Używamy plików cookies, w celu ułatwienia nawigacji, opracowania statystyk, dostosowania serwisu do preferencji użytkownika oraz przy współpracy z serwisami zewnętrznymi takimi jak Google, Facebook i Twitter. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji o plikach cookies znajduje się tutaj oraz w naszej polityce cookies. Zamknij

Meksyk, Gwatemala, Belize - 2005
Galeria zdjęć
Na skróty
1. Mexico City9. Flores
2. Oaxaca i okolice10. Tical
3. San Cristobal11. Belize City
4. Misol-Ha i Aqua Azul12. Ambergris Caye
5. Palenque13. Cozumel
6. Bonampak14. Isla Mujeres
7. Yaxchilan15. Jukatan
8. Gwatemala16. Tulum
Mapa

Oto rozpoczęła się nasza przygoda z kulturą Majów, Zapoteków i Azteków. W przeciągu trzech tygodni odwiedziliśmy kilka południowych stanów Meksyku, przedarliśmy się rzeką do dzikiej, północnej Gwatemali i wygrzewaliśmy się na białych piaskach karaibskiego Belize. Trzyosobowa ekipa penetrowała ruiny starych, prekolumbiskich kultur, degustowała wspaniałe trunki gorącej Ameryki Środkowej i podziwiała błękitne dno Morza Karaibskiego.

Mexico City


Samolot do Mexico City przyleciał dokładnie według rozkładu, o 17.30 czasu lokalnego (zegarki cofamy o 7 godzin), mimo godzinnego opóźnienia na starcie z powodu omyłkowego spuszczenia całej wody pitnej ze zbiorników. Ten wyjątkowo długi dla nas dzień rozpoczęliśmy na amerykańskim kontynencie wymianą waluty na lotnisku.

Następnie przyszedł czas na wybór taksówki, co wcale nie jest takie oczywiste. W Mexico City mamy do wyboru biało-żółte taksówki korporacyjne oraz dużo tańsze, ale ponoć niebezpieczne ze względu na zdarzające się wymuszenia i napady - niezrzeszone, zielone Garbusy. Mimo wyższej ceny zdecydowaliśmy się na wersję ponoć bezpieczniejszą i kazaliśmy zawieźć się do hotelu Monte Carlo (270 pesos za 3-os. pokój).

Po zrzuceniu bagażu poszliśmy na spacer po Zocalo, tak nazywa się centralny plac w centrum miasta. Była Wielka Sobota, dla katolików rozpoczęły się najważniejsze święta w roku. Według statystyk w Meksyku 90% ludności stanowią katolicy. Mimo to, rozumiany przez nas katolicyzm bardzo różni się od wiary praktykowanej przez deklarujących ją Meksykan. Tamtejszy katolicyzm sprawił na nas wrażenie mieszanki prawd biblijnych połączonej z dawnymi wierzeniami indiańskimi. Wieczór Wielkiej Soboty, który kończy Triduum Paschalne, dla polskich katolików jest czasem refleksji, wyciszenia, skupienia i wyczekiwaniem Dnia Zmartwychwstania Chrystusa. Z kolei na Meksykańskim Zocalo odbywają się festyny z pieśniami i tańcami. Gra głośna muzyka a gros widzów z balonikami przytupuje w rytmie żywej orkiestry.

Teotihuacan: widok ze szczytu Piramidy Księżyca
Teotihuacan: widok ze szczytu Piramidy Księżyca

W drugim dniu naszego pobytu wczesnym rankiem pojechaliśmy zwiedzić Teotihuacan - jedne z najbardziej znanych ruin w Meksyku, leżące na obrzeżach stolicy. Można tam dostać się w 45 minut autobusem z ostatniej stacji metra na północy Mexico City. Prawdopodobnie właśnie bliskość aglomeracji powoduje, że jest to tak popularny wśród turystów zabytek. Owszem - kompleks jest piękny i rozległy, ale masa zwiedzających go ludzi i równie liczna grupa sprzedawców wciskających na każdym kroku różnego rodzaju pamiątki powoduje, że wrażenia nie są tak miłe jak mogły by być. Teotihuacan to obowiązkowy punkt na mapie wycieczek, ale moim zdaniem najmniej atrakcyjny właśnie przez swoją komercyjność. Mimo, że oferta pamiątek pokrywa się z tym, co można zakupić w całej reszcie kraju, warto tu zaopatrzyć się w piękne figurki z równie pięknego obsydianu - skały z położonego na południowy wschód od Mexico City wulkanu.

Po męczącej wędrówce wsród zabytków całkiem dobrze zachowanego Teotihuacan, poszliśmy zwiedzić słynną Bazylikę Matki Boskiej z Guadalupe. Jest to miejsce, gdzie corocznie przybywa około 15 milionów pielgrzymów. Na cały kompleks świątynny składa się względnie nowa bazylika wybudowana w latach 1974-6 oraz stara kaplica z okresu kolonialnego, stojąca na wzgórzu - "Capilla de las Rosas" - miejsce pierwszego objawienia Maryi. Tu znajduje się święty obraz Matki Boskiej z Guadalupe, gdzie tysiące wiernych zostawia swoje fotografie w nadziei spełnienia próśb i modlitw. Miejsce - podobnie jak polska Jasna Góra - bardzo wyjątkowe dla wiernych - a mimo to, w ostatniej ławce kaplicy siedziała meksykańska rodzina zajadająca lody. Zachowanie dla nas niedopuszczalne a dla nich normalne, a jak widać i my i oni to dzieci boże :)

