Używamy plików cookies, w celu ułatwienia nawigacji, opracowania statystyk, dostosowania serwisu do preferencji użytkownika oraz przy współpracy z serwisami zewnętrznymi takimi jak Google, Facebook i Twitter. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji o plikach cookies znajduje się tutaj oraz w naszej polityce cookies. Zamknij

Japonia - 2015
Galeria zdjęć
Na skróty
Dzień 1: TokioDzień 6 i 7: Nikkō
Dzień 2: TokioDzień 8 i 9: Kanazawa
Dzień 3: Tokio i YokohamaDzień 10, 11 i 12: Kioto i Nara
Dzień 4: Tokio i KamakuraDzień 13 i 14: Hiroszima
Dzień 5: Jezioro AshiDzień 15 i 16: Magome i Tsumago
Mapa

O podróży do Japonii pierwszy raz pomyśleliśmy w 2011 roku. Potem w 2012, 2013 i w 2014. Ale jak to w życiu bywa: "zawsze coś"... A to praca, a to brak funduszy, inna wyprawa dopiero się skończyła, albo inny wyjazd ma właśnie się zacząć. W tym roku postanowiliśmy dopiąć wszystkie te plany, z którymi do tej pory z różnych powodów zwlekaliśmy: na pierwszym miejscu pojawiła się właśnie Japonia.

Bilety kupiliśmy już w marcu, co pozwoliło na skorzystanie z okazji i lot za cenę, której na tych odległościach nie widzieliśmy od dekady. Do Japonii można polecieć na prawdę tanio! Zapakowaliśmy się wiec w samolot i z rodzimego Krakowa, przez Monachium, wspaniałym Airbusem A340-600 wybraliśmy się w sto sześćdziesiąty pierwszy lot - do Tokio.

Dzień 1: Tokio

[21.05.2015]

Lufthansa rzeczywiście się stara i jak za dawnych, dobrych czasów samoloty są tu synonimem luksusu. Nowe wnętrza, WI-FI na pokładzie, stalowe sztućce, obsługa w języku polskim i przemiły personel. Wszystko to za cenę najniższą wśród konkurencji. Jak oni to robią?! Zagadka niemieckiego zarządzania na zawsze dla mnie pozostanie nierozwiązana. Widać jednak, że w dobie wszechobecnego ponoć kryzysu są firmy, które potrafią na ów problem wypiąć się całym swoim majestatem...

Przylecieliśmy na lotnisko Haneda punktualnie i równie sprawnie podstawiono rękaw, wyładowano bagaż i załatwiono formalności wizowo-paszportowe. "Normalnie" na wyjście z tak dużego samolotu czeka się z 15 minut (tu:5), na bagaż przynajmniej 20 (tu chyba bagaż wylądował przed nami, bo pojawił się od razu), a wybijanie wizy i pobieranie odcisków palców i fotografii od każdego z 349 pasażerów trwa co najmniej półtorej godziny. Tu: 10 minut. Na prawdę! W ciągu 10 minut cały samolot został przyjęty i odprawiony, paszporty sprawdzone, wizy wbite, odciski pobrane, zdjęcia zrobione. Co najdziwniejsze, nic nie odbywało się w pośpiechu. Japończycy są na prawdę niesamowici!

Po załatwieniu formalności i odebraniu bagażu, wymieniliśmy pieniądze i poszliśmy wymienić promesę kolejową. Cóż to takiego?

Otóż miłujący ład, pokój i turystykę Japończycy wymyślili, ze przybywający do ich kraju obcokrajowcy, mogą otrzymać specjalny karnet na przejazdy pociągami państwowych linii kolejowych Japan Rail (w skrócie JR). Ze względu na fakt, że bilety (podobnie jak prawie wszystko w Japonii) są dość drogie, taki karnet to znaczne ułatwienie i oszczędność dla przyjezdnych ciekawskich. Zasadzka polega na tym, ze nie można kupić owego karnetu w Japonii! Aby go zdobyć, trzeba najpierw zapłacić przez internet za odpowiedni voucher, który należy odebrać od kuriera pod adresem znajdującym się poza terenem Japonii. Następnie tenże voucher należy przywieźć ze sobą i wymienić na stacji kolejowej lub głównym lotnisku międzynarodowym na właściwy karnet. Brzmi nieco zawile, ale w rzeczywistości jest niezwykle proste: wystarczy wejść na stronę JRpass.com, wypełnić formularz, zapłacić kartą i na drugi dzień kurier zapuka do drzwi dostarczając upragniony dokument. Na lotnisku wystarczy 5 minut formalności i wkrótce możemy się cieszyć z czasowego karnetu na przejazdy koleją japońską.

Jak powszechnie wiadomo, wszystko w Japonii jest niezwykle precyzyjne, a kolej i wszelka komunikacja zbiorowa słyną z punktualności. Nie było wiec żadnych niespodzianek na trasie z lotniska do hotelu, a niemal godzinna podróż z jedną przesiadką minęła nam na oglądaniu nieznanego dotąd świata - gęstego w zabudowie, uporządkowanego, czystego i schludnego, zarówno w architekturze jak i społecznej interakcji.

Tokio nocą
Tokio nocą
© Paweł Zgrzebnicki

Tokio nocą

Szacunek do porządku i czynienie zeń cnoty, jest zakodowane w kulturze japońskiej od niepamiętnych czasów. Mitologie o prapoczątkach narodu upatrują źródła tej cechy już u ludów zamieszkujących tereny wyspiarskie kilka stuleci przed nasza erą. Specyficzny podział na to, co wewnętrzne (uchi, 内) i to, co pozostaje na zewnątrz (soto, 外), przejawia się w każdym aspekcie życia i ustala solidne ramy, porządkujące świat.

Odpowiednie zachowanie obowiązuje zarówno w etykiecie personalnego kontaktu z innymi, jak i relacji z otoczeniem w ogóle, wyrażającym się na przykład w noszeniu charakterystycznych masek mających oddzielić człowieka od tego co poza nim.

Stosowny ubiór, jak w znacznej większości społeczeństw, jest podstawą formy jaką nadaje sobie człowiek, aby zasygnalizować swoją pozycję społeczna. Większość spotkanych w dużym mieście Japończyków ubiera się wiec w garnitur będący znakiem przynależności do społeczności korporacyjnej. Tak się bowiem składa, że przynależność właśnie i poczucie więzi z "rodziną" (niekoniecznie w znaczeniu tej biologicznej), z grupą (ie, 家), dla dobra której poświęca się swoje istnienie, wyraża się u mieszkańców Japonii często poprzez identyfikację z pracodawcą. Stanowisko, pełniona funkcja i związane z tym zajęcia porządkują codzienne życie Japończyków. Sposób organizacji społecznej reprezentowany jest także poprzez ubiór dzieci, których szkolne mundurki odbite od sztancy wyraźnie sugerują, ze ważna społecznie jest grupa, a indywidualność cnotę stanowi o tyle, o ile poprawia byt i sposób funkcjonowania całości.

Jednak nie tylko monochromatyczne, wszechobecne garnitury, ale także dziwaczne, nowoczesne mody, jaskrawo identyfikujące młodzież z niszową subkulturą, rzucają się od razu w zdziwione oczy przybysza z zewnątrz.

Na japońskiej ulicy panuje porządek i czystość, a nowatorskie usposobienie mieszkańców powoduje, że wiele sfer życia zautomatyzowanych jest do perfekcji. Mimo to, rozczaruje się ten, kto spodziewa się zobaczyć w Japonii futurystyczny świat rodem z filmów science-fiction. Odnieść raczej można wrażenie, że kraj utkwił w stylistyce sprzed kilkudziesięciu lat, a do starej formy przebijają się raczej nieśmiale bardziej współczesne rozwiązania projektowe. Urządzenia techniczne (takie jak biletomaty, windy, podświetlenia, lodówki) a także wystroje wielu miejsc przypominają designem te sprzed 30 czy 40 lat. Wydaje się, że nikt ich nie zmienia na nowsze, bo nie ma po prostu takiej potrzeby. Świetnie widać to w popularnych hotelach kapsułowych, gdzie śmiałe, kosmiczne projekty cel służących wypoczynkowi, wykonano kilkadziesiąt lat temu i od tej pory nikt nie odczuwa potrzeby ich zmiany na lepsze. Plastik w kolorze ecru, charakterystyczny dla tamtych czasów, groszkowa zieleń sufitów i podobne archaizmy stylistyczne tkwią tu i przypominają o czasach kiedy Japonia kwitła innowacją i niczym archeologiczne wykopalisko świadczą o dacie początku długiego i głębokiego kryzysu ekonomicznego.

