Używamy plików cookies, w celu ułatwienia nawigacji, opracowania statystyk, dostosowania serwisu do preferencji użytkownika oraz przy współpracy z serwisami zewnętrznymi takimi jak Google, Facebook i Twitter. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji o plikach cookies znajduje się tutaj oraz w naszej polityce cookies. Zamknij

Karelia, Półwysep Kolski - 2006
Galeria zdjęć
Mapa

Z końcem lipca wyruszyliśmy w stronę nieznanej nam wcześniej i budzącej wiele obaw Rosji. Celem naszej wyprawy było dotarcie do Murmańska - najdalej wysuniętego na północ cywilnego miasta półwyspu Kolskiego. Trasa wiodła przez zapomniane wioski Republiki Karelii - pięknej krainy sześciuset tysięcy jezior. W założeniu wszystkie noclegi mieliśmy spędzić na łonie natury a szlaki miały prowadzić przez odludne tereny, z dala od wszelkiej cywilizacji. W skład ekipy weszło dwanaście osób, jadących w czterech samochodach terenowych. Łącznie cała trasa liczyła ponad 6000 kilometrów a przejechanie jej zajęło nam 2 tygodnie.

Wyruszyliśmy ze Starego Folwarku - turystycznej wioski leżącej 15 km od Suwałk - kierując się do przejścia granicznego z Litwą w Ogrodnikach. Stamtąd do granicy rosyjskiej dzieliło nas dalsze 400 km.

Przed wjazdem na Litwę zatankowaliśmy zbiorniki z paliwem, wymieniliśmy polską walutę na szanowany wszędzie dolar, niektórzy próbowali jeszcze bezskutecznie kupić ubezpieczenie zdrowotne zadeklarowane uprzednio w rosyjskim wniosku wizowym (na szczęście na granicy nikt owego ubezpieczenia nie sprawdzał). Na granicy litewsko-polskiej, jak to w "krajach Unii", poszło gładko. Jedynie Frank, kierowca Mitsubishi Pajero, zarobiłby mandat w wysokości 250 PLN, wymierzony przez polskiego celnika za - jak wynika z mętnych tłumaczeń Frankiego - nieświadomą jazdę po chodniku. Na szczęście skończyło się na upomnieniu po tym, jak Frankie wyznał celnikowi że popełnił wykroczenie gdyż "jest głupi" (Frankie, nie celnik oczywiście).

Na granicy litewsko-łotewskiej niedouczeni łotewscy celnicy wymagali od nas zielonych kart. Jak wiadomo, Łotwa jest częścią Unii Europejskiej, a obywatele państw członkowskich nie mają obowiązku posiadania dodatkowych ubezpieczeń komunikacyjnych poruszając się po jej terenie. W efekcie naszej delikatnej sugestii dotyczącej braku wiedzy urzędników, ci - po konsultacji z przełożonymi - skrytykowali Unię Europejską jako całość i nas w końcu puścili. Przed nami pozostała do przebrnięcia jeszcze TA granica, do której to dotarliśmy około 19-tej czasu moskiewskiego tj. dwie godziny "in plus" w stosunku do czasu warszawskiego. No i się zaczęło! Odprawa trwała "jedyne" cztery godziny. Najpierw kolejka samochodów po bloczek (okienko nr 1), na którym wpisuje się markę samochodu, numer rejestracyjny i kto w chwili obecnej jest kierowcą. W drugim okienku odprawa paszportowa. Nie bardzo podobały się Rosjanom wizy irańskie - mimo, że cel podróży jest wskazany na wbitej do paszportu wizie Republiki Islamskiej, celnicy pytali Agę czy NA PEWNO była tam w celach turystycznych? Dalej, sprawdzanie zawartości samochodu: cały bagaż należało wyciągnąć na zewnątrz, a następnie odpowiedzieć na pytania dotyczące każdej torby i siatki. Kiedy już celnik doszedł do wniosku, że nie ma do czego się przyczepić (choć tak na prawdę przyczepić można się zawsze), podjechaliśmy do trzeciego okienka, w którym bardzo uprzejma Pani podaje do wypełnienia dwa formularze, w których należało wpisać co wwozimy (łącznie z samochodem). Potem skierowani zostaliśmy do okienka numer cztery, z zastrzeżeniem, że po załatwieniu formalności mamy wrócić do okienka trzeciego. W czwartym okienku Pani wyliczyła nam wysokość rosyjskiego ubezpieczenia samochodowego (polskie OC oczywiście jest nieważne). Następnie, po uzyskaniu specjalnej zgody od celnika, mogliśmy przejść na drugą stronę terminalu - do banku. Tu należało odstać odpowiednią ilość czasu w kolejce, aby wymienić dolary na ruble oraz wnieść jakąś tam opłatę. Po powrocie do Pani od OC, zapłaciliśmy za ubezpieczenie, wróciliśmy do okienka trzeciego z nowym kompletem pieczątek, i w nagrodę skierowani zostaliśmy z powrotem do pojazdu na kolejne badanie jego wnętrza. Wtedy, po raz kolejny śpiwory, skrzynka z jedzeniem, lodówka i wszystkie inne klamoty wylądowały na zewnątrz samochodu. W amoku kontroli uległy "zagubieniu" cenne zupy typu Vifon. O zgubie możemy zapomnieć - chcemy tylko po czterech godzinach stąd wyjechać!
Po całej odprawie jeszcze tylko jeden przystanek - musimy zapłacić po 260 rubli za płatna drogę wiodącą od granicy do najbliższego miasta i voila!

