Używamy plików cookies, w celu ułatwienia nawigacji, opracowania statystyk, dostosowania serwisu do preferencji użytkownika oraz przy współpracy z serwisami zewnętrznymi takimi jak Google, Facebook i Twitter. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji o plikach cookies znajduje się tutaj oraz w naszej polityce cookies. Zamknij

Jamajka, Kuba - 2009
Galeria zdjęć
Na skróty
1. Port Antonio4. Hawana7. Havana
2. Negril5. Cienfuegos, Santa Clara8. Varadero
3. Kingston6. Sancti Spiritus, Trynidad
Mapa
To jest druga część naszej Wielkiej Zimowej Wyprawy. Część pierwsza, opisana jest w relacji Wyspy Podwietrzne - 2009.

Po tygodniowej ekploracji Wysp Podwietrznych przenieśliśmy się na Jamajkę - do zamorskiej kolonii afrykańskiej - czarnego lądu u wybrzeży Ameryki. Po zjechaniu wszerz i wzdłuż ojczyzny Boba Marleya polecieliśmy na Kubę - w 50-tą rocznicę zakończenia działań rewolucyjnych zrujnowane państwo dogorywa. W przeciągu szesnastu dni podróży spotkaliśmy jamajskich rastamanów, poznaliśmy serce reggae, odwiedziliśmy święte miejsca kubańskiej rewolucji i tańczyliśmy przy gorących rytmach salsy w Hawanie.

Port Antonio

[16 lutego 2009]

Lotnisko w Kingston na Jamajce nasunęło wspomnienia lat 80-tych na granicy polsko-czeskiej a samo dotarcie tutaj - przypomniało, że wolność człowieka definiowana w części jako zdolność wyboru miejsca w którym przebywa - znajduje się pod absolutną kontrolą reżimu państwowego, o czym łatwo zapomnieć w czasach otwartych europejskich granic.

Na lotnisku w St. Marteen podszedłem - żeby użyć slangu z "Jackowa" - do counterdeska żeby zrobić check-in'a:

  •     —   "Gdzie Państwo lecą z Jamajki?" - zapytał mały hindus zza kontuaru
  •     —   "Do Hawany." - odpowiedziałem pewnie, dumny z tego, że wreszcie mam co potrzeba - w każdym państwie po kolei bilet wjazdowy i wyjazdowy. Jestem kryty.
  •     —   "A wiza?" - zapytał uprzejmie pracownik linii lotniczej.
  •     —   "Jaka wiza?" - zdziwiłem się - "w moim przewodniku jest napisane, że nie potrzeba wizy, a tak zwaną kartę turystyczną wystawia linia lotnicza która 'dostarcza' turystę na Kubę".
  •     —   "Bardzo mi przykro, ale jako przewoźnik dowożący Państwa na Jamajkę, jesteśmy zmuszeni upewnić się, że Państwo stamtąd wyjedziecie. W innym przypadku służby pogranicza odeślą Państwa na nasz koszt" - wyraźnie speszony tłumaczył a mnie rosło ciśnienie.
  •     —   "Ale tłumaczę Panu, że kartę wystawi linia lotnicza na Jamajce, kiedy będziemy ją opuszczać - nie da się mieć jej wcześniej!" - argumentowałem niezbyt chyba grzecznym tonem.
  •     —   "Tak, tak..." - malał w oczach hindus dygocząc - "zaraz to sprawdzimy. Proszę się nie denerwować".

Przed moimi oczami stanęła wizja zmiany planów, odwoływania lotu na Kubę, zmiany planów i przebookowywania biletów w ciągu najbliższych kilkunastu minut. Lotu na Jamajkę nie dało się już odwołać...

Hindus odłożył słuchawkę telefonu

  •     —   "Mam dla Pana dobrą wiadomość" - rzekł z ulgą - "ma Pan rację".

To stwierdzenie mnie rozbroiło. Kuba to nie drugi koniec świata - jest "rzut beretem" stąd i chyba nie jestem pierwszym pasażerem Air Caribbean, który tam leci??

Mikro-Hindusa spotkaliśmy jeszcze raz kiedy sprawdzał karty pokładowe

  •     —   "I know you!" - rozpromienił się, kiedy podaliśmy mu nasze.
  •     —   "My też Cię znamy" - odparowałem - "niestety..." - dodałem w myśli.

Na lotnisku w Kingston wykupiliśmy wizę i siłą przyzwyczajenia skierowaliśmy się do oznaczonego na zielono stanowiska "Nothing to declare".

  •     —   "Kto was tu przysłał?" - zdziwiła się celniczka?
  •     —   "Nikt, sami przyszliśmy" - odpowiedziałem niemal powalony pytaniem.
  •     —   "A nie, nie... To musicie iść do czerwonej kolejki, tam gdzie płaci się cło - jak tam powiedzą, że możecie tu przyjść, to wtedy przyjdźcie" - wydała instrukcję i uśmiechnęła się pobłażliwie.

