Używamy plików cookies, w celu ułatwienia nawigacji, opracowania statystyk, dostosowania serwisu do preferencji użytkownika oraz przy współpracy z serwisami zewnętrznymi takimi jak Google, Facebook i Twitter. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji o plikach cookies znajduje się tutaj oraz w naszej polityce cookies. Zamknij

Indie - 2011/2012
Galeria zdjęć
Na skróty
1. Delhi3. Fatehpur Sikri5. Bodh Gaya
2. Agra4. Waranasi6. Goa
Mapa

"Jeśli nie kochasz ludzi - nie jedź do Indii", mówi stare porzekadło podróżnicze. Ponieważ ludzie i ich kultury nas fascynują, postanowiliśmy wreszcie wybrać się do jednego z najbardziej uduchowionych krajów na świecie. A smaku i magii dodawał fakt, że wszystko odbyło się na przełomie roku, w czasie naszych Świąt Bożego Narodzenia. Wigilia z Joginami przy stosach kremacyjnych w Waranasi? Czemu nie!

Kraków-Delhi

[19.12.2011]

Punktualnie o 7:30 stawiliśmy się na krakowskim lotnisku w Balicach. Po standardowej kontroli przeszliśmy wreszcie do sali, gdzie w błogim stanie rozpoczęliśmy oczekiwanie na długo wyczekiwaną podróż.

  •     —   "I co?" - zapytałem - "8:40 ma startować. Już jest 8:38, a my dalej sterczymy w poczekalni i nic się nie dzieje..."

Faktycznie, przy bramce nikt z obsługi się nie pojawiał.

  •     —   "Patrzcie, start przełożony na 9:20!" - wykrzyknęła Aga a my ze zdumieniem stwierdziliśmy, że ma rację. Ekran przy bramce wyjściowej pulsował złowrogim "DELAYED".

To nie wróżyło niczego dobrego. Samolot miał dolecieć do Warszawy a stamtąd kolejny o 11:15 miał nas posłać do Kijowa, skąd następny w końcu do Delhi, czyli upragnionego końca tego etapu podróży.

Wypadnięcie jednego elementu tej układanki oznaczało zawalenie się całego planu podróży i chociaż loty były łączone (czyli linia lotnicza w której kupiliśmy bilet musiała nam zapewnić przelot na całej trasie) wiedziałem, że w razie odwołania, bądź przesunięcia lotu, sprawy nie będą miały się najlepiej.

A to wszystko za sprawą pewnego zdarzenia, które miało miejsce niedawno - około miesiąca temu. W lecie tego roku ukraińskie linie lotnicze - Aerosvit Airlines - z dumą zapowiedziały otwarcie bezpośrednich połączeń z Krakowa do Kijowa. Jako, że przy okazji te same linie oferowały przelot z Kijowa do Delhi w doskonałej cenie, plan podróży mieliśmy gotowy już we wrześniu. Niestety cztery tygodnie przed odlotem, odwołano (!) loty na trasie Kraków-Kijów , "i cały misterny plan w ...". Trzeba było dolecieć jakoś do Kijowa i z przedstawionych nam propozycji wiedziałem, że alternatyw nie ma zbyt wiele. Stąd obawa, że w przypadku odwołania jednego ze składowych lotów, cała trasa może pozostać już tylko w sferze marzeń.

Kilkanaście minut później czarny scenariusz zaczął się spełniać - lot do Warszawy odwołano.

W tym miejscu należałoby napisać osobny esej na temat niekompetencji pracowników LOT-u i całkowitej dezorganizacji pracy lotniska Balice. Powiem krótko - problem odwołanego lokalnego lotu przerasta ową instytucję i prawdopodobnie dalece wykracza poza możliwości zawodowe pracowników lotniska.

W końcu jednak (bo nawet czarne scenariusze mają swój koniec), po ponad półtorej godziny totalnego chaosu zaoferowano nam lot przez Frankfurt zupełnie innymi liniami. Takim to trafem, po ośmiu godzinach spędzonych na Balicach wylecieliśmy wreszcie na podniebny szlak.

W Niemczech, po spożyciu trzech zimnych piw i porcji bawarskiej kiełbasy, wtoczyliśmy się na pokład leciwego (albo nieposkręcanego - z odgłosów sądząc) Boeinga 777 linii AirIndia. Uprzednio, niemieckie służby bezpieczeństwa dokładnie sprawdziły mój aparat fotograficzny, poddając go szczegółowemu badaniu w analizatorze wykrywającym ślady materiałów wybuchowych. Lustrzanka dzielnie przeszła jednak kontrolę osobistą prowadzoną przez dwóch oficerów i po wszystkim usłyszałem "alles gut!". Cóż za piękny język! Usłyszeć od niemieckiego oficera "alles gut", to jak przejść przez absolutny osobisty audyt bez żadnej skazy. W końcu takie słowa słyszą Volkswageny i Audi po zjechaniu z taśmy produkcyjnej. Znaleźć się w takim towarzystwie, to nie byle co! W ogóle pokochałem klimat Frankfurtu - długo będę wspominał dźwięczne "jawohl!" płynące z bawarskich ust pięknej kelnerki, dochodzące moich uszu po każdym "vier bier, bitte".

