysnuwa się z objęć tajemniczego masywu i trafiamy znów na bujną sawannę, tym razem jednak z pięknymi akacjami rosnącymi wesoło po horyzont i rzucającymi zbawienny cień na drogę, przy którym to cieniu zasiadamy wkrótce do obiadu. Zatrzymujemy się, wyciągamy z bagażnika stolik, składane krzesła i już mamy gotową restaurację pośrodku afrykańskiego pustkowia. Delektujemy się więc wspaniałym, szybko przygotowanym posiłkiem, od czasu do czasu spoglądając wdzięcznie na towarzyszące nam drzewo chroniące od zabójczego żaru padającego słońca.

Jeszcze sto kilometrów i znów zaczyna się kamienna pustynia, tym razem jednak do złudzenia przypominająca nam scenerię z Mad Maxa skrzyżowaną z wyobrażonym, apokaliptycznym wizerunkiem zaplecza śląskiej kopalni po katastrofie nuklearnej. Jednak jeszcze chwila i świat staje się piaskową pustynią z ogromnymi złotymi wydmami - znak, że Atlantyk jest tuż, tuż.

Zatrzymujemy się przy najbardziej znanej w okolicy Dune 7, otwieramy drzwi od samochodu i nagle nasze ciała ogarnia dojmujący chłód i porywisty wiatr niosący na twarze tumany piachu, niczym w polarnej burzy rozpętanej dziwnym zbiegiem okoliczności na Saharze.

Ale jeszcze tylko kilka chwil, jeszcze tylko trzydzieści kilometrów i w końcu wjeżdżamy do przepięknego, zadbanego, jak mówią niektórzy - bardziej niemieckiego niż same Niemcy - miasta, będącego metą dzisiejszego ośmiogodzinnego odcinka naszej podróży.

[19.09.2012]

Jako, że Swakopmund leży na zachodnim wybrzeżu Afryki, podobnie jak w Lüderitz rządzi tu zimny prąd benguelski. Przynosi lodowate powietrze i powoduje gromadzenie nieprzyjemnych chmur, które na myśl przywodzą nam zbliżającą się właśnie w Polsce jesień. Tknięci instynktem samozachowawczym zdecydowaliśmy się na nocleg w pokoju, zamiast tkwić w okowach lodowatej aury pod namiotem. Rozrzutność ta kosztowała nas kilka dolarów więcej od opcji kempingowej, ale efekt był doprawdy wspaniały. Wielkie, wygodne łóżka, i spanie bez zrywania się przed szóstą. Dzisiaj przed nami "luźny" dzień - w planach mamy zwiedzanie tutejszego oceanarium ze wspaniałym szklanym tunelem biegnącym w granatowej toni pełnej wspaniałych stworzeń morskich, wystawy poświęconej kamieniom szlachetnym oraz wyjazd kilkadziesiąt kilometrów w głąb pustyni aby obejrzeć jedno z najdziwniejszych zjawisk botanicznych na Ziemi.

Po śniadaniu podjeżdżamy do oceanarium, podchodzimy do drzwi wejściowych i.... czytamy ogłoszenie następującej treści: "Prace remontowe. Oceanarium nieczynne do odwołania".

No niech ich szlag trafi! Tysiące kilometrów przejechane w nadziei spotkania morskich potworów twarzą w twarz (a raczej w pysk) a tu nici z marynistycznych planów!

Trudno, nie jedno oceanarium na świecie jest, jedziemy więc dalej. Teraz pora na wystawę kamieni szlachetnych. Otwarta!

W środku coś wspaniałego: ogromne ametysty, cytryny, turmaliny i dziesiątki innych, przepięknych, ogromnych rozmiarów kryształów znalezionych w Namibii. Do tego największy na świecie kryształ kwarcu o wadze 1400 kilogramów, którego wykopywano spod ziemi przez okrągłe pięć lat. Można też podziwiać Pietersyt, piękny, mieniący się kolorami kryształ, występujący jedynie w Namibii i w Chinach. Wizyta w galerii to strzał w dziesiątkę - żadnej tandety estetycznej, co krok wspaniałe doznania i masa wiedzy krystalograficznej przedstawiona w przystępny sposób na towarzyszących kamieniom opisach.

Teraz czas na zakupy: Swakopmund jest ostatnim miastem na naszej trasie i przez kolejny tydzień będziemy niemal całkowicie zdani na to, w co zaopatrzymy się tutaj. Wchodzimy więc do supermarketu i po niecałej godzinie wychodzimy z dwoma wózkami, z których jeden zajmuje piwo i woda mineralna a drugi "coś na zagrychę".

Welwiczja Przedziwna [Welwitschia mirabilis]
Welwiczja Przedziwna [Welwitschia mirabilis]
© Paweł Zgrzebnicki

Welwiczja Przedziwna [Welwitschia mirabilis]

Szybki obiad (ach, te owoce morza) i pora na najbardziej oczekiwany punkt dnia, gwóźdź programu w całej krasie: jedziemy po południowy wschód w głąb pustyni aby obejrzeć jedne z najdziwniejszych roślin na świecie: welwiczje.

"Welwiczja przedziwna", bo tak brzmi jej oficjalna polska nazwa, jest faktycznie jedną z najdziwniejszych roślin na tej planecie. Składa się z pnia, którego niemal nie widać bo jest po prostu płaski i dwóch rozległych, mięsistych liści, które z czasem rozszczepiają się i wiją a raczej płożą po suchym podłożu. Okaz jest spokrewniony w sosną i liście to w zasadzie zwyrodniałe szpilki. Podobnie jak sosna, welwiczja ma typ żeński i męski, przy czym sposób rozmnażania pozostaje do dziś kwestią roztrząsaną przez różne teorie. A wszystko dlatego, że czas życia jest równie niezwykły jak sama roślina - wynosi około dwóch tysięcy lat. Jest coś mistycznego w spoglądaniu na ciągle żywy organizm, który "pamięta" czasy Mieszka Pierwszego a być może i samego Chrystusa…

Welwiczje można spotkać tylko tu, więc moc doznań potęgowana jest przez ich terytorialną wyjątkowość. Jedziemy przez pustynię oglądając prastare okazy, zakreślamy wielkie koło i trafiamy na kolejny cud natury - "krajobraz księżycowy", jak nazywają go tu miejscowi. Rozległe góry, stworzone ze zbitego piasku pustyni, jeszcze raz przenoszą nas na powierzchnię odległej, niegościnnej planety, po raz kolejny wprawiając w zachwyt nad tym, jak wiele ofiaruje podróżnikom Namibia. Nie sposób tu mówić o jakiejkolwiek monotonii - każdy dzień przynosi inne widoki, inny ekosystem i inne wrażenia. Historię każdego z nich liczy się tu w setkach milionów a czasem w miliardach lat a niezwykłość form życia i ich dziwaczność gwarantuje fanatykom przyrody nieustający orgazm poznawczy.

Cóż, czas wracać do Swakopmund. Jutro jedziemy dalej, ale póki co, pora jeszcze odwiedzić bar.

Moon Landscape - Krajobraz Księżycowy w okolicy Swakopmund
Moon Landscape - Krajobraz Księżycowy w okolicy Swakopmund
© Paweł Zgrzebnicki

Moon Landscape - Krajobraz Księżycowy w okolicy Swakopmund

Tu niespodzianka! W knajpie odbywa się wielka impreza urodzinowa jednego z członków ekipy filmowej kończącej zdjęcia do czwartej części… Mad Maxa! Zaledwie wczoraj wspominałem o tym, jak bardzo klimat przypomina właśnie scenerię z tego filmu a tu proszę - kolejny odcinek faktycznie kręcony jest tutaj! Przy okazji okazuje się, że nie dość, że ekipa jest międzynarodowa, to jeszcze obsługa baru, prócz Namibijczyków ma w swoich szeregach Czecha, Litwina, a przy piwie obok siedzi ich dobra znajoma z Rosji. Kilka piw później, słowiańskie więzi zacieśniają się i wspólnie śpiewamy "Happy Birthday to You" jednemu z członków ekipy, trzymając kciuki za udaną produkcję filmową. Choć tym razem już bez Mela Gibsona, z pewnością będzie równie udana jak poprzednie trzy części. Przynajmniej tak sądzimy, wnioskując po wieczornym zapale producentów.