Myliłby się jednak ten, kto chciałby uznać, że kraj zatrzymał się w rozwoju. Tam gdzie trzeba, stare zmieniane jest na nowe a Japonia technicznie i architektoniczne nadal wyznacza standardy nowoczesności i godnej podziwu automatyzacji wielu dziedzin życia.

Dzień 2: Tokio

[22.05.2015]

Wczesna pobudka dała nam trochę w kość, bo przez jetlag Aga nie mogła spać pół nocy, a zmęczenie po podróży nie zeszło z nas jeszcze w całości. Ponieważ jednak "nie przyjechaliśmy tu dla przyjemności", zebraliśmy więc wszystkie siły i wyruszyliśmy na podbój stolicy.

W metrze jedni śpią, inni czytają książki lub bawią się telefonem. Nikt natomiast nie rozmawia.
W metrze jedni śpią, inni czytają książki lub bawią się telefonem. Nikt natomiast nie rozmawia.
© Paweł Zgrzebnicki

W metrze jedni śpią, inni czytają książki lub bawią się telefonem. Nikt natomiast nie rozmawia.

Miejską koleją i metrem dotarliśmy szybko do dzielnicy Asakusa, położonej w północno-zachodniej częsci miasta. Znajdują się tu dwie ważne atrakcje stolicy. Pierwsza z nich, świątynia Sensō-ji (金龍山浅草寺) jest bodaj najczęściej odwiedzanym świętym miejscem w Tokio. Jej początki sięgają VII wieku i choć na przestrzeni stuleci była wielokrotnie niszczona przez pożary, do dziś udało się zachować jej oryginalny styl i klimat. Drewniana budowla, bazująca (jak wszystkie budowle sakralne Japonii) na chińskim wzornictwie, położona wśród pięknie urządzonych ogrodów, daje nieco oddechu w zatłoczonym, pełnym zgiełku mieście. Jednakże, jak to wspołcześnie często bywa, z duchowej warstwy zachowało się niewiele, a głębia wglądu została zamieniona na komercyjną oprawę i pełną pozorów formę, bliższą błahej rozrywce, niż rzeczywistej modlitwie. I tak, tłumy skupiają się raczej na korzystaniu z losowania wróżb (oczywiście płatnym), narcystycznych selfies (bezpłatnych), staraniach o łaski (również płatnych) i robieniu zakupów na straganach pełnych pamiątkowej tandety. Niemniej w mieście zdominowanym przez nowoczesną architekturę i postęp technologiczny, jakikolwiek zabytek musi przyprawiać mieszkańców o najwyższej próby dumę.

Po nacieszeniu zmysłów pięknem prostej drewnianej formy świątyni, postanowiliśmy odwiedzić drugi z okolicznych rarytasów - otwartą w 2012 roku monstrualną wieżę SkyTree. Wysoka na 634 metry mieni się zaszczytnym tytułem najwyższej na świecie wolnostojącej wieży radiokomunikacyjnej. Dla turystów jest okazją do wjechania na wysokość 450 metrów i podziwiania niesamowitej panoramy miasta. Szczęśliwcy, szczególnie w porze zimowej, mogą dostrzec też w tle widoku monstrualną, pokrytą białym śniegiem górę Fuji. W SkyTree tłumy chętnych zbierają się przeogromne, aby więc skrócić czas oczekiwania w kolejce, zaproponowano gościom z zagranicy możliwość zakupu droższych biletów, uprawniających do priorytetowego wejścia. Jednak obsługa jest (jak w każdym przypadku w Japonii) perfekcyjna i szybka jak shinkansen: kolejka, której rozładowania w Europie trwałaby godzinę, tu zajmuje 15 minut. Jeszcze raz się pytam: jak oni to robią???

W górę gości wożą cztery ogromne windy, stylizowane wedle czterech pór roku. Ten typowy dla Japończyków styl myślenia łączy tradycję z nowoczesnością. Widać, że nawet w najbardziej śmiałych, futurystycznych projektach, mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni nie zapominają o swojej filozofii, której nieodłącznym elementem jest nawiązywanie tam, gdzie to możliwe, do symboli przyrody.

U podnóży wieży, znajduje się przepiękne akwarium Sumida. Tu, w żywych ekspozycjach długo podziwiać można życie morskie wybrzeży Japonii. My także zwiedziliśmy to wspaniałe miejsce, które wraz z trasami widokowymi SkyTree, zapewniło nam świetną rozrywkę na dobre kilka godzin.

Widok z wieży SkyTree
Widok z wieży SkyTree
© Paweł Zgrzebnicki

Widok z wieży SkyTree

Z Asakusa, zaledwie w przeciągu pół godziny znaleźliśmy się na drugim końcu Tokio - w dzielnicy Shibuya. Tu właśnie znajduje się piękny Meiji Jingū - największy w Tokio chram shintoistyczny dedykowany pamięci cesarza Meijicesarzowej Shōken. Świątynia zbudowana w latach 20-tych XX wieku, zburzona podczas nalotów dywanowych w czasie II wojny światowej, została odbudowana w oryginalnym stylu w 1958 roku. W całości została wykonana z drewna. Choć jest zbudowana na planie identycznym z chińskim pierwowzorem znanym nam choćby z konfucjańskiej Świątyni Literatury w Hanoi, zachwyca swoją japońską prostotą. "Zen budowania świątyni" - taki tytuł można by nadać formie, w jakiej wzniesiono tę i wiele innych budowli czasu minionego w Japonii. Kontynentalne odpowiedniki kipią zdobieniami, pomalowane są na jaskrawo czerwony kolor, figurują na nich złote smoki i kolorowe postaci buddyjskiej mitologii. Tu zaś obecne jest tylko surowe drewno. Żadnych zbędnych zawijasów, żadnych udziwnień. Jedynie prostota , do bólu porywająca harmonią z otaczającą przyrodą. Na teren świątyni prowadzi wielka brama, wykonana z drewna 1500-letniego cypryśnika sprowadzonego z Tajwanu. Ta brama, to tylko dwie proste kolumny i poprzeczna belka, wygięta rogami ku górze w charakterystyczny sposób. Żadnych rzeźbień, żadnych ozdób. Prosta brama na leśnej ścieżce. Bez wątpienia jednak - jedna z najpiękniejszych budowli jakie kiedykolwiek widziałem. Esencja Zen: działaj przez niedziałanie. "Buduj przez niebudowanie" można by rzecz, parafrazując słynne powiedzenie sprzed wieków.

W Shibuya tradycja sąsiaduje z nowoczesnością. Ta bogata dzielnica bardziej przypomina Nowy Jork lub Londyn, niż część azjatyckiego miasta. Tu, swoje siedziby mają największe marki świata. Prada, Luis Vuitton, Boss, Apple czy Cartier dumnie prezentują swe wdzięki w bezkompromisowych bryłamch niesamowitych budynków. Dzięki temu Shibuya i sąsiednia dzielnica Harajuku, to raj dla miłośników architektury. Każda ze znanych z pięknego designu firm, musiała stanąć na wysokości zadania wznosząc formę szokującą pomysłem i pięknem. Pomniki inżynierii i projektanckiego kunsztu zachwycają odwiedzających te część miasta, a dla jego mieszkańców (szczególnie tych młodych) stają się tłem do lansu i pokazywania się, ("bywania" rzecz można), w świecie bogactwa przepychu i luksusu. Sopockie molo na miarę miejsca ;)

Harajuku jest także miejscem wymarzonym dla artystów. Można pozwiedzać tu prywatne galerie, poznać młodych, pełnych zapału twórców, których bardziej chyba od własnego dzieła interesuje osobisty wizerunek. Ale może o to właśnie chodzi?

Tu również spotkać można podstarzałe panie w dziecinnych strojach, psy w wózkach dla dzieci i inne fanaberie zwane gdzieniegdzie wytworem kultury masowej (w tych dwóch ostatnich słowach dostrzegałem zawsze pewien dysonans, ale co tam...).

Brama torii w chramie Meiji Jingū
Brama torii w chramie Meiji Jingū
© Paweł Zgrzebnicki

Brama torii w chramie Meiji Jingū

Posileni bezpośrednim postrzeżeniem współczesnego modernizmu pojechaliśmy jeszcze na skrzyżowanie Shibuya, znane z tego, że jest ponoć najbardziej zatłoczonym miejscem na świecie. Przejścia dla pieszych, wyznaczone zarówno w poprzek jak i po przekątnej drogi, prowadzą co chwilę przez jezdnię tysiące osób. Niczym w fabryce lub jakimś ludzkim krwioobiegu rodem z Matrixa, tysiące podobnie wyglądających jednostek, zlewa się w masę powtarzającą tę same czynności bez końca. Obserwacja tego fenomenu z piętra jednego z przylegających wieżowców jest równie fascynująca jak przerażająca. Dla wrażliwych filozoficznie, szukających sensu istnienia jednostki, może to być gwóźdź do trumny życiowych rozważań.

