Używamy plików cookies, w celu ułatwienia nawigacji, opracowania statystyk, dostosowania serwisu do preferencji użytkownika oraz przy współpracy z serwisami zewnętrznymi takimi jak Google, Facebook i Twitter. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji o plikach cookies znajduje się tutaj oraz w naszej polityce cookies. Zamknij

Kenia, Tanzania - 2007
Galeria zdjęć
Na skróty
1. Wstęp5. Moshi9. Jambiani
2. Nairobi i okolice6. Kilimandżaro10. Nungwi
3. Masai Mara7. Na Zanzibar11. Mombasa
4. Naivasha i Nakuru8. Stone Town
Mapa

Pod koniec stycznia, czyli tuż po porze deszczowej, rozpoczynamy naszą podróż poznania Czarnego Lądu, znajdując w każdym jego zakątku siłę, która każe wrócić tam każdemu, kto choć przez chwilę zakosztował jego zniewalających uroków. Doświadczamy bliskości dziewiczej przyrody największych parków narodowych Kenii i Tanzanii, groźnego masywu Kilimandżaro, nieskazitelnych plaż zanurzonych w turkusowej toni wybrzeży Zanzibaru, a także niezwykłej życzliwości mieszkańców Afryki, którzy na każdym kroku próbowali korygować naszą europejską mentalność słowami "hakuna matata", czy też "pole, pole".

Krótki wstęp sensacyjny

[20.01.2007]

Dziewiętnastego stycznia 2007 roku powiedzieliśmy "nie" czyhającej na nas polskiej zimie, obierając kierunek: Afryka Środkowa, Kenia, Nairobi, tam gdzie bezpiecznie dla ciepłolubnych, tuż pod równikiem. Jednak jak się okazało, jeszcze na obszarze Europy mocna dawka wrażeń nie pozwoliła nam się wyziębić.

Nasz plan lotu to: Warszawa - Amsterdam - Nairobi. Planowany termin odlotu ze stolicy wyznaczony na godz. 6:30 nie został utrzymany z powodu poważnej wichury i powstałych strat mających miejsce dnia poprzedniego. Wieża z Amsterdamu wstrzymuje nasz odlot. Nerwowo spoglądamy co chwilę na zegarek, ponieważ odlot do Nairobi mamy o 10:20. W oczekiwaniu na pozwolenie startu czas dłuży się okrutnie. Jedyną nadzieją dla nas jest to, że pośród tego chaosu wszystkie kursy maja opóźnienie i... poczekają na nas.

W końcu wznosimy się w powietrze o 7:30 i dwie godziny później jesteśmy w Amsterdamie, czyli dziesięć minut po planowanym odlocie do Nairobi. Spokojnym jeszcze krokiem, podbudowanym niegasnącą w nas nadzieją podchodzimy do tablic informacyjnych i tu poraża nas wyświetlony na żółto napis "Nairobi - Boarding Closed" !!! Rzucamy się w szaleńczy bieg przez gigantyczne lotnisko Amsterdamu z ramienia D, przez główny korytarz w przeciwne ramię lotniska i następnie w obszar F. Przestawiamy wszystkich po drodze i już nawet nie słyszymy cieszącego nas zawsze, permanentnego ostrzeżenia: "Mind your step". Dobiegamy do Gate F9... Boże!!! Jest!!! W bezdechu przechodzimy przez kontrolę i z tętnem 220 wchodzimy na pokład Boeinga 777-200, którego pasażerowie w ilości 427 osób przeklęli nas już pewnie niejeden raz. Była 10:50. Jeszcze z godzinę po starcie przywracaliśmy organizm do równowagi psychofizycznej.

Po przebyciu 6683 km, Boeing z wielką pieczołowitością kładzie nas na ziemi o 20:43 czasu lokalnego (przesuniecie czasu +2h). Tuż po wyjściu z samolotu śnieżnobiały uśmiech Kenijczyczyków odbijający się od ciemnych twarzy pozytywnie nastraja nas do afrykańskiego lądu. Na lotnisku wykupujemy wizę na 3 miesiące za $50.

Dalsze perypetie wiązały się z tym, że bagaże nie dorównały nam tempa w szaleńczym biegu przez lotnisko i w Nairobi zostaliśmy tylko z bagażem podręcznym. Nadmienię, że po uruchomieniu procedury "Missing luggage" trzy z czterech bagaży doleciały na następny dzień, a czwarty odosobniony trzy dni później. Ale nie miejsce tu na tworzenie powieści sensacyjnej, więc na tym pozytywnym akcencie zakończę ten rozdział.

Nairobi i okolice

[21.01.2007]

Nairobi
Nairobi
© Paweł Zgrzebnicki

Nairobi

Jeszcze tej samej nocy udało nam się zobaczyć nocne życie Nairobi - o zgrozo!!! Bierzemy taksówkę z lotniska za ustaloną uprzednio kwotę 1200 Ksh. Do wskazanego przez nas hotelu z kategorii "budget" z Lonley Planet. Przyzwyczajeni do prawostronnego ruchu, pakujemy się do taksówki na miejsce pasażera z prawej strony. Taksówkarz przywraca nas do kenijskiego porządku mówiąc "Ja prowadzę". Próbując bezskutecznie dostać nocleg w kilku hotelach, taksówkarz Joseph uświadamia nas, że przez najbliższy tydzień odbywa się w Nairobi International Social Peace Forum i prawdopodobnie wszystkie miejsca hotelowe są zajęte.

Dzięki tym nocnym, przejażdżkom od hotelu do hotelu naszym oczom ukazuje się prawdziwy obraz stolicy Kenii. Obraz brudnych, śmierdzących slumsów i ulic wypełnionych błąkającymi się bez celu typów o mętnym spojrzeniu. Niejeden z nich będąc już w innym obszarze świadomości wita się z nami uściskiem dłoni i po miłej pogawędce prosi o dolara. Nie zapomnę też widoku młodych chłopców siedzących na małym skwerku i wyjadających resztki jedzenia z porozrzucanego śmietnika. Inny znietrzeźwiony człowiek siedzi w kucki na ulicy i kurczowo trzyma się latarni, a gdzie nie spojrzeć brudne prostytutki zachęcają do swych usług pijanym śmiechem. W końcu dzięki poświęceniu Josepha udaje nam się znaleźć hotel z jednym wolnym pokojem dwuosobowym.
W kontraście z brudną ulicą wnętrze hotelu mile nas zaskakuje. Zabudowa atrialna, wszystko wyłożone kafelkami, schludnie, miło i czysto.

Rano, podczas hotelowego śniadania poznajemy gusta Kenijczyków, a właściwie to staramy się doszukać smaku w serwowanych potrawach. Próbujemy musli czysto kukurydziane, prawie bezsmakowe, a następnie omlet barwy białej. Przyczyna tej podejrzanej barwy wyjaśniła nam się podczas naszego dalszego pobytu - w trakcie całej wyprawy nie spotkaliśmy jajka z żółtym żółtkiem. I jeszcze jeden specyfik to kawa biała. To kawa zalewana tylko samym gorącym mlekiem, co jak się możemy domyślić pozbawia ją wyrafinowanego smaku. Na przyszłość byliśmy już mądrzy i zamawialiśmy trzy kawy czarne, jedną ichniejszą białą i tym sposobem mieliśmy cztery białe kawy po polsku.

Będąc w Nairobi nie można pominąć odwiedzin w muzeum bohaterki "Pożegnania z Afryką", baronowej Karen Blixen, mieszczącego się w oddalonego o 40 minut jazdy autobusem Karen. (Autobus nr 24 z Moi Avenue za 40 Ksh, wstęp do muzeum 800 Ksh). Przekraczamy bramę posiadłości Pani Blixen i naszym oczom ukazuje się śliczny, kamienny dworek, nad którym górują kokosowe palmy i pnący się między nimi powój z fioletowymi kwiatami. Cisza i ten wprost bajeczny widok przenoszą nasze myśli w przedwojenną rzeczywistość i wydaje się, że za chwilę na ganku pojawi się Karen. To naprawdę przeurocze miejsce, w którym niezwykle wyraźnie czuć ducha przeszłości. Wiernie odtworzone wyposażenie dworku, zadbany ogród sprawiają wrażenie, jakby wszystko od tamtych czasów pozostało nienaruszone. Wielokrotny widz "Pożegnania z Afryką" przechadzając się po dworku widzi Karen siedzącą w jadalni przy stole, czy przy kominku, opowiadającą swoje wymyślone historie. Miejsce to wraz z jego historią to magiczny świat pokazujący to, jak bardzo można pokochać Afrykę.