Tym sposobem, zmordowani odprawą celną, po około pół godziny drogi od granicy zatrzymaliśmy się, na pierwszy dziki nocleg w polach.
Po wszystkich perypetiach na granicy Frankie wyrobił sobie odpowiednią teorię. Według niego, ta ekstremalnie skomplikowana procedura administracyjna, najeżona biurokracją machina, odsyłanie obywatela od okienka do okienka według całkowicie niezrozumiałego schematu, ma odpowiednio biedaka zdezorientować. Otóż cel jest prosty: już po kilkudziesięciu minutach każdy będzie czuł się całkowicie bezradny. Nawet najbardziej bystry człowiek nie jest w stanie pojąć dlaczego i po co jest odsyłany po kolejną pieczątkę, gdzie i dlaczego ma pójść dalej. Gdyby nie pomocna dłoń urzędnika, obywatel zagubiłby się i mógłby już nigdy nie wydostać się z tej koszmarnej sieci. Mało tego! Każda z pracujących tu osób swoją niezłomną postawą i zaangażowaniem daje jasno do zrozumienia, że wszystkie procedury są absolutnie konieczne! Beneficjent siłą ogłupienia również zaczyna nabierać podobnego przekonania a jedynym ratunkiem dla zdezorientowanego człowieka jest ... sam urzędnik, którego rada i pouczenie jest niczym światło latarni morskiej wskazujące drogę zbłąkanemu obywatelowi na morzu Absolutnie Koniecznych do Załatwienia Spraw Urzędowych bez których ani Państwo ani tenże Obywatel nie mogliby istnieć.
Dzięki powyższemu Obywatel uzależnia się całkowicie od Urzędnika i nabiera przekonania, że bez niego nie jest w stanie funkcjonować. A wszystko to dla dobra Państwa oczywiście. Koniec teorii.

Petersburg
Petersburg
© Paweł Zgrzebnicki

Petersburg

Rano obudziła nas piękna, słoneczna pogoda. Po zebraniu obozowiska i zjedzeniu śniadanka wyruszyliśmy w dalsza drogę w kierunku Sankt Petersburga. Powoli zaczęliśmy się oswajać z Rosyjską rzeczywistością szarości i biedy analogicznej do tej w Polsce lat 80-tych.

Zgodnie z założeniem wszystkie noclegi mieliśmy spędzić w namiotach, z dala od osad ludzkich. Ze względu na ogromną ilość gzów i komarów w podmokłej tajdze, na drugi nocleg na ziemi rosyjskiej zmuszeni byliśmy zatrzymać się w jednej z tamtejszych wsi. Pytając uprzednio gospodarza o zgodę, rozbiliśmy się za jego domem pod lasem w pobliżu wspaniałego przekaźnika GSM. To zadziwiające jak dobrze rozwinięta jest sieć komunikacji komórkowej w tej części Rosji. W zasadzie w każdym miejscu do którego docieraliśmy, dostępny był sygnał sieci a bezobsługowe przekaźniki stały nawet w największej głuszy w tajdze.

W związku z ogromną ilością gryzących komarów, bardzo przydatnym ekwipunkiem staje się kapelusz pszczelarski, który można zakupić poprzez Internet za dosłownie kilka złotych. Gdyby nie to pomocne urządzenie, nasze pochodzące od ukąszeń obrażenia byłyby kilkukrotnie liczniejsze a wyprawa nie miałaby żadnego sensu.

Ze względu na obowiązujące przepisy, otrzymaną wizę wjazdową należy zarejestrować, tak więc w tym celu zmuszeni byliśmy odstąpić na jeden dzień od głuszy tajgi i odwiedzić Petersburg. Miasto piękne - szczególne wrażenie robi rozległa rzeka Newa nad brzegami której rozciągają się szeregi kolorowych kamieniczek. Wspaniale prezentuje się również Aurora - okręt z którego strzały rozpoczęły rewolucję październikową.

Pobyt w mieście i jego zwiedzanie ograniczyliśmy do minimum - przyjechaliśmy w końcu do lasu a nie do cywilizacji. Tym samym po południu, przedzierając się przez kilkugodzinne korki ruszyliśmy ostatecznie na północ Rosji.