Swakopmund - Spitzkoppe

[20.09.2012]

Ciesząc się niesamowitym komfortem noclegu, znów wstaliśmy dzisiaj trochę później. Nie ma się co spieszyć, bo przed nami zaledwie cztery godziny jazdy. Kierujemy się najpierw wzdłuż wybrzeża do Henties Bay, małej rybackiej wioski, w której czeka na nas przepyszny stek z oryksa (jak to w wiosce rybackiej ;-) ). Ale zanim oddamy się błogiej konsumpcji, zapuszczamy swe macki do sklepu z wyrobami ze skór fok. Tutejsi rzemieślnicy, w małej manufakturze połączonej ze sklepem wyrabiają buty, torebki, płaszcze i mnóstwo innej galanterii ze skór żyjących w pobliżu uchatek. Jeśli ktoś szuka czegoś oryginalnego, warto tu zaglądnąć.

Po przepysznym oryksie, mkniemy przez pustynię prosto na zachód, do podnóży niezwykłej góry Spitzkoppe. Samotny masyw, wyrastający ponad kilkaset metrów ponad wszechobecną pustynię, stanowi jeszcze jeden przykład niezwykłości geologicznej Namibii. Zbudowany z kawałków granitu, zlepionych pustynnym piaskiem, swoim czerwonym obliczem zachwyca każdego, kto zapuszcza się w ten dziki teren.

W końcu wjeżdżamy na teren Damaralandu - jednego z bantustanów, czyli utworzonych w drugiej połowie dwudziestego wieku administracyjnych terytoriów, teoretycznie odpowiadających obszarom zamieszkiwanym przez konkretne plemiona. Mimo, że oficjalnie bantustany już nie istnieją, Daramaland jest nazwą, powszechnie używaną zarówno przez atlasy geograficzne, jak i samych Namibijczyków. I trudno się temu dziwić - na pierwszy rzut oka widać, że wjechaliśmy do innego świata. Totalna bieda, już nie trzeci, ale chyba dziesiąty świat, wykonane z patyków i puszek prowizoryczne schronienia zastępujące dom i buszmeni zwani tutaj ludem San, o fizjonomii całkowicie innej od ludzi spotykanych do tej pory.

Miejscowi, wyrwani z koczowniczego trybu życia i tradycyjnej wspólnoty plemiennej, podobnie jak inne prymitywne ludy na całym świecie, wpadły z naturalnego dla nich poziomu życia na sam dół drabiny społecznej cywilizacji zachodniej. Mimo, że to tragiczny proces, wydaje się jednak nieunikniony i nieodwracalny.

Kilka kilometrów przed Spitzkoppe zatrzymujemy się przy prowizorycznym straganie, gdzie rodzina San stara się zarabiać na życie sprzedawaniem znalezionych w pobliżu kryształów. Matka podchodzi do nas i prosi o lekarstwa dla siebie i swojego dziecka. Jest bardzo przeziębiona, oboje mają gorączkę. Na szczęście mamy przy sobie potrzebne leki, i niczym lekarze bez granic ofiarujemy schorowanym ludziom garść tabletek, instruując przy tym, co i kiedy należy zażyć.

Okolice Spitzkoppe
Okolice Spitzkoppe
© Paweł Zgrzebnicki

Okolice Spitzkoppe

Docieramy w końcu do kempingu prze Spitzkoppe - rdzawo-czerwony masyw z niesamowitymi formacjami skalnymi ukształtowanymi przez setki tysięcy lat pędzlem erozji zapiera dech w piersiach. Prymitywna recepcja chroni wjazdu na kilkusethektarowy teren, będący jednym z ostatnich na świecie przykładów niemal nietkniętych ludzką ręką, a jednocześnie dostępnych miejsc, zastygłych w bezruchu od niezmierzonego czasu.

Kemping, to za dużo powiedziane. Można tu rozbić swoje obozowisko niemal w całym masywie, jedynym kryterium jest fantazja przybysza. Ludzi mało - zaledwie kilka samochodów. Dzięki temu każdy ma wokół siebie niezmierzoną przestrzeń osłoniętą ścianami skalnymi i rozciągającą się po horyzont sawanną. Jest dziko i pięknie. Jest pusto i spokojnie. Zapada zmrok i chwilę potem czarna zasłona nocy okrywa nas swoją absolutną głębią. Jedynie dobiegające odgłosy polujących nocą zwierząt przypominają, że miejsce, mimo swej nobliwej stateczności tętni życiem nawet w ciemnościach.

Spitzkoppe - Uis

[21.09.2012]

Obudził nas rześki poranek i piękne słońce, kierujące swe złote promienie wprost na czerwoną ścianę Spitzkoppe. Przygotowaliśmy śniadanie, rozpoczęliśmy zwijanie namiotów i nagle…

  •     —   WĄĄĄĄŻ!!! - wrzasnęła Aga (a może przeraźliwie zapiszczała? Jak to opisać? no wiecie, ten taki kobiecy głos wbijający się przez uszy do środka mózgu...) i natychmiast schowała się za mnie drżąc przy tym przeokropnie.

Trzeba Wam wiedzieć, że bidulka nie znosi tych gadów, a szczególny respekt ma po zdarzeniu sprzed kilku dni, kiedy o mały włos nie nadepnęła na żmiję sykliwą, jeden z najbardziej jadowitych gatunków w tym regionie.

  •     —   O jaki ładny - zachwyciłem się, niezrażony negatywną opinią szanownej małżonki - trzeba mu zrobić zdjęcie!
  •     —   ZARAZ WLEZIE DO MOJEJ WALIZKI!!! - krzyczała biedna dziewczyna widząc, że wąż niebezpiecznie blisko, acz dość szybko przepełza obok rozłożonych na skale ubrań.

Najwyraźniej jednak, gad nie był zainteresowany aktualnymi trendami w modzie, bo wyraźnie spłoszony hałasem umknął w zarośla. Na szczęście udało się zrobić zdjęcie i chwilę później siedzieliśmy nad atlasem węży, który (a jakże) zakupiliśmy kilka dni wcześniej, po zdarzeniu z nieszczęsną żmiją.

Spitzkoppe
Spitzkoppe
© Paweł Zgrzebnicki

Spitzkoppe

Kilka stron wertowania i… znowu trafiliśmy na niezbyt przyjemne stworzenie! Około metrowej długości, czarny wąż w beżowe pasy okazał się być kobrą zwaną tutaj ze względu na swoje umaszczenie "zebra cobra". To kobra plująca, o cytotoksycznym, skrajnie niebezpiecznym jadzie. Naszą identyfikację potwierdzili patrząc na zdjęcie Buszmeni - mieliśmy znów sporo szczęścia trafiając na jeden z najniebezpieczniejszych występujących tutaj gatunków.

Po wielkich porannych emocjach, wybraliśmy się na górę masywu - wzdłuż stromej skały, wspierani przez zamontowane łańcuchy dotarliśmy do Raju Buszmenów - miejsca, gdzie w porze deszczowej z gór tryskają źródła wody, delikatnymi strumieniami spadając w dół, a na schowanej wśród skał płaszczyźnie dając życie bogatej roślinności, na środku pustyni faktycznie przedstawiając raj na Ziemi. Tu właśnie, na sklepieniu jaskini widoczne są po dziś dzień rysunki naskalne sprzed dwudziestu pięciu tysięcy lat. Przedstawiają wizerunki buszmenów polujących na dziką zwierzynę. To jedne z najstarszych dowodów na istnienie prastarych kultur na tej planecie; podobne malowidła odnajdujemy też w kilku innych miejscach masywu Spitzkoppe. Po kilku godzinach wspinaczki, zwiedzania i zaglądania w najgłębsze zakamarki okolicy, żegnamy się z tym miejscem i podążamy drogą na północ.

