Używamy plików cookies, w celu ułatwienia nawigacji, opracowania statystyk, dostosowania serwisu do preferencji użytkownika oraz przy współpracy z serwisami zewnętrznymi takimi jak Google, Facebook i Twitter. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji o plikach cookies znajduje się tutaj oraz w naszej polityce cookies. Zamknij

Maroko - 2015
Galeria zdjęć
Mapa

Zwane "wotami pustyni", a dla niektórych "wrotami off-roadu". Maroko - bo z nim właśnie przyszło nam zmierzyć się w tej podróży - jest obecnie jednym z najpopularniejszych celów wyjazdów turystycznych w tej części świata. Zarówno masowy wypoczynek hotelowy jak i indywidualne wyjazdy samochodowe jak magnes przyciągają turystów z całej Europy.

Ponieważ jednak "masowy" jest to słowo działające na nas jak woda święcona na diabła, uknuliśmy plan podboju Maroka na sposób własny. Do tego celu użyliśmy niezawodnej, pancernej Toyoty Hilux, która od zeszłego roku służy nam w tułaczce kempingowo-leśno-górsko-pustynno-drogowej. Założyliśmy namiot dachowy, załadowaliśmy niezbędny sprzęt i ruszyliśmy w drogę.

Od Maroka dzieli Polskę kilka tysięcy kilometrów, tak więc jednym z podstawowych pytań jest to, jak dostać się do Afryki? Możliwości są dwie: promem lub drogami. Jedna i druga opcja ma swoje zalety i wady, postanowiliśmy więc spróbować obydwu, żeby na przyszłość dysponować własnym doświadczeniem w każdym wariancie. Zaczęliśmy od promu.

Najbliżej Polski, na prom do Maroka można wsiąść we Włoszech - w Livorno lub w Genui. Odległość jest praktycznie taka sama i wynosi około 1350 km. Różnica jest natomiast w cenie. Z Livorno kursuje Grimaldi Lines, który kosztuje niemal 1/3 mniej od konkurenta. Bilet kupiliśmy wcześniej przez stronę rezerwacyjną, nie chcąc narazić się na niepotrzebną zwłokę w przypadku braku miejsc po dotarciu do portu.

Do Livorno poprowadziły nas autostrady, a po przebyciu pierwszego tysiąca kilometrów zatrzymaliśmy się na noc we wspaniałym włoskim miasteczku Udine. Dlaczego wspaniałym? Po pierwsze trafiła nam się zupełnie przypadkiem wspaniała gościna w rodzinnym hoteliku, po drugie wspaniała pizza w magicznej, również rodzinnej pizzerii Cantina Fredda, autentyczną aranżacją tkwiącej nadal w latach 70'tych, a po trzecie - cudowne, robione na miejscu piwo w klimatycznym mikrobrowarze Bire. Czego chcieć więcej?

Marokańczycy czekają na wjazd na prom w Livorno
Marokańczycy czekają na wjazd na prom w Livorno
© Paweł Zgrzebnicki

Marokańczycy czekają na wjazd na prom w Livorno

Nazajutrz pomknęliśmy do portu i po długim kluczeniu w przemysłowej strefie miasta, w końcu trafiliśmy gdzie trzeba.

Na prom czekali głównie Marokańczycy, siedzący w swoich samochodach, wypakowanych po dach i sporo "nad dach" różnymi klamotami wiezionymi na handel z Europy. Królują stare, kineskopowe telewizory, wraki rowerów, kuchenki mikrofalowe, pralki i wszelkiej maści sprzęt, który mieszkańcy Starego Kontynentu porzucili na śmietniku. W Afryce wszystko się przyda i wszystko w razie potrzeby zostanie naprawione!

Po dwóch i pół dnia siedzenia w przyciasnej kajucie i huśtania w każdą możliwą stronę, przypłynęliśmy w końcu do Tangeru, wcześniej na chwilę tylko cumując w Barcelonie.

Jeszcze tylko dwie godziny stania w kolejne do kontroli granicznej, i...

  •     —   Ma Pan broń? - celnik wpatrywał się we mnie badawczo.
  •     —   Nie mam. - odpowiedziałem zdziwiony.
  •     —   Jest Pan pewien?
  •     —   Tak, nie mam. Ani jednej sztuki. Nic a nic.
  •     —   No to proszę, może Pan jechać!