Dzień 3: Tokio i Yokohama

[23.05.2015]

Chyba wszystkim Japonia kojarzy się z sushi (寿司), chociaż w rzeczywistości potrawa ta wcale z Japonii nie pochodzi. Ale to właśnie tu, sztukę przyrządzania posiłków z surowej ryby doprowadzono do absolutnej doskonałości. Jednak dziś mieszkańcy wysp coraz rzadziej sięgają po tradycyjne jedzenie złożone głównie z owoców morza, ryżu, glonów oraz soi. Zdrową dietę zastępuje obrzydliwy fastfood oraz kipiące wyhodowanym w przemysłowych warunkach mięsem zupy ramen. Japończycy pokochali mięso świń, krów i kurczaków, zażerając się nim na potęgę. Proste, makrobiotyczne dania stają się luksusem serwowanym głównie w wyszukanych restauracjach dla bogatych klientów.

Zabudowania Pałacu Cesarskiego
Zabudowania Pałacu Cesarskiego
© Paweł Zgrzebnicki

Zabudowania Pałacu Cesarskiego

Tradycję jednak ciężko zabić i mimo zmian nawyków żywieniowych oraz coraz słabszych połowów morskich, Tokio w dalszym ciągu słynie z największego na świecie targu rybnego Tsukiji (築地市場). Rozpoczyna się nieopodal portu o 5:00 rano i po kilkudziesięciu minutach jest w zasadzie po wszystkim. Rybacy sprzedają swój poranny połów hurtownikom, często (jak to ma miejsce na na przykład w przypadku tuńczyka) w formie aukcji. Krzykliwa licytacja wielkiej ryby stanowi atrakcję samą w sobie, dlatego od dość niedawna na teren targu wpuszczani są ciekawi atrakcji turyści, w liczbie jednak bardzo ograniczonej. Kto pierwszy ten lepszy: kolejka chętnych ustawia się już od wpół do czwartej rano. Aż tak zdesperowani nie byliśmy, postanowiliśmy więc zamiast porannego targu odwiedzić to, co po nim pozostaje przez kolejne kilka godzin - stragany hurtowników. Tu zaopatrują się głównie jadłodajnie i sklepy, lecz ponoć szanujący się restauratorzy wybierają mimo wszystko wczesnoporanny targ, gdzie nawet mają swoich zaufanych maklerów. Jiro Ono o którym telewizja Planete nakręciła niedawno wspaniały dokument, opowiada, że nie wyobraża sobie kupienia ryby od kogoś, kto nie zajmuje się tym fachem od kilkudziesięciu lat. Dlatego ma swojego maklera i wybiera rybę świeżo wyjętą z morza, bez udziału żadnych pośredników. Oto japońska perfekcja!

Zwierząt tu jest pod dostatkiem i kupić można chyba każdy gatunek stworzenia morskiego, jakie pływa wokół Japonii. Sam targ wygląda podobnie jak każdy, choć dla niektórych zachodnich turystów, widok handlu innego niż ten w supermarkecie stanowi nie lada podnietę.

Z targu podeszliśmy podglądnąć restaurację wspomnianego Jiro, która mieści się mniej więcej kilometr na północny zachód. Oczywiście rano nie była jeszcze otwarta, lecz zobaczenie siedziby mistrza było dla nas czymś wyjątkowym. Przez uchylone drzwi zaplecza dostrzegliśmy pracowników odsypiających poranną eskapadę po znakomity towar, zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć i wymknęliśmy się równie cichutko jak się pojawiliśmy.

Trochę spaceru, kilka przesiadek i już byliśmy w centrum, obok pałacu Jego Wysokości Cesarza Japonii. Teren rezydencji otwarty dla zwiedzających jest jedynie przez dwa dni w roku, my obeszliśmy się więc ze smakiem i obejrzeliśmy wspaniałe otoczenie: piękny park wokół, oraz stare mury i urokliwą, szeroką fosę. Niestety, zewsząd napierał tłum wycieczkowy, a to doprowadza nas niemal zawsze na skraj szaleństwa. Robił się upał, a w pobliżu jak na złość nie było ani jednej ławki i ani odrobiny użytecznego cienia. Szybciutko doszliśmy do metra i po przejechani kilku przystanków i przesiadce na prywatną kolej, dotarliśmy na kampus technologiczny, do położonego tu Muzeum Inżynierii i Innowacji Technologicznej Miraikan.

Robot ASIMO w muzeum Miraikan
Robot ASIMO w muzeum Miraikan
© Paweł Zgrzebnicki

Robot ASIMO w muzeum Miraikan

Czteropiętrowy, supernowoczesny gmach stał się nie tyle domem dla muzeum w rozumieniu zbioru starych eksponatów, co raczej stałą wystawą najnowszych osiągnięć inżynierii i nauki w służbie postępu technologicznego. Miejsce przypomina nieco rodzime parki naukowe, lecz bez wątpienia ekspozycja stanowi światowej klasy czołówkę. Jest tu ogromny silnik rakietowy, systemy laserowego śledzenia ludzi wewnątrz pomieszczeń, przykłady praktycznego stosowania obrazowania wirtualnej rzeczywistości, można też na chwilę stać się chirurgiem i spróbować swoich sił w operacji wspomaganej ramionami robotów. Są informacje o komputerach kwantowych, genetyce, bioinżynierii (np. o hodowaniu ludzkich organów wewnątrz zwierząt), jest wielki batyskaf służący do prowadzenia badań głębinowych, moduł badawczo-mieszkalny międzynarodowej stacji kosmicznej, ale przede wszystkim humanoidy: roboty wzorowane wyglądem i zachowaniem na ludziach. Wśród nich pokazano robota przeznaczonego do odczytywania wiadomości telewizyjnych, robota reagującego na ludzkie emocje, a także słynnego ASIMO produkcji Hondy. Ten ostatni, biega, skacze, gestykuluje i tańczy wprawiając w osłupienie tłum gapiów. Przyprawiaja o zachwyt i zadumę ludzi zastanawiających się, jak szybko roboty staną się częścią naszego życia? I co to w zasadzie znaczy być człowiekiem? Większość bowiem widzów na zachowania robotów reaguje dokładnie tak, jak gdyby miała do czynienia z istotą ludzką...

Wieczór postanowiliśmy spędzić w Yokohamie - niby osobnym mieście, ale w rzeczywistości jakby kolejnej dzielnicy Tokio, położonej zaledwie 40 minut jazdy pociągiem od centrum. Jak przystało na dalszego satelitę wielkiej aglomeracji, Yokohama jest bardziej spokojna i wyciszona. Panuje tu atmosfera relaksu, z dala od uciążliwego zgiełku wielkiego miasta. Nie zmienia to jednak faktu, ze Yokohama - podobnie jak Tokio - może się pochwalić wspaniałą architekturą, nawiązująca formą do amerykańskich budowli nowojorskiego Manhattanu. Jest tu nowocześnie, czysto a zarazem cicho. Późnym popołudniem miło jest pospacerować nad morzem oraz wybrać się do pełnej kolorów, lśniącej złotem i neonami, chińskiej dzielnicy położonej zaledwie kilkaset metrów dalej.

Dzień 4: Tokio i Kamakura

[24.05.2015]

Jacyś tacy niewyspani, wtoczyliśmy się na stację kolejową i niemal od razu nadjechał nasz pociąg. Poruszanie się koleją w okolicach Tokio jest niezwykle proste - linie są oznaczone kolorami, z danego peronu odchodzi zawsze pociąg w tym samym kolorze, z jednego toru w jedną a z drugiego w drugą stronę. Mapa z kolorową siecią połączeń, narysowana w ten sam sposób jak każda mapa metra, jest darmowa i łatwo dostępna, więc nawet osoba nie znająca japońskiego może z łatwością śmigać po całym rejonie. Z peronu "niebieskiego" wsiedliśmy w linię jadącą w kierunku Kamakury, a ponieważ czekała nas dobra godzina drogi, oboje ucięliśmy sobie pyszną drzemkę. Obudziliśmy się w sam raz, przynajmniej czasowo. Niestety, nie można było tego powiedzieć o składkowej przestrzennej, ponieważ zamiast w zaplanowanym celu, tkwiliśmy dokładnie po przeciwnej stronie mapy. Jak to u licha się stało? Rozwikłanie tej zagadki zajęło nam trochę czasu, a w konsekwencji karygodnego gapiostwa, do Kamakury dotarliśmy o dwie i pół godziny później, niż pierwotnie zamierzyliśmy. Co się takiego wydarzyło? Przecież wsiedliśmy w dobry pociąg! Hmmm... Jak na fizyka przystało, zacząłem analizować problem:

Główna brama świątyni Engaku-ji
Główna brama świątyni Engaku-ji
© Paweł Zgrzebnicki

Główna brama świątyni Engaku-ji

dany jest peron o kolorze "K", znajdujący się w miejscowości "M", z linią jeżdżącą na trasie "A <-> B", mający tory z kierunkami oznaczonymi "M->A" oraz "M->B". Pasażer chce dostać się do miejscowości "B" leżącej właśnie na linii o kolorze "K". Wsiada w pociąg na peronie "K", w pociąg relacji "M->B" i... nie dojeżdża! Co gorsza, po pewnym czasie wysiada bardzo blisko "A". Gdzie tkwi błąd?