Oaxaca i okolice

Tlacochahuaya: dziedziniec XVII-wiecznego klasztoru dominikańskiego
Tlacochahuaya: dziedziniec XVII-wiecznego klasztoru dominikańskiego

Jeszcze tego samego dnia opuściliśmy stolicę Meksyku i nocnym autobusem pojechaliśmy do Oaxaca. Miasteczko to, będące jednocześnie stolicą stanu o tej samej nazwie, leży w terenie górzystym o ostrym, chłodnym klimacie. Autobus przybył na miejsce o 6 rano. Zaraz po przyjeździe zjedliśmy śniadanie i wynajęliśmy taksówkę na cały dzień. Kierując się wskazówkami Lonely Planet pojechaliśmy zwiedzić wycinek tego ciekawego stanu. Z 15-tu grup etnicznych zamieszkujących stan najliczniejsi są ZapotekowieMistekowie. Ich przodkowie pozostawili między innymi osadę Monte Alban, która zachwyciła nas rozmachem budowli, spokojem i perfekcją planowania. Spędziliśmy tam dwie godziny stąpając śladami dawnych mieszkańców. Stamtąd pojechaliśmy w stronę Mitla. Po drodze zatrzymaliśmy się w Tlacochahuaya i zwiedziliśmy XVII wieczny Klasztor Dominikański oraz organy z 1620 r. Kolejnym przystankiem była Santa Maria del Tule i podziwianie 2000-letniego cypryśnika meksykańskiego. Drzewo o 42 metrach szerokości naprawdę robi wrażenie. W końcu dojechaliśmy do ostatniego punktu - do niezwykłych ruin Mitla. To tutaj w latach 700-900, kiedy opuszczano Monte Alban - Zapotekowie przenieśli ośrodki religijne i administracyjne. Potem Mitla zamieszkiwali Mistekowie, których zastali tu Hiszpanie. Duży kompleks architektoniczny, na którym w jednej jego części stoi Kościół San Pablo Apostol, został wzniesiony w XVII wieku z materiałów pierwotnej zabudowy. Wracając do Oaxaca zatrzymaliśmy się jeszcze w jednej z wielu występujących tutaj destylarni Meskalu. Najpierw przystąpiliśmy do degustacji kilkunastu gatunków trunków w obrębie których występowało równie wiele rodzajów: od słodkich, gęstych likierów, przez półwytrawne po wręcz surowe, wytrawne wódki. Po pierwszej degustacji aby móc zobaczyć całą technologię powstawania tegoż trunku musieliśmy zakupić chociaż jedną butelczynę. Wybór padł na Meskal wiśniowy, lekko słodkawy.

Po zwiedzaniu meskalerii pojechaliśmy prosto do Oaxaca. Kierowca pożegnał nas w samym centrum miasteczka. Było późne popołudnie więc poszliśmy coś przekąsić do swojskiej restauracji w pobliżu Zocalo. Potem przemierzyliśmy historyczne centrum i główną promenadą z kolorowymi kamienicami skierowaliśmy się w stronę dworca. Oaxaca opuściliśmy o 21-szej autobusem, który po 12 godzinach dowiózł nas do San Cristobal de las Casas.
A propos samej podróży - Meksykanie bardzo wiele uwagi poświęcają kontroli podróżujących. Często przed wejściem do autobusu wszyscy podróżni są sprawdzani wykrywaczem metalu a po zajęciu swoich miejsc policja rejestruje twarz każdego podróżnika kamerą.

San Cristobal de las Casas

Dzień 18.04 rozpoczęliśmy o 9 rano w San Cristobal de las Casas. Z dworca skręciliśmy w lewo i ulicą biegnącą w górę poszliśmy do pięknego hoteliku Plaza Central przy ulicy Paniaqua 2. Miasteczko bardzo, bardzo ładne; towarzyszący większości miast meksykańskich olbrzymi smog i korek tutaj jest nieodczuwalny.

Pokój za 150 pesos w drewnianym hotelu o budowie atrialnej jak zwykle nie należał do najbardziej czystych. Mimo to niezwykła architektura przyciąga wielu podróżników. Dostaliśmy pokój na pięterku z oknem na ganek. Pan sprzątający nie zdążył jeszcze wymienić pościeli i wywietrzyć po palącym poprzednim gościu a już nasza ekipa zrzuciwszy plecaki zaległa do snu po dwóch dniach czujnego spania w meksykańskich autobusach.

Targ w San Cristobal de las Casas
Targ w San Cristobal de las Casas

Wstaliśmy około południa, kiedy słonko wdzierało swe ostre promienie na atrium hotelu. Polecam to miejsce do spania wszystkim planującym odwiedzić San Cristobal. Dla mnie to miejsce było bajeczne i dlatego bardzo zapadło mi w pamięć. Popołudnie spędziliśmy na Zocalo przemierzając miasto brukowanymi uliczkami, pomiędzy skromnymi ale bajecznie kolorowo pomalowanymi domami i kamieniczkami. Jest to miejsce naprawdę ładne. W jednym z biur turystycznych kupiliśmy wycieczkę po stanie Chiapas na najbliższe kilka dni. Na koniec wędrówki, kiedy zapadł już zmrok dotarliśmy na położony powyżej naszego hotelu targ na którym handlują prawdziwi Indianie ubrani w tradycyjne stroje - kobiety noszą grube, wełniane, niedopasowane spódnice przewiązane szerokimi pasami oraz bluzki z satynowego materiału z poziomymi wzorami na wysokości piersi. Spędziliśmy tu dużo czasu, oglądając każdy stragan. Wszystkie sprzedawane tutaj rzeczy są bardzo oryginalne i nie robione wyłącznie dla turystów. Zakupiliśmy prawdzie skórzane kapelusze (po 400 pesos każdy), indiańskie spódniczki wyszywane w kwiatki (po 100 pesos), szaliczki w indiańskie wzorki, łapacze snów i inne drobnostki. Kończąc zakupy, zamówiliśmy pyszną, gotowaną kukurydzę, grillowaną następnie do momentu uzyskania lekkiego zbrązowienia ziaren i polaną sosem chilli - przepyszne.