Szutroww drogi karelii
Szutroww drogi karelii
© Paweł Zgrzebnicki

Szutroww drogi karelii

28 lipca dotarliśmy do Republiki Karelii. W Rosji prawie wszystkie drogi, które nie są tymi najgłówniejszymi, nie posiadają asfaltu a najwyżej nawierzchnię szutrową. Z tego też powodu jadąc przez odludne tereny tego kraju należy wyposażyć samochód w opony co najmniej klasy AT (All Terrain), ponieważ zwykłe "szosówki" z pewnością prędzej czy później zostaną rozcięte przez jeden z ostrych kamieni szutrowych. Oczywiście jazda w błocie i przedzieranie się przez zawalone drewniane mosty tym bardziej odpada - ważny więc jest sprawny napęd na cztery koła; przydaje się również wyciągarka.

Trasa wiodła przez malownicze, często opuszczone drewniane karelskie wioski. W miasteczku Sortawala leżącym 50 km od granicy z Finlandią zatrzymaliśmy aby nabyć pyszną miejscową nalewkę o bliżej niezidentyfikowanym, ziołowym składzie. Jej moc pozwala przetrwać najzimniejsze wieczory. Przy okazji spostrzegliśmy, że przybywa tu sporo Finów, nęconych niskimi cenami.

Ranek 29 lipca przywitał nas zimnym deszczem. Wyjątkowo wszyscy zebrali się bardzo szybko i  przed godziną 9-tą byliśmy gotowi do drogi. To był kolejny dzień szutrowych dróg przez Karelię. Po 6 godzinach jazdy w kurzu wjechaliśmy na asfalt i w końcu dojechaliśmy do Medwieżegorska. W tym przytłaczającym, szarym miasteczku, bardzo głodni, znaleźliśmy knajpę o wdzięcznej nazwie "Szaszliki", której socjalistyczny, brudny wygląd wyzwolił najpierw atak śmiechu a potem rzewne wspomnienia przeszłości i w końcu postanowienie filmowego udokumentowania baru, jakiego w IV RP już nie sposób uświadczyć. Ale mimo obdartych chłodziarek z lekko przyschniętymi ogórkami i sinymi jajkami spoczywającymi na wyszczerbionych talerzykach, mimo politurowanej, tłustej lady, brudnych sino-niebieskich ścian i dziwnego zapachu unoszącego się w pomieszczeniu, zjedliśmy bardzo dobrą zupę gruzińską oraz tzw. "pożarkę" tj. gulasz wołowy z ziemniakami lub ryżem do wyboru. Kolejny raz okazało się, że rosyjskie jedzenie jest pyszne i nie należy sugerować się "oprawą".

Tu na autobus czeka sie długo
Tu na autobus czeka sie długo
© Paweł Zgrzebnicki

Tu na autobus czeka sie długo

Następną noc spędziliśmy już na Półwyspie Kolskim nad Morzem Białym, za miejscowością Kandalaksza. Temperatura w nocy wynosiła 5oC. Na drugi dzień rano, morze było bardzo spokojnie a woda tylko lekko słonawa. Po zwinięciu obozowiska ruszyliśmy na wschód do Umby a stamtąd ciężkim szutrem w kierunku północnym przedzieraliśmy się do Oktabriskii. Tu zafundowaliśmy sobie dwa dni ekstremalnego off-roadu, drogą która wiedzie przez wymarłe, opuszczone wsie, zwalone i zbutwiałe mosty. Droga z Umby do Oktabriskiima to trasa o długości około 140 km, oznaczona na mapie jako "główna". Nic bardziej mylnego. Fakt, że w Rosji droga istnieje na mapie (nawet jako droga główna), nie oznacza wcale, że istnieje na prawdę. To wiedza szczególnie ważna przy planowaniu jakichkolwiek wypraw w rejony dalekiej północy czy Syberii. Ustalanie trasy powinno zostać poprzedzone obszernym wywiadem wśród podróżników, którzy już odwiedzili dane tereny. W przeciwnym razie - można nieźle się wkopać (dosłownie i w przenośni) i położyć całą ekspedycję.

Charakterystyczny dla Karelii wzór mozaiki zdobiącej dom
Charakterystyczny dla Karelii wzór mozaiki zdobiącej dom
© Paweł Zgrzebnicki

Charakterystyczny dla Karelii wzór mozaiki zdobiącej dom

Pierwszego dnia tej przeprawy udało nam się przedrzeć 80 km w ciągu 6 godzin. W międzyczasie zatrzymywaliśmy się we wymarłych wioskach zaglądając do opuszczonych domów. Spotkanych "kolekcjonerów" złomu, rozpruwających palnikiem acetylenowym stary statek rybacki poczęstowaliśmy żywieckim browarkiem i tym sposobem udało nam się wyciągnąć trochę historii o wymarłych miejscach: generalnie wsie tego rejonu budowano po wojnie, dla ludzi przesiedlonych tu w celu pracy przy wycince lasu. Ostatni mieszkańcy dokończyli żywota w połowie lat dziewięćdziesiątych i od tego czasu wsie niszczeją a z czasem całkowicie znikną w otchłani tajgi.

