Używamy plików cookies, w celu ułatwienia nawigacji, opracowania statystyk, dostosowania serwisu do preferencji użytkownika oraz przy współpracy z serwisami zewnętrznymi takimi jak Google, Facebook i Twitter. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji o plikach cookies znajduje się tutaj oraz w naszej polityce cookies. Zamknij

Indie - 2012/2013
Galeria zdjęć
Na skróty
1. Chennai4. Mysore7. Madurai
2. Hospet5. Bylakuppe8. Chennai
3. Hampi6. Mysore9. Havelock Island
Mapa

Kochamy Indie! To miłość od pierwszego wejrzenia, a raczej od pierwszej podróży. Dziewiczą podróż do tego wspaniałego kraju odbyliśmy dokładnie rok temu. Teraz postanowiliśmy wybrać się do Indii ponownie. Tym razem na południe - zwiedzić uroczą część kontynentalną i dotknąć białych piasków rajskiego archipelagu Andamanów.

Kraków-Chennai

[18.12.2012]

Z Warszawy przez Dohę w Katarze do Chennai, czyli Madrasu. 18 godzin podróży spędzone na lotniskach i w samolotach dało nam nieźle w kość. Na dodatek w Madrasie wylądowaliśmy o 4:00 nad ranem a z lotniska wyszliśmy dopiero dwie godziny później. Oczywiście kolejka do odprawy paszportowej była pięciokilometrowa a nasze walizki były ostatnie z miliona, więc przy odbiorze bagażu czekaliśmy nieskończenie długo.

Ale w końcu wyszliśmy z hali przylotów i na zewnątrz przywitał nas dwudziestokilkustopniowy poranek. Błogo, bo w Polsce, kiedy wyjeżdżaliśmy było zero, deszcz i lodowaty wiatr.

Wsiedliśmy do rozklekotanej taksówki i kazaliśmy się zawieźć do hotelu. Ten okazał się klasykiem w całej swej okazałości: ciasny, pokoje bez okien, brudne, za to z karaluchami i zimną wodą. Ale przynajmniej woda w ogóle była, co w cale nie jest takie oczywiste. Byliśmy jednak tak zmęczeni po podróży, że absolutnie nic nam nie przeszkadzało. Walnęliśmy się do łóżka i zasnęliśmy kamiennym snem.

Wstaliśmy w południe, ale ze względu na wspomniany brak jakichkolwiek okien, mogliśmy się do tym przekonać wyłącznie patrząc na zegarek. Po półgodzinnej toalecie w końcu wyszliśmy na ulicę.

Gorąc. Boski żar lejący się z nieba, zapach kupy i kwiatów, miliard tuk-tuków i dwieście decybeli hałasu - oto Madras. Zachwyceni udaliśmy się prosto na śniadanie do jednej z tysiąca pobliskich jadłodajni. Wzięliśmy "bryani", czyli ryż zmieszany z warzywami, oczywiście odpowiednio pikantny. Po śniadanku łyk mocnego alkoholu, (żeby zdezynfekować to co wpadło do żołądka) i w drogę. (W nocy dochodziły nas w hotelu odgłosy rzygających białasów - znak, że trzeba pić dużo wódki i paranoicznie uważać na higienę posiłków. W tym celu, jak zwykle, mamy ze sobą odkażającą lampę UV, alkohol izobutylowy do rąk i odkażania talerzy oraz sztućców no i wspomnianą brandy do dezynfekcji odśrodkowej).

Po śniadaniu podjechaliśmy motorikszą do Fortu St. George, gdzie oglądnęliśmy muzeum militarne Chennai, wraz z wystawą starych monet funkcjonujących w obiegu w całych Indiach ery nowożytnej oraz salą portretową, przedstawiającą wizerunki miejscowych notabli okresu kolonialnego oraz brytyjskich imperatorów. Reszty fortu nie sposób zobaczyć, ponieważ w dalszym ciągu korzysta z niego wojsko. Byłby to z pewnością ciekawe doświadczenie, bo wielokrotnie przebudowywany, sięgający swymi początkami XVII wieku fort jest pięknym przykładem budowlanej sztuki wojennej.

Marina Beach (Chennai)
Marina Beach (Chennai)
© Paweł Zgrzebnicki

Marina Beach (Chennai)

Po zwiedzeniu muzeum pojechaliśmy na pobliską miejską plażę - Marina Beach - gdzie podziwialiśmy wzburzone fale Zatoki Bengalskiej. Wzdłuż plaży ciągnie się nieskończony łańcuch budek w których sprzedawane jest wszystko - ryby, konne przejażdżki, muszle, wyroby z muszli, malowidła na muszlach, gotowe jedzenie, telefony komórkowe, balony, itd. Można też zrobić sobie zdjęcie z jedną z gwiazd Bollywood albo z tygrysem - wycięte z kartonu obrysy postaci w skali 1:1 z naklejonymi ich zdjęciami, na wspólnej fotografii wyglądają jak żywe. Obok plaży jest park, gdzie w cieniu murowanych altan i w otoczeniu pięknej zieleni odpoczywają mieszkańcy Madrasu. Także i my spędziliśmy tam dobrą godzinę oddając się błogiej drzemce.

Zrelaksowani pojechaliśmy do Vivekanandar Illam - muzeum upamiętniającego sławnego duchowego nauczyciela z początku XX wieku - Sri Vivekanandę. Tu mieszkał i medytował przez krótki czas, dom zaadoptowano więc na miejsce hołdu osobie, której współczesna etyka Indii tak wiele zawdzięcza. Są tu zdjęcia z różnych okresów jego życia, również z okresu pobytu i nauczania w Stanach Zjednoczonych i Anglii. Jest sala medytacyjna i mikro-kino 3D, gdzie można oglądnąć wirtualnego Vivekanandę udzielającego porad duchowych.

Gopura w Chennai
Gopura w Chennai
© Paweł Zgrzebnicki

Gopura w Chennai

Późnym popołudniem pojechaliśmy oglądnąć świątynię Ramakriszny oraz najbardziej spektakularną w Chennai - przebudowaną 300 lat temu, starożytną świątynię Shivy Kapaleeshwarara do której prowadzi piękna, wysoka, kolorowa brama zwana gopura.

Wieczór, to czas zmożonego handlu na przyulicznych straganach z mnóstwem małych, uroczych światełek. W ciepłym świetle lamp mienią się kolorowe owoce, kwiaty i przyprawy, a my czujemy się jak wpuszczeni w sam środek orientalnej baśni.

Chennai-Hospet

[19.12.2012]

Noc urozmaicali hałasujący obok Hindusi, wydzierające się dziecko i rzygający Brytyjczycy. W końcu udało się nam zasnąć, jednak Aga budziła się przez całą noc, wyrywana ze snu okropnymi odgłosami. Rano znów poszliśmy na śniadanie w to samo miejsce co wczoraj, choć dziś postanowiliśmy zjeść coś innego - chleb naan z ostrym sosem. Po śniadaniu jak zwykle łyk brandy i w drogę - na dworzec centralny, bo o 13:35 mieliśmy ekspres do Bangalore.

Dwa kibelki w pociągu - w stylu zachodnim (z muszlą) i indyjskim (z dziurą w podłodze)
Dwa kibelki w pociągu - w stylu zachodnim (z muszlą) i indyjskim (z dziurą w podłodze)
© Paweł Zgrzebnicki

Dwa kibelki w pociągu - w stylu zachodnim (z muszlą) i indyjskim (z dziurą w podłodze)

W indyjskim centrum informatycznym nie spędziliśmy w zasadzie ani chwili (bo i po co?), za to po kilkudziesięciu minutach oczekiwania na dworcu, wsiedliśmy w całonocny pociąg do Hospet.