Muzeum Karen Blixen w Nairobi
Muzeum Karen Blixen w Nairobi
© Paweł Zgrzebnicki

Muzeum Karen Blixen w Nairobi

Tego samego dnia udajemy się jeszcze do National Museum. Niestety zastajemy je w zaawansowanym remoncie, pozostaje nam więc zwiedzenie okolicznego Snake Park i Aquarium, gdzie z bliska możemy podziwiać Czarną Mambę, Pytona i wiele innych niesympatycznych gatunków tej ziemi. Wracając spacerem do centrum miasta mamy okazję poznać cywilizowaną część Nairobi. Przeszklone budynki, wieżowce, schludnie ubrani przechodnie dają obraz normalnej stolicy rozwiniętego kraju. Jednak nawet w dzień w centrum miasta na każdym kroku spotykamy żebrzących lub nawet na pierwszy rzut oka normalnych ludzi, którzy liczą na hojność "białego".

Średnie zarobki Kenijczyka pracującego na państwowej posadzie wynoszą $150 miesięcznie, w prywatnej firmie zarabiają nieco więcej - $250. Ceny żywności zbliżone są do naszych (woda 1,5 l - 65 Ksh, piwo 0,5 l - 100 Ksh, ser Brie 120 g - 250 Ksh, danie w przeciętnej restauracji 400 Ksh), więc dysproporcje te mówią same za siebie.

Wieczorem, już po zmierzchu wracamy taksówką do hotelu. W okolicy hotelu było wiele wąskich jednokierunkowych uliczek i taksówkarz trochę był wśród nich zdezorientowany, zaproponowaliśmy więc, że wysiądziemy i dojdziemy ten kawałek na nogach. On stanowczo zaprotestował, mówiąc, że biały człowiek nie powinien chodzić tędy po nocy, i że chce żebyśmy bezpiecznie dotarli do domu po czym odwiózł nas pod same drzwi. Takie sytuacje uświadamiały nam, że to naprawdę niebezpieczne miasto i to, że na razie bez problemów się po nim poruszaliśmy nie powinno usypiać naszej czujności. Z resztą przed każdym hotelem i prawie na każdej ulicy stali cały czas strażnicy dzierżąc drewniane pałki w ręku.

Masai Mara

[22-24.01.2007]

Zebry w Masai Mara
Zebry w Masai Mara
© Paweł Zgrzebnicki

Zebry w Masai Mara

Masai Mara to jeden z najpopularniejszych parków narodowych Kenii, gdzie często są kręcone filmy przyrodnicze o mieszkańcach sawanny.
Do Masai Mara odległego od Nairobi o ok. 170 km dostajemy się z biurem Gametrackers (a dokładnie z przewodnikiem Mikem i kucharzem Josephem) odkrytym Land Cruiserem. Po drodze (jadąc przez miasto Narok) przyglądamy się urokliwym wsiom i poznajemy, na razie z daleka, życie Masajów. Często widzimy mężczyzn pozawijanych w charakterystyczne czerwone narzuty, stojących przy drodze (czasami nie wiadomo po co), którzy w charakterystyczny sposób przerzucają ciężar ciała na jedną nogę, podpierając się laską. Tak też są powszechnie przedstawiani na rzeźbach i różnych malowidłach. Kobiety w kolorowych chustach, w pełnej biżuterii, noszą na plecach dzieci przywiązane jedną chustą i przykryte drugą. Do kobiet należy również noszenie chrustu z lasu, niosą go na plecach (często razem z dzieckiem) na pasku zaczepionym o czoło. Każdy kto poczuje się zmęczony upałem, po prostu kładzie się tam gdzie stał, w polu czy przy drodze i śpi.

W Masai Mara można się poruszać tylko i wyłącznie samochodem, z przewodnikiem i ani na chwilę nie można opuszczać pojazdu. Za złamanie tych przepisów grożą wysokie grzywny. Przekraczamy bramę Parku Masai Mara. Przed nami rozpościerają się bezkresne połacie sawanny porośnięte gdzieniegdzie skupiskami drzew lub też samotnie królującym drzewem z rozpostartą w stronę nieba spłaszczoną koroną. Przejeżdżamy może niecały kilometr i spotykamy zaraz przy drodze majestatycznie kroczące żyrafy. Przechodzą tuż przed maską samochodu i oddalają się wolnym krokiem nie zwracając najmniejszej uwagi na nasze wyrazy zachwytu. Jadąc dalej widzimy po obu stronach drogi pasące się stada antylopbawołów, a od czasu do czasu pomiędzy nimi przemykają guźceszakale. Spotykamy również samego króla lwa z całą rodzinką leniwie wygrzewającą się w promieniach zachodzącego słońca. Zwierzęta z reguły nie reagują na widok czy dźwięk samochodów, i aż trudna do uwierzenia jest bliskość z jakiej możemy je podziwiać. Niesamowity jest spokój i harmonia tego świata, mimo obecności lwów czy gepardów nie wyczuwa się strachu, ani zagrożenia, a gazele pasą się tuż obok jakby świadome bezsilności wobec losu.

Gazele w krainie Masajów
Gazele w krainie Masajów
© Paweł Zgrzebnicki

Gazele w krainie Masajów

Opuszczamy park i udajemy się do naszej bazy mieszczącej się zaraz przy granicy parku. Jest to kemping z małymi dwuosobowymi domkami. Nie jest on ogrodzony, więc praktycznie każdy mieszkaniec sawanny może tam zawitać, dlatego też przez całą noc stoi na straży dwóch Masajów uzbrojonych w dzidy.
Następnego dnia wstajemy przed świtem, o 6:00, pijemy tylko kawę i jedziemy oglądać jak sawanna budzi się do życia. Poranek okazuje się być bardzo waleczny. Najpierw widzimy żyrafy, które wyjaśniają sobie niezgodności nocy bijąc się po szyjach, potem obserwujemy walki samców grand gazela. Samce tego gatunku żyją w jednym stadzie prowadząc nieustanną walkę o dominację. W innym miejscu całym stadem samic opiekuje się jeden samiec - ten najsilniejszy. Jeśli, któryś z samczego stada okaże się najmocniejszy przychodzi walczyć z obecnym przywódcą. Cykl zmiany przywódcy trwa średnio co dwa tygodnie, czyli jest to czas po jakim samiec jest wycieńczony opieką nad paniami. Kolejnym obiektem w tej niepowtarzalnej lekcji zoologii jest thomson gazela, trochę mniejsza, z wyraźnie zaznaczonym czarnym paskiem z boku i nieustannie merdająca ogonkiem. Poznajemy jeszcze dik-dika - to najmniejszy gatunek antylopy. Niezwykle piękny okazem jest topi o ciemnobrązowej, lśniącej maści z czarną plamą na udzie. Inne spotkane gatunki to: hartebeest, waterbuck, mashal igle, gimifoun, emu.

Niesamowite wrażenie robią ogromne stada masywnych bawołów. Jak się dowiedzieliśmy, bawoły są niegroźne dla człowieka kiedy są w większej grupie, natomiast samotne osobniki lub nawet te występujące w parach są bardzo agresywne i nie należy im się wtedy przyglądać. Wielokrotnie bowiem zdarzały się przypadki ataku bawołów na człowieka. Jeszcze parę słów o hipopotamach, które zastaliśmy podczas kąpieli całkowicie zanurzone w wodzie. Nawilżają w ten sposób wysuszona skórę po całonocnych wędrówkach, kiedy to jedząc trawę poruszają się w głąb lądu, pokonując nawet do 7 km. Świtem wracają do wody. Pod wodą, bez wynurzania wytrzymują do 6 min. Tego dnia podziwiamy jeszcze całkiem duże stadko słoni, rzecz jasna afrykańskich, i trzech braci gepardów szykujących się na polowanie.