Otóż błąd okazał się tkwić w samym założeniu: że każdy pociąg na trasie "M->B", do miejscowości "B" dojedzie. Otóż wcale tak nie musi być! Trasa może (i jest!) podzielona na szereg mniejszych odcinków, gdzie kursują pociągi tam i z powrotem, wraz z kierunkiem zmieniając też tor. W ten sposób, zamiast do Kamakury, dojechaliśmy do dworca głównego w Tokio znajdującego się w 1/3 odległości, następnie pociąg zawrócił, przejechał punkt w którym wsiedliśmy i dotarł kilka stacji wcześniej. Jeszcze jedna, dwie stacje i z powrotem zawróciłby do Tokio! I tak w kółko. Żeby więc przejechać całą trasę z A do B trzeba się kilka razy przesiąść w kolejne pociągi jeżdżące na tej samej linii, nawet po tym samym torze, tyle że pokonujące kolejne odcinki drogi! Oprócz mapy, warto więc mieć również oczy szeroko otwarte i zwracać uwagę na napis na wyświetlaczu z boku pociągu, informujący (na szczęście również za pomocą alfabetu łacińskiego) o ostatniej stacji do której skład dojeżdża. No i nie spać podczas jazdy!

Wielki Budda z roku 1252
Wielki Budda z roku 1252
© Paweł Zgrzebnicki

Wielki Budda z roku 1252

Kamakura zasłynęła jako historyczne centrum buddyzmu Zen. Wraz z rozkwitem tej religii w Japonii, około XIII wieku zbudowano mnóstwo pięknych, drewnianych świątyń i klasztorów, których spora część ostała się do dziś w formie niemal niezmienionej. Mimo wielu pożarów, trzęsień ziemi i zalewających miasto fal tsunami, budynki w razie potrzeby odnawiano tak, że przybywając tu dzisiaj można odnieść wrażenie, że jest się nadal w czasach wielkich mistrzów Zen, których podówczas wydane dzieła i spisane mowy, stały się podstawą tej filozofii na resztę stuleci.

Jak na Zen przystało, w otoczeniu świątyń panuje doskonała harmonia. Wchodząc na ich teren, poruszając się ścieżkami ogrodów, stąpając po wyłożonych miękkimi tatami (畳) przestronnych dojo (道場), siadając w ciszy do zazen (座禅), stopiliśmy się z otoczeniem, a umysł wszedł w magiczny stan absolutnego spokoju. Czy był jeszcze wiek XIII? Czy już XXI? Nie, było po prostu "teraz". Była "ta chwila". Nic więcej nie miało znaczenia.

Zaraz za świątynią Tōkei-ji (松岡山東慶寺), znajduje się wspaniały, stary cmentarz, ze skromnymi, porośniętymi mchem, kamiennymi stellami posadowionymi w lesie u podnóża góry. Wśród nagrobków odnaleźliśmy miejsce pochówku D.T. Suzukiego, żyjącego na przełomie XIX i XX wieku filozofa, który sprowadził Zen do świata Zachodu. Wielki humanista, pisarz i nauczyciel uniwersytecki, był jedną z najwybitniejszych postaci buddyzmu japońskiego, a także myślicielem, który pozwolił z innej perspektywy spojrzeć na egzystencjalny tragizm jednostki: pomógł połączyć znane na Zachodzie doświadczenie i terapię psychoanalityczną, z wschodnią wiedzą o umyśle, opartą na naukach sprzed wieków (patrz: E. Fromm, D.T. Suzuki, R.De Martino - "Buddyzm Zen i Psychoanaliza").

Dzień 5: Jezioro Ashi

[25.05.2015]

Góra Fuji to niekwestionowany symbol Japonii. Znana z obrazów, zdjęć i logotypów, na przestrzeni wieków fascynowała mieszkańców i jednocześnie była powodem ich narodowej dumy. Ten piękny wulkan ostatni raz wybuchł w 1707 roku i póki co, spokojnie stoi sobie i z wysoka patrzy na świat u swoich stóp. Chyba nie tylko patrzy, ale też chce być podziwiany, bo wycieczka do Parku Narodowego Fuji-Hakone-Izu, jest od dziesięcioleci jedną z najpopularniejszych atrakcji turystycznych w kraju.

Dzięki niesamowicie rozwiniętej, szybkiej i punktualnej sieci kolejowej, wszędzie w Japonii jest blisko, postanowiliśmy więc wyskoczyć na jeden dzień do Hakone, a w szczególności zaplanowaliśmy sobie rejs po malowniczym jeziorze Ashi, z którego rozciąga się piękny widok na symbol Japonii.

Jadąc obłędnie szybkim shinkansenem serii 700, rozmyślałem sobie nad tym, jak bardzo sposób myślenia narodów odzwierciedla się w tym, co uznają za swoje symbole narodowe? Amerykanie mają Statuę Wolności i z tego właśnie pojęcia czerpią jako naród garściami. Francuzi cenią Wieżę Eiffle'a powstałą w czasach rewolucji przemysłowej, ukazującą potęgę ludzkiego intelektu i aktu kreacji. Japończycy zaś za swój symbol biorą nie wytwór rąk bądź umysłu ludzkiego, lecz dzieło przyrody. To nie człowiek a przyroda jest tym, co determinuje sposób myślenia i system pojęciowy narodu. Czy to prawda? Możliwe. Patrząc choćby na filozofię Zen, japońskie ogrody, ikebanę i brak wyraźnej tendencji do promowania indywidualizmu, wydaje się to bardzo prawdopodobne. Nawet wprowadzony w 603 roku system dopuszczalnych do stosowania kolorów, zawiera te naturalne, nieco wyblakłe, stonowane: takie, jakimi występują w przyrodzie. Japończycy do dziś używają takich tonacji najczęściej, jaskrawe barwy kiedyś zostawiając mnichom i cesarskim urzędnikom, a dziś projektom bardziej eksportowym i szczególnym, niźli codziennym.

Shinkansen był szybszy od moich myśli. Przesiedliśmy się w lokalną kolejkę linową, która mozolnie wciągnęła wagonik pod wielką górę. Tam, czekał na nas autobus i kilkanaście minut później siedzieliśmy już na pokładzie dziwacznego statku stylizowanego na piracki galeon.

Jezioro Ashi
Jezioro Ashi
© Paweł Zgrzebnicki

Jezioro Ashi

Wiało z lewej, wiało z prawej, z każdej strony wiało, ale góry niestety nie odsłoniło. Dzień był umiarkowanie pochmurny, ale szczęście dostrzeżenia Fuji niestety nie było nam dane. Góra widoczna jest średnio przez 100 dni w roku, wybierając się więc na poszukiwanie jej oblicza, trzeba mieć świadomość przypadku, jaki będzie rządził końcowym wrażeniem.

Mimo to, wycieczkę uznaliśmy za udaną. Stojąc na stacji kolejowej, wspominaliśmy właśnie to co widzieliśmy i to czego nie, kiedy nagle platforma dworca zaczęła dziwnie powoli poruszać się w każdą możliwą stronę. Co to?? Co się dzieje?! To... trzęsienie ziemi!!!

Poza nami, na dworcu jakby nikt niczego nie dostrzegł. Ludzie stali sobie, stukając w komórki i tylko jedna kobieta zauważywszy nasze przerażenie sięgnęła po telefon, sprawdziła aktualny stan rządowych alarmów (tak, w Japonii mają taki system ostrzegania) i uśmiechając się, dała znać, że wszystko jest ok. Ale co to znaczy ok?!

Dopiero, kiedy złapaliśmy dostęp do Internetu okazało się, że 30 kilometrów od Tokio było epicentrum trzęsienia o sile 5,6 w skali Richtera. W stolicy zawyły alarmy, zatrzymano metro, pociągi, ale już kilkanaście minut później życie wróciło do normy jakby nigdy nic. Do późnego wieczora przeżywaliśmy sejsmiczne koszmary życząc sobie, żeby już nigdy nas to nie spotkało...