Wieczory w San Cristobal są bardzo chłodne. Miasteczko położone na wysokości 2100 m n.p.m., otoczone górami wymusza na tubylcach wyrób wełnianej odzieży i nierzadko zakup jej przez zbyt lekko ubranych turystów. Tego wieczoru poszliśmy jeszcze przyglądnąć się życiu nocnemu, które raczej kształtują przyjezdni niż lokalni i zdegustować piwo w jednej z wielu knajp o bardziej europejskim niż meksykańskim charakterze. Niestety - jak wiadomo - takie miejsca są relatywnie drogie i nie zawsze spełniające oczekiwania wędrowców szukających egzotyki. Kolejny dzień (19.04.06) przywitaliśmy jeszcze przed wschodem słońca. Spakowaliśmy manatki i przed świtem spod pięknego hoteliku wyruszyliśmy na trzydniową wycieczkę wynajętym busem. W pierwszej kolejności pojechaliśmy obejrzeć wodospady Aqua Azul oraz Misol-Ha.

Misol-Ha i Aqua Azul

Agua Azul
Agua Azul

Agua Azul

Wodospad w Misol-Ha ma 40 m wysokości i dozwolona jest tutaj kąpiel u stóp kaskady. Wszystko otoczone jest bujną tropikalną zielenią i ludzie kąpiący się wśród tych walorów wyglądają raczej jak tubylcy zamieszkujący najbliższy areał dżungli a nie jak turyści. Po zobaczeniu wodospadu i jaskini ukrytej za kurtyną wodospadu, na przydrożnych straganach zgasiliśmy pragnienie mleczkiem kokosowym prosto z otwartego owocu - smak dość mdły ale warto spróbować. Droga do Aqua Azul wiedzie przez bardzo krętą i górzystą drogę co budziło poważny sprzeciw naszego błędnika. Pięć godzin takiej jazdy dało się we znaki; lekko skołowani byliśmy już po pierwszym etapie wycieczki a znów musieliśmy wsiąść do busika aby dotrzeć do kolejnego cudu - stworzonego ręką Majów Palenque.

Palenque

Palenque stanowi jedno z ważniejszych obszarów archeologicznych Meksyku. To starożytne miasto stanowiło 500 budynków usytuowanych na obszarze 15 kilometrów kwadratowych. Wszystko co tutaj można zobaczyć zostało zbudowane bez żadnych metalowych narzędzi, bez pomocy zwierząt ani koła. Na tym obszarze ukrytym w dżungli można na fasadach budynków znaleźć malowidła kolorowane krwią a także niebieskimi i żółtymi barwinkami. Okropnie dokuczliwy upał bardzo utrudnia zwiedzanie. Przed wyjściem z obszaru archeologicznego plac oblegają stragany oferujące przeróżne pamiątki, indiańskie bożki, biżuterię oraz różnej postaci kalendarze Majów. Przy jednym ze straganów posililiśmy się tortillą con pollo (z kurczakiem), a następnie pojechaliśmy do ówczesnego centrum miasta Palenque odległego 10 km od ruin. Zakwaterowaliśmy się w hotelu i zmordowani skwarem rozpoczęliśmy walkę z gorącem. Mimo włączonej klimatyzacji, gorąc powodował stopniowe wyczerpanie organizmu. Nie pomagał zimny prysznic ani leżenie mokrym na łóżku. Dopiero zachód słońca pozwolił nam wystawić ciała na zewnątrz i porozglądać się po centrum. Tego wieczoru odwiedziliśmy aptekę celem zakupienia preparatu za oparzenia spowodowane zwiedzaniem Palenque, na straganach zakupiliśmy wyszywane spódniczki a potem usiedliśmy w jednej z kafejek i delektowaliśmy się przyjemnym wieczorem z Cafe-Mexicana czyli tutejszą kawą z meskalem.

Kolejny dzień (20.04.06) w Palenque rozpoczęliśmy znów bladym świtem. O 6.00 przyjechał pod hotel bus, który nas zabrał na kolejny etap wykupionej w San Cristobal wycieczki. W busie towarzyszyła nam jedynie meksykańska rodzinka. Tak naprawdę to nie znaliśmy dokładnych planów tego dnia. O 9-tej rano zatrzymaliśmy się na śniadanie w miejscu przeznaczonym do karmienia przejeżdżających tą drogą wycieczek. Śniadanie meksykańskie, bufet otwarty i pełny wybór - od ryżu przez powszechną jajecznicę, wszechobecną mieloną fasolę po cały bukiet owoców łącznie ze smażonymi bananami. Jadąca z nami rodzina mówiła po angielsku i dzięki niej poznaliśmy dokładny plan dnia. Po śniadaniu i mieszaniu w bagażach, które zostały przerzucone do innego busa dojechaliśmy pod pierwszy obiekt do zwiedzenia - Bonampak.