Ulżyło mi niezwykle, nie z powodu samej broni, ale głównie z racji ilości wwożonego wina. Jak wiadomo, Maroko to kraj w którym o alkohol trudno i poza hotelami i dużymi centrami handlowymi nie można go kupić w ogóle (przynajmniej oficjalnie). Z racji tego, że nasz plan przewidywał prawie wyłącznie przebywanie z dala od miejsc ucywilizowanych, wieźliśmy kilkanaście butelek czerwonego nektaru, które na granicy mogłyby wzbudzić pewien opór miejscowej władzy.

Był też delikatny problem z samochodem, mianowicie okazało się, że powinienem był zrobić doroczny przegląd techniczny trzy miesiące wcześniej, formalnie więc wybrałem się więc na drugi kontynent "pojazdem nieuprawnionym do ruchu drogowego, bez ważnych badań technicznych". Na szczęście takie szczegóły mało interesowały marokańskich urzędników, dostaliśmy więc po pięknej pieczątce do paszportu i pojechaliśmy na południe.

Chefchaouen
Chefchaouen
© Paweł Zgrzebnicki

Chefchaouen

Przez zamglone i deszczowe góry dotarliśmy ok 130 km na południe, do Chefchaouen. To wspaniałe, stare miasteczko przywitało nas słońcem i przepiękną starówką z cudowną, błękitną zabudową. Stara kasba w centrum starej medyny, podobnie jak bajeczne kolory powodują, że bez wątpienia jest to jedno z najpiękniejszych i najbardziej efektownych miejsc do odwiedzenia w Maroku. Na szczęście miasteczko leży z dala od turystycznych rajów "all-inclusive", panuje tu więc spokój, a zwiedzający wędrują tu głównie z pobliskich kempingów i hosteli, gdzie przyjechali na własną rękę. To sprawia, że jest miło, przytulnie, a oryginalna atmosfera małej mieściny nie została zniszczona przez komercyjny chłam.

Plan przewidywał dalszą podróż na południe, w kierunku Fezu. Prowadzą tam dwie drogi i dość oczywista wydawała nam się ta prowadząca z Chefchaouen, przez góry Rif, na południowy wschód. tak się jednak złożyło, że przed podjęciem tej trasy ostrzegał nas zarówno znajomy, który wcześniej był w Maroku, jak i autor przewodnika "Morocco Overland" - Chris Scott - który już na samym początku swojej książki pisze:

"Mimo, że nikt nie powstrzyma Cię przed podróżą w tamten rejon, pamiętaj, że obszar gór Rif miesczący się wokół miasteczka Ketama przy drodze N2, jest rejonem upraw konopii. (...) Nie ma tam co prawda uzbrojonych gangów terroryzujących się nawzajem (...), ale zbyt ciekawscy podróżnicy są nękani przez młodzieńców agresywnie jeżdżącymi swoimi Mercedesami, a także namawiani do palenia i kupienia bloku haszyszu w zamian za swoje kosztowności."

Nie gustujemy w wymuszeniach, skierowaliśmy się więc na południe inną drogą, prowadzącą wzdłuż spektakularnego jeziora utworzonego przez zaporę Al Wahda

Fez okazał się tyle atrakcyjny, co komercyjny. Stara medyna imponuje liczbą suków, ale wraz z rozmiarem miasta, rośnie liczba zarówno turystów, jak i wszelkiej maści naciągaczy, próbujących wcisnąć swoje usługi. Marokańczycy okazali się niezwykle miłymi i uczynnymi ludźmi, ale tam, gdzie przemysł turystyczny hula pełną parą, odwiedzający traktowani są po prostu jak chodząca fura pieniędzy, którą należy za wszelką cenę wydoić.

  •     —   Dokąd jedziecie? - krzyknął do nas na skrzyżowaniu gość na motorze.
  •     —   Na kemping! - rzuciłem w jego kierunku, bo coś przecież wypadało odpowiedzieć.
  •     —   Ah! Na kemping? To świetnie się składa, bo właśnie tam jadę! Jedźcie za mną, bo inaczej się pogubicie!- odparł i wcisnął gaz.