Ale dość tych językowych sentymentów. Czas opuścić Stary Kontynent i przenieść się kilka tysięcy kilometrów na wschód - do celu naszej podróży - Indii.

[20.12.2011]

Paranj Ganj, (Delhi)
Paranj Ganj, (Delhi)
© Paweł Zgrzebnicki

Paranj Ganj, (Delhi)

Zgodnie z planem, przylecieliśmy do Delhi o 9:30 czasu lokalnego. Pierwsze kroki skierowaliśmy do biura emigracyjnego, gdzie po wypełnieniu niezliczonych linii formularza przyjazdowego otrzymaliśmy upragnione pieczątki w paszportach. Chwilę potem siedzieliśmy już w wygodnej taksówce wiozącej nas do centrum New Delhi, do mekki turystów - Paranj Ganj.

Na pierwszy rzut oka, Delhi nie różni się od innych wielkich miast Azji. Bangkok, Rangun, Teheran, miasta Kambodży czy Indonezji - charakteryzują się podobnym chaosem i wszechobecnym gwarem ulicznego handlu. Jednakże również od razu widać w indyjskiej stolicy coś odmiennego. Coś, co ciężko jest jeszcze uchwycić słowami - wygląda jakby nieporządek i absolutny "syf" był raczej kwestią kulturowego wyboru niż ekonomicznego przymusu. Po prostu, katastrofalne warunki sanitarne nikomu nie przeszkadzają i ludzie czują się w tym otoczeniu zupełnie naturalnie. Przynajmniej tak to wygląda okiem białasa odwiedzającego Półwysep Indyjski po raz pierwszy.

W każdym razie - jest tu cudownie, orientalnie, inaczej niż w uporządkowanej do granic możliwości Europie. A o taką odmianę nam przecież chodziło.

Dojechaliśmy w końcu do celu, gdzie zastaliśmy brudne ściany, zepsuty kibel, karaluchy, zimną wodę, wiadro do podmywania, poduszkę ze śladami krwi poprzednich gości i dorodnymi włosami łonowymi w pościeli na dodatek. Hostel Amantran z pewnością znajdzie się na naszej liście najbardziej obskurnych noclegowni świata - myślę że gdzieś pomiędzy Belize City w Belize a Bandar-Abbas w Iranie.

Na dzień dobry recepcjonista próbował nam sprzedać pokoje a podwójną cenę, usiłując nas przekonać, że podana w rezerwacji cena dotyczy pojedynczej osoby - nie pokoju. Jako, że miałem przy sobie formularz rezerwacji, w końcu z uśmiechem przyznał, że to jego pomyłka i faktycznie za nocleg trzeba zapłacić połowę mniej.

Po zrzuceniu z siebie balastu plecaków, ruszyliśmy natychmiast oddać się pasji zwiedzania.

Diwan-i-Khas (sala prywatnych audiencji) - Czerwony Fort (Delhi)
Diwan-i-Khas (sala prywatnych audiencji) - Czerwony Fort (Delhi)
© Paweł Zgrzebnicki

Diwan-i-Khas (sala prywatnych audiencji) - Czerwony Fort (Delhi)

Na pierwszy ogień poszedł Czerwony Fort. Zbudowany w 1648 roku przez szacha Dżachana, jeszcze do 2003 roku służył siłom zbrojnym Indii. Mury obronne o długości 2,5 km chroniły go przed najazdem wrogów, czyniąc z niego budowlę praktycznie nie do zdobycia. Niestety, podobnie jak wszystkie inne zabytki Indii, znajduje się w opłakanym stanie i niewiele zapowiada poprawę sytuacji.

Z pomocą zwrotnego tuk-tuka, spod fortu skierowaliśmy się w stronę największego w Indiach meczetu - Dżami Masdżid. Czasy świetności tej ogromnej budowli najwyraźniej też już minęły. Mimo, że nadal intensywnie używana przez wiernych, świątynia razi wszechobecnym brudem i zniszczonymi zdobieniami. Mimo, że wielka, nijak się ma choćby do pięknych, utrzymanych w doskonałym stanie i wspaniale przyozdobionych meczetów Iranu.