Bonampak

Bonampak w języku Majów oznacza "Malowane Ściany". Wewnątrz ruin usytuowanych w środku dżungli zachowały się fasady z kolorowymi malowidłami, freski, oraz stele - freski wyryte w pojedynczym, jednolitym kamieniu. Miejsce bardzo urokliwe, bez turystów, odkryte dopiero w 1946 roku. Przy wyjściu napotkaliśmy się - jak zwykle - na stragany z ręcznymi robótkami żyjących na tych terenach potomków Majów. Jedna taka tubylcza rodzinka przykuła naszą uwagę odmienną urodą. Bardzo szerokie twarze, rozrośnięte kości policzkowe, włosy mocno kręcone, sylwetki dość obszerne. Ubrani byli w białe lniane sukienki przypominające pidżamy. Jak się potem okazało taką charakterystyczną fizjonomię mają rdzenni mieszkańcy tego terenu - pogranicza MeksykuGwatemali.

Yaxchilan

Następnym punktem wycieczki była kolejna osada Majów - Yaxchilan. Aby do niej dotrzeć, z miejscowości Frontera Corozal popłynęliśmy łódką wzdłuż rzeki Usumacinita stanowiącej jednocześnie granicę z Gwatemalą. Świetność osady Yaxchilan przypada na okres 681-800. Miejsce zostało opuszczone w 810 roku. Można tu zobaczyć świetnie zachowaną kolorystykę fresków - dzięki temu iż rośliny, które zarosły owe budynki pozostawiły na ich ścianach woskowo-klejące substancje tworzącą ochronną powłokę, niektóre malunki zachowały się do dziś w niemal nienaruszonym stanie. Po raz pierwszy udało nam się wejść do wnętrza jednej z budowli - poruszaliśmy się po wąskich korytarzach obecnie zamieszkałych przez pająki i skorpiony. Pomieszczenia te nie miały okien, więc szliśmy w zupełnych ciemnościach po niepewnym gruncie za latarką przewodnika. Ruiny Yaxchilan rozpościerają się na bardzo dużym obszarze ale duchota i gorąc nie pozwalają na całodniowy spacer.

Stara ścieżka Majów w dżungli Yaxchilan
Stara ścieżka Majów w dżungli Yaxchilan

Wróciliśmy tę samą drogą oglądając porośnięte dżunglą nadbrzeże Meksyku i Gwatemali. We Frontera Corozal zjedliśmy obiad i pojechaliśmy do bazy noclegowej. W osadzie przywitał nas długowłosy potomek Maja, ubrany w pidżamkowatą białą sukienkę, którego natychmiast ochrzciliśmy Jezusem. Jezus zarządzał w swojej osadzie. Zaprowadził nas do dżunglowej drewnianej chatki, która była naszym lokum do spania na najbliższą noc. Standard można przyrównać do naszych beskidzkich schronisk PTTK-owskich, umeblowanych piętrowymi łóżkami; z tym wyjątkiem, że każde spanie jest tutaj wyposażone w moskitierę. Po posiłku i zrzuceniu plecaków wskoczyliśmy do rzeczki płynącej tuż pod naszymi oknami (jak doczytaliśmy później w przewodniku, tego typu atrakcji należy raczej unikać - rzeczki i rozlewiska to miejsca inkubacji wielu larw i przywr, które nie są bezpieczne dla człowieka zwłaszcza, kiedy dostaną się do wnętrza organizmu naturalnymi otworami). Kiedy do kąpieli dołączyły dzieci Jezusa, różnice w rasach się zatarły - wspólnie wyglądaliśmy jak rodowici mieszkańcy prawdziwej indiańskiej wioski. Na kolację zostaliśmy ugoszczeni kurczakiem z ryżem, tortillą i salsą (sos z drobno pokrojonymi pomidorami, cebulą, pietruszką i ostra papryczką). Dzień zakończyliśmy piwem Modelo Special.

Trzeci dzień wycieczki zaplanowanej w San Cristobal wypadł 21.04. Po śniadanku syn Jezusa poszedł z nami na czterogodzinną wycieczkę po dżungli. Nasz mały przewodnik - ubrany oczywiście w długą, białą szatę - po wąskich ścieżkach poruszał się bez mapy i kompasu. Oczy i uszy mieliśmy szeroko otwarte. Cały czas patrzyliśmy pod nogi aby pechowo na coś nie nadepnąć. W wycieczce towarzyszyła nam wcześniej już wspomniana meksykańska rodzinka, która tłumaczyła nam na angielski lekcje przyrody Jezusowego syna. Spacer po mniej lub bardziej wydeptanych ścieżkach zakończyła kąpiel w bajecznej lagunie.

Wycieczka do dżungli w okolicach Corozal
Wycieczka do dżungli w okolicach Corozal

Po powrocie wczesnym popołudniem podjęliśmy szybką i odważną decyzję o przejeździe do Gwatemali. Głównym argumentem przeciw była powszechna opinia, że kraj ten nie należy do najbezpieczniejszych i napady rabunkowe na turystów, kradzieże a nawet gwałty nie należą do rzadkości. Opinie takie wyraża przewodnik Lonely Planet a także sami meksykanie, którzy współpracują z turystami jako kierowcy i "busiarze". Z pewnością takie sytuacje na pewno miały i mogą mieć miejsce ale w mojej opinii nie należą one do częstych a niestety tak bywa, że raz zasłyszane plotki potrafią długo, długo krążyć wśród ludzi. Koniec końców zdecydowaliśmy się na samotny wyjazd z obozowiska.