Czerwonych kolejek było DWADZIEŚCIA - we wszystkich stali ludzie z towarami do zadeklarowania. Stali też - tych była znakomita większość - Ci, którzy nie mieli nic do oclenia. Stali, żeby urzędnik sprawdził czy to prawda. Każdy pasażer otwierał walizkę, wywalał wszystkie ciuchy, rozpinał następną torbę, znowu wszystko na wierzch i tak w kółko. Déjà vu polskiej rzeczywistości sprzed dwudziestu lat pojawiło się niespodziewanie w cieplejszym klimacie.

Jedyna zielona linia do której udaliśmy się na początku była pusta jak obietnice Fidela Castro. Nikt z niej nie mógł skorzystać, ale widocznie tak zwane "normy" przewidują jej istnienie, więc sobie była.

Po mniej więcej pół godzinie przebrnęliśmy przez magiel, złapaliśmy taksówkę i kazaliśmy się wieźć na dworzec autobusowy.

Klinika w Port Antonio
Klinika w Port Antonio
© Paweł Zgrzebnicki

Klinika w Port Antonio

Droga z lotniska do centrum wiedzie przez najuboższe dzielnice - codziennie cztery osoby zostają tu zamordowane - Jamajka ma najwyższy na świecie odsetek zabójstw przypadający na liczbę mieszkańców - w zeszłym roku było ich ponad 1700 - o 17% więcej niż rok wcześniej. Mimo, że większość morderstw jest wynikiem porachunków między gangami właśnie w tej najbiedniejszej dzielnicy przez którą przejeżdżaliśmy, my czuliśmy się tu nieco nieswojo. Przed przyjazdem tutaj ostrzegał nas nie tylko Lonely Planet, ale także mieszkańcy wysp na których byliśmy poprzednio.

Dworzec okazał się masakralny - tłum czarnych, biednych Jamajczyków, obdarte mury, żadnego dachu dającego cień, naładowane do granic możliwości busy i my - dwójka białasów z bagażami. O nie, to nie był najlepszy pomysł... Czy to spotkanie biedy z tym co dla nas jest normą a dla nich bogactwem, czy uprzedzenia rasowe, czy obie te rzeczy na raz sprawiały, że na ulicach Kingston czuliśmy coś, co kilkadziesiąt lat temu mógł podobno poczuć każdy biały zapuszczając się do Harlemu w Nowym Jorku. Mając na uwadze to, że wielu stamtąd nie wróciło, wytargowaliśmy odpowiednią cenę i w dalszą podróż udaliśmy się taksówką.

Droga do Port Antonio wiedzie przez góry, przez najbardziej ubogie tereny. Zachodnia część wyspy jest najbiedniejszym jej obszarem - to już nie trzeci, lecz dziesiąty świat. Miasteczko, które ponoć przeżywało czasy swojej świetności w latach 70-tych, dziś przypomina rozległą ruderę. Zachwalany przez przewodnik hotel okazał się pustym budynkiem przypominającym nasze hotele robotnicze sprzed trzydziestu lat. Zmęczeni i lekko podłamani (mamy tu spędzić sześć dni!) poszliśmy zwiedzać okolicę - może jednak jest tu coś, cokolwiek? Ukryta perła dla której ponoć tylu turystów przyjeżdżało tu 40 lat temu? Zbliżał się zmierzch i dwoje białych na zdewastowanej, brudnej ulicy Port Antonio wzbudzało niezdrowe zainteresowanie i ani cienia sympatii. Wróciliśmy szybko do hotelu i postanowiliśmy następnego dnia za każdą cenę się stąd wydostać.

Negril

[17 lutego 2009]

Plaża w Negril (Jamajka)
Plaża w Negril (Jamajka)
© Paweł Zgrzebnicki

Plaża w Negril (Jamajka)

Zaraz po śniadaniu dogadaliśmy się z miejscowym taksówkarzem na kurs do Negril - na drugi, południowy koniec wyspy. Kolejne sześć godzin spędziliśmy w rozpadającej się Toyocie pędząc z getta do - przynajmniej mieliśmy taką nadzieję - bardziej przyjemnej okolicy.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, od Ochio Rios otoczenie zmieniło się nie do poznania - nowe domy, nowe drogi, co jakiś czas ktoś biały...

W końcu dotarliśmy na miejsce, do kameralnego hoteliku przy złotej plaży, jakże innego od tego w którym spędziliśmy ostatnią noc. Wizyta na Jamajce zapowiada się teraz na prawdę wakacyjnie - po spędzeniu dwóch dni na podpatrywaniu wyspy od najgorszej strony, teraz możemy spijać śmietankę wyprawy i delektować się tą jaśniejszą stroną.