Miejsca mieliśmy eleganckie - "1 class AC", czyli czteroosobowa kuszetka z klimatyzacją. W końcu jedziemy całą noc, w zeszłym roku wypróbowaliśmy "sleeping class", w poprzednim pociągu "AC chair" (miejsca jak w autobusie albo w samolocie, też nieprzyzwoicie lodowate), więc teraz pora na nowe doznania spaniowo-pociągowe. Ponieważ jest to klasa pierwsza, jeździ tym przybytkiem nie byle kto - same miejscowe tuzy, oraz turyści dewizowi, jak zwykło się u nas mawiać jakiś czas temu. W naszym przedziale jechał więc dla przykładu jakiś wiekowy hinduski biznesmen, z wielkim Samsungiem Galaxy Tab, iPadem oraz służącym, który wniósł bagaże Pana, pościelił Mu kuszetkowe łoże, nakrył Go specjalnym wełnianym kocykiem oraz wykonał na dobranoc masaż stóp. Po zabiegach został odprawiony i wreszcie przedział pogrążył się w błogim śnie.

Hampi

[20.12.2013]

O 7:42 wjechaliśmy na peron w Hospet i natychmiast dorwał nas rikszarz proponując przejazd do Hampi.

  •     —   200 rupees! Good price! - krzyczał, a nam nawet nie chciało się targować. W Chennai za taką cenę można podjechać z jednej dzielnicy do drugiej (oczywiście jak się jest białasem) a tu przed nami trasa 14-kilometrowa.
  •     —   Ok - powiedziałem - tylko po drodze chcielibyśmy podjechać do jakiegoś sklepu po mocny alkohol - przywieziony z Ojczyzny, kończył się w zastraszającym tempie.
  •     —   Sklepy z alkoholem otwierają o 10:00, ale zawiozę was w jedno otwarte miejsce - odparł kierowca, a my już wiedzieliśmy, że pewnie chodzi po prostu o melinę.

Nie ma nic złego w melinie, szczególnie jeśli chodzi o zachowanie zdrowia. A trzeba Wam wiedzieć, że kolejny dzień trwamy w spokoju gastrycznym, co w Indiach jest wyczynem samym w sobie.

Jechaliśmy więc do Hampi, ale rikszarz jakby zapomniał o swojej obietnicy - trudno, jeszcze na dwa dni zapasu nam starczy. Jeśli alkohol, to tylko w Hospet, bo przecież Hampi to święte miejsce w którym sprzedaż trunków jest zakazana na równi z narkotykami.

Jakież było wielkie nasze zaskoczenie, kiedy tuk-tuk skręcił do przydrożnej budy zaraz za wjazdem do Hampi: "Bar Kriszna" zwało się perwersyjnie owo miejsce, i pełne było półek z przeróżnymi spirytualiami. Poprosiliśmy o znany sprzed roku rum "Old Monk", ale tego właśnie nie było. Był za to "McDowell's No. 1 Celebration" w cenie niemal dwukrotnie wyższej niż oficjalna i smakował wyśmienicie (oczywiście w skali smakowej adekwatnej do alkoholi indyjskich). Kupiliśmy więc dwa.

Ale, ale! Przecież to nie wspomnienia podłych alkoholików, ale relacja podróżnicza! Rozsądek medyczny żądał więc wspomnianych zakupów, ale oczy cieszył wspaniały widok rozległego stanowiska archeologicznego jakim jest Hampi.

Świątynia Kadalekalu Ganesha na wzórzu Hemakuta (Hampi)
Świątynia Kadalekalu Ganesha na wzórzu Hemakuta (Hampi)
© Paweł Zgrzebnicki

Świątynia Kadalekalu Ganesha na wzórzu Hemakuta (Hampi)

Jakie jest? Cóż, gdybym miał opisać to miejsce krótkimi słowami, powiedziałbym: do namibijskiego krajobrazu Spitzkoppe wsadzono grecki Akropol. Tak przynajmniej wygląda to na pierwszy rzut oka. Otoczenie niezwykłe, do złudzenia przypominające to, co dwa miesiące temu oglądaliśmy w Namibii: czerwone, okrągłe głazy posadowione w nienaturalnych pozach na obłym podłożu - Spitzkoppe wypisz, wymaluj. Wszechobecne kolumny, wspaniałe, wzniosłe pilastry setek świątyń przywodzą obrazy greckiego dziedzictwa. Oczywiście to jedynie skojarzenie, ale bezustannie przychodzi mi na myśl.

Hampi, jak wspomniałem to setki świątyń, rozrzuconych na obszarze 26 km2. Zabudowania powstały tu już w VII wieku n.e., ale rozkwit to okres imperium Widźajanagaru od początku wieku XIV do roku 1565, kiedy to muzułmańskie hordy splądrowały miasto do imentu. W okresie swojej świetności, Hampi było stolicą największego imperium w historii Indii, mieszkało w nim 500.000 mieszkańców, co na warunki średniowieczne było liczbą astronomiczną. W mieście handlowano dobrami z całego ówczesnego świata, było to religijne, gospodarcze i polityczne centrum ówczesnego subkontytnentu indyjskiego.

Dziś, cień dawnej świetności wciąż przebija spod ruin niezliczonej ilości świątyń. Niektóre zachowały się w doskonałym stanie, niektóre wymagają renowacji a niektóre wciąż pogrążone są w mule rzecznym, czekając na odkopanie. Jak w każdym biednym kraju, także i tu archeologia to kwestia wcale nie pierwszorzędna. Nie ma pieniędzy na specjalistyczne prace i wydostawanie spod ziemi zabytków rząd zleca miejscowej ludności, która z różnym rezultatem radzi sobie z powierzoną pracą. Niewykształceni ludzie nie znając rzeczywistego znaczenia dziedzictwa kulturowego niszczą go częstokroć umyślnie, malując zabytki kolorową farbą i zagospodarowując cenny teren knajpami, hostelami i sklepikami. W 2011 roku przedstawiciele rządu wpadli tu nagle z buldożerami i rozburzyli wszystkie "samowole budowlane" postawione na centralnym terenie - Hampi Bazaar. Problem jednak w tym, że tutaj w zasadzie wszystko jest samowolą w rozumieniu prawnym i z wyjątkiem wielkich inwestycji w dużych miastach nikt z nikim nie uzgadnia projektów. A już na pewno nie robią tego niepiśmienni w większości ludzie na głębokiej wsi. Wojna pomiędzy konserwatorami zabytków i miejscowymi osadnikami trwa.

Hampi jest na prawdę pełne luzu (
Hampi jest na prawdę pełne luzu (
© Paweł Zgrzebnicki

Hampi jest na prawdę pełne luzu (

Hampi do również niepowtarzalny klimat. Kiedy jedziesz do miejsca, gdzie stoi jeden konkretny interesujący Cię zabytek (np. Wieża Eiffle'a, piramida Cheopsa, Statua Wolności), skupiasz się tylko na tym a reszta ma niewielkie znaczenie. Jeśli natomiast jedziesz do miejsca takiego jak tu, gdzie wokół po horyzont stoją setki podobnych budowli, żadna z nich nie liczy się tak bardzo jak całość. To jak piękne kafelki poukładane jeden obok drugiego - podziwiasz już nie jeden konkreteny, ale cały wzór.

W takich miejscach, to co tworzy rzeczywiste wrażenie to klimat całości, klimat miejsca. A ten magiczny, historyczny, tajemniczy i bajkowy, jest niszczony przez masy turystów napadających Hampi z Goa. Kiedy już znudzi się ciągłe picie i dyskoteki, co tu robić? O! Można pojechać do Hampi! Jest tu więc pełno Rosjan, wyrwanych z objęć hoteli all-inclusive z małżonkami na szpilkach wbijających się w glinę i piach. Ceny - oczywiście pod naszych wschodnich sąsiadów - odpowiednio wysokie. Są oczywiście też turyści szukający duchowej impresji, praktykujący jogę na tarasach hosteli, ale jednak całość trochę trąci egipskim kurortem. Niby alkohol jest zakazany ale już przy śniadaniu w jednej z restauracji właściciel zachęca nas:

  •     —   Przyjdźcie wieczorem, na zimne piwo!