Welcome to Guatemala

Jezus zawiózł nas swoim Nissanem do Frontera Corozal. Tam zgłosiliśmy się do punktu granicznego, gdzie dostaliśmy na pożegnanie pieczątki ze stanu Chiapas i poszliśmy w kierunku rzeki stanowiącej granice państw. W momencie dopadł nas człowiek oferujący transport łodzią za 300 pesos. Tym razem popłynęliśmy w przeciwnym kierunku niż poprzedniego dnia do Yaxchilan - do gwatemalskiego miasteczka Bethal. Po 20 minutach rzecznego transportu łódka przycumowała na drugim brzegu rzeki. Zobaczyliśmy przez sobą tylko wysoką, piaszczystą skarpę. Nie było nawet widocznej ścieżki, która mogła by wskazywać jakąś drogę. Wspięliśmy się po tej skarpie do góry i zobaczyliśmy wioskę jakby od peryferii. Przeszliśmy pomiędzy domami starając się nie zwracać na siebie szczególnej uwagi i intuicyjnie kierowaliśmy się w stronę "centrum". Po chwili dotarliśmy do miejsca, na które składało się kilka sklepów. Ktoś, oceniając pewnie po obcym wyglądzie pokierował nas do "migracion". Tu powitał nas bardzo sympatyczny gwatemalski pogranicznik i po zapłaceniu wiz w cenie $5 oraz dokonaniu formalności paszportowych usłyszeliśmy serdeczne "Welcome to Guatemala". Przestawiliśmy zegarki (w stosunku do czasu meksykańskiego o 1 godzinę do tyłu) i zakupiliśmy bilety autobusowe na godzinę 17-tą do Flores. Do odjazdu pozostało nam ok. 3 godzin, więc degustując piwo Gallo, usiedliśmy w cieniu i zaczęliśmy przyglądać się rzeczywistości i oswajać z nowymi realiami. Pierwsze wrażenia znacznie uspokoiły nasze obawy, których nabyliśmy po przeczytaniu przewodników. Znaleźliśmy się w małej, zacofanej wiosce z klasycznym klimatem chłopów siedzących pod sklepem, pijących piwko i patrzących w nicość. Każdemu z nich czas płynie spokojnie a myśli wybiegają co najwyżej na najbliższe jutro. Mieliśmy wrażenie, że gwatemalczycy wbrew opiniom są znacznie przyjemniejsi a kobiety ładniejsze i szczuplejsze niż w Meksyku. Wszystkie te odczucia, ta zaściankowość i prostota spowodowały, że Gwatemala bardzo nam się spodobała.

Biuro celne w miasteczku Bethal
Biuro celne w miasteczku Bethal

Nasze oczekiwania na autobus znacznie się skróciły, bo nagle znalazł się bus, który chyba najprawdopodobniej wracał "do zajezdni". Pani, która sprzedała nam bilety powiedziała, że są one również ważne na ten kurs, z tym, że będziemy mieli przed Flores jedną przesiadkę. W autobusie oprócz trzech mężczyzn to znaczy kierowcy i dwóch chłopców, którzy mu towarzyszyli nie było nikogo. Jechaliśmy po bitej, białej drodze po całkowitym pustkowiu. Za kłębów unoszącego się gęstego kurzu widać było pojedyncze drzewa i krzewy w większości podjedzone przez zwierzęta. W pierwszych chwilach tej trzymającej w napięciu podróży ogarnęło nas przerażenie i bezsilność na wypadek gdyby trójka kierujących pojazdem miała jakieś niecne zamierzenia wobec nas. Aby ostudzić rosnący w nas niepokój próbowaliśmy nawiązać jakąś konwersację z gwatemalczykami. Basia odważnie podeszła do nich aby się upewnić, że faktycznie jedziemy w stronę Flores. Pokazała mu mapę ale wyglądało na to, że pierwszy raz widzi swoją ojczyznę zlokalizowaną na papierze wśród współrzędnych geograficznych. W języku migowym zrozumieliśmy, że chłopcy jadą do domu a my musimy wysiąść koło Flores i szukać kolejnego połączenia. Ukradkiem włączyliśmy GPS aby upewnić się, że chociaż kierunek jazdy jest prawidłowy. W miarę jak zaczęliśmy przejeżdżać przez kolejne wioski adrenalina spowodowana niepewnością sytuacji powoli zaczęła opadać. Stwierdziliśmy w końcu, że jest to jedyna droga, która wiedzie do naszego celu.

Przydrożny krajobraz potwierdził nasze pierwsze spostrzeżenia, że Gwatemala to bardzo biedny kraj. Widzieliśmy walące się wiejskie chałupy-gospodarstwa, które żyją ze zbioru owoców, kukurydzy i bydła. W pewnym momencie autobus zatrzymał się na rozwidleniu dróg i zrozumieliśmy, że tutaj mamy wysiąść. Stanęliśmy z plecakami przy drodze i za niespełna pięć minut zatrzymał się bus jadący do Flores. Tutaj załogi w autobusach raczej są kilkuosobowe. W tym przypadku jechał ojciec z synem. Syn wciągnął nam bagaże na dach. Po piętnastu minutach jazdy byliśmy u celu podróży - we Flores.