Po kilku kilometrach zatrzymujemy się jeszcze przy grupie buszmenów proszących o jedzenie - wręczamy im bochenek chleba i kilka pomidorów.

Jedziemy dalej. Dzisiejszą noc, spędzimy w Uis, małej osadzie, będącej jedynie przystankiem na drodze do kolejnego arcyważnego punktu naszej wyprawy - Brandberg.

Uis - Twyfelfontein

[22.09.2012]

I znów w drogę. Teraz W pobliże masywu Brandberg, gdzie pośród skał, z daleka od ludzkiej cywilizacji, w 1918 roku odkryto malowidło sprzed 25000 lat, nazwane wtedy "Białą Damą". W kwestii dosłownej treści malowidła dalej trwają spory, ale z pewnością nie przedstawia ono kobiety. Główne dwie teorie mówią o chłopcu pomalowanym białą glinką uczestniczącym w rytuale przejścia oraz o szamanie odprawiającym jakąś ceremonię. Tak, czy inaczej, malunek jest niezwykły, doskonale zachowany i oprócz rzeczonej postaci zawiera wizerunki innych ludzi oraz zwierząt. Aby dojść do tego pięknego miejsca, należy piechotą pokonać około godzinny szlak wiodący przez dolinę i wijący się wśród okolicznych skał. W końcu, wędrówkę w palącym słońcu wynagradza niesamowity widok malowidła tak dobrze zachowanego, jakby stworzono je najdalej wczoraj. Jadąc tutaj, pomogliśmy miejscowemu chłopcu dostać się z Uis (gdzie jak twierdził był przez kilka dni doin’ some business) do wioski w pobliżu Brandberg. Przy okazji drogi opowiedział nam wiele ciekawych rzeczy - warto więc zawierać kontakty z miejscowymi, można się sporo dowiedzieć.

W trakcie rozmowy, zapytaliśmy o rzekomo trujące krzewy, które nieznający miejscowej flory, może przypadkiem użyć jako rozpałki i nie przeżyć takiego zabiegu?

Dokładnie na środku zdjęcia znajduje się malunek White Lady (Brandberg)
Dokładnie na środku zdjęcia znajduje się malunek White Lady (Brandberg)
© Paweł Zgrzebnicki

Dokładnie na środku zdjęcia znajduje się malunek White Lady (Brandberg)

Chłopiec potwierdził to, co czytaliśmy gdzieś przy okazji, przygotowując się do wyprawy: kilkanaście, dwadzieścia a może i trzydzieści lat temu, właśnie w pobliżu Uis, dwóch białych zerwało popularną, rosnącą co chwilę na poboczu roślinę, wyglądającą jak olbrzymia kępa trawy, o rurkowatych, sztywnych kłosach długości do dwóch i pół metra. Rośnie tu tego pełno na każdym kroku. Ofiary nieszczęsnego zdarzenia uznały, że dobrze będzie dodać aromatu grillowanej potrawie, owędzając ją rosnącą w pobliżu trawą. Problem jednak w tym, że roślina zawiera wewnątrz skrajnie trujące mleczko, podobno już kropla wystarczy do zatrucia dorosłego człowieka.

Jeden z uczestników biesiady przygotowywał potrawę, ale jej nie jadł, drugiego zaś nie było był przy przyrządzaniu, za to delektował się potem posiłkiem. Przygotowujący danie w oparach dymu, po krótkim czasie poczuł się senny i poszedł spać, drugiego zmogło zaraz po degustacji. Obydwu rano zastano martwych.

Co ciekawe, sok z tej rośliny wykorzystywano, mieszając go w krwią rock dassie - występującego tu wszędzie sympatycznego pustynnego gryzonia - i tak sporządzoną farbą malowano unikalne dzieła. Swoją trwałość zawdzięczają właśnie truciźnie, dzięki której malunków nie dotykało żadne zwierzę ani owad (który w sumie też zwierzęciem jest).

Odwożąc chłopca do wioski, pamiętając o wczorajszym lekarskim zdarzeniu zapytaliśmy, czy miejscowe społeczności też (jak inne na świecie) mogą pochwalić się lokalnymi uzdrowicielami i szamanami. Jak można było się spodziewać, odpowiedź jest pozytywna. Wśród Damara żyją szamani leczący roślinami oraz tacy (oczywiście cenieni dużo bardziej), którzy uzdrawiają wyłącznie za pomocą własnych mocy. Ci ostatni otrzymali, jak wyraził się nasz rozmówca, "przekaz ducha" od zmarłych przodków. Ich duch ciągle obecny jest w świętych drzewach i skałach Daramalandu i tam właśnie szamani co jakiś czas "uzupełniają" swoje zasoby mistycznych sił. Chłopiec zapytany o to, czy moc działa, bez wahania przyznał że i owszem. Sam, jak twierdzi, kilka tygodnie wcześniej był z wizytą u uzdrowiciela, gdyż nagle zapadł na niewytłumaczalne palpitacje serca i zaniki widzenia. Szaman po zainkasowaniu trzech krów (które w handlu warte są około 5000 dolarów namibijskich każda, czyli ni mniej ni więcej tylko 500 euro), odprawił odpowiedni rytuał i schorzenie przeszło jak ręką odjął. Wyjawił przy tym, że przyczyną dolegliwości jest fakt, że ktoś z najbliższego otoczenia chłopca życzy mu śmierci, a to ze względu na jego wykształcenie, wyróżniające go od nieedukowanych współplemieńców.

Na datek dla szamana zrzuciła się cała rodzina. Wizyta nie tania, biorąc pod uwagę, że wizyta u kariologa albo psychiatry raczej kosztowałaby mniej niż 1500 euro. Lecz próżno szukać u szamana nadmiernego bogactwa. Otóż musi dzielić się krowami z bliższą i dalszą rodziną, bo w przeciwnym wypadku "zwierzęta uciekną". Czyli tzw. sprawiedliwość społeczna także i tu przejawia swoje oblicze.

Droga dobiegała końca i chłopiec poprosił o zatrzymanie samochodu.

  •     —   To twój dom? - zapytałem wskazując na związaną drutem kępę patyków z akacji?
  •     —   Nie - odparł - dom wujka. U nas panuje taki zwyczaj, że jeśli jesteś kilka dni daleko poza domem, pierwszej nocy po powrocie do wioski nie możesz spędzić w swoim łóżku. Musisz spać poza domem. Inaczej może spotkać Cię nieszczęście. Dlatego nie śpię dziś w domu - tam pójdę dopiero jutro.

Rozstaliśmy się i wkrótce pojechaliśmy dalej. Pustynnym stepem, jadąc w pobliżu wyschniętego koryta rzeki Ugab wypatrywaliśmy pustynnych słoni. Nadaremnie. Mimo że śladów wokół było pełno, zwierzęta najwyraźniej udały się na sjestę w sobie tylko znane miejsce.

W końcu dotarliśmy w pobliże Twyfelfontein i rozbiliśmy obóz nad suchym korytem rzeki Aba Huab.

[23.09.2012]

Kilkanaście kilometrów jazdy i docieramy do Twyfelfontein - miejsca, gdzie pośród skał kryje się narodowy skarb Namibii, jedyny obiekt z tego kraju wpisany na listę światowego dziedzictwa kulturowego. Oto, po kilkudziesięciu minutach marszu odkrywamy naskalne rzeźby, wykonane przez plemię San kilka tysięcy lat temu. Wizerunki przestawiają zwierzęta oraz szamanów uwidocznionych jako lwy z ludzkimi stopami. Mimo upływu czasu, płaskorzeźby są w doskonałym stanie. Przy okazji zwiedzania dowiadujemy się, że rock dassie, symatyczne zwierzątko, które spotkaliśmy już nie raz na swojej drodze, jest bezpośrednio spokrewnione ze…. słoniem. Łączy je wszystko - trzypalczaste kończyny, budowa szkieletu, przewodu pokarmowego a nawet kształt kości. Różni jedynie wielkość. Słoń waży ok 5 ton, a rock dassie niecałe 5 kilogramów. Przewodnik opowiada też znaną nam już historię o niezręcznym tłumaczeniu na język angielski (w konsekwencji także na polski) nazwy dwóch gatunków hipopotamów - czarnegobiałego. W rzeczywistości nie różnią się tyle kolorem ile szerokością ust. Jeden ma wąskie a drugi szerokie. Nieszczęsne "wyd" (afrik. "szeroki") pomylono z "white" i tak już zostało. Drugi gatunek w opozycji do chybionego tłumaczenia został nazwany "black" i tak się przyjęło. Co ciekawe, gatunki nie różnią się tylko morfologią. Białe idąc, maszerują za swoimi dziećmi a czarne przeciwnie - idą przodem.