Miejsce więc święte, ale tylko z nazwy, bo mieszkańcy robią wszystko, żeby przypodobać się turystom - z knajp dobiega zachodnia muzyka (śniadanie jedliśmy przy dobijającym techno), z piwem nie ma większego problemu, jest tu piekarnia niemiecka, kuchnia włoska i każdy sprzedawca próbuje do nas mówić po rosyjsku.

Niemniej wieczorem, kiedy idziemy przez ciche o tej porze centrum i kiedy brak prądu zmusza sklepikarzy do zapalenia świeczek - jest na prawdę magicznie. Jest wspaniale.

[21.12.2013]

Muszę sobie jednak sprawić koszulkę z napisem "I'm NOT from Russia". Nagminne branie nas za Rosjan i zaczepianie w języku niby-rosyjskim jest doprawdy żenujące. Dzisiaj występowałem w T-shircie "Jamaica, no problem", ale jakoś nikt nie chciał uwierzyć, że jestem z Jamajki...

Hampi
Hampi
© Paweł Zgrzebnicki

Hampi

Z tłumu Hampi da się jednak uciec na znakomitą większość dnia - wystarczy wziąć rikszę i zająć się zwiedzaniem okolicznych zabytków. Wczoraj udało nam się zobaczyć połowę z nich, dziś oglądnęliśmy drugą część. Ruiny wspaniałe, jeśli kogoś podobnie jak nas interesuje archeologia. Fotografie lepiej oddadzą piękno Hampi niż najbardziej wyrafinowane zdania. Ale dwa odkrycia muszę Wam opisać, moim zdaniem są zachwycające i podobnych nie znajdzie się prawdopodobnie nigdzie indziej na świecie.

Pierwsze z nich to wrota do średniowiecznego pałacu. Były wykonane w całości z... kamienia! Ważące kilka ton skrzydła wysokiej na blisko dziesięć metrów bramy otwierały najprawdopodobniej... słonie! Widzieliście kiedyś coś takiego?

Podobnie niesamowita okazała się XV-wieczna polowa "jadłodajnia". Otóż wyobraźcie sobie blok skalny o przekroju 40 cm x 40 cm, długi na dwa metry. Takie bloki skalne ustawiono jeden za drugim w dwa rzędy tak, że powstały jakby dwie, długie na sto metrów, równoległe do siebie ławki - każda z nich wysoka na 40 cm i szeroka też na 40. Między tymi dwiema ławkami, odsuniętymi od siebie o około pół metra płynęła woda z akweduktu. W ławkach natomiast, od góry, wyrzeźbiono talerze i podstawki na kubki! Po obu, zewnętrznych stronach ławek siedzieli biesiadnicy, a gdy ktoś odszedł od wspólnego stołu, jego wyrzeźbiony w monolicie talerz, zmywano wodą płynącą zaraz za "stołem". Wynalazek co prawda stary, ale używano go jeszcze kilkanaście lat temu, gdy na doroczne festiwale zjeżdżali uczestnicy z całego kraju. Dziś, te same festiwale gromadzą ludzi, którym dania podawane są na "jednorazowych" liściach bananowca; kamienne stoły nie są już używane. Ale nie tak dawno przecież wspaniały wynalazek, o ile bardziej " ekologiczny" od jednorazowych talerzyków, kamiennym obliczem raczył gości posiłkiem jednego po drugim. Do dziś dnia można podziwiać rzeźbione kamienne talerze właśnie tu - w Hampi.

Mysore

[22.12.2013]

No i przyjechaliśmy do Mysore. Autobusem nocnym, rządowym dodam, jakości PKS-u z czasów środkowego Gierka. Kierowca prowadził jak na Indie przystało - gaz, hamulec, gaz, hamulec, kierownica w lewo, w prawo, omijanie dziury, tuk-tuka i tak przez 10 godzin bez przerwy. Aaa... przepraszam - były dwie przerwy na tak zwaną toaletę. Zatrzymujemy się w centrum miasta, wychodzimy na chodnik i lejemy. Bo inaczej tego barbarzyńskiego aktu nie da się określić. To po prostu brutalne lanie gdzie popadnie, centralnie na środku chodnika, a nie żadna toaleta w rozumieniu zachodnioeuropejskim. W każdym razie, autobus, w 80% pusty dojechał do Mysore o 6:30 rano.

Pomnik Mahatmy Gandhiego (Mysore)
Pomnik Mahatmy Gandhiego (Mysore)
© Paweł Zgrzebnicki

Pomnik Mahatmy Gandhiego (Mysore)

Pojechaliśmy tuk-tukiem do hotelu i natychmiast padliśmy na twarz z zamiarem odespania nocy pełnej ekstremalnych wrażeń drogowych. Tym samym zwiedzanie miasta zaczęliśmy dopiero pół godziny po południu, po porządnej drzemce, odświeżającej kąpieli w zaskakująco ciepłej wodzie i średniej jakości tamilskim obiedzie. Pierwsze kroki skierowaliśmy ku niezwykłemu pałacowi królewskiemu, lecz w połowie drogi napadł nas jeden z rikszarzy.

Oczywiście nagabywanie turystów przez tuk-tukowców odbywa się w całej Azji co 5 milisekund i równie często są oni odprawiani z kwitkiem. Jednak ten kierowca miał w sobie coś szczególnego, co kazało się nam zatrzymać i chwilę porozmawiać.

Po krótkim "skąd jesteście?" i "gdzie mógłbym Was podwieźć?", nadeszła pora na konkrety:

  •     —   Pałac możecie sobie darować o tej porze dnia - zagadnął kierowca - Owszem, mogę Was tam zawieźć, ale lepiej To miejsce zwiedzać wieczorem - dzisiaj sobota, więc szykują się wspaniale iluminacje świetlne.
  •     —   Powinniście zobaczyć teraz Devaraja Market. Wieczorem z kolei on będzie nieczynny, a teraz można tam zobaczyć esencję kolorowych Indii. - kontynuował rikszarz - Mogę was tam zawieźć - złożył swoją ofertę - za 30 rupii. Po drodze pokażę wam jeszcze kilka fajnych rzeczy.

Cena wydała nam się atrakcyjna, gość też miał coś w sobie; coś tak urzekającego i miłego w sposobie zachowania, że zgodziliśmy się zmienić plany i pałac zwiedzić później. Daliśmy się tym samym namówić na klasyczną, znaną ze wszystkich innych miast Orientu ofertę: "zawiozę Was za bezcen, a przy okazji pokażę kilka fajnych miejsc". Z każdego wydanego przez turystę dolara (lub rupii jak w tym przypadku) rikszarz dostaje później od sprzedawców swoją działkę. Dlatego właśnie niektórzy wożą nawet za darmo. Ale co tam - jest okazja, to trzeba korzystać. Nikt w końcu nas nie zmusi do kupowania czegokolwiek, a kto zna lepiej fajne miejsca niż miejscowy rikszarz?

Od razu po rozpoczęciu jazdy, zwróciliśmy uwagę na czystość tuk-tuka i jego piękne chromowane detale oraz zbogato dobioną tapicerkę - coś absolutnie niesamowitego w kraju, gdzie każdy taki wózek jest zajeżdżany jak wół roboczy.

  •     —   To moja duma! - wyznał z pasją - Riksza nie jest nowa, ma 18 lat, ale dbam o nią jak o własną ukochaną. Naprawiam, czyszczę i poleruję ją po dwie godziny każdego dnia. - kontynuował z iskierkami namiętności w oczach. - Jestem Master Blaster! - przedstawił się w końcu dość dziwacznym pseudonimem a my zauważyliśmy, że na tylnej szybie rikszy faktycznie widnieje napis "Master Blaster 8000".
Manufaktura bidi /ręcznie zwijanych, cienkich papierosów/ (Mysore)
Manufaktura bidi /ręcznie zwijanych, cienkich papierosów/ (Mysore)
© Paweł Zgrzebnicki

Manufaktura bidi /ręcznie zwijanych, cienkich papierosów/ (Mysore)
I tak poznaliśmy największego chyba jajcarza w całych Indiach. Facet bez przerwy rzucał dowcipami i przez całe popołudnie, kiedy woził nas po różnych miejscach, robił przeróżne kawały.
  •     —   Wiecie z czego znane jest Mysore? - zapytał - Z czterech rzeczy - odpowiedział sam sobie natychmiast, nie czekając nawet na naszą reakcję. - Pierwsza z nich to Wielki Pałac, druga to drzewa sandałowe - rosną tylko tutaj, trzecia to wspaniały, delikatny jedwab a czwarta to Master Blaster! - wykrzyknął i od razu zaniósł się śmiechem rażony błyskotliwością własnego dowcipu.