Po zwiedzaniu zabytków zatopiliśmy się w tłumie barwnych straganów i przyulicznych sklepików. Podobnie jak na przykład w Iranie, działalność handlowa sąsiaduje tu z usługową - obok sklepiku z przyprawami, człowiek wycina maszyną zwoje blachy z których za chwilę powstaną garnki i inne aluminiowe wyroby. Prace, które w Europie od dawna wykonuje się przy użyciu wyszukanych narzędzi i maszyn, tu przeprowadzane są ręcznie, przy użyciu co najwyżej młotka. Czy to regeneracja zużytych części samochodowych, czy dorabianie kluczy a nawet naprawa telefonów komórkowych - zadziwiające jest to, jak wiele z pozoru skomplikowanych czynności można przeprowadzić z pomocą kilku prostych narzędzi i sprawnych rąk...

Po dwóch godzinach tułania się wśród bazarowego tłumu, zupełnie się pogubiliśmy. Tu mało kto zna angielski ale jeśli zna nawet jedno słowo w tym języku, nigdy nie przyzna się, że czegoś nie wie. Zawsze na pytanie padnie jakaś odpowiedź. Choćby bezsensowna, ale to chyba narodowa ambicja, aby zawsze okazać się pomocnym.

  •     —   "Ile to kosztuje?" - możesz zapytać.
  •     —   "Tak" - usłyszysz często w odpowiedzi.

Tutaj, brzmi to absurdalnie i dlatego wiadomo, że rozmówca nie zrozumiał pytania, ale co gdy pytasz o to "czy tam są taksówki" albo "czy zdążę stąd w pięć minut na dworzec"?

W związku z tym, że każdy wszystko wie doskonale, w poszukiwaniu wyjścia z tego tłumu chodziliśmy bezradnie od jednego kramarza do drugiego. Koniec końców, nie wiadomo skąd pojawił się nagle przed nami znajomy z tuk-tuka i zaproponował pomoc. Dzięki Bogu, bo mieliśmy już szczerze dość. Przystaliśmy na propozycję i w ten oto sposób zakończyliśmy pierwszy, pełen wrażeń dzień w stolicy Indii.

[21.12.2011]

Przez całą noc, w pokoju obok ktoś wymiotował przypominając nam, że na to co i gdzie się je trzeba będzie niezmiernie uważać. Do Indii przyjechaliśmy ze sporym zapasem wódki, którą dezynfekujemy się od wewnątrz każdorazowo i bez wyjątku - zawsze, gdy wkładamy coś do ust. Metoda, choć wzbudzająca obrzydzenie u ortodoksyjnych abstynentów, należy do tych z gatunku naukowych i wszyscy lekarze z którymi rozmawialiśmy o zatruciach pokarmowych szczerze polecali taką właśnie kurację. Nic wielkiego - ot, łyk mocnego alkoholu po każdym posiłku. I drugi dla pewności. Trzeba się trochę przemóc po śniadaniu o 5:30, ale po kilku dniach można dojść do wprawy.

Grobowiec Humayuna (Delhi)
Grobowiec Humayuna (Delhi)
© Paweł Zgrzebnicki

Grobowiec Humayuna (Delhi)

Dodatkowo, ze względu na reputację Indii w zakresie higieny, wzięliśmy ze sobą małe urządzonko wielkości telefonu komórkowego, świecące ultrafioletem uszkadzającym DNA wszystkiego co żywe. Gadżet poręczny i na razie znajduje się w fazie intensywnych testów - świecimy nim na wszystko co się da i jest to niezwykle fascynujące.

Po śniadaniu (na który zjedliśmy chleb naan i Paprykarz Szczeciński przywieziony z Polski) pojechaliśmy oglądnąć Bramę Indii - wzniesiony w 1931 roku łuk triumfalny, wybudowany przez Brytyjczyków na cześć armii indyjskiej walczącej bohatersko w czasie I wojny światowej.

Następnie udaliśmy się na zwiedzanie mauzoleum Humajuna - wspaniałej budowli wzniesiony na cześć potężnego władcy po jego śmierci przez oddaną mu bez granic żonę.

Grobowiec Szacha Mohammeda w Ogrodach Lodich (Delhi)
Grobowiec Szacha Mohammeda w Ogrodach Lodich (Delhi)
© Paweł Zgrzebnicki

Grobowiec Szacha Mohammeda w Ogrodach Lodich (Delhi)

Kolejnymi miejscami na naszej trasie śladami zabytków były: święty grobowiec wielkiego męża sufickiego Nizamuddina oraz rozległy park na terenie którego również znajdują się pochówki byłych władców - Ogród Lodich.