Masajowie
Masajowie
© Paweł Zgrzebnicki

Masajowie

Poranek jest bardzo chłodny, ale już koło 10:00 zaczyna robić się upalnie. Wracamy na kemping na śniadanie przygotowane przez Josepha, który to dzięki swemu kunsztowi ukazał nam dobra stronę kuchni afrykańskiej. Po krótkim odpoczynku udajemy się do masajskiej wioski. Młody chłopiec zdziera z nas po 1000 Ksh od każdego. Młodzi Masajowie mają do perfekcji opanowaną prezentację wioski oraz dbanie o zadowolenie klienta. Na początku prezentują nam cztery plemienne tańce:

- Taniec-modlitwa o to aby stać się posiadaczem wszystkich krów świata.
- Taniec szczęścia i dziękczynienia kiedy to się już stanie.
- Taniec przedstawiający zabicie lwa i zwycięstwo nad nim.
- Taniec rywalizacji mężczyzn; który wyżej skoczy ten będzie miał najwięcej kobiet.

Ten repertuar dobrze oddaje zakres życiowej działalności przeciętnego Masaja. Masajowie są bardzo szczupli, wysocy ale przy tym bardzo silni i legendy głoszą, że potrafią zabić lwa gołymi rękami.

Wchodzimy do wioski otoczonej kolczastym krzewem, przez bramę z tej samej materii, która zamykana jest na noc w ochronie przed zwierzyną. Z chatek wychodzą kobiety i prezentują nam pieśń powitalną, a na końcu z każdą z nich "przybijamy piątkę" mówiąc pozdrowienie "Saliba". Chatki budowane są przez kobiety, które używają do tego trzciny i krowich odchodów. Najpierw przeplatają namoczoną trzcinę tworząc siatkę, następnie ona wysycha i usztywnia się. Na taki stelaż nakładane są krowie odchody. Czas budowy chatki to przeciętnie 4 miesiące, a konstrukcja ta wytrzymuje do 6 lat. Chatki są bardzo małe, ciemne i podzielone na wiele pomieszczeń. Zaraz przy wejściu zarezerwowane jest miejsce dla krowy lub kozy. Następne pomieszczenie to sypialnia z ogniskiem w środku i okienkiem o średnicy 20 cm, które stanowi jedyne źródło światła, jak również jedyne ujście dla dymu z ogniska. Są dwa łóżka wyściełane krowimi skórami. Na jednym śpi ojciec z synami, na drugim matka z córkami. Masajowie są poligamistami, a ilość żon uzależniona jest oczywiście od zasobów materialnych w postaci inwentarza i wówczas każda z żon prowadzi osobne gospodarstwo. Dzieci teoretycznie chodzą do szkoły, ale w rzeczywistości często okazuje się, że są bardziej przydatne przy pilnowaniu zwierząt niż pobierając nauki. Mali chłopcy w wieku 5-6 lat pilnują kóz, a starsi mogą już opiekować się krowami. Na zakończenie wizyty Masajowie pokazali nam krzesanie ognia za pomocą patyka i deseczki z naciętym klinem. Na zasadzie "wiercenia" rozżarza się drewno, a potem iskry zasypuje się do wyschniętych odchodów słonia i już mamy pełny ogień.

Bawół Afrykański
Bawół Afrykański
© Paweł Zgrzebnicki

Bawół Afrykański

W sumie na safari spędziliśmy dwa dni, co wydaje się być optymalnym czasem na zakosztowanie dzikiego życia sawanny.

Muszę w tym miejscu nadmienić, że Masajowie to jedno z 70 plemion żyjących w Kenii, tak więc obok urzędowego języka angielskiego i suahili funkcjonują co najmniej 42 narzecza językowe. Dodatkowo mając na uwadze duży odsetek mieszkających tam Hindusów, którzy mają w swoich rękach ok. 60% gospodarki kraju, Arabów i Europejczyków, Kenia to prawdziwy tygiel kulturowy.

Jezioro Naivasha i Jezioro Nakuru

[25-26.01.2007]

Na następne safari (safari w języku suahili znaczy "podróż", czyli słowo to ma szersze pojęcie niż kojarzona z nim wycieczka po sawannie) wybieramy się w tej samej obsadzie, czyli z Mikem i Josephem. Wspominałam już, że poruszamy się rasowym Land Cruiserem i muszę dodać, że jest to najlepszy środek transportu na drogach kenijskich, gdyż za stolicą asfalt generalnie się kończy i poruszamy się po bitej drodze w tumanach kurzu.
Docieramy do miejscowości nad jeziorem Naivasha odległej od Nairobi o 2 godz. jazdy. Instalujemy się na w zacisznym Fisherman's Camp, gdzie w cieniu akacji rozkładamy namioty.

Okolice jeziora Naivasha
Okolice jeziora Naivasha
© Paweł Zgrzebnicki

Okolice jeziora Naivasha

Jest to bardzo dobre miejsce wypadowe do okolicznych atrakcji. Jedną z nich jest Crescent Island Wildlife Sanctuary na jeziorze Naivasha, niestety wizyta tam stanowi bardzo drogą przyjemność. Koszty spowodowane są tym, że trzeba przepłynąć łódką przez cześć terenu prywatnego i kształtują się one następująco: przejazd łódką w jedną stronę - 3000 Ksh, przewodnik - 2000 Ksh i 200 Ksh wstęp od osoby. Rezygnujemy z tej wycieczki, i po lunchu jedziemy do Crater Lake Game Sanctuary (wstęp 200 Ksh, samochód 100 Ksh, przewodnik 2000 Ksh), gdzie mamy 1,5 godz. spacer po zboczach krateru aż do jeziora wypełniającego jego wgłębienie, czyli Crater Lake. Po parku można poruszać się pieszo, ponieważ nie ma tu drapieżników. To urocze zaciszne miejsce, gdzie pomiędzy drzewami widać przemykające zebry i gazele - w bezpośredniej bliskości robią jeszcze większe wrażenie. Do nowo poznanych zwierząt dołącza rocky animal zwany również małym słoniem ze względu na identyczną budowę układu pokarmowego. Wygląda jak duża świnka morska i idealnie wpasowuje się w koloryt kamieni.

Po zejściu w głąb krateru wydaje się, że jest to zupełnie inna strefa klimatyczna. Roślinność jest gęsta, żywo-zielona, z górującymi żółtymi akacjami, inaczej zwana Yellow Fever Acacia. Nazwa wzięła się nie tyle od żółtego zabarwienia kory drzewa co stąd, że kiedy Włosi budowali kolej z Mombasy do Ugandy - ówczesnej perły Afryki, pracowali właśnie przy żółtych akacjach. Na jej liściach gromadziły się ogromne ilości komarów, które wywołały u Włochów żółta gorączkę i wielu z nich zmarło.

Dochodzimy do jeziora, na którym kłębią się hałaśliwe, różowe flamingi. Jezioro ma barwę zielonkawą z racji dużej zawartości glonów, które stanowią główne pożywienie tych uroczych ptaków. Przesuwają się przez jezioro one całym stadem w jednym szyku, z dziobami cały czas zanurzonymi w wodzie. Glony te odpowiedzialne są właśnie za różowy kolor piór flamingów, które rodzą się białe ale żywiąc się glonami z dużą zawartością karotenu zmieniają ubarwienie na różowe. Oczywiście do tej wody również wydalają, przez co po przejściu takiej zgrai pożeraczy glonów woda robi się brązowa. Po 2-3 godz. wraca ona do swego właściwego, zielonego koloru i znów powracają w to miejsce flamingi. Jeziorko jest małe, także w kilka minut obchodzimy go wytyczoną przy jednym brzegu ścieżką. Ścieżka wiedzie do sympatycznej kawiarenki, skąd można jeszcze napawać się urokiem szalejących po wodzie różowych flamingów.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się nad brzegiem jeziora Naivasha, popatrzeć na hipopotamy, które wygłodniałe czekają na zmierzch aby móc wyjść na ląd. My natomiast dotarłszy na kemping posilamy się tym, co przygotował dla nas Joseph, który rozłożył swój kuchenny warsztat i na małym ognisku z rozżarzonym węglem drzewnym w aluminiowych garnkach wyczarował swe mistrzowskie potrawy.