I tak przez całą drogę. Śmialiśmy się razem z nim, bo dość był rzeczywiście urodzonym komikiem, przy każdej okazji robił rozbrajające miny i gesty.

Najpierw pojechaliśmy do stolarni, małej manufaktury wytwarzającej pięknie inkrustowane drewniane meble. Pokazano nam jak najpierw rysowane są na papierze detale postaci oraz ornamentów zwierzęcych i roślinnych a następnie z cienkich sklejek różnych, kolorowych gatunków drewna owe detale są precyzyjnie wycinane cieniutkim jak włos brzeszczotem. Następie w powierzchni mebla te same detale, milimetr po milimetrze wydłubywane są cieniutkim dłutem. Potem kolorowe ozdoby są wklejane w tak przygotowane płaskorzeźby, wielokrotnie polerowane i w końcu lakierowane.

Ręczna praca zabiera mnóstwo czasu - dla przykładu wykonanie okrągłego stołu o średnicy dwóch metrów z dziesięcioma krzesłami w komplecie zajmuje 10 miesięcy. Cena - bagatela 6000 dolarów. Ale trudno się dziwić - meble są prześliczne, bogato rzeźbione i wspaniale inkrustowane - takie poświęcenie musi kosztować zarówno sporo sporo czasu jak i pieniędzy.

Kiedy już zachwyciliśmy oczy pięknym rękodziełem, przenieśliśmy się do wytwórni "eko-papierosów", czyli bidi. Podobnie jak kiedyś w Birmie, także i tu zobaczyliśmy jak tytoń ręcznie zawijany jest w liście hurmy zwanej tutaj tendu. Jak nas zapewniono, taki wyrób jest pyszny, zdrowy na serce i nerki w przeciwieństwie do papierosów "przemysłowych", gdzie spalany jest papier oraz setki dodatków chemicznych.

Faktycznie, w smaku wytwarzane tu papierosy są delikatne, a mimo braku jakiegokolwiek filtra dym nie gryzie w gardło. Kupiliśmy więc paczkę zdrowych fajek i pojechaliśmy dalej - teraz do sklepu, gdzie sprzedawane są naturalne oleje.

Manufaktura kadzideł /ręcznie zwijanych, cienkich papierosów/ (Mysore)
Manufaktura kadzideł /ręcznie zwijanych, cienkich papierosów/ (Mysore)
© Paweł Zgrzebnicki

Manufaktura kadzideł /ręcznie zwijanych, cienkich papierosów/ (Mysore)

To chyba najbardziej popularne przedstawienie dla turystów na całym świecie - czy to w Egipcie, czy Tunezji, czy w Turcji czy w Tajlandii, a teraz jak się okazuje także i w Indiach. Olejki i perfumy. Każdy musi kupić, skuszony dobroczynnymi działaniami któregoś z nich, oczywiście wytłaczanego jedynie z konkretnej rośliny, naturalnymi metodami, bez żadnych dodatków i utrwalaczy. I oczywiście 10 ml kosztuje kilkanaście dolarów, co przy zakupie kilku buteleczek daje już kwoty niemałe.

W eleganckiej atmosferze cichego i eleganckiego wnętrza, przedstawiono nam kilkanaście rodzajów olejków, w tym olej sandałowy z którego szczególnie dumni są mieszkańcy Mysore. Są tu oleje dobre na problemy skórne, żylaki, bóle głowy, stawów, pomagające na potencję, powiększające biust i co kto tylko chce.

Poza tym wytwarzane są tu kadzidełka, popularne tak bardzo również i u nas. Jednakże w jakości od razu widać różnicę - tutejsze, wytwarzane ręcznie na bazie jedynie naturalnych składników, są bardzo aromatyczne nawet bez palenia i całkowicie elastyczne - są miękkie i nie kruszą się. Metoda wytarzania ich jest dość prosta - patyczki bambusowe obtacza się ciastowatą masą wykonaną ze sproszkowanego węgla drzewnego i oleju migdałowego. Następnie powleka się taki produkt "panierką" ze sproszkowanego drzewa sandałowego. Po kilkudniowym suszeniu, nasącza się tak przygotowane kadzidełko wybranym olejkiem i odkłada na półkę na kolejne parę tygodni.

Zarówno kadzidełka jak i olejki są chętnie podrabiane i sprzedawane na tutejszych bazarach, ale kto widział oryginał, nie pomyli się na pewno. Dla przykładu częstą praktyką jest sprzedaż czegoś co ma przypominać naturalny olejek w szklanej, przezroczystej buteleczce (a raczej fiolce) o deklarowanej pojemności 10 ml. W rzeczywistości mieści się tam niecałe 3 ml. W transparentnym szkle produkty wystawione na działanie promieni UV psują się, więc nie ma mowy o wysokiej jakości. Często na bazarach jako oryginał sprzedawany jest to po prostu perfumowany i barwiony zwykły olej spożywczy. Warto więc odwiedzić wytwórnię oryginalnych produktów - jeśli nie w celu kupna wartościowego wyrobu, to choćby w ramach edukacji.

Zwiedzając starą, handlową dzielnicę Mysore dotarliśmy w końcu do sklepu z jedwabiem. Zostaliśmy oszołomieni feerią barw przeróżnych tkanin i cenami ślicznych, ręcznie tkanych, jedwabnych dywanów. Za chodniczek o powierzchni 2 m2 trzeba tu zapłacić ponad 2000 dolarów, ale jeśli kogoś stać - wrażenia estetyczne i użytkowe będą z pewnością niezapomniane.

Przy tej z kolei okazji pokazano nam prosty test na sprawdzenie oryginalności jedwabiu. Tkaniny oczywiście nie powinny się po ściśnięciu w dłoni zmiąć na stałe a bujne szale w całości powinno się dać przeciągnąć przez obrączkę. Ale poza tym, wystarczy wyjąć z tkaniny fragment nici i spalić - ze względu na zawarte w jedwabiu białko zwierzęce o podobnej strukturze jak to zawarte w ludzkich włosach - pachnie właśnie (a raczej śmierdzi) jak palony włos.

Dobrze o takim teście wiedzieć, bo podobnie jak u nas na Podhalu znaczna część "wełnionych panocku" swetrów zawiera domieszkę zwykłej waty, tak i tu jedwab miesza się z innymi włóknami i sprzedaje jako "original, mister!".

Pojeździliśmy po okolicy jeszcze trochę i w końcu pożegnaliśmy boskiego Master Blastera. Dotarliśmy do słynnego Pałacu.

Pałac w Mysore
Pałac w Mysore
© Paweł Zgrzebnicki

Pałac w Mysore

Budowla jest dumą Mysore i zajmuje jego centralną część. Całość kompleksu zabudowań jest świetnie zachowana, ale nie ma w tym niczego dziwnego, ponieważ po pożarze z 1897 roku, został on całkowicie odbudowany w roku 1912 według planów brytyjskiego architekta Henry'ego Irvina. Niestety wewnątrz nie można robić zdjęć, więc ze zwiedzania pozostaną nam jedynie wspomnienia, ale pałac na prawdę robi ogromne wrażenie. Jako, że była sobota, a weekendowe wieczory odbywają się tu wspaniałe iluminacje, zasiedliśmy o 19:00 na dziedzińcu, aby oglądnąć przedstawienie ukazujące historię panujących tu władców. Niestety dobiegająca z głośników treść owej historii wyrażona była w języku hindu (a może w tamilskim?), nie zrozumieliśmy więc z niej niczego oprócz faktu, że władcy toczyli wojny - odgłosy walki nie wymagały znajomości języka i bez żadnej przesady godne były filmów z młodym Jackie Chanem.