  •     —   To tak jak u ludzi - kończy swoją opowieść przewodnik - my czarni nosimy swoje dzieci na plecach, wy biali pchacie je przed sobą w wózkach.
Formacje skalne nazwane Oragan Pipes
Formacje skalne nazwane Oragan Pipes
© Paweł Zgrzebnicki

Formacje skalne nazwane Oragan Pipes

Z Twyfelfontein jedziemy oglądnąć niezwykłe formacje skalne (a które W Namibii są "zwykłe"?): Spaloną Górę (Burnt Mountain) oraz Organy (Organ Pipes). Pierwsza z nich to powulkaniczny twór, wyglądający jakby przez kamienną górę przeszedł niszczący ogień, druga to niesamowity bazaltowy uskok skalny o strukturze do złudzenia przypominającej kościelne organy.

Jest już późne popołudnie, jedziemy więc na północ. Wąską, skalistą górską ścieżką (tak, tak, Namibia to raj dla off-roadu) dojeżdżamy do ukrytego w dolinie, z dala od ludzkich osad i dróg kempingu ….

Twyfelfontein - Otjitotongwe

[24.09.2012]

Otjitotongwe to farma gepardów położona dwadzieścia kilometrów na wschód od Kamanjab. 7000-hektarowa posesja stanowi dom dla piętnastu gepardów, z których kilka udomowiono. Jedziemy tam w nadziei dowiedzenia się czegoś więcej o życiu i zachowaniu tych drapieżników. Takie farmy, sierocińce i rezerwaty celowe są z reguły kopalnią wiedzy na temat żyjących tam gatunków. Pracownicy tych miejsc są najbardziej kompetentnymi osobami, mogącymi wypowiadać się na temat swoich podopiecznych. Nie dość, że są doskonałymi teoretykami, to przede wszystkim z praktyki znają zachowania i potrzeby zwierząt którymi się opiekują. A że gepard to zwierz ciekawy, miejsce uznaliśmy za warte odwiedzenia. Farma stanowi prywatną własność a przytulisko - wynik pasji gospodarzy. Na terenie posesji znajduje się kemping na którym goście mogą odpocząć do dnia następnego, bo do farmy od cywilizacji kawał drogi.

Przejeżdżamy przez kilka bram ostrzegających przed niebezpieczeństwem, akceptujemy fakt, że wjeżdżamy tu na własne ryzyko i inne podobne zastrzeżenia. Po kilkunastu minutach jazdy przez teren rancza, docieramy pod ogrodzony drutem kolczastym dom właścicieli i naciskamy na dzwonek przy bramie. Po pewnym czasie wita nas zdzwiona właścicielka i pyta co tu robimy.

  •     —   Przyjechaliśmy na kemping i chcieliśmy zwiedzić farmę. Mamy rezerwację - wyciągam wydruk korespondencji elektronicznej, którą prowadziłem z ową panią dwa miesiące temu.
  •     —   Nie, nie macie rezerwacji - odpowiada szorstko biała dama.
  •     —   Ależ mamy - odpowiadam nieco zbity z tropu - o tu: proszę spojrzeć.

Właścicielka patrzy na maile, lecz dalej brnie w zaparte.

  •     —   Skąd mieliście mój adres poczty? - pyta - Nie mam was na liście.
  •     —   Musiała zajść jakaś pomyłka - tłumaczę - to chyba Pani imię i nazwisko w potwierdzeniu które dostałem.

Kobieta wpatruje się jeszcze jakiś czas w treść korespondencji i wreszcie zgadza się nas wpuścić.

  •     —   Ok, możecie wjechać. Kemping jest za wzgórzem. Pojedziecie tamtą drogą i dal zobaczycie znaki. Za godzinę przyjedzie o was mój syn i zabierze was do gepardów.

Powitanie średnie, ale nie ma co się z góry nastawiać negatywnie.

Do spotkania z drapieżnymi kotami została nam jeszcze godzina, mamy więc czas na rozbicie obozu i zjedzenie małego co-nieco. Punktualnie o godzinie podjeżdża młody człowiek pick-upem i zaprasza nas gestem na pakę, nie odzywając się jednak przy tym ani słowem. Prócz nas wiezie też kilku Niemców, wyraźnie rozbawionych i podnieconych perspektywą bliskiego spotkania z wielkimi kotami.

Gepard [Acinonyx jubatus]
Gepard [Acinonyx jubatus]
© Paweł Zgrzebnicki

Gepard [Acinonyx jubatus]

Samochód zawozi nas pod dom właścicieli, biała dama otwiera bramę i wchodzimy na teren posesji. Towarzyszom nam trzy udomowione gepardy, przy których jednak czujemy się dosyć nieswojo. Na podwórku właściciele gestem wskazują nam miejsce na murku a Niemcy natychmiast zaczynają głaskać zwierzęta. Te liżą ich po rękach, najwyraźniej spragnione soli pochodzącej z ludzkiego potu, jednak turyści biorą to zachowanie za wyraz sympatii i zachowują się jak trzyletnie dzieci wpuszczone do sklepu z pluszowymi misiami. Widok żenujący. Pod koniec "pokazu" syn właścicielki rzuca kotom kilka kawałków mięsa a te natychmiast poświęcają całą swoją uwagę posiłkowi.

W chwilę potem znów jedziemy na pace, tym razem objeżdżając farmę i oglądając kierowcę rzucającego mięso gepardom pozostającym na wolnym wybiegu. Wszystko bez słowa wyjaśnienia, "na odwal się" to chyba nadal zbyt zaszczytne określenie. Zniesmaczeni wracamy do siebie, towarzysze z Niemiec są jednak najwyraźniej zachwyceni pokazując sobie na wzajem zdjęcia z kotkiem na leżąco, na stojąco, kotkiem liżącym, kotkiem mruczącym, i kotkiem dającym buzi. Dno pochyłe.

Otjitotongwe - Sesfontein

[25.09.2012]

Wjeżdżamy dziś na teren Kaokoveld - kolejnego bantustanu, "jednego z ostatnich, na prawdę dzikich miejsc Afryki", jak twierdzi Lonely Planet. Droga biegnie prosto przez bujną sawannę, po czym zaczyna piąć się w górę na leżącą osiemset metrow wyżej przełęcz Grootberg . Szutrowa trasa zamienia się w kamienistą drogę, wijącą się wśród potężnych gór z wysokimi skałami i kilkudziesięciometrowymi przepaściami. Z najwyższego punktu przełęczy roztacza się zapierający w piersiach widok na Kaokoveld.

Po zjechaniu z gór trafiamy na punkt kontrolny, gdzie policja spisuje nasze dane i kilka minut później wjeżdżamy do całkiem innej Namibii.

Już nie sawanna, ale kamienista pustynia z bujnymi drzewami, często pojawiają się skromne rzeki, najwyraźniej po tej stronie pasma górskiego znajdujące swój wododział. Jest bardziej pustynnie, ale za razem bardziej zielono. Jest też dużo cieplej i rośliny chętniej zbierają się do życia.

Na razie próżno tu szukać domów stawianych z użyciem choćby odrobiny zaprawy - wszędzie chatki z patyków, od czasu do czasu oklejone krowim łajnem. Dzieciaki biegają na golasa a dorośli wyraźnie odstają fenotypowo od dotychczas spotykanych ludzi. W końcu to Himba - zupełnie inne plemię, inaczej wyglądające, prowadzące inny tryb życia i posiadające całkowicie inną kulturę.