Japończycy są bardzo przyzwyczajeni do takich zdarzeń. Ma tu miejsce ponad 3000 trzęsień ziemi rocznie, jednak większość nie jest na szczęście odczuwalna. Należy jednak mieć na uwadze, że to właśnie tutaj występuje dziesięć procent wszystkich światowych wstrząsów. Japończycy są do nich świetnie przygotowani. Domy, instytucje publiczne, sklepy i hotele mają zawsze na wyposażeniu odpowiedni sprzęt ratunkowy (nawet tak drobne rzeczy, jak latarki przymocowane pod stołami). W kraju zainstalowano są tysiące sejsmografów. Działa sprawny system powiadamiania i monitoringu, ale... przecież nigdy nic nie wiadomo. Jak z górą Fuji - wszystko w rękach Matki Natury, Przypadku, lub jak kto woli - Wielkiego Programisty ;)

Dzień 6 i 7: Nikkō

[26-27.05.2015]

Szybko i niepostrzeżenie, niczym samuraj tnący przez pół swego wroga, znaleźliśmy się w Nikkō, z niemal nadświetlną prędkością wiezieni przez apokaliptycznego shinkansena. Jedno z najpopularniejszych miejsc w Japonii, czekało na nas, kryjąc w górskich ostępach zabytki Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO, skupione wokół Tōshō-gū (東照宮) - kompleksu shintoistycznych chramów wybudowanych jako mauzoleum ku czci trzeciego zjednoczyciela Japonii - Ieasu Tokugawy. Znajduje się kilkadziesiąt ślicznych, bogato zdobionych budynków o walorach tak wspaniałych, że przyrównywane są do barokowej spuścizny Europy. Tu właśnie znaleźć można znany w popkulturze całego świata oryginalny wizerunek trzech małp, zakrywających uszy, oczy i usta. Wyrażają one jedną z zasad buddyjskich: "nie słucham złych rzeczy, nie oglądam złych rzeczy, nie mówię złych rzeczy", będących wprost nawiązaniem do Szlachetnej Ośmiorakiej Ścieżki - zbioru buddyjskich zasad postępowania prowadzących ludzi do oświecenia.

Świątynia Tōshōgū
Świątynia Tōshōgū
© Paweł Zgrzebnicki

Świątynia Tōshōgū

Niestety w Japonii, język angielski, niemiecki, francuski, hiszpański lub jakikolwiek inny "zachodni" w miejscach publicznych nie istnieje. Mimo, że kraj odwiedza miliony turystów z całego świata, z jakiegoś powodu, prawie nikt nie mówi w obcym języku. Problem dotyczy również dużych hoteli, restauracji, transportu i w miejsc będących głównymi atrakcjami turystycznymi. Nie ma tez prawie żadnego oznakowania dla osób nie znających japońskiego. Nie ma tablic z opisanymi po "niejapońsku" mapami. Nie można się więc zorientować, gdzie aktualnie się jest, co w trakcie zwiedzania 8-hektarowego kompleksu położonego w lesie, w którym wszędzie jest pod górę, trochę by się przydało. Nie ma też żadnych ławek (Japończycy najwyraźniej albo pracują, albo chodzą, albo śpią - na pewno nie siadają, żeby odpocząć) i podobnie jak wszędzie indziej, uświadczenie kosza na śmieci graniczy z cudem. Ewenementem są także kawiarnie lub podobne miejsca, służącego publicznemu relaksowi. Po prostu: wejdź, zwiedzaj i wychodź. Jak wyjdziesz - też żadnej z wymienionych rzeczy nie znajdziesz, no może z wyjątkiem restauracji serwujących nudną zupę ramen, jeśli akurat któreś są otwarte (bo przez co najmniej połowę dnia są zamknięte).

Do zwiedzania Japonii trzeba więc mieć stalowe nogi i nerwy, ale z pewnością wrażenia rekompensują każde możliwe cierpienie. Nikkō jest cudowne, zabytki są zachowane w doskonałym stanie, zresztą renowacje przeprowadzane są co chwilę i wszystko wygląda na prawdę jak spod igły.

Ponieważ pub, albo jakikolwiek "normalny" bar piwny to wynalazek raczej obcy Japończykom, po chmielowy rarytas byliśmy zmuszeni udać się do ordynarnego supermarketu, Nasączeni kulturą postanowiliśmy rozpuścić nieco wrażenia w odrobinie złotego nektaru, stanęliśmy więc przed lodówką pełną puszek z piwem. Wybór, pozornie trudny ze względu na ilość oferowanych odmian, mógł zawęzić się do kilku, dzięki tajemnej wiedzy, którą posiedliśmy na tę okazję.

Latarnie w świątyni Taiyuin
Latarnie w świątyni Taiyuin
© Paweł Zgrzebnicki

Latarnie w świątyni Taiyuin

Do Japonii piwo przywieźli (a jakże!) Niemcy w czasie rządów cesarza Mutsuhito (1852-1912) i od tej pory stawało się ono coraz popularniejszym trunkiem w kraju. Jednak pod każdą szerokością geograficzną na świecie, wśród urzędników roi się od pasjonatów chcących opodatkować absolutnie wszystko. Także i tu ktoś wpadł na pożałowania godny pomysł, aby wprowadzić odpowiednio wysoki podatek od piwa. Do tego celu, należało najpierw zdefiniować czym jest piwo. Ustalono, że piwem jest napój alkoholowy, zawierający w swej pierwotnej masie ponad 65% słodu jęczmiennego. Jak zawsze akcja rodzi reakcję, więc także i tym przypadku szybko wprowadzono na rynek "piwa" nazwane happoshu (発泡酒), zawierające mniej niż owe 65% słodu, smakujące niemal tak samo. Z czasem rząd ustalał kolejne progi podatkowe, a producenci obniżali zawartość słodu jęczmiennego, nawet poniżej 25%. Wszystko, aby zejść z ceną i zaproponować bardziej konkurencyjny produkt. Wpływy z podatków zamiast rosnąć malały, a mimo to, rząd znów podwyższył daninę. W związku tym, w 2004 roku pojawiły się piwa nie zawierające w ogóle słodu jęczmiennego ("piwa trzeciej kategorii", dai-san no bīru - 第三のビール), a zamiast niego, słód kukurydziany, orzechowy i sojowy. Smakują "podobnie", a ze względu na podatki, kosztują o połowę mniej. Jednak "podobnie", to nie to samo, co "tak samo" i dla nas osobiście, te "piwa" okazały się nie do przyjęcia. Jeśli więc mieliśmy kupić prawdziwe piwo zawierające tyle słodu jęczmiennego, ile to tylko możliwe, musieliśmy pozostać przy dwóch, trzech możliwych wariantach. Zgarnęliśmy z półki po jednym z każdego z nich. Swoją drogą, ciekawe ile słodu jęczmiennego zawierają "znane", tanie polskie piwa?

Dzień 8 i 9: Kanazawa

[28-29.05.2015]

Przejazd 540 kilometrów zajął nam (z dwiema przesiadkami, i oczekiwaniem na kolejne pociągi) cztery i pół godziny, co natychmiast wydało nam się wynikiem niezłym w porównaniu do rodzimych standardów. Także droga z głównego dworca w Kanazawie, okazała się arcyprosta tak, że już po kilkunastu minutach staliśmy przed drzwiami hostelu, a raczej domu gościnnego, zwanego z angielska guesthousem. Mały, pomalowany jedynie kremowo-białym kolorem, z podłogami i meblami w tym samym kolorze, sterylnie czysty, wręcz hermetyczny budynek, gotowy był na przyjęcie miliarda gości. W małej kuchni na parterze, pełniącej dodatkowo funkcję salonu, w jednej z wnęk upchnięto trzy łóżka piętrowe. Oddzielono je od części publicznej zasłoną. My dostaliśmy osobny, dwuosobowy pokój, o zawrotnej powierzchni czterech (!) metrów kwadratowych. Chyba nawet w więzieniach jest większa norma powierzchni na osobę! Łóżko (piętrowe), zajmowało połowę pokoju, więc na dwóch metrach, po położeniu walizek i zapewnieniu miejsca na otwarcie drzwi, nie pozostawał ani centymetr wolnej przestrzeni życiowej. Dla Japończyków żyjących w dużych miastach, to ponoć norma... Pokój nie zachęcał do przebywania w nim dłużej niż kilka sekund, natychmiast więc zaczęliśmy zwiedzać słynne miasto.