Bylakuppe

[23.12.2013]

Klasztor Namdroling (Bylakuppe)
Klasztor Namdroling (Bylakuppe)
© Paweł Zgrzebnicki

Klasztor Namdroling (Bylakuppe)

Przeokropnie przeziębieni (w samolocie i w pociągach ciągle ktoś na nas kichał i kaszlał - w końcu i nas dopadło) pojechaliśmy do oddalonego o ok. 100 km na wschód Bylakuppe. To malutka osada, jedna z pierwszych jaką założono dla wielu tybetańskich uchodźców, po tym jak zaczęli uciekać z ojczyzny po chińskiej inwazji w latach 50-tych XX wieku.

Bylakuppe to przede wszystkim atmosfera tybetańskiego buddyzmu - piękna Złota Świątynia położona na terenie klasztoru Namdroling, tysiące pielgrzymów ściągających tu w całych Indii oraz ciepło, serdeczność i spokój tutejszych mnichów.

Spędziliśmy tu połowę dnia, przy okazji jedząc przepyszny obiad w restauracji znajdującej się na przeciwko klasztoru.

Dwie godziny później byliśmy już z powrotem w Mysore, decydując spędzić resztę dnia na odpoczynku - przeziębienie stało się nieznośne, a z gorączką niełatwo będzie podróżować dalej. Tak więc czas na serwis techniczny organizmu. Czosnek, aspiryna i pod koc.

Mysore

[24.12.2013]

Wyspani, wyleczeni i pełni optymizmu ruszyliśmy na dalszy podbój Mysore. Oczywiście już w pierwszej sekundzie po wyjściu z hotelu napadł nas rikszarz i zaoferował przejazd "dokądkolwiek". Na razie była pora na śniadanie, więc kierowca zaoferował podróż do dobrej restauracji za darmo. Naprawdę za darmo! Jak wyjaśnił, musi zbierać dobrą karmę, a pomaganie innym jest świetnym na to sposobem. Ciekawe co przeskrobał? To bardzo miłe, ale z reguły rikszarze nie są aż tak hojni.

Targ w Mysore
Targ w Mysore
© Paweł Zgrzebnicki

Targ w Mysore

Polecona restauracja nie okazała się aż tak atrakcyjna jak przekonywał nas kierowca. Szczerze mówiąc była okropna. Musicie wiedzieć, że w Indiach nie da się wypić dobrej kawy. To co jest tu podawane jako kawa, to raczej mleko z cukrem i dodatkiem kawy rozpuszczalnej. Ne da się też wypić dobrej herbaty w europejskim rozumieniu. Można tu wypić wiele różnych pysznych rzeczy takich jak lassi i... w zasadzie tylko lassi. Ale na pewno nie kawę ani herbatę. Hindusi wiedzą, że biali tęsknią za swoimi ulubionymi napojami, więc w restauracjach, które w założeniu pretendują do zadowolenia gości z Zachodu, widnieją napisy "coffee", "espresso" i tym podobne. I z reguły nic to nie ma wspólnego z kawą ani normalną ani espresso. Dlaczego hotelowej restauracji nie stać na kupienie sobie najprostszego ekspresu do kawy? To wielka tajemnica Orientu. Tu gdzie przyszliśmy w roli kawy otrzymaliśmy - owszem - kawę, ale zbożową, której smak natychmiast powiódł mnie wspomnieniami wprost do przedszkola.

Całe menu śniadaniowe było dopasowane do zachodniego podniebienia i w karcie nie było niczego miejscowego. Niestety. Zdecydowaliśmy się więc oboje na tosty z serem, licząc na jakąś formę zapiekanki. Okazało się jednak, że najprawdopodobniej wczoraj zapiekane pieczywo tostowe, zimne, z równie zimnym, nieroztopionym serem w środku mogłoby udusić pułk wojska. Cóż jednak było robić? Zjedliśmy co dano, popiliśmy wywarem zbożowym, przepiliśmy naszym rumem (który okazał się być niczym więcej niż kolorantem z procentami) i w drogę.

Jako, że byliśmy akurat niezwykle blisko muzułmańskiego targu, tam właśnie skierowaliśmy swoje kroki. Na straganach można tu znaleźć wszystko, lecz przede wszystkim jarzyny, owoce i przyprawy. Jakże pięknie poukładane! Kolorowe, cieszą oczy a każdy kramarz robi wszystko, aby jego stoisko wyglądało najatrakcyjniej na całej ulicy.

Są też sklepy z tkaninami i napisem "Klient jest królem, a król nigdy się nie targuje". Bardzo nam się takie podejście spodobało, bo ustalone ceny, jednakowe dla wszystkich to coś za czym ostatnio bardzo się stęskniliśmy.

Jednak po dobrej godzinie łażenia wśród kupieckiego hałasu, zapachów wspaniałych mieszających się z tymi mniej oczekiwanymi oraz pośród huku i smrodu wszechobecnych spalinowych generatorów prądu, zdecydowaliśmy oddalić się od centrum. Gdzie? Oczywiście na wzgórza Chamundi.

Gopura świątyni Chamundeshwari na wzgórzach Chamundi (Mysore)
Gopura świątyni Chamundeshwari na wzgórzach Chamundi (Mysore)
© Paweł Zgrzebnicki

Gopura świątyni Chamundeshwari na wzgórzach Chamundi (Mysore)

Oddalone o kilkanaście kilometrów jazdy od centrum, główne, wysokie na 1062 m.n.p.m. wzgórze, gości na swym szczycie hinduską świątynię Sri Chamundeswari, gdzie tłumy pielgrzymów tłoczą się jak w ulu. Na zewnątrz jak zwykle przy takich miejscach sporo straganów i różnych sprzedawców świętości, błogosławiących każdego za kilka drobnych monet.

Najczęściej ofiarą są girlandy kwiatów, kupowane przy wejściu do świątyni za kilkanaście rupii. Następnie kwiaty są kładzione osobiście lub za pośrednictwem kapłana przed wizerunkiem bóstwa, po czym, kiedy zbierze się już dostateczna ilość datków, są one zbierane i sprzedawane ponownie.

Przy tej świątyni w roli darów ofiarnych sprzedawano kwiaty oraz zestawy złożone z kokosa, kwiatu lotosu i paru innych roślin. Coś w rodzaju bukietu. Widzieliśmy, jak przed świątynią wierni modlą się patrząc na nią, przy tej okazji trzymając w wyciągniętej przed siebie ręce kokos i zakreślając ową ręką przed sobą szerokie okręgi. Po ukończeniu modlitwy, kokos rozbijają gwałtownym uderzeniem o ziemię.

Kilkaset metrów poniżej, zjeżdżając już z powrotem w kierunku centrum Mysore, dotarliśmy do wykutej w skale w 1659 roku, wysokiej na 5 metrów rzeźby byka Shivy, zwanego Nandi.

To również święte miejsce, lecz tutaj prócz składania ofiar z kwiatów, podchodzi się do kapłana stojącego z przodu i pije się łuk sporządzonego przez niego wywaru. Mokrą ręką gładzi się swoje włosy nanosząc tam resztę płynu a następnie osusza się rękę nad płomieniem rytualnej świecy. Na koniec, pociera się wskazujący palec o kawał czegoś co przypomina kredę lub gips i nanosi się znak na swoje czoło.

Bogatsi w doświadczenie nowych rytuałów religijnych pojechaliśmy na punkt widokowy z którego rozpościerała się wspaniała panorama na Mysore. To znaczy, rozpościerała się prawdopodobnie jeszcze kilkadziesiąt lat temu, bo teraz w zasadzie całe miasto przykryte jest smogiem.

Jako, że mieliśmy jeszcze kilka godzin do odjazdu pociągu, poprosiliśmy rikszarza, aby zawiózł nas do jakiegoś sklepu z antykami. Może tak kupilibyśmy jakąś starą, rzeźbioną komodę? Albo stół? Przecież wszystko można wysłać pocztą, a nawet jeśli okazałoby się za drogo - można chociaż popatrzeć na kawał historii - bardzo lubimy stare meble. Są takie piękne i mają w sobie tyle wspomnień ludzi, którzy ich wcześniej używali...