Ongongo Falls
Ongongo Falls
© Paweł Zgrzebnicki

Ongongo Falls

Osiemnaście kilometrów przed Sesfontein, skręcamy z szutrowej drogi w kamienistą górską ścieżkę . Która po sześciu kilometrach doprowadza nas do pięknych wodospadów Ongongo. Opadająca z gór woda, turkusowe jeziorko i soczysta, wręcz nienaturalna zieleń przywodzą na myśl raj, pośród pustynnej, srogiej okolicy. Nacieszywszy wzrok widokami zawracamy i po kolejnej porcji off-roadu wracamy na cywilizowany szutr. Jeszcze tylko chwila i jesteśmy na miejscu. W Sesfontein w zasadzie nie ma niczego spektakularnego, ot - biedna afrykańska wioska, przez którą warto przejechać dla poznania prawdy o tym, jak żyją tu ludzie, kiedy jeszcze cywilizacja białych nie wtrąca się tak bardzo w ich sprawy. Jest jednak jeden gwóźdź programu, który warto poznać dla samego szoku porównawczego. Oto stary, poniemiecki fort, który jak można się domyślać, nie powala na kolana fantazją architektoniczną. Jest niemiecki do bólu - prosty jak wurst wyciągnięty z zamrażalnika. Jednakże w forcie urządzono hotel. W samym środku pustynnego afrykańskiego zadupia, niemiecki hotel z niemieckim jedzeniem, elegancką trawą wyciętą żywcem z niemieckiego pola golfowego, internetem i snobistycznymi gośćmi. Cena - jedyne 100 euro od osoby za nocleg w celi, która potem może długo śnić się po nocach, strasząc w koszmarach swym ciemnym obliczem. Czym prędzej odjechaliśmy spod tego tragicznego żartu pełnego spasionych białasów z wypchanymi portfelami i zjechaliśmy do wioski, gdzie na kempingu prowadzonym przez miejscową społeczność postanowiliśmy spędzić kolejną noc. Sympatyczna pani rozpaliła ognisko pod zbiornikiem z wodą, żebyśmy mogli wziąć gorący prysznic w kamiennej "łazience" bez dachu, za to ze wspaniałym klimatem. Jest cudownie!

Sesfontein - Opuwo

[26.09.2012]

Nie spiesząc się zanadto, wyjechaliśmy w krótką, bo wynosząca jedynie sto trzydzieści kilometrów trasę do Opuwo. Nazwa ta w języku Himba oznacza "koniec", bo w zasadzie za Opuwo nie ma już nic. To znaczy oczywiście jest przyroda, ale cywilizacji żadnej.

Sklep w Opuwo
Sklep w Opuwo
© Paweł Zgrzebnicki

Sklep w Opuwo

Wzdłuż niewymagającej zbyt wiele uwagi drogi podziwiamy chatki plemienne, mijamy stada kóz i krów lezących leniwie drogą i wpatrujemy się w pięknie ubranych Himba, wysmarowanych od stóp do głów czerwoną ochrą i przepasanych zwierzęcymi skórami. Docieramy do Opuwo, które okazuje się być przytłaczającym miasteczkiem, tyglem kulturowym w którym obok siebie na ulicach wędrują tradycyjnie ubrani Himba, Herero i przedstawiciele plemienia Mucawana z pobliskiej Angoli. Z jednej strony miejsce wygląda na żywe muzeum etnograficzne - na każdym kroku spotykamy przedstawicieli różnych plemion, wszystkich ubranych w tradycyjny dla siebie sposób i kulturowo pozostających dalej w epoce kamienia łupanego. Z drugiej strony, jak każde większe miasto (tu, kilka ulic to już metropolia) jest zbieraniną żądnych pracy i pieniędzy biedaków, zjeżdżających w poszukiwaniu lepszego życia. Himba siedzą pod sklepem i żebrzą o jałmużnę. Kiedy odmawiamy pieniędzy, proszą o jedzenie. Jednak te ciągłe prośby o pożywienie zaczynają się nam wydawać podejrzane - ludzie nie wyglądają na głodnych a przy każdej wiosce pasą się liczne stada krów i kóz. Nie wygląda więc na to, aby tutejsze społeczności cierpiały głód (przynajmniej w tym momencie). Wysnuwam przypuszczenie, że to taka strategia zdobywania czegoś za darmo. Jeśli nie uda się wyżebrać pieniędzy, białego człowieka na pewno złamie widok proszącego o jedzenie rdzennego mieszkańca Czarnego Lądu. W końcu głód i brak wody w Afryce to już stereotyp w Europie. "Pomóżmy głodującej Afryce!" - krzyczą zachodnie media. Jak więc ujść z czystym sumieniem, kiedy dziesięcioletnie dziecko przykłada ręce do ust i głaszcze się po brzuszku wskazując, że potrzebuje jedzenia? Tylko bezduszny zwyrodnialec mógłby odmówić. Białasy rozdają więc jedzenie na potęgę, a nam się coś wydaje, że akurat pożywienia tu nie brakuje. To raczej brutalna, ale najwyraźniej skuteczna strategia wyciągnięcia czegoś za darmo. Oczywiście nie mam żadnej pewności, że tak jest; dzielę się na razie swoim niepoprawnym politycznie przypuszczeniem. Może najbliższa przyszłość jakoś zweryfikuje te podejrzenia…

Opuwo - Epupa Falls

[27.09.2012]

Po krótkich poszukiwaniach znajdujemy lokalnego przewodnika, który zobowiązuje się zabrać nas do wioski Himba i pokazać ich życie "od kuchni". W pierwszej kolejności jedziemy do supermarketu i kupujemy żywność, jako dar i sposób wkupienia się w łaski plemienia. Do koszyka trafia dziesięć kilogramów mąki kukurydzianej, cztery kilogramy cukru, dwa opakowania wazeliny, herbata i zapałki. Nabytek niedrogi, ale ma zapewnić przychylność mieszkańców wioski.

Wioska Himba (okolice Opuwo)
Wioska Himba (okolice Opuwo)
© Paweł Zgrzebnicki

Wioska Himba (okolice Opuwo)

Po kilkunastu kilometrach docieramy do zagrody i chwilę potem drepczemy za przewodnikiem aby zapytać wodza o zgodę na wejście na teren wioski. Tu należy się pewne sprostowanie, w kwestii struktury "administracyjnej" mianowicie. Himba to plemię liczące według różnych szacunków od dwudziestu do pięćdziesięciu tysięcy ludzi. Żyją na bardzo rozległym terenie północnej części Namibii i południowej części Angoli. Mieszkają w tysiącach wiosek, przy czym każde skupisko składa się z kilku lub kilkunastu zagród o powierzchni - "na oko" - około piećdziesięciu arów każda. W każdej zagrodzie mieszka kilka rodzin.

W wiosce, a więc w zbiorowisku zagród, numerem jeden jest najstarszy mężczyzna i nie jest to "wódz" w rozumieniu takim, jak ma to miejsce na przykład u Indian. To po prostu najbardziej szanowana osoba, która ma najważniejszy głos we wspólnocie, nie wypowiada natomiast wojen, bowiem Himba zbrojnych walk obecnie nie prowadzą. W zasadzie nigdy nie prowadzili, z wyjątkiem wielkiego eksodusu, który miał miejsce na początku dwudziestego wieku. Wtedy to, najpierw zmuszeni byli masowo wyemigrować na teren Angoli (wtedy jeszcze jako Herero) wyparci siłą przez plemię Nama pochodzące z terenu dzisiejszego RPA, a następnie wiedzeni przez jednego człowieka powrócili, aby siłą odzyskać swe ziemie. To plemię pasterzy, nieskorych do przemocy, podobnie jak spotkani wcześniej buszmeni, którzy dla przykładu władzę nad wioskami przejmowali poprzez rozgrywanie między sobą gry przypominającej warcaby. Inteligentniejszy "sołtys", który zwyciężał, przejmował dobytek i władzę nad wioską przeciwnika. Co prawda nic nie wiemy o podobnych grach prowadzonych przez Himba, jedno jest natomiast pewne - wojna jest temu ludowi z natury obca.