Oczywiście warto było - mrok wschodu Jamajki był w istocie tym co kafary lubią najbardziej :) No i w ciągu dwóch dni zrobiliśmy ponad 500 kilometrów trasy w poprzek i wzdłuż ojczyzny Boba Marleya.

[18 lutego 2009]

Słońce, plaża, krewetki, parasailing, piwo, i tak w kółko. Ile tak można? A... ze 4 dni - czas na esencję hedonizmu! Ale żeby nie było, że przyjechaliśmy tu tylko dla przyjemności, wnikliwie przyglądaliśmy się otoczeniu.

Negril to bardzo przyjemne miejsce - z daleka od pretensjonalnych mega-kompleksów hotelowych Montego Bay, tutaj, życie toczy się w bardziej naturalny sposób. Plaża jest długa na kilka kilometrów i jednocześnie bardzo kameralna - pełno tu rastamanów z długimi dredami oferujących wszystko co może Wam być potrzebne - od świeżych ryb do równie świeżej gandzi (wybaczcie to spolszczenie). Mimo, że trawa jest na Jamajce nielegalna (zarówno handel jak i posiadanie są tu surowo karane), w praktyce palą wszyscy. Skoro wszyscy - to i przyjezdni. Zapach zioła rozchodzi si dosłownie wszędzie - wzdłuż plaży, w barach, w klubach, w hotelowym ogrodzie - to po prostu zapach Jamajki. Co pięćdziesiąt metrów na plaży jeden z miejscowych pyta - "Smoke? Ganja?". Kiedy odmawiam, stuka się ze mną przyjacielsko dłonią złożoną w pięść rzucając "Respect!" na pożegnanie.

Czym jest Jamajka? Pięknym ciepłym miejscem, pachnącym najlepszej jakości trawą i pulsująca żywym reggae. Tak - bez reggae nie byłoby Jamajki. Rytm muzyki dochodzi z każdego baru, samochodu i okna domu, Kiedy w knajpie na plaży Frank - rastaman z dwumetrowymi dredami - wybija rytm na perkusji, wniebowzięta dziewczyna ze sklepiku obok wychodzi na zewnątrz i roześmiana zaczyna tańczyć na piasku. To dzieje się na prawdę!

Przyjeżdżają tu różni ludzie, ale jedno łączy wszystkich - atmosfera nie jest tu sztuczna, taka jaką można poczuć w typowo turystycznych tak zwanych kurortach. Tu klimat jest naturalnie luźny - żywcem wyjęty z opowieści mojego Taty o hippisach, Jimim Hendrixie i odlotach lat 60-tych - muzyka, blanty a jedyny bóg który łączy wszystkich to Bob Marley. Prawdziwy wehikuł czasu a w dodatku stuprocentowo prawdziwy. Nic szytego na miarę. "Czy to prawdziwa Jamajka?" - pytam szczerzącego się do mnie barmana podającego mi kolejną butelkę Red Stripe'a.

  •     —   "Yeah'mon!" - odpowiada szczerze - "That's it, brotha!"

Kingston

[21 lutego 2009]

Krajobraz Jamajki
Krajobraz Jamajki
© Paweł Zgrzebnicki

Krajobraz Jamajki

Dzień spędziliśmy na powrocie starym Nissanem do Kingston, tym razem drogą przez południową część wyspy. Gdzieś mniej więcej w połowie drogi zatrzymaliśmy się coś zjeść. Przydrożna buda ledwo trzymająca się w całości, dwa metalowe stoliki i podarta cerata były najwyraźniej ulubionym drogowym lokalem Franka - naszego kierowcy.

  •     —   "Where's toilet?" - zapytałem dyskretnie właściciela nie mogąc zlokalizować odpowiedniego pomieszczenia ani wewnątrz ani na zewnątrz jamajskiej restauracji.
  •     —   "Piss in the bush" - życzliwie wskazał na mały krzaczek sąsiadujący z drzwiami wejściowymi.
    Nie gdzieś z tyłu, dyskretnie, z dala od wzroku przyjeżdżających kierowców. Na zew natury należy odpowiedzieć właśnie obok wejścia, niemal centralnie. A potem wejść, siąść i zjeść spokojnie przed dalszą trasą. Taki świecki zwyczaj.

W końcu po południu dojechaliśmy do ekstremalnie obskurnego hotelu - na pewno znajdzie się na naszej liście Worlds' Bottom 10 obok takich perełek jak nocleg w Bandar Abbas w Iranie, w Cuzco (Peru) czy w Belize City. Okazało się że Frank nie umie czytać, więc pokazywanie na mapie gdzie ma dojechać było zadaniem ponad miarę - zrezygnowaliśmy więc z szukania innego noclegu - to by wyczerpało kierowcę i nas w tej sytuacji pewnie też.