Następnego dnia wstajemy znów przed świtem, ponieważ o 6:30 jesteśmy umówieni z przewodnikiem na spacer po Hells Gate National Park. Mike podwozi nas pod bramę parku i ruszamy na 2 godz. spacer. Tutaj również można spacerować pieszo lub można wypożyczyć sobie rower. Dolina, która podążamy stanowiła ok. 10 tys. lat temu dno jeziora, na skutek ruchów tektonicznych woda przemieściła się w inne koryto odsłaniając uwięzioną w skałach "wielowarstwową" geologiczną historię. Właśnie stąd wzięła się piekielna nazwa tej doliny, ściany doliny stanowią gigantyczne klify mieniące się wszystkimi odcieniami czerwieni i rudości. Zatrzymujemy się przy Fischer Tower - 25 metrowej skale wulkanicznej, nazwanej na cześć niemieckiego pioniera, który dotarł tu w 1882 roku. Gustaw Fischer z ramienia Hamburg Geographical Society poszukiwał drogi z Mombasy do Jeziora Wiktoria. Kiedy wszedł na terytorium Masajów, ci zatrzymali go, a później zabili.

Hells Gate
Hells Gate
© Paweł Zgrzebnicki

Hells Gate

W dolinie beztrosko pasą się gazele i zebry i wśród takich krajobrazów przemierzamy 9 km. U celu urządzamy sobie krótki piknik pod Central Tower. Potem jedziemy do mieszczących się na terenie parku ciepłych źródeł, które jak się okazało, zostały w całości przejęte przez elektrownię, więc w lekko zindustrializowanym krajobrazie widać gęstą parę unoszącą się ponad drzewami.

Wracamy na kemping, gdzie składamy "obozowisko" i kierujemy się do Nakuru. Przekraczamy bramę Lake Nakuru National Park. Tutaj także różowe flamingi intensywnie konsumują glony. Obok nich główną atrakcją parku są nosorożce (nosorożce po raz pierwszy! :). Występują tu dwa rodzaje nosorożców: nosorożec białynosorożec czarny. Otóż jak powiedział nam Mike, nie ma różnicy w umaszczeniu nosorożców, a zostały one tak nazwane z powodu błędnej wymowy Holendrów, którzy pojawili się tu przed laty. Biały nosorożec to tak naprawdę wide rhino, z powodu szerokich ust jakie zostały przystosowane do jedzenia trawy. Przez niepoprawną wymowę został "white". Natomiast black rhino ma węższe usta, ponieważ żywi się głównie liśćmi z drzew. Wznosimy się do punktu widokowego, skąd rozpościera się niesamowity widok na całe jezioro i ciągnące się aż po horyzont sawanny. Potem wracamy do Nairobi (3 godz. jazdy samochodem).

Tanzania - Moshi

[27-28.01.2007]

Tego dnia opuszczamy Kenię. Zarezerwowaliśmy wcześniej w biurze podróży na lotnisku autobus do Moshi ($40 od osoby). Autobus ma przyjechać pod nasz hotel o 7:30, więc byliśmy już pod drzwiami 7:15. Czekamy, czekamy patrząc jak ulica budzi się do życia - kloszardzi dawno opuścili miejsca noclegowe, rozpoczyna się mycie chodników, rozsuwanie krat w sklepach i teraz w porannym świetle trudno uwierzyć w to, co działo się tu nocą.
Już dobrze po 8:00 przybiega po nas mister. Pakują nas do busa już wypełnionego siostrami zakonnymi, plecaki wylądowały na dachu. Jesteśmy w lekkim szoku, ponieważ na sześciogodzinną trasę do Moshi spodziewaliśmy się nieco bardziej komfortowego transportu. Jedziemy na dworzec, gdzie czekamy nie wiadomo na co, później przystanek na stacji benzynowej i tak w każdym miejscu nasz zabiegany kierowca miał coś do załatwienia. W efekcie z Nairobi wyjeżdżamy o 9:00. To jeden z wielu przykładów dowodzących tego, że tu na wszystko jest czas!

Dworzec autobusowy, Tanzania
Dworzec autobusowy, Tanzania
© Paweł Zgrzebnicki

Dworzec autobusowy, Tanzania

Przemierzamy sawanny z widocznym od czasu do czasu czerwonym akcentem masajskiego kocyka, należącego do tego który właśnie wyprowadzał swój inwentarz na popas. Do granicy docieramy na godzinę 12:00. Po wypełnieniu formularzy wyjazdowych i wjazdowych po obu stronach ruszamy w dalszą drogę (wiza do Tanzanii: $50). Welcome to Tanzania! Dojeżdżamy do Arushy i z niewiadomych przyczyn kierowca każe nam wysiąść i poczekać pół godziny, ponieważ ma gdzieś odwieźć nadal towarzyszące nam siostrzyczki. Jesteśmy trochę zdezorientowani tymi komplikacjami komunikacyjnymi na nowym terenie, ale na razie nie mamy innego wyjścia, jak usiąść w restauracyjnym ogródku należącego do pobliskiego hotelu. Siadamy pod bananowcem i zamawiamy "Kilimanjaro" (tanzański produkt browarniczy) za $1. Na pierwszy rzut oka Tanzania wydaje nam się bardziej cywilizowana, czystsza i mniej zdziczała.

Zgodnie z obietnicą po wyznaczonym czasie przyjeżdża po nas bus i jedziemy jeszcze ok. 1 godz. do Moshi. Na dworcu ku naszemu niesamowitemu zdziwieniu czeka na nas mężczyzna z karteczką "Agnieszka Z. x 4" i zaraz jak wysiedliśmy zostaliśmy zbombardowani uprzejmością i nieskończonymi propozycjami wypełnienia nam czasu. Prosimy tylko o zamówienie taksówki do hotelu i zaraz podjeżdżają dwa samochody. Pytamy, po co aż dwie. Czekający na nas mężczyzna odpowiada, że on jedzie z nami. Odwiózł nas do hotelu (dzięki czemu nie płaciliśmy za ten transport) do ostatniej chwili oferując wszelkie wycieczki i rozrywki. To była namiastka tego, co miało nas spotkać w kolejnych dniach. W Buffalo Hotel bierzemy dwa dwuosobowe pokoje za 15000 Tsh za pokój.

Masyw Kilimandżaro, u którego stóp leży Moshi jest zasadniczym źródłem utrzymania tego miasteczka i jego mieszkańcy są wręcz zaprogramowani na zdobycie turysty. Wystarczy, że wyjdzie się na ulicę, momentalnie pojawia się jakiś niezwykle uprzejmy człowiek proponując wycieczkę na Kilimandżaro czy safari. Zaraz potem pojawia się następny koczujący pod hotelem "przedstawiciel handlowy" i kolejny. Zdarzyło nam się, że w ciągu pięciu minut rozmowy na ulicy otoczyła nas pokaźna grupka w ilości ok. 10 tubylców oferujących lokalne atrakcje. Zostawiają wizytówki, nawet ręcznie napisane oferty, czy też świstek papieru z napisanym numerem telefonu. Jest tego doprawdy zatrzęsienie.

Wieczorem odczuwamy zdecydowanie cieplejszy klimat niż w Kenii. W ciągu dnia temperatura ok. 33oC, noce również bardzo ciepłe, także wiatrak jest niezbędny, tym bardziej pod baldachimem z moskietiery.

Następnego dnia wstajemy późno, więc na śniadanie schodzimy dopiero po 9:00. Kawa, herbata, tosty z dżemem, a reszta za dodatkową opłatą. Po tym skromnym śniadanku idziemy na wizję lokalną na miasto. Upał okrutny. Zaglądamy do różnych biur podróży, chcąc zaplanować sobie następny dzień. Różnorodność ofert pod względem atrakcyjności i ceny jest naprawdę duża. Zasada jest oczywista. Te droższe należą do większych biur, wyglądają bardziej wiarygodnie zapewniając klientowi komfort i wszelkie dogodności. I tak za jednodniową wycieczkę na Kilimandżaro można zapłacić $130 lub w skromniejszym biurze $70 za osobę. Decydujemy się na tańszą opcję i umawiamy się na dzień następny.