Zamek w Kanazawie
Zamek w Kanazawie
© Paweł Zgrzebnicki

Zamek w Kanazawie

Kanazawa, przez wieki była siedzibą samurajskiego rodu Maeda, zarządzającego w latach 1583-1868 domeną Kaga. Tu należy się czytelnikowi pewne wyjaśnienie: podobnie jak w Europie rycerze, także i w Japonii, wojownicy za swoje zasługi otrzymywali ziemię, przekształcając się później w wielkoobszarowych, potężnych damiyo (大名) - panów feudalnych, którzy sami zatrudniali potem wojowników (samurajów), często płacąc im za usługi ziemią. W ten sposób, ród samurajów służący przez pokolenia u damiyo, sam mógł stać się rodem obszarników. Tak też stało się z rodziną Maeda. Byli drugą, najpotężniejszą rodziną w kraju, a zbiory ryżu w ich posiadłości (domenie), były w stanie wykarmić ponad milion osób!

Po samurajach pozostał wielki zamek, wraz z przylegającym terenem, na którym położone są wspaniałe ogrody. Światowa "moda" na turystykę zorientowaną na poznawanie innych kultur oraz promocję własnego dziedzictwa historycznego spowodowała, że także Japonia podjęła stanowcze kroki na rzecz odbudowy i restauracji starych budowli i terenów zielonych. W ciągu ostatnich kilku lat odnowiono pałac, piękne ogrody, a prace nad przywróceniem do życia starej Kanazawy chyba jeszcze się nie zakończyły.

Poruszanie się po japońskim mieście jest dla obcokrajowca prawdziwym wyzwaniem. Tokijskie metro jest fantastyczne, ale już sieć autobusowa w dowolnym z miast do czarna otchłań. Nie wiadomo co, skąd i dokąd odchodzi, jak często, ile kosztuje, itd. Jeśli nie znasz japońskiego - z wyjątkiem rzeczonego metra oraz kolei, które oznaczone są wzorowo - komunikacja jest dramatyczna. Nawet kiedy wsiądziesz do eleganckiej taksówki (z automatycznie otwieranymi tylnymi drzwiami, oczywiście), próba porozumienia się z kierowcą najpewniej spełznie na niczym. To trochę dziwne: jeździłem przecież taksówkami w dziesiątkach krajów, w których nie znałem miejscowego języka. Z reguły jednak, taksówkarze (podobnie jak hotelarze, sklepikarze i wszyscy inni usługodawcy) wiedząc, że na swojej drodze często spotykają turystów, coś w innym niż własny języku rozumieli: po hiszpańsku, francusku, angielsku... Jakoś dało się porozumieć. W Japonii jednak, jakby zapanowała Wielka Zmowa: wszystko tylko po Japońsku.

Na szczęście zdarzył nam się rower. Z wypożyczalni miejskiej. Taki publiczny rower, na który moda robi się także w niektórych polskich miastach. Procedura bardzo prosta: o dziwo po angielsku, 200 jenów za dzień (prawdziwa taniocha! Niecałe 2 euro!), kary za przekroczenie czasu o każde pół godziny, bla, bla, bla, "I Agree", "OK", "OK", płatność kartą, "OK", i... w drogę.

Objechaliśmy zamek Maeda, starą dzielnicę gejsz, muzeum sztuki nowoczesnej i przepiękne w swojej prostocie muzeum wspomnianego już D.T. Suzukiego. Pod koniec dnia zwróciliśmy jednoślady i zobaczyliśmy rachunek na... 3200 jenów za rower!

Jak to? Miało być 200!

Z pomocą przyszli "miejscowi obcokrajowcy" - para Europejczyków mieszkająca w Japonii od dłuższego czasu. Uświadomili nam, że owszem, 200 jenów kosztuje dzień wypożyczenia, ale pod warunkiem oddawania roweru co mniej niż pół godziny.

Ale... Że o co jakby chodzi...?

Kenroku-en - jeden z Trzech Wielkich Ogrodów Japonii
Kenroku-en - jeden z Trzech Wielkich Ogrodów Japonii
© Paweł Zgrzebnicki

Kenroku-en - jeden z Trzech Wielkich Ogrodów Japonii

Otóż dzień wypożyczenia kosztuje 200 jenów, i owszem. Ale to raczej cena za prawo użytkowania roweru w ciągu jednego dnia, przez okresy nie dłuższe niż pół godziny każdy. Jedziesz 10 minut, oddajesz rower. Za jakiś czas znów gdzieś się podrzucasz przez 25 minut. Oddajesz w kolejnym punkcie. I tak przez cały dzień. Chodzi o to, aby dość często rowery były dostępne dla innych. Jeśli chcesz faktycznie zabrać rower na cały dzień i się nim z nikim nie dzielić - zapłacisz horrendalną stawkę - co pół godziny 200 jenów!

O żesz ty... Może i takie reguły panują wszędzie? Może w polskich miastach też tak jest? W końcu to nasze pierwsze w życiu wypożyczenie miejskiego roweru. Ale może jest to chociaż gdzieś napisane?!!! "Japońscy obcokrajowcy" współczuli nam bardzo, pocieszając, że mimo, że znają dobrze japoński, za pierwszym razem dali się nabrać na to samo...

Pozostało tylko kupić w supermarkecie ryż z glonami, zupkę z proszku i piwo, i wrócić do czterech metrów kwadratowych na wieczorne wspominanie dnia.

Dzień 10, 11 i 12: Kioto i Nara

[30.05.2015 - 1.06.2015]

Była stolica Japonii - Kioto - zrobiła na nas ogromne wrażenie już na samym początku. Kiedy wysiedliśmy z pociągu na dworcu centralnym, okazało się, że połączone budynki dworca, metra oraz ogromnej galerii handlowej zajmują 13 poziomów, z czego dwa są pod ziemią a jedenaście pięter zajmuje gigantyczną przestrzeń w samym środku miasta. Byliśmy głodni, więc wdrapaliśmy się szybką windą na ostatnią kondygnację, bo tam właśnie znajdował się Food Paradise - ciąg eleganckich restauracji kuchni japońskiej, międzynarodowej, cukierni i zwykłych fast-foodów. Zanim jednak wybraliśmy całkiem niezłą skądinąd jadłodajnię, pozwiedzaliśmy trochę wspaniałe zaprojektowaną, otwartą przestrzeń ostatnich kilku pięter ogromnej galerii. Poziomy te tworzą wewnątrz swego rodzaju patio, z iście wodewilowymi schodami pośrodku, a na samej górze znajduje się taras widokowy z ogrodem posadowionymi na samym dachu. Coś wspaniałego! Skoro sam dworzec zachwyca swoimi atrakcjami, czy całe Kioto okaże się równie imponujące?

Świątynia Złotego Pawilonu
Świątynia Złotego Pawilonu
© Paweł Zgrzebnicki

Świątynia Złotego Pawilonu

Aby to sprawdzić, udaliśmy się do północno-zachodniej części miasta, w pobliże Złotego Pawilonu. Świątynia Kinkaku-ji (金閣寺) - bo o miej właśnie mowa - powstała w 1397 roku, podówczas jako miejsce emerytalnego wypoczynku szoguna Yoshimitsu. Niedługo później została przekształcona w miejsce kultu religijnego, ale w 1950 roku pewien stuknięty mnich postanowił ją spalić. Obecnie, pomalowana na piękny złoty kolor, jest rekonstrukcją oryginału, pochodzącą z roku 1955. Zachowano wszystkie detale, a o miejscu w którym leży mówi się, że jest najbardziej malowniczym i sprzyjającym wypoczynkowy na całej Ziemi. Faktycznie, kolorowe ogrody wokół, oraz delikatnie zwiewny kolor pozłoty pawilonu sprawiają wrażenie, że jest się raczej w raju, aniżeli dalej na marnym, ziemskim padole. Punkt dla Kioto!

Zaledwie pół godziny spaceru dalej, znajduje się Ryoan-ji (竜安寺) - buddyjska świątynia z bodaj najsłynniejszym na świecie kamiennym ogrodem Zen. W sposób bezkompromisowy, piękny, prosty i dosadny wyraża naukę będącą podstawą buddyzmu:

Forma nie jest różna od pustki. Pustka nie jest różna od formy.
Forma jest dokładnie pustką. Pustka jest dokładnie formą.

-- Sutra Serca.

Pustka w buddyzmie oznacza brak indywidualnych własności. Nic takowych nie posiada - wszystko złożone jest jedynie z innych części składowych i wydarzeń, które doprowadziły do powstania tej właśnie rzeczy bądź zjawiska. Rzeczy i zdarzenia są "puste", ponieważ żadne z nich nie ma indywidualnej esencji - wszystko tak na prawdę jest jednym. To, co jest w stanie rozróżnić nasz umysł: kształty i pojęcia - są jedynie tymczasową formą, bez indywidualnej treści.