Flores

Flores: centrum, czerwony budynek to nasz hotel
Flores: centrum, czerwony budynek to nasz hotel

Flores to przepiękne miasteczko usytuowane jest na maleńkiej wysepce na jeziorze Peten Itza. Na wyspę prowadzi okazały most. Wysiedliśmy tuż przy wjeździe do miasta, które stanowi umowny dworzec. Zaraz dopadł nas łowca turystów oferując pełną gamę hoteli. Nocleg wykupiliśmy w jednym z nich, oferującym za przystępną cenę piękny widok na jezioro. Flores zachwyciło nas swoim kameralnym klimatem - wąskie uliczki, wzdłuż których biegną rzędy kolorowych (z przewagą czerwonych) kamieniczek a w nich sklepy, stragany i ciepło wnętrza kafejek i restauracji. Nas skusiła "La Luna" - dobrym wizerunkiem i rekomendacjami przewodnika. Rzeczywiście była tam bardzo miła obsługa a kolacja z gwatemalskim piwem - wyśmienita. Potem poszliśmy jeszcze rzucić okiem na to co dzieje się wokół głównego placu. Mimo późnej pory nadal tętniło tam życie, czynne były stragany z tortillami i pamiątkami, młodzi chłopcy grali w piłkę, a turyści przewijający się po uliczkach nie zwracając swoim zachowaniem uwagi innych, płynnie wplatali się w urok tego miejsca.

Tarantula
Tarantula

Rano (22.04) po dobrym śniadaniu które zawierało między innymi przepyszny, wymarzony owocowy shake z mlekiem, poszliśmy buszować po sklepach. Nie mogliśmy się oprzeć rękodziełu tutejszych rzemieślników i popełniliśmy duże zakupy w postaci glinianych dzbanków, torebek z charakterystycznym haftem i zawijanych spódnic. Około południa zebraliśmy się i pojechaliśmy do El-Remate - wioski usytuowanego z drugiej strony jeziora Lago de Peten Itza przy drodze do Tical. Miejsce to nie ma żadnego centrum, zabudowa skupiona jest wzdłuż drogi biegnącej między dżunglą a brzegiem jeziora. Zamieszkaliśmy w przeuroczym hoteliku "Sak Luk Tical" usytuowanym na stromej skarpie, do którego prowadziły strome schody biegnące przez dżunglową roślinność. Teren hotelu stanowiły wykonane tanim kosztem kolorowe bungalowy. W oknach zamocowano szczelne siatki przeciw wszelakim stworzeniom zamieszkującym ten teren. Przed każdym domkiem stały przeróżne rzeźbione postacie, a kamiennymi ścieżkami wędrowały swobodnie tarantule. Cały kompleks usytuowany był w naturalnej roślinności a autorem całego wystroju okazał się bardzo miły właściciel, który był artystą z wykształcenia. Tego samego dnia wybraliśmy się na wycieczkę konną po dżungli. Miejscowy Indianin pokazał nam najbliższą okolicę; po trzech godzinach jazdy w siodle mieliśmy dość. Wynikało to oczywiście z braku wprawy i praktycznie zerowego doświadczenia.

Dzień 23.04.06 rozpoczęliśmy bardzo wcześnie. Od 6 rano czekaliśmy na busa, który miał nas zawieźć do Tical. Niestety - jak się okazało - transport odjechał o pięć minut wcześniej niż zakładano i zmuszeni byliśmy czekać kolejną godzinę na następny pojazd.

Tical

Tical: Świątynia II
Tical: Świątynia II

Tical to największy z odwiedzonych przez nas kompleksów Majów. Usytuowany jest w gęstej, wysokiej dżungli, na olbrzymim obszarze. Aby zobaczyć wszystkie zabytki i wdrapać się na wszystkie z możliwych piramid potrzeba całego dnia. Duże zagęszczenie drzew i liczne alejki czynią to miejsce bardzo spokojnym. Nie odczuwa się w ogóle obecności innych turystów. Słychać jedynie dzikie pokrzykiwania małp i stukanie tukanów. Chwilami tylko obracaliśmy się za siebie czy cicho nie skrada się za nami jaguar.

Około 14-tej opuściliśmy Tical, ponieważ mieliśmy w planach opuszczenie Gwatemali i dotarcie do Belize jeszcze tego samego dnia. Po powrocie z Tikal zabraliśmy plecaki z naszego bajecznego hoteliku (było to najpiękniejsze miejsce noclegowe w jakim spałam), pożegnaliśmy się z artystą-właścicielem i ruszyliśmy znowu w dziką Gwatemalę. Jak zwykle jakiś autobus miał jechać (nie wiadomo skąd dokładnie i o której) ale zamiast czekać na niego, doczepiliśmy się do przejeżdżającego auta z paką i kawałek "podciągnęliśmy" do skrzyżowania, z którego miał jechać zwykły kursowy autobus do granicy gwatemalsko-belizeńskiej.

Belize City

Belize City
Belize City

Wszystko poszło zgodnie z planem. Na granicy nie było żadnych niespodzianek, wypełniliśmy wnioski wizowe, dokonaliśmy opłat i ostatnim "rzutem na taśmę" załapaliśmy się na autobus jadący do Belize City. W autobusie panował ścisk i tłok a w trakcie trzygodzinnej podróży wynikła jeszcze awantura wśród miejscowych (o to kto komu powinien ustąpić miejsca i dlaczego). Była ciemna noc kiedy przybyliśmy na miejsce. Po przestrogach jednego z pasażerów autobusu byliśmy ogarnięci lekkim strachem przed kradzieżą lub napadem, skupiliśmy więc całą swoja uwagę na bagażach i szukaniu taksówki, która zawiezie nas do jakiegoś lokum noclegowego. Miasteczko Belize City wieczorem robiło wrażenie bardzo niebezpiecznego, na każdej uliczce pełno naćpanych czarnoskórych Belizeńczyków albo żebrzących bezdomnych. Po kilku próbach nieudanego zakwaterowania dostaliśmy nocleg za $10 za trzyosobowy pokój. W nazwie co prawda miejsce to było hotelem, ale nam przypominało noclegownie dla bezdomnych. Obskurny pokój, śmierdząca pościel, odrażająca łazienka spowodowały, że owinęliśmy się w śpiwory i nie dotykając niczego staraliśmy się jak najszybciej usnąć aby przenieść się na parę godzin w inną rzeczywistość.
Rano obudziło nas słoneczko i gwar za oknem. Zmęczenie odpłynęło i łatwiej było nam zmierzyć się ze straszną łazienką w celu odbycia porannej toalety i zmycia jeszcze gwatemalskiego kurzu.