Kilimandżaro

[29.01.2007]

Umawiamy się z naszymi organizatorami na godz. 8:00 przed hotelem. O 8:15 przyjeżdża dość duża grupa potencjalnych towarzyszy wycieczki, rozdają nam lunchowe pudełka i po butelce wody mineralnej. Jeden z grupy - Toshia - jako jedyny okazuje się prawdziwym przewodnikiem (prawdziwym tzn. z papierami upoważniającymi do oprowadzania po Kilimanjaro National Park). Wreszcie ruszamy na dworzec autobusowy, zamieszanie wygenerowane przez nadmiar organizatorów skończyło się, i zostaliśmy sami z Toshią. Wsiadamy do busa jadącego do Marangu Village.

Transport busami w tej szerokości geograficznej jest zjawiskiem niezwykłym, więc muszę w tym miejscu poświęcić mu kilka słów. Pojazdy zwane w języku suahili matatu to najczęściej mocno wysłużone Nissany. Przewidziane są na ok. 15 osób, w rzeczywistości zabierają dwa razy więcej. Ścisk, tłok i do tego szalony kierowca, który jedzie jak opętany trąbiąc na każdą żywą istotą znajdującą się w pobliżu drogi. Oprócz kierowcy w obsłudze matatu jest i konduktor, który jest głównym prowodyrem zachęcającym potencjalnych podróżnych do jazdy wypełnionym po brzegi busem. Często więc drzwi się nie zamykają i poza obrębem auta wisi na jednej ręce nawet do trzech pasażerów.

Roślinność powyżej 2700 m n.p.m w drodze na Kilimandżaro
Roślinność powyżej 2700 m n.p.m w drodze na Kilimandżaro
© Paweł Zgrzebnicki

Roślinność powyżej 2700 m n.p.m w drodze na Kilimandżaro

Po ok. 1 godz. docieramy do miasteczka, albo raczej wioski, gdzie Toshia wsadza nas do taksówki, którą wspinamy się ostro pod górę. Docieramy do bramy Kilimanjaro National Park. Po załatwieniu formalności i wpisaniu się do księgi "wyjść i przyjść" rozpoczynamy wędrówkę w górę.

Marangu Route zwana również Coca-Cola Route jest specjalnie przygotowana, wyregulowana i wyłożona wulkanicznym żwirkiem, co udostępnia ją dla najbardziej nieprzygotowanych turystów. Do Mandara Hut (pierwszego nocnego postoju w drodze na szczyt) nachylenie drogi jest nieznaczne, więc ten etap wędrówki jest spokojnym spacerkiem. Różnica wysokości na tym odcinku to 1000 m, cała trasa zajęła nam 3 godz. plus 20 min postoju na lunch. Las tutaj jest gęsty, pełen dziwacznych gatunków nieznanych nam roślin. Liczne porosty i lniany tworzą sieć chroniącą niedostępności lasu. Tuż pod Mandara Hut zaczyna się strefa jakby naszej kosodrzewiny, którą stanowią wysokie, smukłe krzewy.

W samym Mandara Hut jest ok. 20 prostych chatek z dwuspadowym dachem: są chatki sypialne, chatka gdzie przygotowuje się jedzenie (skąd na naszych oczach wybiegły szczury), jest jadalnia i recepcja, gdzie znów każdy musi zaznaczyć swoją obecność wpisem do księgi. Zostawiamy bagaże i idziemy na pobliskie wzniesienie - krater, z którego można podziwiać Kilimandżaro. Niestety nie dostąpiliśmy tego zaszczytu, gdyż niebo zaniosło się gęsto chmurami i zaczęło padać, ale mimo to świadomość bliskości masywu pięciotysięcznika była niesamowita.

Droga powrotna zajęła nam 2 godz. do bramy parku. Stamtąd tym samym sposobem, czyli taksówką zamówioną przez Toshię, dostajemy się do centrum miasteczka. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w miejscu, które zareklamował nam Toshia jako wytwórnię piwa z bananów. Posadzono nas przed chałupą, gdzie już niejeden tubylec delektował się owym piwem pijąc z małego wiaderka. Podano nam w drewnianym czerpaku dziwną ciecz, której z powodu pierwszych odczuć organoleptycznych już nie chcieliśmy degustować, groziło to jednak poważnym faux pas, więc zdobyliśmy się na odwagę. Był to surowy zacier z paprochami, którego wprost nie dało się pić (pomijając bogactwo jego życia biologicznego) i tylko dla poznania umoczyliśmy w nim usta.

W miasteczku wsiedliśmy do sławnego i zawsze pełnego atrakcji matatu. Czekaliśmy na odjazd ok. 20 minut i obserwowaliśmy nieustanne zmiany liczby pasażerów, oczywiście in plus. Kobiety z wielkimi workami, mężczyźni z nie mniejszymi pakunkami i w efekcie ruszyliśmy z podwójnie zapełnionymi siedzeniami, ze wszystkimi możliwymi miejscami stojącymi i dwoma chłopcami na zewnątrz jedną ręką trzymającymi się barierki. Na każdym przystanku miała miejsce niesamowita przepychanka, a konduktor wręcz wpychał wahających się pasażerów do środka. Przygoda tej przejażdżki zakończyła się wielkim hukiem przebitej opony tuż przed Moshi. Fakt ten zwiastował utrzymujący się od początku drogi swąd spalonej gumy, którego tylko kierowca nie chciał czuć. Wysiadamy. Chłopcy wyciągnęli zapas zupełnie odarty z bieżnika i po pięciu minutach pracy zespołowej byli gotowi do dalszej jazdy. O dziwo, przy ponownym upakowaniu w busie każdy zachował swoje miejsce. Kulturka na najwyższym poziomie!

Wieczorem rozpadał się niezwykle intensywny deszcz, co jak mówili mieszkańcy, raczej nie zdarza się w styczniu.

Następnego dnia (30.01.2007) śpimy długo, z przerwą na modlitwę dochodzącą z meczetu (było to przed 4:00 rano!). W Tanzanii muzułmanie stanowią ok. 40% populacji, chrześcijanie ok. 50% i w każdym, nawet małym miasteczku jest meczet i kościół. Wyznawcy obu religii żyją obok siebie w pełnej tolerancji, bez najmniejszych antagonizmów. Na ulicy nawet kobiety nie będące muzułmankami zakrywają szczelnie ciało i przede wszystkim głowy kolorowymi chustami, jakby w poszanowaniu sąsiadującej z nimi religii. Mimo, że przyzwyczajone do widoku turystek, czasami wydawały się być zgorszone naszymi krótkimi spódnicami.

Tego dnia napawamy się życiem miasteczka, kupujemy u lokalnego artysty rzeźby w hebanie, porcelanowe naczynia i inne lokalne rękodzieła.

Moshi - Dar es Salaam - Zanzibar

[31.01.2007]

Ostatniego dnia stycznia opuszczamy Moshi, autobus do Dar es Salaam mamy o 6:30. Autobus jest znacznie szerszy od naszych rodzimych, z układem siedzeń 2+3, ale mimo tej liczby miejsc w ciągu pół godziny napełnił się komplet. Wyruszyliśmy o 6:45 (przekonując się po raz kolejny, że punktualność nie ma tu większego znaczenia) i wkrótce zorientowaliśmy się, że i ten kierowca jest narwanym szaleńcem. Na miejscu byliśmy już o 12:30, czyli godzinę przed planowanym przyjazdem. Po krótkiej konsultacji z miejscowymi jedziemy na lotnisko. O 15:30 na malutkim lotnisku wsiedliśmy do malutkiego samolotu ($55 za osobę) i wznieśliśmy się w powietrze. (Na Zanzibar można również się dostać promem, koszt 40$). Najpierw ujrzeliśmy z lotu ptaka całe miasto, które stanowiło dużą aglomerację, po czym wyfrunęliśmy nad Ocean Indyjski w kolorze turkusowo-błękitnym, podziwiając liczne wysepki archipelagu Zanzibar. Samolot miękko wylądował na wyspiarskim lotnisku - Karibu Zanzibar! Na lotnisku przechodzimy odprawę paszportową, gdyż Zanzibar pomimo przynależności do Tanzanii zachował autonomię. Stamtąd wzięliśmy taksówkę do centrum miasta - Stone Town.