Po wszystkim w pośpiechu udaliśmy się na główny dworzec New Delhi skąd mieliśmy pojechać do Agry. Niestety okazało się, że pociąg jest opóźniony o dziewięć i pół godziny, a to z powodu gęstych mgieł spowijających północ Indii od czterech dni. Pojechaliśmy więc szybko do biura rezerwacji linii kolejowych i oddaliśmy bilet. Jako, że tego dnia na trasie do Agry wszystkie pociągi były opóźnione, zmuszeni byliśmy za 150 dolarów wynająć taksówkę z kierowcą, który po czterech godzinach miał nas dowieźć na miejsce. To z pewnością bardzo wysoka kwota jak na Indie, ale po prostu nie mieliśmy wyjścia. Plan wyprawy dopięty jest na ostatni guzik i nie możemy sobie pozwolić na jakiekolwiek przestoje - to bardzo trudne w indyjskich warunkach i niestety znalezienie innego rozwiązania o 18:00 na "już" było zwyczajnie poza naszymi możliwościami. Pocieszamy się tylko tym, że po podziale na cztery osoby wychodzi po 38 dolarów na głowę a ta kwota nie dobija już tak bardzo...

Agra

[22.12.2011]

Taj Mahal (Agra)
Taj Mahal (Agra)
© Paweł Zgrzebnicki

Taj Mahal (Agra)

Dzień rozpoczęliśmy od wizyty w najpiękniejszej budowli Indii, obowiązkowym punkcie każdej wycieczki do tego miasta, jednym ze średniowiecznych cudów świata - Taj Mahal. To jedna z tych budowli, która na zdjęciach wygląda zwyczajnie, lecz w rzeczywistości jest wprost olśniewająca. Jako, że nasz hostel położony był zaraz przy wejściu do południowej bramy prowadzącej do Taj Mahal, po przejściu dosłownie kilkuset metrów naszym oczom ukazał się absolutnie wspaniały widok.

Taj Mahal zostało wybudowane w roku 1654 przez szacha Szahdżahana. Budowa trwała dwadzieścia dwa lata i do jej zakończenia przyczyniła się niezliczona ilość artystów, inżynierów i architektów z całego obszaru Azji i Europy. To wielkie dzieło architektury powstało jako pomnik poświęcony miłości Szahdżahana do jego żony Mumtaz Mahal, która zmarła przedwcześnie, wprawiając władcę w ogromną rozpacz. Jeszcze za życia wspominała, że chciałaby, aby wielka miłość małżonków została uwieczniona w formie jakiegoś pomnika. Szach obiecał prośbę spełnić i wywiązał się z tego zadania doskonale. Mauzoleum (bo jest tu także pochowana Mumtaz Mahal) jest wykonane w całości z białego marmuru sprowadzonego z Makrany (Rajastan), kamienie szlachetne służące do zdobienia ścian Szahdżahan kazał przywieźć z wielu krajów: jaspis z Punjabu, jadeit i kryształ z Chin, turkusy z Tybetu, lapis lazuli z Afganistanu, szafir ze Sri Lanki a karneol z Arabii.

Piękno i rozmach Taj Mahal zachwyca wszystkich, którzy stają przed jego bramą. Także i my spędziliśmy tu całe przedpołudnie, podziwiając jego piękno.

Sama kultura do życia nie wystarczy, tak więc zaraz po zwiedzaniu poszliśmy na obiad do lokalnej knajpki. Mimo, że z wyglądu (jak większość lokali w Indiach) może odstraszać, jedzenie oferowała znakomite. Bez problemu można zamówić również piwo, choć na próżno go szukać w oficjalnym menu. To za sprawą absurdalnie wysokich cen licencji na handel alkoholem - roczne pozwolenie kosztuje tu podobno 500,000 rupii, czyli bez mała 10,000 dolarów, co na warunki tego kraju jest żądaniem niemalże niemożliwym do spełnienia. Trunki sprzedawane są więc "na lewo" za cenę odpowiadającą kosztowi zakupu w mieście Europejskim (np. piwo - około 2 dolarów), co daje restauratorom odpowiednią premię za ryzyko.

Czerwony Fort (Agra)
Czerwony Fort (Agra)
© Paweł Zgrzebnicki

Czerwony Fort (Agra)

Po pysznym obiedzie wybraliśmy się do wspaniałego Czerwonego Fortu zlokalizowanego na przedmieściach Agry. Podobieństwo w nazwie w stosunku do budowli z Delhi bierze się z koloru budulca z którego wykonano obie konstrukcje - czerwonego piaskowca, którego w tym regionie jest pod dostatkiem.