Szefa w wiosce nie zastaliśmy, ale najstarsza z jego żon przyzwoliła na wizytę. Warto wiedzieć, że Himba nie mają ograniczenia co do ilości posiadanych żon. Niemniej jednak, każdą z nich trzeba wyżywić i o nią zadbać, co przywodzi na myśl powiedzenie starego muzułmańskiego nauczyciela, którego spotkaliśmy w Indiach: "One wife - one problem, two wifes - two problems, three wifes - three problems, no wife - no problem".

Oprowadzono nas po prowizorycznych chatach, z których każda ma ściśle wyznaczone zadanie. Jest więc chata centralna, zwana "główną" w której odbywają się przeróżne ceremonie. Rodzą tu kobiety i odchodzą ku wieczności zmarli, leżąc noc po tym, jak szpital wypisze akt zgonu a przed tym nim święty ogień oczyści ich dusze (o czym za chwilę) i rodzina pogrzebie krewnego na wieki. Najstarszy z wioski (dla uproszczenia nazywajmy go dalej "wodzem") udziela tu porad, itd. Jest chata menstruacyjna, w której młode panny świętują pierwszą miesiączkę. Są skromne chaty do spania, są spichlerze na kukurydzę, specjalne dachy na których suszy się ziarno i trawę pokrywającą chaty, oraz zagroda gdzie doi się krowy. Wszystko przemyślane i sprawdzone funkcjonalnie przez wieki.

Wioska wydaje się być zdominowana przez kobiety, naliczyliśmy ich trzydzieści dwie, kiedy zwabione białasami, przybiegły z innych zagród aby sprzedać nam swoje rękodzieło:

  •     —   Ile za ten naszyjnik? - pytam, wskazując na rzemienną kolię z muszlą całą wysmarowaną orchą z tłuszczem.
  •     —   Tysiąc - odpowiada po chwili namysłu dziewczyna a ja z uśmiechem odkładam jej wyrób z powrotem na ziemię. 100 euro za rzemień z muszlą?(Kurs dolara namibijskiego do euro w 2012 roku wynosi 10:1). Widać, ceny pod naszych zachodnich sąsiadów, proponuje więc dziesięć razy mniej. Po dłuższym targowaniu kobieta ciągle tkwi przy osiemdziesięciu euro, co wydaje się ceną absolutnie niedorzeczną. Odchodzę więc dziękując za ofertę, lecz po chwili młoda Himba biegnie za mną krzycząc: Ok, ok! Weź za sto!
Zabiegi upiększające - okadzanie i smarowanie ochrą (wioska Himba, okolice Opuwo)
Zabiegi upiększające - okadzanie i smarowanie ochrą (wioska Himba, okolice Opuwo)
© Paweł Zgrzebnicki

Zabiegi upiększające - okadzanie i smarowanie ochrą (wioska Himba, okolice Opuwo)

Cena najwyraźniej czysto umowna, jak zwykle w takich okolicznościach.

Co do targowania zauważyłem od pewnego czasu pewną prawidłowość: ceny zawyżane są przez sprzedawców właśnie mniej więcej razy dziesięć (czy to w krajach arabskich, Azji czy Afryce). Europejczyk, którego pouczono przed wyjazdem, że należy się targować, z wrodzonej przyzwoitości nie oferuje ceny niższej bardziej niż o trzykroć. To byłby nietakt. Kupiec mówi więc na otwarcie "sto", biały "trzydzieści", sprzedawca łapie się za głowę, wyraża oburzenie niestosownie niską propozycją, ale granice targu są już ustalone. Teraz w zależności od uporu jednej czy drugiej strony, cena osiądzie gdzieś po środku, powiedzmy na sześćdziesięciu. Problem w tym, że towar wart jest dziesięć. Wszyscy są zadowoleni. Kramarz zarobił sześć razy więcej niż wart jest towar w "normalnej" sprzedaży (czyli pomiędzy miejscowymi), a biały odchodzi dumny z tego, że utargował czterdzieści procent. Można by pomyśleć, że w takim razie sprytnie można otwierać targ od dziesięciokrotnie niższej ceny. Otóż nie. W krajach, gdzie takie dobra są szybkozbywalne (na przykład w Egipcie, gdzie białych jest w sezonie więcej niż skorpionów na pustyni), handlarz nie spuści z zawyżonej ceny niemalże ani o centa. No owszem, spuści trochę, ale tylko trochę. A to dlatego, że towar idzie jak woda - nie po kupisz po abstrakcyjnej cenie ty, kupi ktoś inny za pięć minut. Między targowaniem a liczeniem kobiet (większość mężczyzn jest właśnie na pastwiskach) wchodzimy do chary, gdzie jedna z pań poddaje się perfumowaniu. Otóż Himba nie myją się wodą, a jedynie nacierają ochrą zmieszaną z tłuszczem pozyskanym z krowiego mleka oraz ziołami, a miejsca szczególnie wrażliwe (pachy, miejsca intymne) okadzają dymem z palonych roślin. Miodzio. Idziemy dalej.

Na zewnątrz czeka na nas krótki pokaz rytualnego tańca, po czym żegnamy się, przekazujemy dary i wracamy do miasta. Przed rozstaniem pytamy naszego przewodnika, czy Himba na prawdę chodzą głodni? Dlaczego ciągle proszą o jedzenie?

  •     —   Ależ skądże znowu? Głodni? Oni nie są głodni. Proszą, bo dostają. A jak można dostać za darmo, to dlaczego nie prosić? - dziwi się John.

No i tak potwierdza się teoria, która do tej por była tylko domysłem.

Jako, że Opuwo dobija nas swoim ciężarem, decydujemy się o dwa dni wcześniej niż planowaliśmy, przenieść się dalej na północ - pod wodospady Epupa.

[28.09.2012]

Jakże tu pięknie! Wodospady Epupa stanowią przełomy rzeki Kunene, będącej zarazem północną granicą Namibii. W ten oto sposób, przejechaliśmy Namibię od południowej granicy z RPA do granicy północnej - z Angolą.

Zasiedliśmy na pięknym kempingu, zaraz przy wodospadzie, którego intensywny szum będzie nam umilał lub uprzykrzał (czego jeszcze nie jesteśmy pewni) kolejne dwie noce. Okolica jest niezwykle zielona, bujnie rosną tu palmy makalani, drzewa figowe, gęste krzewy i baobaby a turkusowa rzeka jest rajem dla krokodyli nilowych. Owych gadów jest tu całkiem sporo i wszędzie spotkać można tabliczki ostrzegające przed kąpielą. Pływanie nie jest także wskazane ze względu na silne prądy co jakiś czas porywające nierozważnych wprost do wodospadu. Stamtąd niestety nikomu nie udało się wyjść cało, nigdy też nie odnaleziono żadnego ciała. Mimo przemożnej grozy jaką budzi wodospad, dla nas stanowi malowniczą część krajobrazu, miłą na razie jedynie dla ucha, bo zobaczymy go dopiero po południu, gdy wąską ścieżką udamy się kilkaset metrów na zachód, skąd podziwiać będziemy panoramę pograniczna Namibii i Angoli.

Zaraz o poranku idziemy jednak w drugą stronę, na wschód, wzdłuż rzeki Kunene, aby po kilku kilometrach dotrzeć do miejsca, gdzie na plaży wygrzewają się ogromne gadziska.

Krokodyle nilowe, mimo swej mylącej nazwy wcale nie występują tylko w Nilu. Są obecne w niemal całej Afryce i są jednym z największych gatunków tego zwierzęcia na świecie. Ich długość dochodzi do pięciu metrów a waga do jednej tony. Prawdziwe smoki rodem z Parku Jurajskiego (jak wiadomo, krokodyle niewiele zmieniły się od dobrych dwustu milionów lat, są więc żywym przykładem flory triasu). Taki właśnie wielki krokodyl wyleguje się oto w słoneczku, na drugim brzegu Kunene. Wydaje się, że zapadł w sen, ale to tylko pozory. Po dłuższej chwili zmęczony słońcem wsuwa się do wody, skąd wystają mu tylko nozdrza i oczy. To znak, że zwierzę zaczęło polowanie. Czeka na swoją ofiarę, a gdy już naje się do syta, z powrotem wylezie na brzeg i rozdziawi paszczę, chłodząc organizm i dając okazję ptakom do wyjedzenia resztek pokarmu spomiędzy straszliwych zębów. Około południa robi się dość gorąco, nie ma mowy o dalszych wędrówkach. Wzorem krokodyla, postanawiamy coś zjeść i udać się na małą drzemkę do nagrzanego do zyliona stopni namiotu.