  •     —   Oczywiście! - ucieszył się rikszarz - Zawiozę was w takie miejsce. Jest tam pełno starych rzeczy! - opdarł i ruszył przed siebie.

Nie minęło 5 minut, a już staliśmy pod "Arts and Handicrafts Emporium", gdzie masy turystów kupowały to, co wczoraj widzieliśmy w stolarskich manufakturach, tyle, że po cenie kilkukrotnie wyższej. Oczywiście opatrzone certyfikatami, podatkami i miłą obsługą, ale: po pierwsze - nie stare, po drugie - nie to czego szukamy, a po trzecie - w cenach absurdalnych, zawierających działki dla firmy, pośredników, rządu i rikszarzy, przywożących tu tłumy dewizowców.

  •     —   Mister! Nie-o-to-cho-dzi! Szukamy starych rzeczy, antiques, you know? Stare szafy, stare stoły, ale sta-re. Rozumiesz?
    like 70-years old or so....
Nandi - święty byk Shivy - posąg wzniesiony w 1664 roku (Chamundi Hills, Mysore)
Nandi - święty byk Shivy - posąg wzniesiony w 1664 roku (Chamundi Hills, Mysore)
© Paweł Zgrzebnicki

Nandi - święty byk Shivy - posąg wzniesiony w 1664 roku (Chamundi Hills, Mysore)
  •     —   Aaaa! Tak, tak, rozumiem!

I znowu zawiózł nas do jakiegoś sklepiku z rzeźbami słoni...

Kilka kilometrów dalej skończyła mu się benzyna i przesiedliśmy się do innej rikszy.

  •     —   Ooo! Tak, znam takie miejsce - zapewnił nas nowy kierowca.

Pięć minut później znów staliśmy u wrót miejsca przypominającego naszą Kalwarię Zebrzydowską, przy czym bez żadnego skrępowania rikszarz zapowiedział szefowi sali:

  •     —   30% dla mnie!

Nie, no to już jest żenada... Zostawmy to w cholerę i chodźmy na obiad...

Na szczęście rzeczony kierownik sali okazał się bardziej zorientowany i od razu przyznał, że tego czego szukamy, u niego nie znajdziemy.

  •     —   Jesteście w Indiach! Kupujcie indyjskie rzeczy a nie jakieś kolonialne. Kolonialnych dawno już tutaj nie ma! - uniósł się niespodziewanie kulturową ambicją.

Ale zaraz pouczył naszego kierowcę, gdzie szukać tego czego oczekujemy, a ten zawiózł nas na przedmieścia i pokazał sklepy ze starymi rozklekotanymi meblami z płyty wiórowej sprzed kilkunastu lat. Taki komis meblowy z rozpadającą się tandetą.

Dość tego! Albo znajdziemy w przyszłości kogoś bardziej kompetentnego, albo kupimy sobie takie meble przez Internet. Jedźmy coś zjeść, bo za dwie godziny mamy pociąg do Madurai!

I tak pożegnaliśmy się z marzeniami o ładnych, starych meblach z Indii, zjedliśmy okropnie niedobry obiad ("Chinese Chopsuey Veg." - jarzyny w sosie z mąki ziemniaczanej, smażony, twardy, niegotowany makaron i tona syntetycznego keczupu w roli wypełniacza) i pojechaliśmy na dworzec.

Aha! Po drodze kupiliśmy dwie butelki oryginalnego Johny Walkera. Brutalnie drogi, ale bosko pyszny. Po indyjskim spirytusie z kolorantem, szkocka smakuje jak ambrozja.

W pociągu do Madurai spotkaliśmy Sujaya - miłego, młodego człowieka, pracującego jako programista w Bangalore. Bo, jak się okazało, pociąg jedzie najpierw na północ, do stolicy IT, aby dopiero po 3,5 godzinach wyruszyć dalej, na południe - do Madurai.

Pogadaliśmy "jak starzy", a raczej jak programista z programistą. Tematów było sporo, ale jak zwykle w końcu zeszło na obyczaje i politykę. Narzekałem na tutejszą kawę, a Sujay narzekał na europejską. Od czasu do czasu jeździ do Niemiec, gdzie siedzibę ma firma dla której pracuje, i nie może zrozumieć, jak można pić coś tak gorzkiego i mocnego jak mieszkańcy naszego kontynentu.

Był też na Oktoberfest (choć nie pije piwa) i w Amsterdamie, gdzie raczył się ziołem obficie. Teraz studiuje, aby zdobyć tytuł MBA (ang. Mastear of Business and Administration) i zostać managerem. Po kilku latach ma dość programowania, czemu wcale się nie dziwię. Powiedziałem mu, że jako manager międzynarodowej korporacji, będzie musiał chodzić z kubkiem kawy między pracownikami i ciągle ich pouczać, będzie więc musiał nauczyć pić się managerską kawę... Takie to nastały czasy globalizmu.

I tak gawędząc, dotarliśmy do samego Bangalore, gdzie uścisnęliśmy sobie dłonie a pół godziny później pociąg zapełnił się nowymi pasażerami. Porozkładano kuszetki i powoli wszyscy zaczęli zapadać w sen. Taka właśnie Wigilia spotkała nas w tym roku w Indiach.

Madurai

[25.12.2013]

W Madurai piękne rzeźby, nawiązujące do stylu świątyni Meenakshi Amman
W Madurai piękne rzeźby, nawiązujące do stylu świątyni Meenakshi Amman
© Paweł Zgrzebnicki

W Madurai piękne rzeźby, nawiązujące do stylu świątyni Meenakshi Amman

Wczesnym rankiem dotarliśmy do Madurai. Miasteczko okazało się tak małe, że można je całe obejść piechotą, nie trzeba wynajmować rikszy. To na prawdę dobra wiadomość, bo mamy chwilowy przesyt kontaktów z miejscowym transportem.

Madurai słynie z ogromnej hinduskiej świątyni Sri Meenakshi. Położona na powierzchni blisko 6 hekatrów, otoczona jest wysokimi na kilkadziesiąt metrów gopurami - bogato rzeźbionymi charakterystycznymi bramami wejściowymi w kształcie strzelistych piramid o podstawie prostokątnej.

To właśnie nasz główny cel, ale barwne miejsce kultu postanowiliśmy zwiedzić później, po krótkim dopołudniowym relaksie i zmyciu z siebie wspomnienia męczącej podróży ostatniej nocy. W pociągu nie było powietrza, śmierdziało okropnym fetorem moczu a połowa pasażerów chrapała jak stado ryczących bizonów. W rezultacie noc minęła nam okropnie i z ulgą przyjęliśmy fakt, że w hotelu dostępna jest ciepła woda, czysta pościel i działająca klimatyzacja. Niesamowity prezent świąteczny.

Madurai okazało się gorącym, dusznym i paranoicznie głośnym, nawet jak na indyjskie standardy, miastem. Mamy już leciutki przesyt tłumu i hałasu, dobrze więc, że to ostatni przystanek na kulturalnej trasie naszej podróży. Już za kilka dni będziemy delektować się spokojem wysp należącego do Indii archipelagu Andamanów, ale zanim to nastąpi, musimy jeszcze dokładnie zbadać rzeczoną świątynię i kilka innych spraw. Na przykład - jak chrześcijanie obchodzą tutaj święta Bożego Narodzenia? Dziś właśnie wypada pierwszy ich dzień, jest więc doskonała okazja, żeby się przekonać.

W Tamil Nadu - zamieszkiwanym przez ludność tamilską stanie w którym obecnie jesteśmy, z różnymi odłamami chrześcijaństwa identyfikuje się ponad 6% obywateli. Nic więc dziwnego, że zaledwie po kilkuset metrach spaceru natrafiliśmy na kościół luterański - jak wynikało z tablicy umieszczonej przed wejściem - utworzony przez misję Szwedzką.