W kamiennym ogrodzie, z prostokątnego placu wyłożonego idealnie zagrabionym, jasnym żwirem, wystają niczym wyspy, kamienie stojące na małych ziemnych pagórkach. Jak myśli wynurzające się z otchłani umysłu i doń powracające, jak rzeczy lub życie - wszystko wydaje się istnieć niezależnie od reszty, lecz jest tylko formą o pustej naturze - tej samej co otchłań z której wyrasta.

Ogród podziałał na nas magicznie - siedzieliśmy, wpatrując się w niego długo i kontemplując nauki Zen. Czas jednak poganiał, zebraliśmy się więc w sobie i wyruszyliśmy dalej na południowy zachód, do słynnego lasu bambusowego.

Położony u podnóża gór Arashiyama, stanowi bezkresną połać, porośniętą wyłącznie bambusem japońskim. Wśród fantastycznie monotonnej scenerii, wyznaczono ścieżki i posadowiono kilka świątyń. Chociaż przybywa tutaj tłum turystów, warto spędzić wśród owej niesamowitej scenerii chociaż godzinę, chodząc wśród gęstwiny pojedynczych, smukłych, zielonych tyczek, kołyszących się na wietrze gdzieś wysoko o góry. Zresztą, tłum nie doskwiera tak bardzo, jeśli pójść którąś z bocznych ścieżek, a tym bardziej, kiedy zechce nam się wspiąć kilkadziesiąt metrów wyżej, na okoliczny szczyt z którego rozciąga się przepiękny widok na wąwóz rzeki Hozu (保津川). Tam nikogo już nie ma. Jest tylko spokój i szum wiatru, szeleszczący w bambusowych zaroślach; jest woń sosnowych pędów drzew porastających skąpo wzgórze i zapach rzecznej wilgoci, osadzająca się na zboczach dostojnych gór.

Aby nie stracić nic z romantycznego klimatu, jaki zafundowało nam Kioto, przenieśliśmy się kilkanaście kilometrów na południowy wschód, do równie słynnego, co wyjątkowego chramu Fushimi Inari (伏見稲荷大社).

Mieliśmy już nieco dość wszelakich świątyń i w tym zakresie zaczynaliśmy odczuwać pewne zobojętnienie, ale wiedzieliśmy, że to właśnie miejsce (szczególnie późnym popołudniem) zaczaruje nas na dobre.

Bramy torii w chramie Fushimi Inari
Bramy torii w chramie Fushimi Inari
© Paweł Zgrzebnicki

Bramy torii w chramie Fushimi Inari

Przepiękny kompleks sakralny, złożony z szeregu pomalowanych na jaskrawo-pomarańczowy kolor drewnianych budynków, zdobionych czarno-złotymi ornamentami, położony jest u stóp góry Inari, symbolizującej shintoistyczne bóstwo o tym samym imieniu. Według wierzeń Inari jest patronem ryżu, dostatku, powodzenia w interesach, płodności i obfitości, a jego ziemskimi posłannikami są białe lisy. Wierzenia te dały podstawę do wyznaczenia na zboczu góry szeregu ścieżek obudowanych tysiącami małych, pomarańczowych bram torii, z których każda swego czasu została ufundowana przez jakiegoś miejscowego kupca bądź rzemieślnika.

Weszliśmy na górski szlak, wijący się niczym tunel zbudowany z pięknie podświetlonych bram, stojących jedna za drugą. Co pewien czas, zatrzymywaliśmy się przy porośniętych mchem, starych kamiennych kapliczkach, wszechobecnych figurkach lisów i starych latarniach, w których kiedyś płonął słaby ogień świec. Było cudownie, romantycznie, a ponieważ szlak wymagał trochę wysiłku, znakomita większość ludzi została gdzieś na dole, blisko ziemskich spraw. My, snuliśmy się wśród górskich ostępów i świętych bram - byliśmy w domu Inari.

Nazajutrz podjechaliśmy szybkim pociągiem do Nara, pierwszej stałej stolicy zjednoczonego kraju, po której do dziś pozostał szereg zabytkowych świątyń, muzeum i wielki park w którym snują się oswojone jelenie i sarny. Według legendy, po osiągnięciu oświecenia, w Sarnath, Budda wygłosił swoje pierwsze kazanie właśnie do tych zwierząt. Tradycyjnie więc z kulturze buddyjskiej, te zwierzęta uznawane są za ważny symbol tradycji. Także i w religii shintō, jelenie i sarny łączą ludzi z bogami, nic więc dziwnego, że te śliczne stworzenia cieszą się tutaj taką estymą.

Setki zwierzaków włóczą się więc po wielkim parku, wchodzą na ulice, a ludzie karmią je specjalnymi ciastkami, które można kupić na każdym straganie. Co prawda miasto zatrudnia sprzątaczy, którzy starają się usunąć wszystkie sarnie kupy, ale i tak wokół śmierdzi niemiłosiernie, jeśli nie ekskrementami, to skoncentrowaną mieszanką zwierzęcych feromonów, łojem, sierścią i wszystkim tym, co w sposób naturalny zwierzęta z siebie emitują.

Z parku uciekliśmy więc jak najszybciej i poszliśmy odwiedzić świątynię Tōdai-ji (東大寺). Tak, tak - wszelakich świątyń mieliśmy już szczerze dość, ale ta akurat jest dość szczególna: do 1998 roku, był to największy drewniany budynek na świecie. W swoim wnętrzu kryje Daibutsu - 500-tonową, 15-metrowej wysokości statuę Buddy, po którego lewej i prawej stronie umieszczono wielkie rzeźby dwóch bodhisattwów . Według historycznych zapisów, do powstania ogromnych rzeźb i chroniącej je drewnianej budowli, przyczyniło się 2,600,000 osób, dostarczając żywność i materiały budowlane. 350,000 osób było bezpośrednio zaangażowanych w prace konstrukcyjne. Ukończenie projektu świętowało wraz z cesarzem 10,000 mnichów i 4,000 tancerzy a całość przedsięwzięcia doszczętnie zrujnowała japońską ekonomię. Na wielki projekt zużyto niemal całe zapasy brązu jakie posiadał podówczas kraj, a złoto w całości sprowadzono zza granicy. Wśród pierwotnych budowli znajdowały się także dwie pogody mierzące po 100 metrów wysokości każda, będące wtedy po egipskich piramidach drugimi najwyższymi budowlami świata. Pagody jednak poległy w czasie późniejszych trzęsień ziemi, podobnie jak wielki budynek chroniący rzeźby, który palił się kilkukrotnie. Ten obecny jest o 30% mniejszy od pierwowzoru, choć i tak swoim rozmiarem robi piorunujące wrażenie. Współczesne badania prowadzone z użyciem promieniowania rentgenowskiego ujawniły umieszczone w kolanie wielkiego Buddy kamienie szlachetne, miecz, a nawet ludzki ząb - najprawdopodobniej relikwie cesarza Shōmu.

Geisza teatrze Gion Corner
Geisza teatrze Gion Corner
© Paweł Zgrzebnicki

Geisza teatrze Gion Corner

Umęczeni całodziennym łażeniem w 35 stopniowym upale, postanowiliśmy zrobić jeszcze jeden, ostatni krok na drodze poznania fascynującej kultury Kioto. Wieczorem wybraliśmy się do dzielnicy Gion (祇園), która od wieków związana jest z kulturą, sztuką i zabawianiem tańcem, czyli wszystkim tym, czym od zawsze w Japonii zajmowały się gejsze. Dobrze zachowane, ciągle odrestaurowywane stare budynki, przenoszą odwiedzających w czasie o setki lat wstecz. Kiedyś domy samurajów i domy herbaty, dziś zamienione zostały na urokliwe restauracje i małe galerie. Pięknie ubrane kobiety są tu do dziś, dalej zachwycając gości niezwykłymi artystycznymi talentami. Można się o tym przekonać idąc na wieczorny spektakl do teatru Gion Corner, gdzie w ciągu godzinnego przedstawienia, pięknie ubrane i umalowane panie prezentują ceremonię parzenia herbaty chadō (茶道), ikebanę (生花), czyli japońską sztukę układania kwiatów, grają na japońskiej harfie koto (箏), oraz tańczą do tradycyjnej muzyki. Występ jest też okazją do zapoznania się z formą pochodzącego z XV wieku japońskiego teatru komediowego Kyōgen, odgrywanyną tradycyjnie w świątyniach i na cesarskim dworze muzyką Gagaku (雅楽) i japońskim teatrem kukiełkowym Bunraku (文).