Mój protest na nic się przydał: to co, że mam GPS, że wiem gdzie jechać i że jestem parę kilometrów od celu? I tak facet jechał przede mną aż do końca a jakakolwiek próba skrętu powodowała, że "przewodnik" zaraz machał i wskazywał "właściwą" drogę.

  •     —   O świetnie, jesteśmy na miejscu! - rzekł dumny, kiedy wysiadłem z samochodu przy dość siermiężnej recepcji - Idziecie zwiedzać Fez? Doskonale się składa, bo mój brat jest przewodnikiem. Zaraz do niego zadzwonię, umówicie się na jutro a stąd załatwię Wam taksówkę za 100 drahm!
  •     —   Nie, nie, nie! - machałem rękami jak paralityk w apopleksji. - nie chcę przewodnika! Nie chcę Twoich usług! Dziękuję, do widzenia!
  •     —   NIe? Hmm... Oczywiście... No przecież nie będę Cię zmuszał, ale zwróć mi chociaż za benzynę, bo przecież Ci pokazałem drogę!
  •     —   Pokazałes??? Przecież miałem GPS! Mówiłem Ci, że wiem gdzie jadę i nie chcę Twoich usług!
  •     —   No chociaż 10 euro.... - zrobił smutne oczy jak kot.
  •     —   10 euro? Oszalałeś? Za co? Przecież niczego od Ciebie nie chciałem!
  •     —   Ale ja tak utrzymuję rodzinę, nie mam innego zajęcia... Turyści są dla mnie wszystkim... Tylko na benzynę...
  •     —   Masz jedno euro - jechałeś najwyżej 5 kilometrów i nikt Cię o to nie prosił. Odejdź! - rzuciłem wściekły i tym samym okazało się, że nie trzeba baronów narkotykowych, żeby znaleźć się w niezręcznej sytuacji wymuszenia.

Wkrótce się okazało, że taksówka z kempingu pod główną bramę medyny kosztuje pięciokrotnie mniej, niż proponował zamozwańczy przewodnik.

Na "turystyczne" wymuszenie można trafić na każdym kroku:

Meczet i uniwersytet Al Karawijjin, Fez
Meczet i uniwersytet Al Karawijjin, Fez
© Paweł Zgrzebnicki

Meczet i uniwersytet Al Karawijjin, Fez
  •     —   Przepraszam, którędy do Meczetu Al Karawijjin? - spytałem faceta sprzedającego sukno, nie mogąc trafić do celu w labiryncie małych uliczek pośród niezliczonej liczby suków.
  •     —   Tu, zaraz! - krzyknął mały chłopiec, który usłyszał rozmowę. - Choć, pokażę Ci!

Faktycznie, meczet okazał się być zaraz za rogiem, a maluch wyciągnął zaraz rękę po bakszysz.

Położyłem mu na ręce jedno euro, a ten popatrzył na mnie z wyrzutem:

  •     —   Tylko euro? Daj więcej! - zarządał bezczelnie dzieciak.
  •     —   Więcej? A ile niby byś chciał? - spytałem zdumiony.
  •     —   Pięć euro! - rzucił brzdąc - Przecież pokazałem Ci drogę, a beze mnie byś tutaj nie trafił!
  •     —   Akurat! Bierz euro i spadaj! - warknąłem a gówniarz zacisnął rękę na monecie i popatrzył na mnie jakbym go okradł.

W miejscach obleganych przez turystów płaci się za wszystko, a Marokańczycy doprowadzili sztukę wyciągania pieniędzy od przyjezdnych do perfekcji. Już dawno skończył się czas, gdzie zbyt dużo kosztował towar. Teraz, biały z Europy to zwykła dojna krowa, z której ciągnąć można przy absolutnie każdej okazji:

  •     —   Dlaczego zrobiłeś im zdjęcie? - usłyszałem zza siebie nieznajomy głos i powoli opuściłem aparat fotograficzny od oczu.
  •     —   Komu? - spytałem zdziwiony a za sobą ujrzałem starszego faceta mierzącego mnie wzrokiem.
  •     —   Jak to komu? Tamtym mężczyznom! - wskazał dłonią odległą kawiarnię, gdzie pod arkadami siedzieli jacyś miejscowi.
  •     —   Nie robiłem im zdjęcia, robiłem zdjęcie placu, który jest przede mną. Nawet nie zauważyłem tamtych ludzi! Oni mnie nie obchodzą, zobacz zresztą samo zdjęcie! - zacząłem tłumaczyć się z niezręcznej (jak by się wydawało) sytuacji.