Stone Town

[31.01-01.02.2007]

Historia dowodzi, że już w XII wieku Zanzibar był silnym ośrodkiem muzułmańskim, w XVI wieku wyspę, jak i całe wybrzeże opanowali Portugalczycy, którzy opuścili ją dopiero po 200 latach. Później wyspa znalazła się pod władzą Omanu i wtedy też powstało dzisiejsze Stone Town. Tam też zachwycony urokami wyspy sułtan Sayida Saida przeniósł swój dwór oraz wszystkie urzędy i to on stworzył potęgę Zanzibaru. Miasto ma bardzo gęstą zabudowę z charakterystycznymi ażurowymi balkonami i wyprofilowanymi wejściami. Uliczki mają do 2 m szerokości, a pośród szarych, obdartych murów odznaczają się bardzo ładne, drewniane bogato rzeźbione drzwi. Pozostały one w domach przybyłych tu omańskich kupców, którzy przetransportowali je z Muskuatu, by w ten symboliczny sposób zaznaczyć ciągłość domostwa. Nazwę Zanzibar nadali całemu regionowi Persowie, z uwagi na kolor skóry jej mieszkańców, "zandż" - kraj czarnych.

Stone Town
Stone Town
© Paweł Zgrzebnicki

Stone Town

Kiedy wysiedliśmy z taksówki trochę poraził nas rybny zapach dochodzący z pobliskiego targu. Zaraz potem miął nas człowiek niosący ogromna płaszczkę, a inny proponował nam na kolację już taką pociętą na kawałki. Znajdujemy hotel ($25 za pokój dwuosobowy), a wieczorem wychodzimy na wizję lokalną miasta. Na ulicach pełno turystów. Dochodzimy do miejsca tuż przy oceanie, gdzie kwitnie handel i degustacja owoców morza. Na wielkich stołach rozłożone są wszelkie możliwe dobrodziejstwa, jakimi dysponują słone wody Oceanu: krewetki, kalmary, ośmiornice, barakuda, kraby i wiele, wiele innych. Niezwykle uprzejmi sprzedawcy smażą wybrane egzemplarze i można je zjeść ze smażonym bananem zielonym lub żółtym albo z pieczonym bambusem, który ma smak i konsystencję naszego ziemniaka. Miejsce to, to prawdziwy raj dla smakoszy owoców morza. Po posileniu się tymi delicjami idziemy na piwo do chińskiej restauracji, gdyż alkohol w tutejszych lokalach zapewne za sprawą wyznawców islamu nie jest sprawa oczywistą. Wieczór mimo lekkiej bryzy od morza jest bardzo upalny, więc dzień kończymy spacerkiem wzdłuż oceanu.

Hotelowe śniadanie na Zanzibarze też nie zaskoczyło nas - jak wszędzie do tej pory zaserwowano jajka w czterech postaciach. Po śniadaniu opuszczamy hotel i pakujemy się do wynajętego Suzuki Vitara. Wynajmujący samochód uświadomił nam zadziwiającą nas do tej pory rzecz. Okazało się, że trąbienie na każdą żywą istotę będącą użytkownikiem drogi nie wynika z braku kultury, ale wręcz właśnie z kultury na drodze. Jest to po prostu ostrzeżenie - uwaga nadjeżdżam! (Przy okazji, wynajem samochodu $40 za dzień.) Ruszyliśmy... oczywiście tą gorszą, bo lewą stroną drogi. Poruszanie się po wyspie nie jest łatwe, ponieważ w zasadzie nie ma żadnych drogowskazów, nie dostaliśmy też dokładnej mapy i dysponowaliśmy tylko orientacyjnym planem wyspy.

Docieramy w końcu do sławnych na Zanizibarze Spice Farm, gdzie momentalnie przechwytuje nas przewodnik. Wartość merytoryczna tej lekcji botaniki urozmaicona jest atrakcjami w wykonaniu towarzyszących nam chłopców. Najpierw każdy z nas dostaje kielich wykonany z liścia bananowca, aby zbierać w nim przyprawy, a potem dostajemy porządne koszyki uplecione z liści palmy, ponadto naszyjnik z tego samego materiału a jedyny wśród nas mężczyzna dostaje krawat i czapkę "króla wioski". Jeden z chłopców zaprezentował nam sposób wchodzenia na palmę. Spiął sobie stopy uplecionym powrozem uzyskując przez to lepszy punkt zaczepienia. Nucąc piosenkę - tutejszy przebój "Jambo, Jambo" już po pierwszej zwrotce był na szczycie zrzucając dla nas kokosy.

Plantacja przypraw i owoców
Plantacja przypraw i owoców
© Paweł Zgrzebnicki

Plantacja przypraw i owoców

Z tutejszych roślin osobiście poznajemy i smakujemy takie gatunki jak: jabłoń zanzibarska, kardamon (używany tutaj "po wyjściu z baru", gdyż zabija zapach alkoholu), chlebowiec (do smażenia), imbir, wanilia, jack fruit, liczi, durian, trawę cytrynową, hennę, cynamon, czarny pieprz (wszystkie rodzaje pieprzu czyli: czerwony, zielony i biały pochodzą z jednego pnącza a późniejsze różne własności otrzymuje się przez odpowiednią obróbkę) i oczywiście goździki. W latach trzydziestych XIX wieku wspomniany już sułtan Said Sayd stworzył tutaj wielkie plantacje tej rośliny i do tej pory Zanzibar utrzymał pozycję światowego potentata w dziedzinie eksportu goździków (obecnie stanowi 80% światowej produkcji goździków), na które to państwo posiada monopol.

Jambiani

[01-03.02.2007]

Ruszamy dalej w stronę Jambiani, do którego docieramy prowadzeni intuicją (bez drogowskazów) drogą żwirową, będącą chyba w trakcie przygotowań do wyłożenia asfaltem. Jambiani to mała, zaciszna i bardzo urokliwa wioska. Przez jej środek biegnie wyboista droga a po obu jej stronach rozsiane są białe, murowane domki. Szybko znajdujemy hotel - bungalow ($45 dwuosobowy bungalow). W restauracji "na piasku" znajdującej się tuż obok naszego hotelu zakosztowujemy owoców morza. Tutaj też doświadczamy rekordowego czasu oczekiwania na realizację zamówienia wynoszącego dwa piwa co w czasie bezwzględnym wyniosło 1,5 godz. (!). Ale muszę przyznać, że opłacało się czekać, także i okoliczności oczekiwania były niezwykle miłe, gdyż knajpa była nie tylko dla turystów, ale również tubylcy lubili w niej przesiadywać przez co zyskiwała swój klimat, no i zniewalający widok na błękitny ocean był jej absolutnie niepodważalnym atutem.

Tego wieczoru zobaczyliśmy ten niesamowity efekt oddziaływania księżyca na naszą planetę - około 22:00 morze odsunęło się o jakieś 50 m odkrywając przybrzeżne dno. Rano nasze zdumienie wzrosło gdy pulsujące fale dojrzeliśmy w odległości aż 200 m od pierwotnego brzegu. Korzystając z odpływu tutejsze kobiety pielęgnują swoje ogródki wodne, w których w rzędach na rozpostartych sznurkach rosną wodorosty. Po sześciu dniach, zbierają je, suszą na plaży i sprzedają po 10 centów za kilogram!.

Połów rozgwiazd
Połów rozgwiazd
© Paweł Zgrzebnicki

Połów rozgwiazd

Resztę dnia napawamy się urokami wyspiarskiego życia w tym wprost przepięknym zakątku świata, nie mogąc nacieszyć oczu tym niesamowitym błękitem oceanu. Podczas snoorklingu podziwiamy jaskrawo ubarwione rozgwiazdy, różnej maści i wielkości ryby oraz całe mnóstwo niezidentyfikowanych żyjątek. Rozmawiamy z niezwykle życzliwymi i sympatycznymi tubylcami i poddajemy się ich rytmowi, wolniejszemu rytmowi życia.

