Używamy plików cookies, w celu ułatwienia nawigacji, opracowania statystyk, dostosowania serwisu do preferencji użytkownika oraz przy współpracy z serwisami zewnętrznymi takimi jak Google, Facebook i Twitter. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji o plikach cookies znajduje się tutaj oraz w naszej polityce cookies. Zamknij

Mołdawia - 2016
Galeria zdjęć
Mapa

O Mołdawii mówi się niewiele. Jeśli wkłada się ją do jakiejś szufladki, to najczęściej tej z napisem "skansen komunizmu". Ale czy to prawda? Czy po ulicach tego całkiem bliskiego kraju faktycznie chodzi milicja a na sklepowych półkach jest tylko ocet? Postanowiliśmy to sprawdzić.

Ostatnimi czasy majówki w Polsce raczą wszystkich kapryśną pogodą. Niby już nie zima, ale temperatura niebezpiecznie spada do kilku stopni a zamiast słońca nadciąga złowieszczy deszcz. Nie trzeba jednak wybierać się w dalekie tropiki, żeby przybliżyć sobie miłe lato. Wystarczy wybrać się... do Mołdawii! To małe państwo, położone za wschodnią granicą Rumunii nie jest zbyt często odwiedzane przez turystów. Szczerze mówiąc - prawie w ogóle. Dlaczego? Mówi się o nim, że jest ostatnim komunistycznym miejscem w Europie, a jak wiadomo totalitarne systemy mają niewiele radosnego do zaoferowania. Ale świat szybko się zmienia, a my nie zwykliśmy wierzyć temu co "wieść gminna niesie" i na przekór plotkom wymyśliliśmy sobie bardzo długi, samochodowy weekend majowy właśnie w Mołdawii.

Do celu można dojechać na dwa sposoby: przez południową Ukrainę lub północną Rumunię. Dwa lata temu w tym samym czasie zwiedzaliśmy Maramuresz i Bukowinę, więc tym razem postanowiliśmy trasę wyznaczyć przez terytorium naszego wschodniego sąsiada. Niełatwo tam wjechać. Na granicy spędziliśmy bite pięć godzin, po części dlatego, że właśnie nadchodziły prawosławne Święta Wielkanocne, więc sporo ludzi wracało do domów. Jednak za graniczny koszmar odpowiada głównie absurdalna biurokracja odziedziczona jeszcze po Związku Radzieckim - żeby zapłacić 1 euro myta należy odstać w dwóch kolejkach ponad godzinę i zebrać mnóstwo niezbędnych kwitów i pieczątek, które następnie musi zweryfikować kilka niezależnych od siebie osób. Wśród urzędników panuje chaos, ciągle zamieniają się miejscami, robią sobie przerwy, nie ma żadnej czytelnej informacji co do tego, gdzie i w jakiej kolejności należy się udać. Zapewne, aby zmylić ewentualnego dywersanta. Pozostaje mieć nadzieję, że wraz z postępującymi zmianami w kraju, za kilka lat zapewne także i te procedury ulegną uproszczeniu. Po młodych twarzach pracowników przejścia granicznego widać, że już wymieniono całą kadrę na nową.

Pomijając frustrację związaną z przekroczeniem granicy, reszta podróży upłynęła znakomicie. Nikt nas nie zatrzymywał, nikt nie żądał łapówki. Drogi częściowo zostały zmodernizowane, do Lwowa prowadzi naprawdę komfortowa jezdnia. Samo miasto też zostało odnowione, kamienice odzyskują dawny blask, zaciera się granica pomiędzy Wschodem a Zachodem. Prócz kilku billboardów chwalących bohaterów walki o wschodnie rubieże, nie ma też żadnego śladu wojny toczącej się na granicy z Rosją. Ruch na Ukrainie jest niewielki w porównaniu do tego, do czego przywykliśmy w Polsce. Kolejne kilometry pokonuje się szybko, a paliwo kosztuje mniej niż połowę tego, co u nas.

Drugiego dnia podróży dotarliśmy do mołdawskiej granicy. Jej przekroczenie nie sprawiało żadnych problemów i trwało nie więcej niż pół godziny.