Mój adwersarz nie chciał jednak słuchać. W rzeczywistości nic go nie obchodziło zdjęcie.

  •     —   Ty robisz zdjęcie, oni tam są, ty je sprzedasz a oni co będą z tego mieli? Powinieneś ich spytać o zgodę!

"I pewnie im zapłacić!" - pomyślałem i ponownie otwarłem usta, żeby przekonać nagabywacza, że na zdjęciu w ogóle nie ma tych, których niby reprezentuje, a nawet jeśli gdzieś byli by w tle, to i tak są najwyżej zwykłą częścią tłumu.

Na nic jednak zdały się próby tłumaczenia. Gość po prostu chciał pieniędzy. Szybko nauczyłem się, że nie ma się co tłumaczyć. Krótkie "nie" wystarcza, często najlepiej w ogóle nie nawiązywać żadnego dialogu, traktując każdą zaczepkę jak powietrze.

Medersa El Attarine, Fez
Medersa El Attarine, Fez
© Paweł Zgrzebnicki

Medersa El Attarine, Fez

Fez okazał się ciekawy, choć nie aż tak jak Chefchaouen. Dla nas jednak nie był najważniejszy, ponieważ przyjechaliśmy to dla przyrody, a miejsca pełne kulturalnych atrakcji pełniły jedynie rolę dodatku. Wkrótce pomknęliśmy dalej na południe. Przed nami zaczął otwierać się świat niemal wolny od turystów, z życzliwymi, autentycznymi w swojej naturalności ludźmi wokół.

Po dwustu kilometrach, dotarliśmy przez wietrzny Atlas Średni do Midelt, miejscowości leżącej u podnóża wschodniej części Atlasu Wysokiego.

Góry okazały się piękne! Nie bez powodu cieszą się tak wielką sławą. Jest tu wiele wspaniałych tras off-roadowych, które można przejechać letnią porą samochodem lub motocyklem. Ci, którzy mają odpowiednią kondycję, mogą także przejechać góry Atlasu rowerem. Większość dróg szutrowych prowadzących w góry na zachód od głównej drogi N15, jest nieprzejezdnych zimą a nawet wczesną drogą. W niektórych przypadkach, można napotkać spore utrudnienia nawet do maja. Świetny przewodnik po tych terenach napisał wspomniany Chris Scott, bardzo przydatna okazuje się również mapa drogowa Michelina, na której zaznaczony jest dokładnie rodzaj dróg, termin ich spodziewanej niedostępności oraz dopuszczalna nośność. Ta ostatnia informacja może okazać się bardzo przydatna, ponieważ zdarza się, że po wielu godzinach wyprawy wyładowanym samochodem, jedyna droga prowadzi przez mostek na który można wjechać pojazdem ważącym nie więcej niż 2 tony.

W samym Midelt nie ma niczego ciekawego, ale też niczego szczególnego się nie spodziewaliśmy. Ot - po prostu miejsce na trasie, gdzie należy zatrzymać się na noc. Przez chwilę jednak uważnie rozglądaliśmy się za jakimś sklepem z dywanami, ponieważ mieliśmy ambitny plan przywiezienia jakiegoś do naszego pokoju. Próbowaliśmy już handlowych sił w Chefchaouen, ale tam ceny nas zabiły:

  •     —   My boss will shock you with the price! - oznajmił podniecony pomocnik w jednej ze szwalni, ulokowanej gdzieś między małymi uliczkami starej medyny.

I faktycznie! Kiedy usłyszałem cenę pięciu tysięcy euro za dywan powierzchni 12 metrów kwadratowych, przeżyłem niemały szok. Wszyscy zapewniali, że jest tego wart (a jakże!), że to wełna wielbłąda pozyskiwana raz na pięć lat (akurat!), że spędzono na jego tkaniu milion stuleci i jest to absolutnie okazyjna cena, którą należy zapłacić właśnie teraz!

Doszliśmy do wniosku, że z dywanem nie będzie łatwo, bo najwyraźniej w większych miasteczkach dominują handlarze narzucający absurdalne, tysiącprocentowe prowizje, a w mniejszych po prostu dywanów nie widać. I jak tu człowieku coś upolować? Po bezskutecznym przeszukaniu małego Midelt, zdaliśmy się na łaskę Allaha i pojechaliśmy dalej. Bez dywanu oczywiście.