Hawana

[22 lutego 2009]

Szczytowe osiągnięcie polskiej produkcji samochodowej, tu w roli taksówki (Havana, Kuba)
Szczytowe osiągnięcie polskiej produkcji samochodowej, tu w roli taksówki (Havana, Kuba)
© Paweł Zgrzebnicki

Szczytowe osiągnięcie polskiej produkcji samochodowej, tu w roli taksówki (Havana, Kuba)

No i dotarliśmy na Kubę! Hawana zrobiła na nas wrażenie natychmiast - już w drodze z lotniska. Ze łzą w oku spoglądałem na piękne Maluchy - "och! Jeszcze z  chromowanym zderzakiem.. To 600-tka... Też taką miałem" - wspominałem. "O! Kant!" - okrzyk radości wyrwał się z mojego gardła chwilę później kiedy zobaczyłem śmigającego drogą Fiata 125p. Moskwicze, Łady, Ikarusy - jakże znajomo to wszystko wygląda?

Podobnie wygląd miasta - wyjęty z moich wspomnień wczesnych lat 80-tych: quasi-przemysłowy, urbanistyka niby mieszkalna, ale co chwilę jakieś dziwne "zakłady" przypominające polski "Biproskór", "Kruszywo" i inne dziwolągi gospodarki planowanej centralnie... Jakieś stare, zapuszczone zajezdnie, odrapane mury, biurowce z własnymi "bazami" samochodowymi - wszystko dokładnie takie samo, identyczne jak w Polsce, Czechach, na Łotwie, Litwie i w Rosji - kalka socrealistycznej stylistyki urbanistycznej i architektonicznej. "Swojsko tu" - pomyślałem radośnie.

Ledwo zdążyliśmy się zakwaterować w hotelu a już gotowała się sensacja - wszyscy wybiegli na zewnątrz i ustawiali się wzdłuż pięknej alei Prado - w samym centrum starej Hawany. Okazało się, że właśnie nadjeżdża peleton kolarzy dorocznego Tour de Cuba - najpierw policja, ochrona, wozy transmisyjne a zaraz za nimi kilkudziesięciu zawodników. Stylowo - rozpocząć pobyt od imprezy kulturalno-sportowej, to wyczyn godny pochwały!

Korzystając z pięknej, słonecznej pogody i spokojnego niedzielnego popołudnia wybraliśmy się na zwiedzanie starej Hawany. Pomiędzy dwoma pasami alei Prado biegnie urokliwa promenada z pięknie zdobionym trotuarem i rzucającymi chłodny cień starymi drzewami. Kiedy tamtędy szliśmy, zaczepił nas stary człowiek z gitarą pytając skąd jesteśmy (tak na prawdę, to wszyscy co chwilę zadają tu to pytanie). Kiedy usłyszał że z Polski, zagrał wspaniałą piosenkę, z której rozumieliśmy tylko refren - "Viva Polonia!". Staruszek wyciągnął od nas 5 peso, ale radochy mieliśmy co nie miara.

Stara część Hawany wygląda równie pięknie jak osiemdziesięcioletnia była miss nastolatek. Kiedyś - owszem - piękna; dziś - przy odrobinie wyobraźni gdzieniegdzie tego piękna można się nawet doszukać a kilkanaście odrestaurowanych kamieniczek w gąszczu sąsiadujących ruin przypomina naciągane chirurgicznie co bardziej dokuczliwe zmarszczki. Powiedzmy sobie szczerze - stolica Kuby to absolutna ruina. Własność komunalna zrobiła z piękną architekturą to samo co i u nas - wystarczy przypomnieć sobie jak dwadzieścia lat temu wyglądał krakowski Kazimierz. Ze względu na to, że tu komunizm trwa nadal - zniszczenia są jeszcze większe, w niektórych miejscach przypominają zgliszcza po nalocie dywanowym. Jest natomiast pewien ważny szczegół różniący polską ruderę komunistyczną od kubańskiej - tu jest więcej kolorów - farby, mimo że wyblakłe, w wielu miejscach nadal zdobią zdrapane mury.

Najbardziej oblegana przez turystów część Havana Vieja lśni natomiast odnowionymi kamieniczkami - wpisana na listę dziedzictwa światowego Unesco, dzielnica co roku dostaje miliony dolarów na renowację. Ale trudno o całej Hawanie powiedzieć "piękna" na podstawie kilkunastu odrestaurowanych budynków. To miasto z pewnością było kiedyś bardzo, ale to bardzo piękne. Kto widział architekturę centrum Londynu, stare budynki w Nowym Jorku czy w Waszyngtonie, znajdzie tu identyczną, wspaniałą stylistykę. Ministerstwo Finansów mieści się w zabudowaniach do złudzenia przypominających budynek giełdy na Wall Street. Piękny kapitol to niemalże kalka waszyngtońskiej budowli. Przepiękna Hawana została jednak zniszczona, w niektórych przypadkach bezpowrotnie. W miarę jak rewolucja stawia kolejne kroki w marszu ku świetlanej przyszłości, stolica wzbogaca się o nowe gruzy i szkielety pięknych niegdyś budynków, śmierdzące zaułki i brudne, zaniedbane ulice.