Fort swoją wielkością robi przeogromne wrażenie - nam spodobał się o wiele bardziej, niż Delhiski odpowiednik. Za monstrualnymi murami znajdują się wspaniałe pałace służące ongiś władcy i jego rodzinie. Część fortu nadal użytkowana jest przez wojsko, ale to co dostępne jest do zwiedzania, wystarcza aby zachwycić każdego.

Fatehpur Sikri

[23.12.2011]

Wczesnym rankiem, otoczeni przejmującym zimnem dojechaliśmy tuk-tukiem na dworzec autobusowy, skąd niemal natychmiast w dalszą podróż zabrał nas rozklekotany Tata bus z niedomykającymi się drzwiami i przewiewnymi oknami. Przy temperaturze siedmiu stopni Celsjusza, dało nam to nieźle w kość.

Po godzinie, totalnie zmarznięci dotarliśmy do miejsca przeznaczenia - miejscowości Fatehpur Sikri, gdzie czekało na nas wspaniałe obronne miasto z XVI wieku.

Przed rozpoczęciem zwiedzania, zaraz po przyjeździe poszliśmy do lokalnego baru napić się indyjskiej herbaty podawanej z cukrem, mlekiem i imbirem. Ma niezwykłe właściwości rozgrzewające, co akurat w tym momencie było nam bardzo pomocne. Przy okazji byliśmy świadkami niezwykłego rytuału: właściciele restauracji zaraz po otwarciu rzucają do ognia garść ostrej papryki. Ostra przyprawa spala się roznosząc w powietrzu niezwykle piękny, choć przy okazji strasznie drażniący drogi oddechowe zapach. Jednak po kilku minutach ostra woń znika pozostawiając po sobie subtelną, lekko owocową nutę. Ten zwyczaj to swego rodzaju czar rzucany na knajpkę, w intencji przybycia tego dnia jak największej ilości klientów i uzyskania jak największych obrotów.

Fatehpur Sikri
Fatehpur Sikri
© Paweł Zgrzebnicki

Fatehpur Sikri

Po herbatce przyszedł w końcu czas na Fatherpur Sikri - fortyfikację wzniesioną przez Abkara - władcę Wielkich Mogołów. Legenda mówi, iż cesarz, mimo wielkich osiągnięć militarnych i dyplomatycznych, nie mógł osiągnąć szczęścia - brakowało mu syna. W miejscu gdzie dziś stoi Fatherpur Sikri, władca spotkał Szejka Salima Chisti, który w tym miejscu miał swoją aśramę. Abkar zwierzył się Szejkowi ze swojego problemu, a ten przepowiedział mu rychłą odmianę sytuacji. Faktycznie, wkrótce jedna z żon zaszła w ciążę, a cesarz w dowód wdzięczności nakazał wznieść w tym miejscu nowy fort, gdzie wkrótce zamieszkał wraz z całym dworem. Wkrótce jednak miasto z powodów politycznych zostało opuszczone i straciło na znaczeniu. Do dziś dzień jednak można podziwiać wspaniałe zabudowania miasta, pięknie zdobione pałace i monumentalne mury obronne. Można też zwiedzić meczet i pomodlić się na grobie Szejka, prosząc o wstawiennictwo w ważnych sprawach. Sława Salima Chisti przyciąga do dziś tłumy ludzi, którzy jego osobie zawierzają swoje największe pragnienia.

Wieczorem pojechaliśmy do "Małego Taj Mahal" - położonego w Agrze mogolskiego mauzoleum I'timād-ud-Daulah. Zostało ono wzniesione przez żonę cesarza Dżahangira dla jej ojca w roku 1628 i podobnie jak Taj Mahal - zachwyca absolutnie. To, że budynek został wzniesiony na rozkaz kobiety, widać od razu w wystroju wnętrza - ściany są przepięknie zdobione kamieniami szlachetnymi, ale nie z egotycznym przepychem a raczej ze gustownym smakiem. Ze względu na swoje piękno i styl, mauzoleum nazywane jest właśnie "małym Taj Mahal" albo po prostu "szkatułką".

Małe Taj Mahal (Agra)
Małe Taj Mahal (Agra)
© Paweł Zgrzebnicki

Małe Taj Mahal (Agra)

Na koniec dnia z drugiego brzegu rzeki Jamuny znów podziwialiśmy niedoścignione piękno najwspanialszej budowli Agry, kąpiącej się w promieniach zachodzącego słońca.

Wieczorem, po sutej kolacji pojechaliśmy na dworzec kolejowy, gdzie okazało się, że pociąg opóźniony jest o dwie godziny. Nie pozostało nam nic innego, jak rozłożyć się wśród oczekujących Hindusów i podziwiać specyficzny "klimat" złożony z brudu, ludzi, szczurów, małp i chodzących po torach krów.