Ufortyfikowana kasba w drodze przez Atlas
Ufortyfikowana kasba w drodze przez Atlas
© Paweł Zgrzebnicki

Ufortyfikowana kasba w drodze przez Atlas

Do Merzougi, wlekliśmy się powoli, napawając się malowniczym krajobrazem Atlasu oraz pięknymi kolorami zielonej doliny rzeki Ziz. W końcu jednak dotarliśmy do początku, przedsmaku - można by rzec - Sahary. Znakiem tego była rozpościerająca się przed nami piękna wydma - Erg Cherbi.

To jedna z dwóch głównych wydm Maroka, duma regionu i atrakcja turystyczna na miarę kraju. Co prawda wygląda dość marnie w porównaniu z monstrualnymi wydmami najstarszej pustyni świata w Namibii, ale i tak robi ogromne wrażenie. Można tu pojeździć na wielbłądach, pozjeżdżać z wydmy na sandboardzie, nartach, pojeździć samochodem, quadami, motorami, pozwiedzać okoliczne wioski a także wybrać się wgłąb pustyni na dłuższą wyprawę. Atrakcji jest tu pełno, a miejscowi służą pomocą i chętnie oferują swoje usługi jako przewodnicy i organizatorzy różnych imprez.

Dalej, z Merzougi, pojechaliśmy na zachód, drogą N12 do Agdz. Warto wspomnieć, że w tym samym kierunku, tyle że bardziej na południe (do Mhamid i dalej), biegną też drogi przez pustynię, które wybiera wielu amatorów off-roadu. Jeśli ktoś nie korzysta z usług lokalnego przewodnika, można podążać jedną z wyznaczonych ścieżek GPS dostępnych np. na stronie WikiLoc.

Agdz to niespodziewanie piękne miejsce, na terenie którego stoją majestetyczne ksary - piękne ufortyfikowane osiedla, podobne do zamków, ale w rzeczywistości będące siedzibą zamieszkania wielu rodzin prowadzących wspólną gospodarkę, opartą głównie na handlu z przybywającymi z południa karawanami.

Opuszczając przepiękne fortyfikacje, zaledwie kilkanaście kilometrów na zachód od miasta, na drodze minęliśmy starszego mężczyznę machającego do nas z okna swojego samochodu. Wcześniej już zdarzały się podobne historie: a to ktoś prosi o podwiezienie, albo brakło mu wody, ale tym razem sytuacja była zupełnie inna:

  •     —   Macie może olej? - zapytał po francusku starszy człowiek.
  •     —   Olej? Samochodowy? - upewniłem się, bo ostatni raz konwersację w języku Napoleona prowadziłem chyba ćwierć wieku temu...
  •     —   Tak, samochodowy! Brakło mi oleju, nie mogę dalej jechać... - Berber smutnym wzrokiem popatrzył na starego Peugeota, któremu równie dobrze można by do silnika wcisnąć łój wielbłądzi.

Wyciągnąłem zapasowy olej, przeszczęśliwy człowieczyna wlał setkę i zaprosił do siebie jak przystało na miejscową tradycję:

  •     —   Napijecie się herbaty! Mieszkam niedaleko - musicie poznać moją rodzinę!
Początek Sahary - Merzouga
Początek Sahary - Merzouga
© Paweł Zgrzebnicki

Początek Sahary - Merzouga

Okazało się wkrótce, że kobiety we wiosce w której mieszka nasz przyjaciel, zajmują się tkaniem dywanów. Raz na kilka miesięcy zjawiają się tu handlarze i zabierają rękodzieło wymieniając go na paliwo, żywność, olej, ubrania i wszystko to, czego mieszkańcy potrzebują. Jak w dawnych czasach, króluje tu handel wymienny: bo po co komu pieniądze, skoro na pustyni nie ma sklepów?

Poprosiliśmy naszego gospodarza, aby pokazał nam swoje dywany, licząc, że może tu w końcu uda nam się znaleźć to czego szukamy w rozsądnej cenie?