Po zwiedzeniu wszystkich "obowiązkowych" miejsc a przede wszystkim Muzeum Rewolucji, wieczorem przyszedł czas na wyczekiwany punkt programu - kubańską muzykę na żywo. Casa de la Musica to klub w odległej dzielnicy Miramar, który cieszy się zasłużoną sławą najlepszego w mieście. Niemal codziennie odbywają się tu kilkugodzinne koncerty na żywo, a cudowna, pełna gorącej salsy atmosfera z dala od turystycznego tłumu gwarantuje najlepszą muzykę.

[23 lutego 2009]

Bliźniak waszyngtońskiego Kapitolu (Havana, Kuba)
Bliźniak waszyngtońskiego Kapitolu (Havana, Kuba)
© Paweł Zgrzebnicki

Bliźniak waszyngtońskiego Kapitolu (Havana, Kuba)

Dzień rozpoczęliśmy od wizyty na dworcu autobusowym Viazul - chcieliśmy kupić bilet na jutro do Trynidadu. Pani kasjerka wyjęła wielki zeszyt i kazała nam do niego wpisać swoje nazwiska. Okazało się, że jest to rezerwacja - nie da się kupić biletów zawczasu. Można tylko wpisać się na listę a w dniu wyjazdu przyjść godzinę wcześniej i kupić bilet powołując się na notatkę. Niewykorzystane rezerwacje są rozsprzedawane na pół godziny przed planowanym wyjazdem. Zapisaliśmy się więc na społeczną listę autobusową i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku ruszyliśmy na spotkanie z Vedado - współczesnym centrum Hawany.

Po dwóch godzinach marszu mieliśmy serdecznie dość - stężenie spalin jest ekstremalnie wysokie a stare samochody z równie starymi uszczelkami pod głowicami palą prawdopodobnie tyle samo benzyny co oleju.

Ponieważ uznaliśmy, że już zobaczyliśmy wszystko co było do zobaczenia (rozpadające się, piękne niegdyś kolonialne wille, kolejki w sklepach, brudne bary, obdarte, betonowe przystanki autobusowe a'la MZK Jasło), do starej części stolicy wróciliśmy wynajętym "nielegalnie" trójkołowym motorowerkiem. Otóż trzeba wspomnieć, że na przewóz turystów należy posiadać odpowiednią licencję. Nie wystarczy być taksówkarzem. Część przewoźników odmawia więc kursu (nie mają licencji), część ryzykuje, inni wożą tylko po zmroku - kiedy kontrola nie zauważy - a jeszcze inni wożą wszystkich całkowicie prywatnie ryzykując wieloletnie więzienie (z takim właśnie "prywaciarzem" wracaliśmy dnia poprzedniego z Casa de la Musica - starą Ładą bez tapicerki, po zmroku, bocznymi uliczkami. Dla pewności Łada miała boczne szyby oklejone czarną folią).

Kontrola bowiem czai się wszędzie i znienacka zatrzymuje samochody - prywatne wiozące pasażerów, taksówki, motorowery - wszystko co się rusza. Taksówka którą jechaliśmy rano na dworzec miała wyłączony taksometr (a jakże!) i kurs nie wpisany do odpowiedniego formularza. Zatrzymany do kontroli kierowca podał kontrolerowi dyskretnie banknot, ten zwinął go w ręce, wsunął do kieszeni i kazał jechać dalej. Cała procedura była całkowicie mechaniczna, zdać by się mogło naturalna i oczywista. Widać, że doświadczenie wypracowało tu każdy ruch - taksówkarz podał a kontroler pewnie przejął "należność" nawet na nią nie spoglądając.

Popołudniu odwiedziliśmy biuro Cubatur (taki miejscowy Orbis - państwowy organizator wycieczek). Ze względu na to, ze mamy dość mało czasu, zastanawialiśmy się czy można by usprawnić zwiedzanie wyspy przez wykupienie gotowych wycieczek. Okazało się że tak - zorganizowane "objazdówki" po wyspie nie dość że pozwalają zobaczyć wiele w krótkim czasie, to jeszcze oszczędzają sporo pieniędzy z porównaniu do samodzielnej podróży, opłat za noclegi i wyżywienie. Po dłuższej naradzie postanowiliśmy wykupić dwudniową wycieczkę do Santa Clara, Cienfuegos, Sancti SpiritusTrynidadu. Jak z grubsza policzyliśmy, wycieczka w którą wliczono przejazd, wyżywienie, nocleg, i przewodnika kosztuje nas połowę tego, co zapłacilibyśmy jadąc tam "klasycznym" sposobem. No i jaka oszczędność czasu! Mamy w planie wysiąść w Trynidadzie (nie wracać z wszystkimi do Hawany, bo i po co?), a dalej coś będziemy wymyślać...