W międzyczasie, podszedł do nas jakiś Hindus, przedstawił się jako pracownik kolei i pokazał pusty zeszyt.

  •     —   "Wpiszcie się tutaj" - powiedział - "imię, nazwisko, numer paszportu i adres".
  •     —   "A niby po co?" - Odparłem. Gość nie wyglądał na urzędnika, ani nikogo oficjalnego.
  •     —   "W pociągu będzie chodzić policja i sprawdzać czy wszyscy obcokrajowcy są i nikogo nie brakuje" - odparł
  •     —   "Chyba zwariowałeś" - popukałem się w czoło - "przyjdź z policją to porozmawiamy".

Kolektywnie uznaliśmy zdarzenie jako próbę naciągnięcia nas na coś, odpędziliśmy faceta i temat się skończył.

Spotkaliśmy także dwie angielki narzekające na ciągłe kłopoty gastryczne. Proponowaliśmy silną wódkę, ale jakoś nie udało nam się przekonać Pań do polskich metod leczniczych (a tak naprawdę profilaktycznych, bo po zatruciu alkohol już nie pomaga a nawet szkodzi). No cóż - nie to nie, będzie więcej dla nas.

W końcu pociąg przyjechał a my usadowiliśmy się na swoich kozetkach. Byliśmy tak zmęczeni, że nie przeszkadzał nam ani smród, ani ścisk ani brud. Po prostu zasnęliśmy kamiennym snem w nadziei jak najszybszego dojazdu do Waranasi.

Waranasi

[24.12.2011]

W pociągu obudziła nas piękna pogoda i opóźnienie wynoszące już sześć godzin. Zanim wysiedliśmy o 15:30, podróż była już spóźniona o osiem godzin. Nie wróżyło to dobrze następnym przejazdom, szczególnie pociągowi z Gaya do New Delhi, którym mieliśmy jechać za kilka dni. W końcu siedem godzin po planowanym przyjeździe mamy samolot na Goa, i opóźnienia większe niż pięć godzin nie wchodzą w grę. Wczoraj, stojąc na dworcu, słyszeliśmy, jak uprzejma pani przez megafon oznajmiała, że któryś tam pociąg ma już siedemnaście godzin opóźnienia.

Wieczór na gatach (Waranasi)
Wieczór na gatach (Waranasi)
© Paweł Zgrzebnicki

Wieczór na gatach (Waranasi)

Po przyjeździe i zakwaterowaniu w dość skromnym hosteliku, poszliśmy na wegetariański obiad - w końcu Waranasi to raj dla wegetarian i ciężko tu znaleźć w menu danie mięsne. Wieczorem poszliśmy na spacer brzegiem Gangesu, gdzie w słabym blasku przydrożnych świateł i snującej się znad rzeki mgle, wędrowaliśmy wśród pustych gatów.

Całe to otoczenie - święte miasto Waranasi, Ganges, gaty, mglisty, chłodny wieczór, puste ulice i magiczna data - 24 grudnia - chrześcijańska Wigila z daleka od domu i rodzimej kultury - zrobiło na nas niezwykłe, wręcz mistyczne wrażenie. Trochę smutno, a jednocześnie tak inaczej...

[25.12.2011]

Gaty nad Gangesem (Waranasi)
Gaty nad Gangesem (Waranasi)
© Paweł Zgrzebnicki

Gaty nad Gangesem (Waranasi)

Wczesnym rankiem wypłynęliśmy łodzią, aby od strony Gangesu oglądać poranne obrzędy na gatach. Wierni dokonują rytualnych oblucji, piorą swoje rzeczy, modlą się, medytują, całą dobę trwają też kremacje. Waranasi to najświętsze miasto dla Hindusów - przedstawiciele wielu nurtów religijnych uważają to miejsce za szczególne i po śmierci właśnie tutaj chcą zostać skremowani, aby na końcu ich prochy trafiły do świętej rzeki. Chętnych jest wielu, więc pogrzeby trwają całą dobę. Płomień ma za zadanie oczyścić ze złych uczynków, bez palenia topi się więc jedynie ciała dzieci, kobiet w ciąży i mnichów (bądź też innych ludzi uważanych za świętych za życia). Święty płomień jest utrzymywany tu bez przerwy od 3500 lat i służy do podpalania stosów. Drewno do obrzędu jest specjalnie dobierane i rodzina zmarłego musi je kupić za oszczędzane za życia pieniądze. Koszt pochówku jest spory, więc ludzie, których nie stać na całość drewna, dopalani są jedynie częściowo. W takich przypadkach albo rodzina płaci bogatszym za wykorzystanie niedopalonego drewna z pochówku, albo niedopalone szczątki trafiają do rzeki. Wcześniej jest wielu chętnych na darmowy posiłek - brzeg Gangesu to uczta dla tutejszych psów.