I faktycznie! Pół godziny później uradowani machaliśmy na pożegnanie mieszkańcom, ładując do samochodu ogromny dywan wymieniony na olej silnikowy, stary plecak, misia dla wnuczki i trochę euro-waluty na dodatek. Piękny interes! A cena niebotycznie lepsza niż u jakiegokolwiek handlarza!

Uszczęśliwieni zakupem, w poczuciu dobrze wykonanej misji pojechaliśmy dalej, do Tafraoute. Prowadząca tam droga (prowadząca z N12, przez R109 do Igherm i dalej R106 do celu), zachwyciła nas swoim pięknem, a rekomendacja trasy przekazana w Midelt przez pewnego Belga okazałą się trafiona w dziesiątkę. Częściowo szutrowa, trochę błotnista droga, nieco rozkopana z powodu robót drogowych, wijąca się stromo w górach i opadająca w doliny malowniczymi serpentynami, była jednym z najpiękniejszych odcinków naszej dotychczasowej trasy. Podobnie samo miasteczko - urocza oaza, z zielonymi palmami i czerwonymi wzniesieniami ulepionymi jakby z wielkich głazów, niezwykle podobnymi do krajobrazu Spitzkoppe w Namibii.

Nasza podróż po Maroku powoli dobiegała końca, ale czekała nas jeszcze przeprawa na północ przez Atlas Wysoki. Dróg do Marakeszu jest kilka, w tym popularna autostrada z Agadiru. My jednak wybraliśmy absolutnie niesamowitą trasę R203 przez Asni, która w początkowym odcinku przypomniała nam słynną boliwijską Drogę Śmierci. Piękne panoramy, cudowne ośnieżone górskie szczyty i kolorowe przełomy rzeki Nfiss, były najlepszą zapłatą za całodniowe kręcenie kierownicą w tę i we w tę na stromych górskich serpentynach.

Droga przez Atlas Wysoki
Droga przez Atlas Wysoki
© Paweł Zgrzebnicki

Droga przez Atlas Wysoki

Na koniec wypawy wjechaliśmy do Marakeszu, aby z niesmakiem stwierdzić, że stąd do Chefcjaouen jest równie daleko w terenie co i w kulturze dnia codziennego. Zniszczone przez komercyjną, kuglarską tandetę miasto, ze snującymi się tępo, skacowanymi turystami all-inclusive, nie pozwoliło nam zostać tu dłużej niż to niezbędne. Oblecieliśmy centrum (żeby nie było, że nie byli!) i już następnego ranka chwyciliśmy na autostradzie wiatr w plecy i śmignęliśmy z powrotem do Tangeru. Udało nam się jeszcze załapać na wieczorny prom do Hiszpanii i tak, w ciągu kolejnych czterech dni dotarliśmy europejską siecią drogową do domu.

Post Scriptum

  • Do Maroka na pewno jeszcze wrócimy nie raz! To piękne miejsce na off-road i warto włożyć wysiłek aby się tu dostać co najmniej kilkukrotnie.
  • Spotkani Hiszpanie, dla których Maroko jest niezwykle popularnym miejscem spędzania tułaczki 4x4, polecają również Mauretanię i Senegal. Niektórzy zachwalają również Mali, choć tam ostatnie Państwo Islamskie zaczęło rozciągać swoje macki. Warto sprawdzić i pojechać na południe, wzdłuż zachodniego wybrzeża Afryki.
  • Maroko ma fantastyczną sieć dróg - 50,000 km z czego połowa to asfalt. Można spokojnie objechać wszystkie atrakcje normalnym samochodem osobowym.
  • Dużo bardziej opłacalne jest pokonanie drogi do Maroka promem. Koszt autostrad i paliwa w drodze powrotnej co najmniej podwoił stawkę morską.
Tekst: Paweł Zgrzebnicki
Przygotowując wyprawę i relację korzystano z następujących opracowań:
  • Paul Clammer, James Bainbridge, Paula hardy, Helen Ranger, Morocco, Lonely Planet, 2014, 11th Edition
  • Chris Scott, Morocco Overland, Trailblazer
  • James Keeble, Maroko, Wydawnictwo Wiedza i Życie, 1997
  • Mapa, Morocco 1:1000000, Michelin
  • nawigacja GPS, Sygic Morocco, Sygic
  • nawigacja GPS, Maps.Me, MapsWithMe GmbH