Cienfuegos, Santa Clara

[24 lutego 2009]

Rewolucja miała przynieść Kubańczykom wolność (Cienfuegos, Kuba)
Rewolucja miała przynieść Kubańczykom wolność (Cienfuegos, Kuba)
© Paweł Zgrzebnicki

Rewolucja miała przynieść Kubańczykom wolność (Cienfuegos, Kuba)

Z półgodzinnym opóźnieniem, o 8:00 rano wyruszyliśmy na autokarowy podbój Kuby. Jednym z pierwszych zaobserwowanych zjawisk byli stojący na poboczach dróg ludzie, najwyraźniej polujący na autostop. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie ilość chętnych - co parę kilometrów po kilka, kilkanaście osób. Tito - nasz przewodnik - wyjaśnił, że to "produkt" systemu. Otóż na Kubie jedno auto przypada na około stu obywateli - faktycznie, drogi są puste. Światła Myśl Rewolucji wpadła na innowacyjny pomysł usprawnienia komunikacji tak, aby przy okazji poczynić niezbędne oszczędności. Wymyślono, że samochody "stanowe" (mają niebieskie tablice rejestracyjne) oraz "pracownicze" (z tablicami brązowymi) takie jak np. ciężarówki, jadąc na danej trasie będą zabierały po drodze spragnionych transportu ludzi (te brązowe można zatrzymywać tylko w dni robocze o 6 rano do 7 wieczorem). W ten sposób jedna porcja paliwa wystarczy na dowiezienie do celu zarówno towaru jak i mieszkańca tego pięknego kraju. Po co dublować trasę, rozdzielać funkcję przewozu pasażerskiego i towarowego i spalać dwukrotnie więcej benzyny?

"Jak mówią, tak robią", tak więc oświecony pomysł rychło doczekał się wdrożenia i transport autobusowy istnieje jedynie pomiędzy głównymi miastami oraz wewnątrz nich. Obywatele prawie nie mają własnych samochodów, więc aby dostać się z punku A to punktu B, stoją na poboczach i łapią okazje, które zgodnie z prawem muszą się zatrzymać na żądanie. Rzeczywistość jednak jak zwykle rozminęła się z wielkopomną ideą i kierowcy nie mają ochoty zabierać pasażerów "tak po prostu". Podobnie jak miało to miejsce w naszym systemie - nieoficjalną zapłatą za obowiązkową przysługę jest... flaszka. Dlatego, pasażerów czekających na okazję na drogach nazywa się tu "botelleros" czyli w wolnym tłumaczeniu "butelkowcy", bo każdy z nich chowa za pazuchą flachę rumu jako wynagrodzenie za to co i tak teoretycznie mu się należy. Brzmi tak znajomo...

Na Kubie kolor tablicy rejestracyjnej informuje o funkcji pojazdu. Oprócz wspomnianych niebieskich i brązowych spotyka się tu tablice żółte i bordowe (pojazdy prywatne), białe (VIPy - członkowie rządu, gubernatorzy), zielone (wojskowe) i czerwone (rejestracja tymczasowa).

Wiedzeni opowieściami o geniuszu racjonalizatorskim El Comandante dotarliśmy do Cienfuegos - miasteczka znanego z wielkiego pałacu wybudowanego onegdaj przez pewnego biznesmena, który pomieszkał w nim tylko dwa lata - potem biedak zmarł na zawał po tym jak wsadził wszystkie pieniądze w biznes cukrowniczy a gdy nadeszła zapaść na rynku - zbankrutował. Budowla sprawia wrażenie pomnika megalomana i - jak wszystko w tym kraju - została totalnie zaniedbana. Obok postawiono socrealistyczny hotel pasujący do architektury stylu kolonialnego jak pięść do nosa, a piękny prawdopodobnie kiedyś dziedziniec zalano asfaltem.

Tym spychaczem Che rozwalił tory i przejął transport broni (Santa Clara, Kuba)
Tym spychaczem Che rozwalił tory i przejął transport broni (Santa Clara, Kuba)
© Paweł Zgrzebnicki

Tym spychaczem Che rozwalił tory i przejął transport broni (Santa Clara, Kuba)

Kilka fotek i ruszyliśmy dalej, naszym wspaniałym autobusem chińskiej marki "Yutong". Autobus był nowy (trzyletni), ale biedak już się rozpadał. Nie był zniszczony - rozkładało go to samo co chińskie słuchawki do walkmana kupowane w kiosku za kilka złotych - po prostu z niewyjaśnionych powodów przestawał działać. Wyposażony był w system nagłośnienia mikrofonowego, który po początkowej awarii udało przywrócić się do pracy, lecz nie na długo. Tito wyjaśnił, że chiński producent uprzedził w odpowiedniej instrukcji że mikrofony będące na wyposażeniu przestają funkcjonować po około 2000 wypowiedzianych w nie słów. Wtedy mikrofon trzeba zmienić i dać staremu odpocząć z godzinkę. Serwisując w ten sposób produkt Chińskiej Republiki Ludowej, można zapewnić mu ciągłą, sprawną pracę.