30 lipca przekroczyliśmy współrzędne geograficzne 66o33"N, 32o045'04.1"E i tym samym znaleźliśmy się za kołem podbiegunowym. To bardzo miłe uczucie - wydaje się człowiekowi jakby przeszedł jakąś magiczną granicę, za którą powinno być już tylko zimno. A tu sprawa przedstawia się całkiem przyjaźnie - w dzień jest ciepło, około 15 stopni, a dalej zamiast polarnej nicości, biegnie droga w kierunku Murmańska.

Jeszcze tylko 12 kilometrów!
Jeszcze tylko 12 kilometrów!
© Paweł Zgrzebnicki

Jeszcze tylko 12 kilometrów!

Zmordowani przeprawami przez rzeki i błotniste drogi, około 22:00 rozbiliśmy obozowisko nad jeziorkiem. Oczywiście na tej szerokości geograficznej pora nocna to w dalszym ciągu pełnia dnia, jedynie ziąb doskwiera i około trzeciej na ranem osiąga rekordowe spadki. Wieczorkiem ugotowaliśmy jeszcze zupę z pełnego kosza grzybów zebranych po drodze, która to zupa pospołu z nalewką karelską, rozgrzała nas w tę zimną noc.

Następnego dnia dotarliśmy wreszcie do celu wyprawy - do granic miasta najdalej wysuniętego na północ Półwyspu Kolskiego - do Murmańska nad Morzem Barentsa. Uradowani z osiągnięcia zrobiliśmy parę pamiątkowych zdjęć pod tablicą znaczącą granice administracyjne, po czym po parunastu minutach dojechaliśmy do centrum.
Podobnie jak inne miasta północnej Rosji - Murmańsk zrobił na nas przygnębiające wrażenie. Miasto położone jest na zboczu, z góry rozpościera się widok na duży port, poza tym wszystko wokół jest brudne, zaniedbane, obdarte. Niestety nie ma możliwości zwiedzenia części wojskowej Murmańska, tej, w której portach stoją rdzewiejące stare podwodne łodzie atomowe.

Typowe dla Półwyspu Kolskiego jasne porosty
Typowe dla Półwyspu Kolskiego jasne porosty
© Paweł Zgrzebnicki

Typowe dla Półwyspu Kolskiego jasne porosty

Po kilkugodzinnym pobycie w Murmańsku zarządziliśmy odwrót i rozpoczęliśmy kilkudniową podróż do domu. Tym razem jechaliśmy już główną trasą, wiodącą od Murmańska, poprzez Nowogród do granicy z Łotwą.

Była to na prawdę wspaniała, udana pod każdym względem ekspedycja. Dzięki podróży samochodem terenowym mogliśmy zwiedzić jedne z najbardziej odludnych i niedostępnych miejsc północy europejskiej części Rosji. Podróż komunikacją publiczną jest tu niemożliwa - w Związku Radzieckim przemieszczanie się samych obywateli tego państwa pomiędzy większymi miastami wymagało specjalnego pozwolenia. I tak już zostało - ludzie nie mają potrzeby nawet krótkotrwałej zmiany miejsca pobytu, nie ma też komunikacji, która by to umożliwiała. Jedyna metoda dla podróżnika to własny samochód, najlepiej terenowy.

Spokojna codzienność
Spokojna codzienność
© Paweł Zgrzebnicki

Spokojna codzienność

Rosja jest piękna. To jedyne tak rozległe, tak odludne a jednocześnie możliwe do eksploracji miejsce na świecie. Wspaniali, gościnni ludzie z jednej strony, z drugiej demony socjalizmu i komunizmu w najgorszym wydaniu, wymarłe wsie, opustoszałe miasta, niszczejący przemysł, krajobrazy jakich można spodziewać się po zakończeniu trzeciej wojny światowej. Kraj ogromnych kontrastów i wspaniałej, nie skażonej przez ludzi przyrody. Tak, do Rosji wrócimy na pewno - oby jak najszybciej.

Tekst: Paweł Zgrzebnicki
Przygotowując wyprawę i relację korzystano z następujących opracowań:
  • Mapa, Авто aтлас Россий [Atlas samochodowy Rosji], Moskwa 2006, skala: 1:800 000
  • Mapa, Атлас автодорог Мурманской Области [Atlas samochodowy okręgu murmańskiego], Moskwa 2003, skala: 1:200 000