W Mołdawii zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Odnieśliśmy wrażenie, że ktoś cofnął czas o niemal czterdzieści lat. Niemal wszystko wygląda tu jak w czasach naszego dzieciństwa: jest spokój, wsie wyglądają doskonale wiejsko, pasą się krowy, kozy, owce. Domy na prowincji też wyglądają "normalnie". Zachowują swój charakter, nie próbują być na siłę "miejskie". Nie ma pędu, pośpiechu. Ogrodzenia i fasady domów są kolorowe, czyste, zadbane, nikt nie próbuje przed sąsiadem udowodnić, że stać go na więcej. Może dlatego, że go nie stać, a może dlatego, że moda na konsumpcjonizm i jego specyficzne "wartości" jeszcze tu nie dotarła? Drogi są w kiepskim stanie jeśli porównać je z Europą Zachodnią, ale w doskonałym w porównaniu na przykład do Azji. Asfalt jest nierówny, ale nie dziurawy. Nawet te niedoskonałości nam się spodobały! Uznaliśmy, że są naturalne, tak jak i reszta kraju. Nikt nie wygładza tu niczego na siłę, według normy. Boczne drogi często nie mają asfaltu. Są bite ale równe. To też wzmacnia wiejski charakter kraju. Znudziło nam się już unijne ulepszanie wszystkiego: stalowo-szklane przystanki w środku najdalszej wsi, chodniki z barierkami, fotoradary, zabezpieczenia, ekrany ekologiczne. Tu nie ma żadnej z tych rzeczy. Jest za to poczucie ludzkiej wolności, w znaczeniu swobody, jaką daje przebywanie w naturalnym otoczeniu. Jednak Mołdawia wcale nie jest kopią socrealizmu sprzed kilkudziesięciu lat. Nie jest w żadnym stopniu "skansenem komunizmu". Półki sklepowe są pełne, zaopatrzenie jest identyczne jak na "Zachodzie". Kupić można wszystko. Po drodze mijaliśmy dziesiątki stacji benzynowych różnych firm. Nie ma więc też monopolu. Paliwo kosztuje jeszcze mniej niż na Ukrainie. Ludzie są bardzo życzliwi.

Mołdawskie miasta wyglądają troszkę smutno. Trochę jak nasze pod koniec lat 80-tych. Część hoteli jest już odnowiona, część faktycznie przypomina muzeum "słusznie minionych czasów" — bez ogrzewania, ciepłej wody, z odrapanymi ścianami i wyposażeniem z poprzedniej epoki. Widać jednak, że wszystko tu zmienia się bardzo szybko i zapewne ktoś w niedługim czasie zainwestuje swoje pieniądze w odnowę także i tych "perełek". Póki co, warto jeden z takich hoteli odwiedzić, choćby dla zabawy, albo żeby sobie przypomnieć, czym grozi "upaństwowienie".

Miast jest tu niewiele. W małych nie ma żadnego wyboru noclegu - jest tam najwyżej jeden hotel. W stolicy, Kiszyniowie, hoteli jest pod dostatkiem i są w przeważającej części bardzo nowoczesne, a zarazem niedrogie. Zorganizowanych miejsc kempingowych nie ma wcale, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby namiot postawić na skraju wsi, przy rzece, albo gdzieś pod lasem. Pola są elegancko zaorane, zasiane, urządzone są na nich winnice, bądź sady. Rolnictwo działa prężnie, choć zapewne nie ma tu żadnych dopłat.

Mołdawia to oczywiście również wino. Winnic jest tu sporo, jednak odnieśliśmy wrażenie, że nie ma tu specjalnie rozwiniętej kultury jego picia. Na próżno szukać winotek, w restauracjach i barach nie spotkaliśmy się z tym, aby zamawiano wino tak namiętnie jak to ma miejsce na przykład we Włoszech. W ogóle pije się tu chyba dość mało alkoholu, bo nawet gdy lokal serwuje piwo, niewiele osób je zamawia. Spora część produkcji mołdawskiego wina trafia na eksport a miejscowi zapewne raczą się winem domowym. Niedaleko Kiszyniowa znajdują się dwa słynne systemy podziemnych piwnic, złożonych z setek kilometrów wykutych w skałach ulic. Oto Milesii Mici oraz Cricowa, gdzie w idealnych, naturalnych warunkach dojrzewa wino. Niestety, obydwa miejsca udało nam się zobaczyć tylko z zewnątrz. Na zwiedzanie trzeba się umówić co najmniej z tygodniowym wyprzedzeniem, a my nie mieliśmy zawczasu przygotowanego planu. Zupełnie nam to jednak nie przeszkadzało, bo bardziej niż na zwiedzaniu, zależało nam zwyczajnie na "byciu" w tym pięknym, malowniczym kraju. A wino? Pełno go w sklepach. "Zwykłe" można kupić dość tanio. Bez trudu można też nabyć kolekcjonerskie butelki trzydziestoletniego trunku za nie więcej niż kilkadziesiąt złotych. Po intensywnych zakupach postanowiliśmy przywieźć część zabutelkowanej Mołdawii do domu.