Po południu wjechaliśmy na przedmieścia Santa Clara - kompletnie nieciekawego miasteczka, które jest znane tylko z tego, że rewolucjoniści rozwalili tu tory spychaczem i zdobyli transport broni wiezionej koleją. Przejęcie kontroli nad miastem miało znaczenie strategiczne i było na tyle ważne, że tu właśnie umieszczono mauzoleum Ernesto "Che" Guevary - znanego mordercy, na Kubie czczonego jako bohatera narodowego. W specjalnym pomieszczeniu umieszczono ciało rewolucjonisty (znalezione w Boliwii dopiero w końcu lat 90-tych) oraz zwłoki jego kompanów z nieudanej misji do Ameryki Południowej.

Sancti Spiritus, Trynidad

[25 lutego 2009]

Muzycy na ulicach Trynidadu
Muzycy na ulicach Trynidadu
© Paweł Zgrzebnicki

Muzycy na ulicach Trynidadu

Noc była ciężka jak przemowa noworoczna Raula Castro... Zakwaterowano nas w motelu z małymi bungalowami. Pośrodku urządzono dyskotekę na wolnym powietrzu - rytmy reggaetonu nawalały od 10:00 wieczorem do 3:00 w nocy i absolutną niemożliwością było zasnąć. Tańczyć przy takiej muzyce też się nie dało. Kiedy nawalanka się skończyła, zostało nam cztery godziny snu. Wtedy do pokoju wpadła... żaba i najwyraźniej się we mnie zakochała, bo ciągle po mnie skakała. Łaziły też karaluchy (albo coś chrząszczowatego) o rozmiarze palca, spania więc nie było prawie w ogóle. Z oczami na zapałkach, wczesnym rankiem wyjechaliśmy do Sancti Spiritus - miasteczka w którym nie ma niczego szczególnego do oglądania, ale reżimowe biuro turystycznie najwyraźniej chciało się pochwalić odnawianymi - jak wyjaśniono - "nie dla turystów, lecz dla siebie" kamieniczkami. Doceniliśmy więc głębię zaskakująco trafnej idei i za cel obraliśmy kolejny punkt programu.

Trynidad, jedno z trzech najstarszych miast na Kubie robi bardzo miłe wrażenie - założone w 1514 roku, czaruje kolorowymi zabudowaniami, pięknymi, brukowanymi uliczkami i górzystym ukształtowaniem terenu. Przypomina peruwiańskie Cuzco i boliwijskie Coroico. jest oczywiście dużo bardziej zaniedbane, ale najbliżej mu do rzeczywistego piękna kolonialnej Ameryki Łacińskiej.

Kolejny dzień na Kubie przyniósł dalsze rozczarowania - prysł całkowicie wizerunek romantycznego kraju salsy, starych samochodów, ulicznej muzyki granej przez radosnych ludzi, Cuba Libre, Mojito i szalonej zabawy... Zamiast tego ciągle widać smutek i biedę. Zniewolenie ludzi przez zbrodniczy reżim komunistyczny, niekończące się zakazy i ograniczenia przez które mieszkańcy nie mogą zrobić niczego aby poprawić swój byt. Na każdym kroku hasła prezentujące poronioną ideę, kolejki, puste półki, głodni ludzie. To co dla jednych odwiedzających jest ciekawostką i fascynującą surrealistyczną rzeczywistością, dla nas jest całkowicie realne i przygnębiające. Co prawda nie byliśmy w Varadero - megakurorcie turystycznym z wypasionymi hotelami "all-inclusive", ale prawdopodobnie prezentowany tam obraz Kuby jest zupełnie inny - odpowiednio pokolorowany. Jednak wystarczy zapuścić się gdzieś dalej od tłumu odwiedzających a rzeczywistość pokaże swoje ponure oblicze...

Nie będziemy jednak tragizować, w końcu to tylko wycieczka a nie polityczno-społeczny moralitet! Ważne, że dzień był długi, spostrzeżenia poczynione a fotografie skompletowane!

Wieczorem wróciliśmy do Hawany a plany dni następnych mamy nadzieję zrodzić jutro.