Ambergris Caye

Na wyspie Ambergris Caye
Na wyspie Ambergris Caye

O 10:30 wsiedliśmy na łódkę i popłynęliśmy na małą wyspę Ambergris Caye do jedynego znajdującego się tam miasteczka San Pedro. Miejsce to jest na prawdę niezwykłe. Bajeczna, dzika wyspa z bambusowymi bungalowami przy plaży, małymi knajpkami ze stolikami ustawionymi na piasku, wchodzącymi prawie do morza. Od brzegu rozpościera się błękitna, rajska laguna. Do morza biegną lekko kiwające się drewniane mola przy których zacumowane są zarówno skromne łódki Belizeńczyków jak i ekskluzywne jachty przybyszy. Panuje w tym miejscu niezwykłe poczucie wolności i swobody, daleki staje się widok europejskiego pośpiechu. Ludzie tutaj żyją bardzo skromnie. Całe życie praktycznie skupia się na dwóch ulicach przy których znajduje się szkoła, poczta, pogotowie, restauracje, sklepy spożywcze i z pamiątkami. Przy plaży kwitnie handel wyrobami jubilerskimi.

Od dnia przybycia na tę wyspę trochę zmniejszyliśmy tempo naszej wycieczki. Klimat i atmosfera panująca w San Pedro w pewnym sensie na nas to wymusiła. Zakwaterowaliśmy się w bardzo eleganckim pensjonacie i rozpoczęliśmy trzydniowe leniuchowanie na karaibskiej wyspie. Dzień nasz ograniczał się do spania, leżenia na słońcu, nurkowania na rafie z rekinami (na szczęście niegroźnymi dla człowieka), degustowania lokalnego jedzenia, chłodzenia organizmu pod bambusowymi parasolami, popijania Belikin Beer i powtarzania złotej myśli "No shirt. No shoes. No problem!".

Cozumel

We środę 26.04 opuściliśmy zarówno San Pedro jak i Belize i popłynęliśmy do Chetumal w Meksyku. Stamtąd autobus zawiózł nas do Playa del Carmen. W tym zbiorowisku hoteli zatrzymaliśmy się jedynie na noc a rano popłynęliśmy na meksykański Cozumel. Dla wytrawnych nurków (a taki znajdował się w naszej ekipie) wybrzeże Cozumel jest bardzo zachwalane i niezwykle polecane. Wyspa ta diametralnie różni się od belizeńskiej Ambergris Caye. Tutaj wzdłuż wybrzeża stoją drogie hotele z całymi kompleksami dla wymagających turystów. Najładniejsze i najciekawsze plaże są prywatne i należą do hoteli. Zamieszkaliśmy się w hotelu dla nurków praktycznie w centrum miasta za w miarę rozsądną cenę. Jak to zwykle bywa w pierwszy dzień na nowym miejscu, poszliśmy zorientować się w terenie. Starówka jest tu niewielka, większość stanowi wcześniej wspomniana zabudowa hotelowa. Miasto nie należy do ładnych, jest bardzo... zwyczajne. W knajpach i restauracjach ceny są bardzo wysokie. Trochę rozczarowani i zdegustowani pierwszymi wrażeniami, usiedliśmy w jedynej miłej pizzerii w której byliśmy jedynymi przyjezdnymi. Tu mogliśmy zjeść tani posiłek i napić się piwa za normalną cenę.

W drugim dniu (28.04) naszego pobytu na Cozumelu pożyczyliśmy Jeepa i objechaliśmy całą wyspę wokół. W przewodniku opisane są ruiny Majów do których można dojechać samochodem. Usytuowane one są podobno na samym końcu wyspy. Niestety w pewnym momencie jadąc wzdłuż plaży, roślinność zaczęła się robić coraz bardziej dzika, drogą przechodziło coraz więcej legwanów a koła auta coraz bardziej grzęzły w piasku. Gdyby w tej przeprawie do osady Majów towarzyszył nam jeszcze jeden samochód pewnie dobrnęlibyśmy do celu, ale niestety obawialiśmy się, że kiedy zakopiemy się na dobre w piachu, nie damy rady sami się stamtąd wydostać. Musieliśmy zawrócić i dalsze zwiedzanie wyspy ograniczyliśmy do głównych szos (ach te Jeepy Wranglery - żadne z nich maszyny off-roadowe...). Północne terytorium wyspy nie jest tak bardzo zabudowane i zamieszkane jak jej pozostała część. Udało nam się jednak dotrzeć do dzikiej knajpy z drewnianym barem i hamakami. Tam też oddaliśmy się drzemce przy wspaniale chłodzącym wietrze i szumiącym morzu. W planie naszej wycieczki na pobyt na Cozumelu przewidzieliśmy kilka dni ale skoro szeroka oferta klubów nurkowych nie przebiła w żadnej mierze belizeńskiej, stwierdziliśmy, że trzeba poszukać milszych miejsc na spędzenie tych kilku dni które nam jeszcze pozostały. Następnego dnia o 14-tej oddaliśmy pożyczony samochód i odpłynęliśmy na Isla Mujeres (Wyspę Kobiet).