Po porannej wycieczce łodzią, wybraliśmy się na zwiedzanie fortu Ramngar, powstałej w XVII w. siedziby maharadży Waranasi. Znajduje się tu muzeum różnych staroci związanych z Indiami a w szczególności z ich kolonialną przeszłością. Muzeum jest w fatalnym stanie, eksponaty nie są odrestaurowane, zalega na nich gruba warstwa kurzu i pajęczyn.

W forcie spotkaliśmy znajome angielki, które wyglądały na półżywe. Znowu się czymś zatruły i planowały powrót do hostelu i rezygnację z dalszego zwiedzania. U nas wszystko w porządku. Kieliszek (a raczej łyk) wódki po każdym posiłku i póki co - jesteśmy zdrowi.

Po forcie "zaliczyliśmy" jeszcze świątynie Durgi oraz Tulsi Manas i udaliśmy się na drugi koniec miasta aby zwiedzić Złotą Świątynię - Kashi Vishwanath, której wieża pokryta jest 820 kilogramami złota. Podobno z cudem graniczy dostanie się do środka turystów, nam jednak udało się to bez najmniejszego problemu. Wewnątrz panuje chaos, tłum ludzi przekrzykuje się wzajemnie, trudno powiedzieć czy w złości czy w religijnej ekstazie. Na kamiennym dziedzińcu pełno wody, resztek kwiatów i jedzenia z ofiarowywanych bogom podarków, napierający na siebie tłum - słowem koszmar. Zostaliśmy oprowadzeni (a raczej przepychani przez tłum od jednego "przewodnika" do drugiego), otrzymaliśmy milion błogosławieństw i z niemałą ulgą wyszliśmy ze środka ciesząc się, że nie zostaliśmy stratowani na śmierć.

Obrzęd Pudźa (Waranasi)
Obrzęd Pudźa (Waranasi)
© Paweł Zgrzebnicki

Obrzęd Pudźa (Waranasi)

Wieczorem, znów łodzią, wypłynęliśmy oglądnąć rytuał Pudźa, czyli składania ofiar (w tym przypadku Gangesowi) . Piękne, choć trochę przydługie widowisko spowodowało, że zdecydowaliśmy się wyjść na ląd i przyjrzeć się sprawie z bliska. Chwilę później spotkaliśmy "kierownika" jednej z gat, który rano opowiadał na o ceremonii kremacji. Poznał nas i zaproponował oprowadzenie po stosach i pooglądanie pogrzebów "od kuchni". Zgodziliśmy się oczywiście z wielką ochotą, bo co innego patrzeć na wszystko z daleka a co innego uczestniczyć w ceremonii z bliska i to w towarzystwie samego szefa. Oficjalnie nie można tu robić zdjęć, traktowane jest to jako znieważenie rodzin i świętej ceremonii. Ale, za 20 euro od zdjęcia już można. Kierownik inkasuje należność i rodzina nie ma nic do gadania. Mimo oferty, nie zdecydowaliśmy się. Po pierwsze ze względu na cenę (to jakiś absurd, ale widocznie znajdują się chętne białasy gotowe wywalić z portfela kilkaset euro za sesję zdjęciową) a po drugie (a może i po pierwsze) ze względu na szacunek dla rodzin zmarłych. Jeśli sobie nie życzą, to nie. Przynajmniej nie tak ostentacyjnie. Cichaczem, "z biodra" włączyłem nagrywanie w aparacie i niepostrzeżenie udało mi się nakręcić krótki fragment filmu, zanim haniebny proceder zakończyło podejrzliwe spojrzenie jakiegoś uczestnika pogrzebu.

Pierwszą rzeczą która rzuciła nam się w oczy (a w zasadzie w nosy) jest zapach - mimo sporej liczby palonych ciał nic tu nie śmierdzi. Nawet - można rzec - pachnie. Do ceremonii używane jest specjalne drewno oraz zestawy aromatycznych ziół, które skutecznie maskują lub wręcz pochłaniają zapach palonego białka. Po chwili szoku można przywyknąć do widoku palących się zwłok i pękających pod wpływem wzrostu temperatury wnętrzności. Brzmi pewnie strasznie, ale z bliska wygląda zupełnie "normalnie" (jeśli można tak powiedzieć). Hindusi traktują śmierć jako naturalną część życia i nie otacza jej tabu charakterystyczne dla kultur europejskich. Dla miejscowych proces palenia jest zupełnie naturalny - owa atmosfera akceptacji i spokoju również i nam się udzieliła.