Wodospady Epupa [Epupa Falls]
Wodospady Epupa [Epupa Falls]
© Paweł Zgrzebnicki

Wodospady Epupa [Epupa Falls]

Przed zachodem słońca idziemy w końcu obejrzeć słynne wodospady - to najlepsza pora na ich podziwianie, ponieważ zachodzące słońce rzuca promienie wprost na opadającą wodę i bryzgającą pianę ("epupa" to w języku Herero właśnie piana, tak więc nawet nazwa potwierdza, że efekt musi być spektakularny).

Faktycznie. 37-metrowej wysokości główny wodospad robi miażdżące wrażenie. Nasz kemping leży na górnym jego poziomie i przechodząc kilkaset metrów dalej brzegiem położonym na tej samej wysokości widzimy, jak ziemia pod rzeką nagle się urywa, tworząc piekielny załom skalny. Wewnątrz, woda spada kaskadami, odbijając się od ścian i wypustów, z hukiem wali w dół tworząc wrzącą od energii, pełną zawirowań i rozbryzgów kipiel. Dalej rzeka płynie w głębokim na kilkadziesiąt metrów kanionie. Kilkaset metrów obok kanionu spływa dalszych kilkanaście wodospadów, bo w tym miejscu rozlewisko ma aż pół kilometra szerokości. W końcu cała woda zlewa się do wąskiego kanionu, tworząc pełen niesamowitej energii spektakl. Zachodzące słońce, wschodzący księżyc, gra ich świateł, dzika przyroda jednego z najbardziej oddalonych od cywilizacji i nietkniętych ludzką ręką miejsc na Ziemi tworzą razem wybuchową, wręcz euforyczną mieszankę.

Epupa Falls - Kunene River Lodge

[29.09.2012]

Dzisiaj przenosimy się około stu dwudziestu kilometrów na wschód, wzdłuż rzeki Kunene. Od jakiegoś czasu zastanawiamy się, czy droga, która biegnie bezpośrednio wzdłuż granicy, jest przejezdna? Na mapach oznaczona jest jako "4x4 only", a Lonely Planet pisze, że przez z pozoru krótki odcinek stu kilkudziesięciu kilometrów można brnąć nawet kilkanaście dni. Wyda się to nie do wiary, więc na wszelki wypadek zasięgamy rady miejscowych.

  •     —   Droga jest ciężka - przyznaje nasz rozmówca - ale kilkanaście dni to spora przesada. Teraz, w porze suchej powinniście przejechać w ciągu jednego dnia. Gdyby to była pora deszczowa, nie przejechalibyście w ogóle - podsumowuje. - Niemniej dobrze jechać w dwa samochody, bo jednak można gdzieś ugrzęznąć albo zawisnąć i wtedy bez pomocy ani rusz.

No właśnie. Towarzystwa nie mamy, nikt nie wybiera się dzisiaj w stronę w którą my chcemy podążać. Decydujemy się więc na dłuższy, ale bardziej cywilizowany odcinek drogi - klasycznie, po szutrze. Jedynie ostatnie kilka kilometrów to wyboista, skalista przeprawa, ale szybko udaje nam się dotrzeć na miejsce.

Rzeka Kunene
Rzeka Kunene
© Paweł Zgrzebnicki

Rzeka Kunene

Kunene Rover Lodge to prywatny kemping położony nad rzeką Kunene, która w tym miejscu w żadnym stopniu nie przypomina swojego groźnego oblicza z wczoraj. Tu, woda jest spokojna a na plażach wygrzewają się jakby nigdy nic, nasi ostatnio poznani znajomi - krokodyle nilowe.

Samo miejsce jest przeurocze, decydujemy się pozostać tu jeszcze jeden dzień. Przyda się chwila odpoczynku po ostatnich trzech tygodniach ciągłej jazdy.

[30.09.2012]

Lenimy się, leżymy i pijemy piwo. Jest bosko!

Na śniadanie zjedliśmy kiełbaski z krokodyla - specyficzne…

Kunene River Lodge - Nakambale

[1.10.2012]

Po szybkim porannym pakowaniu, wyruszyliśmy w dalszą drogę. Pierwszy jej odcinek, do miasteczka Ruacana, to część nadrzecznej trasy o której pisałem przedwczoraj. Jednak na tym odcinku trzeba jechać trasą 4x4 - nie ma żadnego bardziej cywilizowanego objazdu. Ale według właściciela kempingu, akurat ten, końcowy odcinek do Ruacany jest już łatwy do przebycia i czterdzieści kilometrów powinniśmy przejechać w około dwie godziny. Prognoza się sprawdza. Trasa przypomina bite drogi biegnące szczytami Beskidów. Gdzieniegdzie jakieś skały, trudniejsze, bardziej strome odcinki, ale ogólnie szlak prowadzi krętą dróżką przez niezwykle malowniczą okolicę. Co ciekawe, bardzo przypomina złotą polską jesień w górach. Żółto-brązowe liście opadłe na drogę pozostały jeszcze po zeszłym sezonie. Drzewa nie zazieleniły się jeszcze na nowo i mimo, że to w zasadzie tutejsza wiosna, do złudzenia oddaje klimat tego, jak pewnie teraz wyglądają szlaki w naszych ukochanych górach.

Krokodyl nilowy [Crocodylus Niloticus](rzeka Kunene)
Krokodyl nilowy [Crocodylus Niloticus](rzeka Kunene)
© Paweł Zgrzebnicki

Krokodyl nilowy [Crocodylus Niloticus](rzeka Kunene)

Zgodnie z prognozą, po dwóch godzinach docieramy do cywilizacji. I to jakiej? Odtąd jedziemy po asfalcie! Ruacana znana jest z dwóch rzeczy: pięknego wodospadu i brzydkiej elektrowni wodnej. Wodospad ma wysokość 120 metrów i szerokość 700 metrów (!) i kiedy płynie przez niego woda, ponoć jest tak piękny, jak wodospady Wiktorii w Zimbabwe. A trzeba Wam wiedzieć, że Wodospady Wiktorii właśnie uznawane są przez wielu za najpiękniejsze na świecie i wpisane zostały na listę dziedzictwa światowego UNESCO. Jeśli z takim przyrodniczym gigantem porównywana jest Ruacana, to znaczy, że na prawdę robi ogromne wrażenie.

No właśnie. Problem w tym, że ciężko to zweryfikować, bo woda nie płynie już prze wodospad. Przynajmniej nie teraz. Znajdująca się kilka kilometrów dalej po stronie Angoli zapora wodna, zabiera całą wodę z Kunene i kieruje ją ro elektrowni znajdującej się w Ruacanie. Taka Namibijsko - Angolska kooperacja.

Przez wodospad nie płynie już ani kropla wody, przynajmniej w porze suchej. W porze deszczowej, przy dużych opadach, nadmiar wody przechodzi przez wodospad i podobno wtedy,przy sprzyjających warunkach hydrologicznych nadal można podziwiać jego piękno. Nam pozostaje tylko wyobraźnia, kiedy patrzymy z perspektywy kilku kilometrów na strome urwisko, które gdy ożywa, musi sprawiać absolutnie niesamowite wrażenie.