Isla Mujeres

Legwan na Wyspie Kobiet
Legwan na Wyspie Kobiet

Isla Mujeres to bardzo miłe miejsce. Jest to wyspa odwiedzana przez masę turystów, ale zachowuje swój oryginalny, karaibski klimat. Mieszkaliśmy w hotelu przy samej plaży. Praktycznie dwa pełne dni spędziliśmy na wygrzewaniu się w półcieniu pod palmami. Plaże na Isla Mujeres wysypane są najdrobniejszym, najdelikatniejszym i najbielszym piaskiem po jakim do tej pory stąpaliśmy.

Jukatan - z Cancun do Chichen Itza

Drugą po Ambergris Caye rajską wyspę opuściliśmy 03.05 i popłynęliśmy na ląd zmierzając do jednego z ostatnich miejsc w planie naszej wycieczki - do sławnego Cancun. Przybyliśmy tam o 14-tej. Z względu na fakt, że do powrotu do Mexico City pozostało nam jeszcze dwa dni, zaraz pożyczyliśmy samochód i pojechaliśmy do Chichen Itza, największego miasta Majów na meksykańskiej części półwyspu Jukatan. Jest to miejsce równie intensywnie i tłumnie odwiedzane przez turystów jak Teotihuacan. Dojechaliśmy ledwo przez zamknięciem, udało nam się więc zrobić jedynie parę fotek piramidzie El Castillo poświęconej bogowi Kukulcan (często przywoływanej na okładkach przewodników jako wzorcowego przykładu budowli Majów) oraz Alei Tysiąca Kolumn. Około 20-tej byliśmy z powrotem w Cancun. Trochę zmęczeni poszliśmy odwiedzić słynną dzielnicę hoteli, barów, knajp i dyskotek. Dotarliśmy nawet pod zachwalaną przez jednego z naszych kolegów, największą podobno dyskotekę świata - Coco-Bongo. Do tego właśnie miejsca na półwyspie Jukatan przyjeżdża tysiące turystów aby na parę dni zmienić otaczającą ich na co dzień rzeczywistość. Tutaj wydają wielkie pieniądze, przechodzą metamorfozę i czują się wolni. My mieliśmy inne odczucie. Przepych, bogactwo, drożyzna, ludzie ubrani w markowe ciuchy wprowadzały nas w całkiem odmienny nastrój niż dotychczasowe karaibskie klimaty. Nie zagościliśmy tam długo. Odwiedziliśmy (co stało się już tradycją naszych podróży) - "Hard Rock Cafe" i uciekliśmy do starej dzielnicy Cancun, gdzie mieścił się nasz hostel.

Tulum

Rano 04.05 pojechaliśmy zobaczyć odległe od Cancun o 139 km Tulum - miasto Majów wzniesione na urwisku nad samym morzem. W drodze zwiedziliśmy jeszcze piękne jaskinie. Ruiny piękne, natomiast współczesne Tulum niestety nie ma czym zachwycić. Domy stoją przy jednej głównej ulicy przy której skupia się zresztą całe życie. Tam też zatrzymaliśmy się w jednej z restauracji i przed drogą powrotną zjedliśmy bardzo dobry obiad. Ostatni wieczór na Jukatanie spędziliśmy na starówce Cancun w jednej z miłych knajpek. Towarzystwa dotrzymywał nam miły, rozgadany meksykanin, który nie mógł wyjść z zachwytu nad językiem polskim komentując każde wypowiedziane polskie zdanie głośnym "what...?!".

Do południa 05.05 rozglądaliśmy się jeszcze za pamiątkami i prezentami, ale to co udało nam się zgromadzić do tej pory w naszej wędrówce było dużo bardziej oryginalne i wartościowe niż dostępne tu suweniry. Tak więc z bagażami brudu, pamiątek i wrażeń, nocą opuściliśmy Jukatan i przylecieliśmy do Mexico City. Ostatnie przedpołudnie na kontynencie amerykańskim spędziliśmy w centrum stolicy. Odwiedziliśmy muzeum Leona Trockiego i spacerując po różnych artystycznych dzielnicach miasta zakończyliśmy kolejną niezwykłą wyprawę. O 13.30 odlecieliśmy z Mexico City przez Amsterdam i Warszawę do naszego ukochanego Krakowa.

Tekst: Agnieszka Zgrzebnicka
Za wspólne, wspaniałe chwile dziękujemy Basi, która towarzyszyła nam w tej fascynującej podróży.
Przygotowując wyprawę i relację korzystano z następujących opracowań:
  • J. Noble, Mexico, Lonely Planet, Footscray 2004, 9th edition
  • C. Gorry, L. Vidgen, D. Palmerlee, Guatemala, Belize & Yucatan, Lonely Planet, Footscray 2004, 5th edition
  • J. Onstott, Przewodnik National Geographic: Meksyk, National Geographic, 2001
  • Mapa, Mexico, Reise Know How Verlag, Bielefeld 2004, skala: 1:2 250 000, wyd.2
  • Mapa, Guatemala, International Travel Maps, Vancouver 2005, skala: 1:470 000, wyd.5
  • Mapa, Belize, International Travel Maps, Vancouver 2005, skala: 1:250 000, wyd.6