Pod wrażeniem wspaniałych występów, nasyceni kulturą i wiedzą o japońskich ceremoniach, przeszliśmy raz jeszcze nocnym szlakiem eleganckiej dzielnicy, kończąc tym samym wizytę we wspaniałym, pełnym niespodzianek i niesamowitych atrakcji Kioto.

Dzień 13 i 14: Hiroszima

[2-3.06.2015]

Są takie miejsca, o których dziwnie powiedzieć, że są cudowne. Albo, że chociaż są fajne. To tak, jakby pod informacją na Facebooku mówiącą że ktoś umarł, kliknąć "Lubię to!". Trochę nie pasuje, ale jednak jakoś chce się wyrazić pozytywny afekt. Cy to możliwe w miejscu tak tragicznie doświadczonym historią jak Hiroszima?

W 1945 roku, wojna miała się ku końcowi, ale nie dla Japończyków. Ci, walczyli zaciekle, według doktryny ówczesnego premiera Hideki Tōjō, gotowi byli raczej na śmierć niż kapitulację. Aby zmusić wroga do ustępstwa i uniknąć dalszych strat własnych, Amerykanie zrzucili na dwa japońskie miasta - 6 sierpnia na Hiroszimę i 9 sierpnia na Nagasaki - bomby atomowe, które zabiły w sumie kilkaset tysięcy osób.

Cel osiągnięto, Japonia skapitulowała a ludzkość do dziś nie może uwierzyć w ogrom tragedii jaką gotów jest wyrządzić człowiek drugiemu człowiekowi. W centrum Hiroszimy jest więc Park Pokoju, na terenie którego wzniesiono symboliczny grób poświęcony ofiarom wybuchu. Tu także goreje płomień, który palił się będzie dopóty, dopóki broń atomowa nie zostanie ostatecznie wyeliminowana ze światowego arsenału wojskowego. W pobliżu parku stoi Kopuła Bomby Atomowej - ruina przedwojennego budynku, który jako jeden z niewielu nie uległ całkowitemu zniszczeniu. Co ciekawe, bomba eksplodowała niemal dokładnie nad nim.... Jest też spore muzeum, upamiętniające tragiczne wydarzenie i przypominające skutki ataku na ludność Japonii. Jak z każdego takiego miejsca, zwiedzający wychodzą zdruzgotani, niektórzy ze łzami w oczach. I to chyba właśnie jest tym pozytywnym przesłaniem, bo jak mówi stare powiedzenie: "kto nie zna historii, skazany jest na jej powtarzanie".

Kopuła Bomby Atomowej
Kopuła Bomby Atomowej
© Paweł Zgrzebnicki

Kopuła Bomby Atomowej

Zamyśleni, zasmuceni i pełni refleksji, chodziliśmy sobie po parku i rozważaliśmy w ciszy ludzką naturę agresji i to, jak należy właściwie rozwiązywać konflikty. W umiejętności siłowego i destruktywnego angażowania się w spór, ludzkość osiągnęła już chyba doskonałość. W kwestii intelektualnego i empatycznego działania, jesteśmy zdaje się jeszcze w powijakach...

Prócz niewątpliwych zasług dla propagowania pokoju na świecie, Hiroszima ma do zaoferowania światu coś jeszcze. Świątynia Itsukushima (厳島神社), shintoistyczny chram położony na wyspie Miyajima, prócz swych niewątpliwych zalet architektonicznych, ma jeszcze jedną wyjątkową cechę. Bramę torii do niej prowadzącą, posadowiono w morzu tak, że sprawia wrażenie swobodnie pływającej. Widok konstrukcji na tle lądu, zaliczany jest do Trzech Pejzaży Japonii, jest więc dla Japończyków równie ważny, jak dla Polaków krzyż na Giewoncie, klasztor na Jasnej Górze, czy widok na zamek na Wawelu.

Słynny krajobraz ma jednak pewną wadę. Jego piękno można podziwiać wyłącznie w czasie przypływu. W czasie odpływu bowiem, bramę otacza muł i całość wygląda raczej nieciekawie. Zgadnijcie na jaki stan morza trafiliśmy my? Oczywiście... na odpływ!

Pięknych widoków jednak naoglądaliśmy się w Japonii już sporo, była więc okazja do krytyki, zwyzywania Bogu ducha winnej bramy od badziewi, pomstowania do Neptuna, księżyca i wszystkich innych odpowiedzialnych za poziom wód. Było jednak miło i przyjemnie, bo wyspa zawsze wynagradza swoich gości pięknem przyrody. Dzień był lekko pochmurny, było wilgotno, a znad morskiej otchłani unosiła się gęsta mgła. Ludzie gdzieś poznikali, co w 130-milionowej Japonii jest nie lada ewenementem. Byliśmy sami, przechadzając się spokojną, mokrą plażą. Wreszcie mogliśmy delektować się błogą ciszą, widokiem morza i zapachem lasu.

Dzień 15 i 16: Magome i Tsumago

[4-5.06.2015]

Dolina rzeki Kiso, położona w Alpach Centralnych, w prefekturze Nagano, od dobrych kilkuset lat nie jest po prostu taką sobie górską niszą. Tędy właśnie, w epoce Edo biegł najważniejszy bodaj górski szlak handlowy łączący Tokio z Kioto - Nakasendō (中山道) - i tu właśnie odcisnęła swe piętno historia handlowa dawnej Japonii. Panujące w czasach szogunatu restrykcje dotyczące sposobu przemieszczania towarów, nakazywały pokonywanie tej trasy pieszo, co spowodowało, że wzdłuż niej usytuowała się cała infrastruktura pomagająca kupcom zaspokoić ich potrzeby w czasie trudnej wędrówki. Powstały setki ryokanów i dziesiątki pomniejszych miasteczek a mimo upływu kilku wieków, część z nich zachowała się w doskonałym stanie. Przyczyniły się też do tego intensywne prace konserwatorskie, prowadzone na terenie doliny od lat 60-tych XX wieku. Dziś jest to jedno z magicznych miejsc w kraju, które przyciąga turystów swoją nieskazitelnie czystą przyrodą i wspaniałą architekturą okolicy, niczym żywy skansen przenoszącą w czasie podróżników do czasów pradawnych samurajów.

Tsumago
Tsumago
© Paweł Zgrzebnicki

Tsumago

Swoją podróż po dolinie Kiso zaczęliśmy w Magome, jednej z najlepiej zachowanych miejscowości, usytuowanej wzdłuż kamiennego traktu prowadzącego wprost przez góry. Piękne drewniane domy, z charakterystyczną dla Japonii prostą stylistyką, stoją po obu stronach wąskiej dróżki, będącej niegdyś arterią handlową Cesarstwa. Dziś także domy służą tradycyjnemu handlowi, a część z nich - jak za dawnych czasów - oferuje noclegi w warunkach niemal identycznych z tymi, jakie panowały dawniej. Tradycyjne ryokany zapewniają swoim gościom proste, lecz bardzo schludne warunki - pokój wyłożony matą tatami, materac, pościel i łazienkę z ciepłą wodą.

Górski szlak - Kisoji (木曽路) - prowadzi ośmiokilometrowym traktem do kolejnej pięknej miejscowości - Tsumago. Kilkugodzinna wycieczka prowadzi przez piękny las, wzdłuż wodospadów, leśnych zaułków i dzwonków odstraszających niedźwiedzie. Na trasie jest też małe schronisko, a raczej mała chatka w której można ogrzać się przy ogniu i wypić gorącą zieloną herbatę.

Góry w kwestii pogody bywają kapryśne, choć dla nas tym razem okazały się niezwykle łaskawe. Właśnie, kiedy ukończyliśmy wędrówkę, deszcz rozpadał się na dobre, a pobliski krajobraz zniknął za gęstą mgłą. Tak bardzo przypomniały nam się dalekie, polskie góry... Czy to Japonia żegnała nas płaczem, czy duch naszych szczytów wdarł się tu i wołał o rychły powrót? Jakkolwiek by nie było, kończyliśmy powoli podróż po Kraju Wschodzącego Słońca, stęsknieni nieco za rodzinnymi stronami...

Tekst: Paweł Zgrzebnicki
Przygotowując wyprawę i relację korzystano z następujących opracowań:
  • Chris Rowthorn, Andrew Bender, Laura Crawford, Trent Holden, Craig McLachlan, Rebecca Milner, Kate Morgan, Benedict Walker, Wendy Yanagihara, Japan, Lonely Planet, 2013, 13th Edition
  • Joy Hendry, Japończycy: kultura i społeczeństwo, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2013, Wydanie I