Następnego dnia opuszczamy tę bajeczną wioskę kierując się najpierw na południowy kraniec wyspy do Zatoki Tysiąca Delfinów. Zamawiamy kąpiel z delfinami. Wsiadamy na łódkę z trzyosobową załogą i płyniemy ok. 0,5 godz. wgłąb morza. Docieramy do nieco jaśniejszego okręgu z płytszą wodą, gdzie raz po raz przemyka przed naszymi oczyma płetwa delfina czy chowający się w wodzie ogon. Po chwili wskakujemy do wody i od tej pory zaczyna się pogoń za delfinami. Dostrzegamy zarys ich sylwetek w głębi. Poruszają się parami lub w trójkę w symetrycznym układzie i nagle zaczynają płynąć pionowo do góry wynurzając się tuż przed nami, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Pogoń za delfinami trwała ponad godzinę. Wrażenie ich bliskości było naprawdę niesamowite, szczególnie mając na uwadze całkowicie naturalne warunki, dalekie od sztuczności delfinarium.

Po tej niesamowitej przygodzie ruszyliśmy dalej na północ wyspy przez wyboiste drogi z utęsknieniem wypatrując asfaltu. Do przebycia mamy ok. 80 km. Pośród uroczej, żywozielonej roślinności widzimy wioski, w których życie toczy się na granicy skromności i ubóstwa. Zazwyczaj obok symbolicznej chatki rośnie ogródek bananowy, rzadziej kukurydza, a jeszcze rzadziej można ujrzeć tam jakiś inwetarz.

Nungwi

[03-06.02.2007]

Do celu - miasteczka Nungwi docieramy ok. 18:00. Instalujemy się w jednym z nadbrzeżnych hoteli, oczywiście z widokiem na morze (cena $40 za pokój 2-osobowy). I tu zaczyna się nasz trzydniowy czas beztroski w tym chyba przedsionku raju, w otoczeniu białych, piaszczystych plaż, morza w kolorze turkusowym, kokosowych palm i wśród otaczających nas zawsze przemiłych czarnych przyjaciół. Pływamy, nurkujemy, opalamy się i cieszymy duszę niesamowitymi okolicznościami przyrody. Temperatura 33oC. Niestety jednak leżenie na plaży nie jest tożsame ze świętym spokojem, ponieważ co chwilę zaczepia albo Masaj proponujący naszyjniki, albo chłopiec sprzedający muszle lub okulary, albo naraz przybiegają dzieci w nadziei na jakiś podarunek. W Nungwi jest zdecydowanie więcej turystów niż w innych częściach wyspy, więc i tu życzliwość tubylców jest niestety bardziej interesowna.

Uroki Zanzibaru
Uroki Zanzibaru
© Paweł Zgrzebnicki

Uroki Zanzibaru

Nie bez powodu przybyliśmy tu właśnie 3 lutego, ponieważ to tego dnia miało się odbyć Full Moon Party, największa impreza na wyspie. Udaliśmy się więc późnym wieczorem do plażowej knajpki, dokąd zjechały już całe tłumu tubylców i turystów, z przewagą na szczęście tych pierwszych i właśnie dzięki nim impreza miała swój niepowtarzalny klimat. Przekonaliśmy się też na własne oczy o tym, jak oni kochają muzykę. Serwowane przeboje to były głównie "czarne" hity w takt których wszyscy z nieskrywaną przyjemnością tańczyli w swój jedyny, niepowtarzalny sposób, a niektórzy nawet grupowo tańczyli w wyuczonym układzie. Bawili się głównie mężczyźni, nie wyłączając rodowitych Masajów w czerwonej narzutce. Biali turyści szukający różnego rodzaju rozrywki na tle afrykańskiego pląsu, w którym każdy gest wyrażał miłość do tańca i muzyki wyglądali po prostu blado i sztywno. Cała impreza kończy się o świcie.

Szóstego lutego opuszczamy to niesamowite miejsce, obieramy kierunek powrotny - miasto Zanzibar. Na miejscu po przebyciu przez bezasfaltowe drogi jesteśmy przed 10:00. Następnie po załatwieniu formalności związanych z oddaniem samochodu, wsiadamy na prom (odpływamy z półgodzinnym opóźnieniem) i 2 godz. później jesteśmy znów w Dar es Salaam. Zostajemy tu na noc, by jutro skoro świt wyruszyć do Mombasy.

Zachód słońca na Zanzibarze
Zachód słońca na Zanzibarze
© Paweł Zgrzebnicki

Zachód słońca na Zanzibarze

Po południu mamy okazję trochę lepiej poznać miasto, w poszukiwaniu dziedzictwa kultury suahilijskiej. Wschodnie wybrzeże Afryki nad Oceanem Indyjskim było zasiedlane już w starożytności, później Arabowie, PersowieHindusi prowadzili tutaj ożywiony handel ze wszystkimi krajami w rejonie Oceanu Indyjskiego. Jeszcze później z głębi lądu napłynęła na wybrzeże murzyńska ludność Bantu i tak w tym kulturowym tyglu rozkwitła bogata kultura Suahili - wysoko rozwiniętych społeczeństw miast-państw handlowych. W kolejnych stuleciach wybrzeże podporządkowali sobie Portugalczycy, potem wspomnieni już Arabowie omańscy, natomiast w XIX wieku do rywalizacji włączyli się Brytyjczycy i Niemcy. Ale mimo tak bogatej historii i późniejszych podziałów już niepodległych państw kultura suahilijska zachowała swoją wyraźną odrębność w stosunku do kultur wnętrza kontynentu afrykańskiego. Dzięki temu na wybrzeżu znajdujemy zabytkowe budowle, bardzo nieliczne w czarnej Afryce.

W naszych oczach Dar es Salaam wydaje się bezpieczne, czyste i spokojne, widać oczywiście wiecznych mieszkańców ulicy, ale nie ma porównania z Nairobi. Kobiety są zadbane, starannie ubrane z doskonale dobranymi najmniejszymi szczegółami garderoby.

Mombasa

[07.02.2007]

Następnego dnia o 6:00 mamy autobus do Mombasy. Trasę pokonujemy w 9 godz., ale od granicy Tanzańsko-Kenijskiej stan dróg się zdecydowanie pogorszył, tzn. po prostu zabrakło asfaltu. W porach intensywnych deszczy drogi te stają się nieprzejezdne. Tuż przed Mombasą ma miejsce dziwne zdarzenie. W autobusie następuje ogólne poruszenie i konduktor nagle zamyka okna i zasłania wszystkie zasłony. Jesteśmy mocno zdezorientowani tą sytuacją, gdyż niesamowity gorąc momentalnie odbiera nam oddech. Pytam o wyjaśnienie mojego sąsiada. Mówi, że zaraz będziemy wjeżdżać na prom (Mombasa leży na wyspie między zatokami wcinającymi się w ląd, z którym połączona jest mostem) i nie chcą żeby nas widziano tzn. komplet pasażerów. Tuż przed promem część pasażerów wysiada, po czym wchodzi człowiek w galabiji i odsłania te okna, przy których są puste miejsca. I nie wiemy tak naprawdę, czy manewry te związane były z masą autobusu, czy opłaty za ilość pasażerów, czy też bezpieczeństwa. Zagadka ta nie została rozwikłana.