Podjeżdżamy do posterunku policji, znajdującego się na samej granicy z Angolą. Okazuje się, że można stąd podjechać na punkt widokowy znajdujący się po stronie Namibii. Nie musimy więc przekraczać granicy, jedziemy dalej wzdłuż niej pouczeni, że jakakolwiek próba zjazdu na bok zakończy się aresztowaniem. A po co mielibyśmy iść do Angoli? Nie mamy na to najmniejszej ochoty, spokojnie docieramy więc na szczyt urwiska. Jest całkiem suchy a w pobliżu znajdują się przedziwne zabudowania, a raczej ich ruiny. Panuje tu spory nieporządek, ruiny robią za lokalne wysypisko śmieci. Dodatkowo, ściany pokryte są seriami odprysków po uderzeniach kul z karabinów – to ślad niedawnego konfliktu zbrojnego pomiędzy Namibią i Angolą.

Ne ma tu czego szukać, ruszamy więc w trasę. Ruacana okazuje się mieć świetnie zaopatrzony sklep na stacji benzynowej, tankujemy więc paliwo i uzupełniamy zapasy jedzenia i wody, których już zaczynało nam brakować. Kilkanaście minut później jedziemy dalej, wkraczając na dobre na teren Ovambolandu - kolejnego bantustanu zamieszkiwanego przez wieki przez różne grupy etniczne zaliczone hurtem do jednej grupy - Ovambo. Od razu widać, że wjechaliśmy na teren innej kultury, wygląda, jakbyśmy wjechali do innego państwa. Drogi asfaltowe, tętniące życiem miasteczka, projekty irygacyjne, inteligentne twarze, szkoły pełne dzieci. To całkiem inna Namibia. Widać, jak bardzo fińscy misjonarze przyczynili się do zaszczepienia protestanckiej mentalności oraz zachodniego stylu życia i myślenia. Konsekwencje cywilizacyjne i polityczne również widoczne są gołym okiem. Ogromne różnice w zagospodarowaniu terenu, infrastrukturze, ubiorze, słowem - we wszystkim.

Po kilku godzinach zjeżdżamy z głównej drogi i kierujemy się do Outapi – w poszukiwaniu kolejnego miejsca dziedzictwa narodowego Namibii, tym razem okazującego się być… baobabem.

Drzewo okazuje się doprawdy niezwykłe, tak bardzo jak jego historia. Po śmierci króla Kamaku, w roku 1835 plemię Aakwambi zaatakowało miejscowe plemię Aambalantu. Jak zwykle w wojnach, także i w tym przypadku chodziło o to samo - o pieniądze. Każda jednak kultura ma inną miarę bogactwa i wpływów - tu panowie postanowili pozabijać się o bydło i ziemię. Ovamboland to kraina bardzo żyzna, posiada wiele źródeł wody. Stanowiła więc łakomy kąsek Aakwambi.

Baobaby rosną na tym terenie bardzo obficie. Drzewo wzrasta bardzo długo, szacuje się, że może żyć nawet 3000 lat. Wewnątrz pnia, z czasem tworzy się naturalny otwór, szczelina biegnąca wzdłuż całego drzewa. Innymi słowy drzewo w środku staje się puste. Dodatkowo, mimo bardzo powolnego przyrostu, jego struktura zawiera bardzo dużo wody, jest więc niezwykle miękkie i podatne na obróbkę. Baobaby mają bardzo szeroką podstawę i zwężają się wraz z wysokością. Wewnętrzne, naturalne wydrążenie jest więc bardzo obszerne i może człowiekowi służyć do wielu rzeczy.

W czasie wspominanego konfliktu wojennego, baobaby pozwalały kryć się wewnątrz ludziom. Miękka struktura pozwalała na wycięcie otworów w górnej części drzewa, przez które do wewnątrz wchodzili ci, którzy nie mogli walczyć - głównie kobiety i dzieci. W ówczesnej wojnie ludzie ci byli niezwykle zagrożeni nie tylko rozgrywającymi się wokół walkami. W przypadku pojmania, zostali uprowadzani na terytorium wroga i uznawani za niewolników. Baobaby stanowiły więc bardzo cenną funkcję ochronną. Wokół drzew, budowano zagrody z patyków, które pokrywano czymś w rodzaju tynku, złożonego z gliny i odchodów zwierząt. W poszyciu zagrody zostawiano niewielkie otwory, przez które obserwowano od wewnątrz teren. Kiedy wróg się zbliżał, strzelano z łuku przez owe otwory, nie ujawniając swej obecności.

Nakambale - otwarta w 1995 roku rekonstrucja wioski kultury Ovambo
Nakambale - otwarta w 1995 roku rekonstrucja wioski kultury Ovambo
© Paweł Zgrzebnicki

Nakambale - otwarta w 1995 roku rekonstrucja wioski kultury Ovambo

W końcu Aakwambi wygrali wojnę, broniąc się przed napaścią. 800-letni baobab przy którym właśnie stoimy jest tak duży, że był w stanie chronić sam jeden całą wioskę (podobno chowało się tu 45 osób). W dowód wdzięczności, jako akt hołdu, prawie dwieście lat po zakończeniu konfliktu, uznano drzewo za pomnik narodowy i symbol jego dziedzictwa. Przez kolejne lata drzewo spełniało wiele różnych funkcji: fińscy misjonarze utworzyli w jego wnętrzu pierwszy urząd pocztowy w kraju. Później, w okresie kolonizacji niemieckiej, wojsko ustanowiło tu pokój przesłuchań, zamieniony po pewnym czasie w salę konferencyjną sztabu. W końcu zamieniono wnętrze w kaplicę.

Taka to niezwykła historia została nam opowiedziana w środku magicznego drzewa.

Nakambale - Etosha

[2.10.2012]

Wczoraj dotarliśmy na kemping, znajdujący się sześć kilometrów od Ondangwa. Ku naszemu zaskoczeniu znajduje się tu muzeum i rekonstrukcja tradycyjnej wioski Ndonga . Muzeum zostało uroczyście otwarte w roku 1995 przez premiera Namibii a kemping przez jego małżonkę. Miejsce więc dostojne jest i ważne przeogromnie.

Przed wyjazdem do najsłynniejszego bodajże parku narodowego Namibii, zwiedziliśmy owo muzeum poświęcone historii fińskiej misji protestanckiej prowadzonej na tym terenie przez rodzinę Rautanenów. Stare zdjęcia, przedmioty codziennego użytku i dokumenty - pamiątki z tamtego okresu wypełniają cały budynek będący na początku ubiegłego wieku domem rodzinnym finów.

Springboki [Antidorcas marsupialis]
Springboki [Antidorcas marsupialis]
© Paweł Zgrzebnicki

Springboki [Antidorcas marsupialis]

Niemalże za horyzontem, bo tylko siedemdziesiąt kilometrów dalej, znajduje się ostatni cel naszej podróży - park narodowy Etosha. Położony na obszarze 22000 kilometrów kwadratowych swoją wielkością dorównuje połowie Holandii. Znaczną część parku pokrywa słona równina, będąca pozostałością po wyschniętym jeziorze. Park zamieszkują wszelkiej maści antylopy, słonie, żyrafy, ogromna ilość ptactwa, nosorożce, lwy, gepardy - słowem niemal każde zwierzę naturalnie występujące w tym regionie Afryki.

Na terenie parku znajdują się cztery kempingi (z czego trzy ogólnodostępne a jeden przeznaczony dla touroperatorów), służące gościom masowo odwiedzającym to piękne miejsce. Kolejne trzy noce spędzimy po kolei na każdym z nich, a dnie wypełni nam bezkrwawe safari –penetrowanie setek kilometrów dróg parku w poszukiwaniu dzikich zwierząt. Potem powrót do Windhoek i…. żegnaj Namibio! Jesteś wspaniała!

Tekst: Paweł Zgrzebnicki
Składamy serdeczne podziękowania mamie Ani za pomysł wyjazdu do Namibii za wspólny miesiąc spędzony w Toyocie na bezdrożach Afryki.
Przygotowując wyprawę i relację korzystano z następujących opracowań:
  • Matthew D. Firestone, Adam Karlin, Botswana & Namibia, Lonely Planet, 2010, 2nd Edition
  • Mapa, Namibia 1:1000000, Freytag & Berndt
  • nawigacja GPS, Sygic Southern Africa, Sygic