Havana

[26 lutego 2009]

Havana
Havana
© Paweł Zgrzebnicki

Havana

Kuba wydała nam się bardzo ciekawa z "poznawczego" punktu widzenia - absolutnie warto tu przyjechać, żeby zobaczyć jaką katastrofę może wywołać chora ideologia. Kuriozalne połączenie kultury Ameryki Łacińskiej i socjalistycznej idei, skrzyżowanie karaibskich klimatów z radzieckim kołchozem jest równie fascynujące jak smutne. Kuba nie ma z czego żyć, turystyka jest główną gałęzią tutejszego "przemysłu". Monopolistyczne państwo ograbia odwiedzających przy każdej okazji, każąc płacić za marnej jakości usługi - krocie. To za co obywatele płacą w kubańskich peso, turyści muszą zapłacić TE SAME KWOTY w "convertible pesos" o wartości dwudziestokrotnie większej. Nie dość że trzeba płacić za wszystko dwadzieścia razy więcej niż miejscowi, nie dość że wymienia się walutę po absurdalnym kursie (1CUC = 0.8 USD), to przy wymianie pobierany jest dodatkowo 10% podatek. W rezultacie ceny są o połowę a czasem dwukrotnie większe niż gdzie indziej na - i tak drogich - Karaibach. A zamian dostaje się usługę bardzo, ale to bardzo marnej jakości. Za obiad, który w "zachodniej" restauracji kosztuje 20 dolarów, tu trzeba zapłacić 30-40 dolarów jedząc marnie w dobrze znanym z polskiej rzeczywistości lat 70-tych "lokalu kategorii S". Podobnie z hotelami, transportem i wszystkimi innymi usługami z których korzystają przyjezdni. Ekstremalna cena, bardzo niska jakość, absolutny brak wyboru. Miasteczka kubańskie, które przyjeżdżają odwiedzać turyści często mają jeden hotel, jedną restaurację i jeden sklep w którym jest tylko ocet, jajka, krakersy i woda mineralna. I wszystko kosztuje majątek. A chcesz jechać gdzie indziej? Musisz wziąć taksówkę za kolejne $100, bo rozwinięty transport publiczny to systemu zbędny luksus.

Przyszło nam do głowy, żeby przesunąć lot i wyjechać z Kuby wcześniej. Niestety, okazało się że linie lotnicze w Hawanie nie mają połączenia elektronicznego z resztą świata i nie da się przełożyć lotów tak jak byśmy chcieli. Pewna zmiana była możliwa, ale jej koszt wyniósłby tyle co nowy bilet - przedsięwzięcie traciło więc sens. To właśnie doskonały przykład tego jak wygląda rzeczywistość kubańska - wszędzie się da, tu nie. Nie ma obiektywnego powodu - są komputery i cała infrastruktura. Nie da się, bo ktoś UZNAŁ, że połączenia interetowe z innymi liniami lotniczymi nie są konieczne. Jeśli już cokolwiek się da zrobić - trzeba zapłacić absurdalną cenę. Podobnie jak z transportem autobusowym - są drogi, paliwo i chętni pasażerowie. Nie ma za to sprawnego transportu, bo UZNANO, że jest niepotrzebny.

Skoro tak, to kolejne pięć dni postanowiliśmy spędzić na plaży w komforcie do którego ciągną europejskie tłumy - w Varadero. Plaża, słonko, zimny browar - reporterski obowiązek każe nam sprawdzić także i tą część rzeczywistości.

Varadero

[27.02.2009 - 3.03.2009]

Varadero
Varadero
© Paweł Zgrzebnicki

Varadero

Varadero okazało się bardzo przyjemnym miejscem, z punktu widzenia kogoś przyjeżdżającego na wypoczynek typu "all-inclusive", kogoś, kto lubi "masową" turystykę i kuchnię zbiorowego żywienia. Kuba tutaj wygląda zupełnie inaczej - ogromne resorty, zadbane plaże, muzyka, równo przystrzyżona trawa - zupełnie inny kraj. Ale oczywiście to tylko przykrywka, marna "nakładka na system", która co chwilę pruje się, spod której wystaje w różnych miejscach prawdziwa rzeczywistość. Ale żeby zobaczyć Kubę taką jaka jest dla jej mieszkańców - trzeba stąd się ruszyć - i to dalej niż do najściślejszego centrum Hawany. Jednak większość przyjeżdżających tutaj turystów ogranicza swoją aktywność poznawczą do odkrywania nowych drinków w darmowym barze. Choć i tu można zobaczyć perły takie jak ciągnik grabiący plażę, czy napis "socialismo o muerte" na przydrożnym billboardzie.

Tekst: Paweł Zgrzebnicki
Przygotowując wyprawę i relację korzystano z następujących opracowań:
  • Ryan Ver Berkmoes, Amy C. Balfour, Paul Clammer, Michael Grosberg, Scott Kennedy, Richard Koss, Josh Krist, Tom Masters, Jens Porup, Brandon Presser, Brendan Sainsbury, Ellee Thalheimer, Karla Zimmerman, Caribbean Islands, Lonely Planet, Footscray 2008, 5th edition
  • Robert Coates, Joe Fullman, Sean Harvey, Sara Humphreys, Stephen Keeling, Lesley McCave, Matt Norman, Lisa Risher, Rebecca Strauss, Alex Robertson Textor, Polly Thomas, The Rough Guide to the Caribbean, Rough Guides, Nowy Jork 2008, 3rd edition