Wchodząc do środka trzeba zdjąć obuwie - znak, że zwyczaj nie jest zarezerwowany jedynie dla hinduizmu czy buddyzmu, ale to wyraz szacunku wobec miejsca zagnieżdżony w tutejszej kulturze w ogóle.

W środku - pustka. Kilka osób siedzi w ławkach, na ołtarzu krzyż, ciężko dostrzec tabernakulum i próżno wypatrywać jakichkolwiek ozdób, tak charakterystycznych dla wystroju kościołów europejskich. Nie ma szopki, ani jakiegokolwiek innego znaku świadczącego o ważnym dla chrześcijan dniu. Jedynie przed wejściem do świątyni, wiernych wita napis "Merry Christmas".

Po mało spektakularnym spotkaniu z miejscowym chrześcijańskim obrządkiem, poszliśmy zwiedzić to, po co właściwie tu przyjechaliśmy - świątynię Sri Meenakshi.

Madurai
Madurai
© Paweł Zgrzebnicki

Madurai

Jest to ogromny, wymagający kilkugodzinnego zwiedzania kompleks modlitewny, złożony z wielu fragmentów, w tym muzeum. Część zabudowań znajduje się po dachem, tak, że zwiedzający ma wrażenie znajdowania się w jakichś mistycznych katakumbach. Wierni tłoczą się tu, przechodzą poprzez korytarze świątyni w ściśle wyznaczonym kierunku. Przypomina to trochę Mekkę, gdzie masy wirują wokół świętego Hadżaru. Ludzie idą, przystają, popychani przez natłok innych starają się dotknąć świętych relikwii, w ścisku, czyniąc niemały wysiłek kłaniają się i szepcą modlitwy i mantry. W świątynnych korytarzach pełno straganów z przeróżnymi dewocjonaliami. Są tu święte obrazki, modlitewne świecidełka, wisiorki, ofiarne kwiaty, czarki z klarowanym masłem ghee, modlitewne malekunkum służący do rytualnego malowania czoła.

Jednak dla człowieka z zewnątrz tego kręgu kulturowego, świątynia na dłuższą metę jest męcząca. Ekstatyczny tłum wydaje się spokojny, ale masowe, metodyczne parcie na przód, zrodziło w nas przekonanie, że jeszcze chwila i może stać się coś nieoczekiwanego a wtedy po prostu zostaniemy stratowani. Jako nie-hinduiści niezbyt też rozumieliśmy sens i cel wszystkich wysiłków zgromadzonych tu ludzi i bardziej widzieliśmy w tym transowy amok niż dotyk absolutu.

Po kilkudziesięciu minutach opuściliśmy miejsce kultu i spacerując wśród absurdalnie zatłoczonego, śmierdzącego i głośnego centrum Madurai dotarliśmy do galerii z pięknymi jedwabnymi dywanami.

Och jakie one wspaniałe! Setki wzorów, dziesiątki rozmiarów i tuziny typów. Z pewnością pogubilibyśmy się w tym wszystkim, gdyby nie uprzejmy sprzedawca.

  •     —   Po pierwsze - zaczął - dywany mogą być wykonane z jedwabiu, sztucznego jedwabiu albo z wełny. Oczywiście te jedwabne są najdelikatniejsze i najcenniejsze. Po drugie dywan tkany jest na osnowie, a ta może również być wykonana z uprzednio wymienionych materiałów. Tak więc jak możecie się domyślać, najcenniejsze są dywany z naturalnego jedwabiu tkane na osnowie jedwabnej (ang. silk on silk).
Gopura świątyni Meenakshi Amman (Madurai)
Gopura świątyni Meenakshi Amman (Madurai)
© Paweł Zgrzebnicki

Gopura świątyni Meenakshi Amman (Madurai)

Wykład wydał nam się niezwykle interesujący, siedliśmy więc na ławeczce a po chwili pomocnik handlarza przyniósł nam dwie czarki herbaty.

  •     —   Po drugie, o szlachetności dywanu świadczy liczba węzłów na jednostce powierzchni. Umowną jednostką jest cal kwadratowy. Minimum dla jedwabnych dywanów to ok. 500 węzłów na cal kwadratowy. Lepsze dywany mają ich około 900, a najlepsze 1400 a nawet około 2000. Dywan z wełny ma najwyżej 250 węzłów, bo wełna jest twardsza i nie poddaje się tak łatwo gięciu.

Kto by pomyślał, że zwykły dywan może mieć tak wiele parametrów? Już w Iranie tłumaczono nam technologię wytwarzania pięknych gobelinów, ale z tego co pamiętam, skupiano się głównie na wzornictwie.

  •     —   Jedwab jak zapewne wiecie pozyskuje się z kokonów jedwabnika. Kokony wrzuca się do wrzątku i gotuje. Pierwsze, najcieńsze fragmenty nici, odwijające się samodzielnie na początku stanowią bazę dla najdroższych, ale i najmniejszych dywanów - są małe ponieważ ilość tego najdelikatniejszego jedwabiu jest również niewielka

Wydało nam się niezbyt sympatyczne wrzucanie żywych istot to wrzątku, ale technicznie lekcja była całkiem pouczająca.

  •     —   Po trzecie, na klasę dywanu wpływa zastosowany barwnik - najgorsze są oczywiście sztuczne. Wśród naturalnych wydziela się barwniki zwierzęce, roślinne i skalne i najbardziej cenione są właśnie te ostatnie. Patrzcie! - rucił sprzedwca i zabrał się do demonstracji.

Na piękny, gęsto tkany jedwabny dywan barwiony skalnymi farbami wylał z kubka wodę. Nie wsiąkła ani kropla! Wyginaliśmy dywan w różne strony a woda, zbita w wielkie krople przetaczała się z jednego jego końca na drugi, jakby gobelin utkany był z teflonowych włókien albo pokryty niewidzialną folią.

  •     —   To zasługa gęstego tkania i barwnika skalnego - wyjaśnił handlarz - Ciecz nie wsiąka w taki dywan

Następnie wziął do ręki zapalniczkę, zapalił płomień i przyłożył go do powierzchni dywanu. Sunął ogniem po jego powierzchni to lewo, to w prawo, a na dywanie nie pozostawał nawet najmniejszy ślad!

  •     —   Czysta fizyka - rzucił lakonicznie - Szlachetnie barwione i gęsto tkane dywany po prostu się nie palą. Przynajmniej nie tak łatwo
Wnętrze świątyni Meenakshi Amman (Madurai)
Wnętrze świątyni Meenakshi Amman (Madurai)
© Paweł Zgrzebnicki

Wnętrze świątyni Meenakshi Amman (Madurai)

Byliśmy zachwyceni. Magiczny pokaz, doskonale przeprowadzona lekcja technologii oczarowała nas niesamowicie. Niczego nie kupiliśmy, bo ceny tych pięknych wyrobów oszałamiały równie bardzo jak sam pokaz, ale sprzedawca nie czuł się zawiedziony. Podziękował nam za przyjście, dał swoją wizytówkę i poprosił jedynie, że gdybyśmy tu jeszcze wrócili, to - podobnie jak teraz - sami. Bez rikszarza, bez naganiacza, bez uprzejmego "przewodnika". W przeciwnym razie, sklep będzie musiał sprzedać nam to co ewentualnie kupimy po cenie przynajmniej 20% wyższej. Podziękowaliśmy za lekcję i poszliśmy dalej.

Zapadł już wieczór, siedliśmy więc przy kolacji w restauracji na dachu jednego z hoteli po zachodniej części świątyni. W blasku zachodzącego słońca, siedem pięter powyżej ulicznego zgiełku podziwialiśmy z nieco innej perspektywy majestatyczne, wzbijające się ponad miasto bramy świątyni Sri Meenakshi.

Chennai

[26.12.2013]

Po południu mieliśmy zaplanowany lot do Chennai, wyspaliśmy się więc porządnie, przeszliśmy jeszcze po okolicznych sklepach i zjedliśmy całkiem niezły obiad.