Po dobrej półgodzinie krążenia między palącymi się stosami, zostaliśmy zabrani do miejsca, gdzie przybyli tu ludzie oczekują na śmierć. Chorzy w jednej części a zdrowi w drugiej, spędzają ostatnie tygodnie a czasami i lata życia w świętym miejscu, medytując i oczekując nadejścia końca. W części dla zdrowych (bo oczywiście tylko tę oglądnęliśmy) jest ciemno (nie ma tu światła), chłodno (nie ma okien a jedynie otwarte tarasy), całość przypomina kilkupiętrowy stary pałac z kamienia. Na podłodze, w ciemnościach siedzą starzy ludzie i recytują mantry. W rogu jednego z tarasów pali się ognisko i siedzi jogin - uznawany za świętego za życia, żywi się ludzkim mięsem aby znaleźć się bliżej tajemnicy życia i śmierci. Scena zupełnie surrealistyczna i "lekko" psychotyczna.

Waranasi, Bodh Gaya

[26-27.12.2011]

Rano pojechaliśmy do Sarnath, świętego miejsca dla buddystów, gdzie Budda Śakjamuni po osiągnięciu oświecenia wygłosił swoje pierwsze kazanie, któremu przysłuchiwało się... stado jeleni. Przez lata powstawały tu niezliczone świątynie, dziś pozostały jedynie ruiny i główna stupa, wskazujące na miejsce w którym miał swoje nauki wygłaszać Budda.

Wspólna modlitwa (Bodh Gaya)
Wspólna modlitwa (Bodh Gaya)
© Paweł Zgrzebnicki

Wspólna modlitwa (Bodh Gaya)

Po południu wyruszyliśmy pociągiem do Bodh Gaya - buddyjskiej Mekki, gdzie znajduje się drzewo Bodhi pod którym Budda osiągnął oświecenie. To już inny stan i inni ludzie. Jest czysto, schludnie widać, że kultura bycia różni się w zależności od wyznawanej religii i systemu wartości. Pełno tu buddystów z całego świata, można rzec - całe pielgrzymki. Atmosfera przy tym miła i nastrajająca do refleksji. Indie to jeden z niewielu krajów o tak zróżnicowanej kulturze. Można tu spotkać przedstawicieli wszystkich głównych religii i odczuć specyficzne dla ich kultur sposoby funkcjonowania. A wszystko to w jednym miejscu, co daje niezwykle rzadką okazję do rzeczowych porównań.

Goa

[28.12.2011 - 2.01.2012]

Z Gaya, powrót do Delhi i stąd około dwugodzinny lot na Goa. Ten najmniejszy ze stanów Indii słynie z pięknych plaż, ciepłego morza i generalnie imprezowej atmosfery.

Plaża Agonda (Goa)
Plaża Agonda (Goa)
© Paweł Zgrzebnicki

Plaża Agonda (Goa)

Na sylwestrowy pobyt wybraliśmy spokojną plażę Agonda, gdzie przez kolejne kilka dni oddawaliśmy się przyjemnościom typowym dla zblazowanych białasów - morze, owoce morza, zimne piwo i święty spokój - oto czego chcieliśmy i co Goa dało nam w pełnej obfitości.

[3.01.2012]

Podróż udała się fantastycznie. Po powrocie z Goa do Delhi, dzień później samolotem dotarliśmy do Kijowa skąd dostarczono nas bezpiecznie do Warszawy. A tu zima, szara rzeczywistość i pociąg do Krakowa dopiero za kilkadziesiąt minut. Trzeba jakoś przetrwać. Byle do następnej wyprawy!

Tekst: Paweł Zgrzebnicki
Dziękujemy bardzo Beacie i Grześkowi za wspólną wyprawę. Mamy nadzieję, że jeszcze nie raz wspólnie wrócimy do Indii! (I nie tylko ;)
Przygotowując wyprawę i relację korzystano z następujących opracowań:
  • Joanna Felicja Bilska, Emilia Kubik, Rafał Kubik, Justyna Sromek, Indie Północne, Nepal i Goa, Wydawnictwo Bezdroża, 2009, wydanie I
  • Sarina Singh, Michael Benanav, Lindsay Brown, Stuart Butler, Mark Elliot, Katja Gaskell, Trent Holden, Abigail Hole, Kate James, Amy Karafin, Anirban Mahaparta, Bradley Mayhew, Daniel McCoran, John Noble, Kevin Raub, India, Lonely Planet, 2011, 14th edition