Po zainstalowaniu się w hotelu (za imponującą cenę 500 Ksh z pokój dwuosobowy) wyruszamy na wizję lokalną. Najpierw kierujemy się na stację kolejową celem zakupu biletu do Nairobi na następny dzień. Niestety kasa biletowa jest już zamknięta i przemiły strażnik pociesza nas zręcznie ukazując jednym zdaniem całą mentalność Kenijczyków: "IN KENYA NO HURRY, NO PROBLEM". Odchodzimy w nadziei, że ma rację. W zatłoczonym śródmieściu stoją pokolonialne kamienice i nowoczesne domy. Na centralnej Moi Avenue z dala widać wątpliwej urody symbol miasta - wykonane z blachy słoniowe kły.
Mombasa nie należy do bezpiecznych miast, żyje tam niezwykła mieszanka wszystkich ludów Afrykańskich, Azjatów i Europejczyków. Ostrzegali nas o tym kelnerzy, kiedy wieczorem wychodząc z knajpy postanowiliśmy wrócić spacerem do hotelu. Stanowczo zaprotestowali, mówiąc, że to nie dla białego człowieka. Zamówili taksówkę i troskliwie zatrzasnęli za nami jej drzwi.

Następnego dnia udajemy się do Old Town. Zwiedzanie zaczynamy od najcenniejszego zabytku tego miasta - Fort Jesus. Wzniesiony został w 1593 roku według projektu naczelnego architekta na wschodnich koloniach, Jean Baptista Cairato. Warownia miała ułatwić Portugalczykom sprawowanie kontroli nad wrogo nastawionymi do nich mieszkańcami Mombasy. Mimo, że fort uznawany był za cud ówczesnej architektury obronnej i twierdzę nie do zdobycia, to jednak wielokrotnie na przestrzeni wieków przechodził z rąk do rąk.

Hotel w Mombasa
Hotel w Mombasa
© Paweł Zgrzebnicki

Hotel w Mombasa

Dalej labiryntem uliczek starego miasta prowadzi nas "samorekrutujący" się przewodnik-amator. Większość domów na mombaskiej starówce pochodzi z XIX wieku, zachował się jedynie pierwotny układ ulic oraz kilka budowli pamiętających wcześniejsze stulecia. Najstarszy z 20 znajdujących się tu meczetów ma prawie 500 lat. Przewodnik prowadzi nas do starego portu, gdzie zachowała się jaskinia ze studnią, przy której myto niewolników przygotowując ich na sprzedaż. Część starówki obecnie zamieszkują uchodźcy z Somalii (o jaśniejszej karnacji) i Ugandy. Co jakiś czas mijamy miejsca patroszenia ryb sygnalizujące o swym istnieniu okrutnym zapachem.

Po południu zabieramy rzeczy z hotelu i jedziemy na stację kolejową trzykołową motorynką (nas czwórka i cały dobytek), doprowadzając do jej przeciążenia i z dobitnym odgłosem dwusuwu podjeżdżamy pod peron. Koszt imprezy 200 Ksh, ale warta nawet o wiele więcej! :-)

Planowany odjazd pociągu do Nairobi to godz. 19:00, na miejscu mamy być o 10:00. (cena biletu - 3025 Ksh od osoby). I tu po raz kolejny doświadczamy innego wymiaru czasu Kenijczyków i zawsze aktualnego "Hakuna matata". Tuż przed naszym wejściem do przedziału panie jeszcze sprzątają. W końcu usadawiamy się w przedziale i... czekamy, czekamy, mija siódma, pół do ósmej, czekamy... i nic się nie dzieje. Tuż przed ósmą czujemy doczepienie lokomotywy. W megafonie odzywa się głos informujący o godzinnym opóźnieniu przybycia do Nairobi. W końcu ruszamy o 20:00. W przedziale już dawno zrobiło się ciemno, mamy jednak nadzieję, że zapalą światło kiedy ruszymy, ale nadal długi czas pozostajemy w ciemności. Po pewnym czasie przychodzi John i przynosi nam dużą lampę akumulatorową. Pytamy czy nie będzie w ogóle prądu, on odpowiada bez wyjaśnień "nie". "Never?" - upewniamy się. "NEVER" - z zabójczą szczerością odpowiada John.

Miłym zaskoczeniem były dwa posiłki wliczone w cenę biletu. O 20:45 gong zwołuje nas do wagonu restauracyjnego. Panowie w białych, choć mocno wysłużonych mundurkach serwują nam zupę na kształt naszej koperkowej i do wyboru woła lub kurczaka z ryżem gotowanym w kurkumie. Jedzonko całkiem niezłe. Uśpieni regularnym stukotem szyn w mroku przemierzamy sawanny. Rano o 7:00 budzi nas gong zwołujący na śniadanie. Oprócz wszechobecnej jajecznicy podają nam smażona wołowinę i kiełbaskę z osła, więc po raz drugi muszę tu pochwalić afrykańskiego Warsa. Po śniadaniu w przedziale pojawia się zbierający pościel John, mówi, że będziemy mieć jeszcze godzinne opóźnienie, ponieważ w nocy staliśmy w polu i czekaliśmy na przejazd innego pociągu. Po tych zmaganiach rozkładowych do Nairobi przyjeżdżamy o 12:00. W porównaniu z Karen Blixen, która trasę tę pokonywała przez 3 dni nasz czas jest i tak imponujący!

Znajdujemy hotel, zrzucamy bagaże i idziemy odetchnąć jeszcze spalinami tejże stolicy. Dzień kończymy kolacyjką w prawdziwie ekskluzywnej restauracji, gdzie od dłuższego czasu czujemy spełnioną normę sanitarną. I tak z psychicznym spokojem delektujemy się bardzo wyszukanym menu. W tych miłych okolicznościach czcimy nasz ostatni wieczór w Afryce.

Rano łapiemy taksówkę - amatorską, czyli dowolnego posiadacza samochodu chętnego na zarobek. Młody chłopiec postanowił tego dnia zarobić, choć obserwując jego orientację w terenie stwierdziliśmy zgodnie, że nie wiadomo kiedy ostatnio jeśli w ogóle był na lotnisku. Niestety w tych ostatnich godzinach pobytu na afrykańskiej ziemi doświadczamy bardzo niemiłego incydentu ze strony skrajnie skorumpowanej policji (o tym fakcie wspominał nam już Mike). W ogóle zarówno w Kenii, jak i Tanzanii przy drogach bardzo dużo jest tzw. Police Check Point, przy których po obu stronach szosy rozłożone są kolczatki z zostawionym wąskim przejazdem. Siłą rzeczy każdy w tym miejscu zwalnia i stojący z boku policjant ma możliwość przypatrzenia się kto, czym jedzie. Kiedy jeździliśmy po Zanzibarze zatrzymywano nas wielokrotnie, ale każde spotkanie z policją było bardzo miłe. Ograniczało się do sprawdzenia prawa jazdy i miłej pogawędce typu: skąd? dokąd? czy rodzina? itp. Dzisiejsze spotkanie było skrajnie inne. Nie mieliśmy zapiętych pasów ponieważ w Subaru z lat 80-tych, którym jechaliśmy, pasów po prostu nie było. Policjant stwierdził, że musimy iść na posterunek, aby wystawić nam mandat 2000 Ksh dla każdego. Zaczynamy tłumaczyć, że spieszymy się na samolot i nawet już nie mamy kenijskiej gotówki i możemy zapłacić teraz w dolarach. Na te ostatnie słowa zaświeciły mu się oczy i już bez sprzeciwu przystał na naszą propozycję. Nasz młody kierowca potwierdził słowa Mike'a, że gdybyśmy nawet mieli pasy, z pewnością znalazłby inny powód do "mandatu" zwłaszcza, że jechały "białasy".

O godz. 11:35 wznosimy się w powietrze ponad czerwoną ziemią Kenii i tak nadszedł nasz czas Out of Africa.

Tekst: Barbara Kozioł
Serdecznie podziękowania dla Mamy i Basi za towarzyszenie nam w tej wspaniałej podróży. Ponadto Basi serdecznie dziękujemy za napisanie relacji.
Przygotowując wyprawę i relację korzystano z następujących opracowań:
  • T. Parkinson, M. Phillips, W. Gourlay, Kenya, Lonely Planet, Footscray 2006, 6th edition
  • M. Fitzpatrick, Tanzania, Lonely Planet, Footscray 2005, 3rd edition
  • red. Z. Otałęga, Cztery Strony Świata. Od Stambułu do Kapsztadu, Opres, Kraków
  • Mapa, Kenya, International Travel Maps, Vancouver
  • Mapa, Tanzania, International Travel Maps, Vancouver