Z pewną ulgą opuściliśmy Madurai, najbardziej męczące z dotychczas odwiedzonych miejsc. Może to kwestia hałasu, a może niedawno zjedzonego obiadu, który mimo dezynfekcji naszą magiczną lampą i łykiem "Wody Jana" (jak pieszczotliwie ochrzciliśmy Johny Walkera) zaczynał nam wiercić w brzuchu.

I tak kończy się podróż po kontynentalnych południowych Indiach, zupełnie innych niż te, które widzieliśmy w zeszłym roku. Gorących hałaśliwych, śmierdzących fekaliami, ale jednocześnie pięknych, pachnących kwiatami i pełnych ciekawych ludzi i miejsc. Pozorne sprzeczności i przeciwieństwa łączą się tu w jedno - wspaniałą krainę, do której chce się wracać tak często jak to tylko możliwe.

Havelock Island

[27.12.2012 - 3.01.2013]

Z naszego katastrofalnego hotelu w Chennai chcieliśmy wydostać się jak najprędziej. Szybko przejechać na lotnisko i równie prędko (najlepiej popychając jeszcze samolot, jeśli byłoby to możliwe) dostać się do Port Blair - stolicy Andamanów i Nikobarów - wspaniałego, egzotycznego archipelagu wysp, leżącego 1350 km na wschód od Półwyspu Indyjskiego.

Havelock Island
Havelock Island
© Paweł Zgrzebnicki

Havelock Island

Mało znany, z dala od masowej turystyki zespół wysepek leży ok. 500 km na południe od Birmy. Północna część to Andamany a południowa to Nikobary. Zamieszkuje tu kilka rdzennych grup etnicznych, z czego z częścią z nich nie ma żadnego kontaktu. Przykładem są wrogo nastawieni do naszej cywilizacji Sentinelowie, zamieszkujący wyspę o tej samej nazwie - Sentinel Island. Jakiekolwiek próby nawiązania kontaktu czy choćby podpłynięcia w pobliże wyspy, kończyły się zawsze niepowodzeniem i często po prostu tragicznie. Rozwścieczeni tubylcy strzelali z łuków, rzucali dzidami i nie pozwalali na jakiekolwiek zbliżenie się do ich terytorium obcych.

W końcu rząd Indii dał za wygraną i wprowadził prawo chroniące tutejszą ludność i zapewniające jej spokój godny ściśle chronionego rezerwatu.

Tak wiec przyjeżdżając na Andamany otrzymuje się na lotnisku specjalne pozwolenie na pobyt w ściśle wyznaczonych strefach. Na większość wysp nie ma wstępu, a próba dostania się tam jest karana wyrokiem więzienia.

Przez główną wyspę - Andaman Południowy - na której znajduje się stolica archipelagu - Port Blair - biegnie wybudowana w latach 70-tych droga, zwana Andaman Trunk Road. Kiedy ją tworzono, nikt nie przejmował się konsekwencjami tego działania. W rezultacie - podobnie jak ma to miejsce w Amazonii - zbudowano szlak komunikacyjny przecinając na wskroś rdzenne tereny żyjącego tu plemienia Jarawa. Tym samym rozbito ich cywilizację, a przebieg drogi wyznacza pęknięcie w kulturze prymitywnego ludu. Również analogicznie jak w południowoamerykańskiej dżungli, mieszkający blisko drogi tubylcy, siłą rzeczy wrzuceni w strefę oddziaływań współczesnej cywilizacji, znaleźli się na jej samym dnie. Zdezorientowani, pozbawieni naturalnego świata i popadający w nałogi, niejednokrotnie stają się fizycznie ofiarami bezmyślnej polityki gospodarczej ubiegłego wieku.

Jarawa, jak chyba wszystkie pierwotne plemiona nie znają pojęcia własności prywatnej i po prostu biorą to, czego im potrzeba. Uzbrojeni w łuki, strzały, noże i dzidy rabują sklepy i domy znajdujące się w pobliżu ich rezerwatu. Staje się to przyczyną walk na śmierć i życie i w ten właśnie sposób dochodzi do wielu tragedii. Obecnie, władze próbują naprawić swój błąd z przeszłości i pośród przeróżnych zakazów znajduje się choćby ten, zabraniający fotografowania Jarawa nawet z okien jadącego przez rezerwat autobusu. Restrykcje są surowo egzekwowane i być może ta polityka ochroni na jakiś czas żyjące tu rdzenne grupy etniczne.

Z Port Blair, "rządowym" promem, będącym w zasadzie zaadoptowanym do przewozu osób statkiem towarowym, dostaliśmy się w końcu na Havelock Island. Jeszcze tylko krótka wizyta w bambusowej budzie, gdzie sprawdzono nasze zezwolenia na pobyt i wreszcie zaczęliśmy błogie wyspiarskie nicnierobienie.

Havelock to piękna wyspa. Trochę górzysta, z pięknymi, szerokimi plażami, białym piaskiem i turkusowym morzem. Są palmy, sekwoje, mangrowce, rzeka wewnątrz lądu, krokodyle słonowodne i słoń z którym można kąpać się w morzu. Bambusowe chatki, pyszna kuchnia, świeże ryby i owoce morza, słowem wszystko, czego można oczekiwać od rajskiej wyspy na końcu świata.

Niestety, rafa koralowa została niemal całkowicie zniszczona podczas tsunami w 2004 roku i nurkowanie nie jest już tak wielką atrakcją jaką prawdopodobnie było jeszcze kilka lat temu. Niemniej bogactwo morskich stworzeń przyprawia o zawrót głowy. Pod wodą człowiek czuje się jak w wielkim akwarium, ze stadami połyskujących w promieniach słońca ogromnych tuńczyków, półtorametrowymi napoleonkami, żółwiami morskimi, płaszczkami i milionami wzorzystych rybek w kolorach całej tęczy.

Jednak wszystkie dobre miejsca nurkowe oddalone są o dobre półtorej godziny podróży smrodliwą łodzią motorową od wyspy, tak więc dostanie się do nich wymaga niemałej cierpliwości oraz odporności na chorobę morską i fetor czarnych jak smoła spalin wydostających się z prymitywnego diesla zamontowanego na drewnianej dżonce.

Morze... Plaża... Cisza... Spokój... Słońce... Ciepło... Absolutny relaks.

Andamany to miejsce popularne wśród turystów, ale na szczęście wolne od masowych resortów. Wszyscy, którzy tu docierają, robią to na własną rękę, panuje tu klimat "backpackerski", trochę hippisowski, luźny, niezobowiązujący i bardzo swobodny. Niemal namacalna jest doskonała harmonia pomiędzy miejscowymi a przyjezdnymi. Turystyka nie zepsuła jeszcze Andamanów - nadal pozostają one dziewiczo piękne i bardzo przyjazne.

Podobnie jak w zeszłym roku na Goa, tak w tym roku tutaj, na plaży Havelock Island spędzaliśmy jedną z najważniejszych nocy w roku - noc Sylwestrową. Kilka dni wcześniej spotkaliśmy kilka innych osób, które przyjechały z Polski i tak właśnie, w przemiłym towarzystwie rodaków, przywitaliśmy początek roku 2013.

Była to niezwykła podróż. Będziemy ją długo wspominać. Ten kraj chyba nigdy nas nie przestanie zachwycać!

Niemal rok po naszej podróży, na zaproszenie Polskiego Radia współtworzyliśmy audycję o Andamanach:

Tekst: Paweł Zgrzebnicki
Dziękujemy Kasi, Wojtkowi, Dorocie, Oldze, Marcinowi, Róży i Piotrkowi za wspaniałe wspólne chwile na Andamanach!
Przygotowując wyprawę i relację korzystano z następujących opracowań:
  • Sarina Singh, Michael Benanav, Lindsay Brown, Stuart Butler, Mark Elliot, Katja Gaskell, Trent Holden, Abigail Hole, Kate James, Amy Karafin, Anirban Mahaparta, Bradley Mayhew, Daniel McCoran, John Noble, Kevin Raub, India, Lonely Planet, 2011, 14th edition