Spokój i sielskość regionu to zapewne tylko pozór, pod którym kryje się niezbyt stabilna sytuacja polityczna kraju. Oficjalnie władze dążą do zbliżenia ze wspólnotą europejską, chcąc podążać śladami zachodniego sąsiada - Rumunii. Część ludzi tęskni jednak za Związkiem Radzieckim. Zdaje się, że głównie chodzi o obywateli przesiedlonych tu z terytorium Rosji po II wojnie światowej.

  •     —   Popatrz, to właśnie komunista! — Mówi nam Siemion, były wojskowy, teraz pilnujący porządku przed wejściem do nowoczesnego biurowca w Kiszyniowie.

Wskazuje palcem na starszego mężczyznę idącego chodnikiem.

  •     —   On stąd, ale nie nasz. — Mówi. — Przez czterdzieści lat nawet nie powiedział jednego słowa po naszemu. Tylko po rusku. Naszych wymordowali, albo wywieźli, a po wojnie przesiedlili tu Rosjan. Mieszkają tu, parszywi komuniści. To taki wrzód. Walczę z nimi ile mogę!

Siemion nie wyjaśnił jak walczy, ale jego słowa oddały w pełni polaryzację społeczną Mołdawii. Cyrylica miesza się tu z alfabetem łacińskim a język rosyjski z mołdawskim.

W Bielcach na głównym placu ktoś sprzedaje chorągiewki - flagę Mołdawii, Rosji i Związku Radzieckiego ze złotym napisem "CCCP". Każdy kupuje taką, jaką dyktuje mu serce. Każdy inną....

Na domiar złego, Naddniestrze jakiś czas temu ogłosiło nieformalną niepodległość, a tego samego chce położona w samym centrum kraju Gagauzja. Oba terytoria formalnie chcą przyłączenia do Federacji Rosyjskiej. Choć niektórzy delektują się wizytą w zbuntowanej Republice Naddniestrza, my postanowiliśmy sobie tego oszczędzić. Z fascynacją natomiast oglądaliśmy muzeum etnograficzne poświęcone niezwykłej mniejszości etnicznej, mieszczące się w małej wiosce Besalama, na terenie autonomicznego regionu Gagauzji. Szczególnie fascynujący wydał nam się przedstawiony tam rytuał, polegający na przygotowaniu symbolicznej trumienki z figurką dziecka. Młode dziewczyny puszczają takie nieco makabryczne symbole na wodę i pozwalają im odpłynąć podobnie jak w Polsce dziewczęta tradycyjnie czynią (a raczej czyniły) to z wiankami. Symbolicznemu pożegnaniu dzieciństwa towarzyszą życzenia co do zamążpójścia i szczęśliwego życia w roli dojrzałej kobiety.

W ciągu trzech dni przejechaliśmy przez Mołdawię od północy aż po sam kraj południowy. Wróciliśmy do Polski przez Rumunię, Węgry i Słowację. Cała podróż zajęła nam 8 dni. Przejechaliśmy dwa i pół tysiąca kilometrów. Z pewnością do wspaniałej Mołdawii jeszcze wrócimy! Do pięknych krajobrazów, świętych przydrożnych studni, nad którymi buduje się tu kapliczki, do radosnych ludzi, do wspomnień dawnych czasów, do słońca i wspaniałych, bezkresnych przestrzeni.

Post Scriptum

Jeśli ktoś miałby ochotę pozwiedzać Mołdawię, podrzucamy naszą 8-dniową trasę:

  • Dzien 1: Kraków (PL) - Lwów (UA)
  • Dzień 2: Lwów (UA)- Tarnopol (UA) - Czerwniowce (UA) - Bielce (MD)
  • Dzień 3: Bielce (MD) - Saharna (MD) - Tipova (MD) - Orgiejów (MD)
  • Dzień 4: Orgiejów (MD) - Butuceny (MD) - Trebujeni (MD) - Cricova (MD) - Kiszyniów (MD)
  • Dzień 5: Kiszyniów (MD) - Mileștii Mici (MD) - Komrat (MD) - Beselama (MD) - Kaguł (MD)
  • Dzień 6: Kaguł (MD) - Gałacz (MD) - Braszów (RO)
  • Dzień 7: Braszów (RO) - Sebes (RO) - Oradea (RO) - Debreczyn (HU)
  • Dzień 8: Debreczyn (HU) - Miszkolc (HU) - Koszyce (SK) - Preszów (SK) - Nowy Sącz (PL) -Kraków (PL)
Tekst: Paweł Zgrzebnicki
Przygotowując wyprawę i relację korzystano z następujących opracowań:
  • Łukasz Galusek, Michał Jurecki, Alexandru Dumitru, Karol Janas, Szczepan Żurek, Rumunia oraz Mołdawia - Mozaika w żywych kolorach, Bezdroża, 2015, Wydanie 5
  • Mapa, Rumänien, Moldau 1:600000, Reise Know How