Używamy plików cookies, w celu ułatwienia nawigacji, opracowania statystyk, dostosowania serwisu do preferencji użytkownika oraz przy współpracy z serwisami zewnętrznymi takimi jak Google, Facebook i Twitter. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji o plikach cookies znajduje się tutaj oraz w naszej polityce cookies. Zamknij

Ekwador - 2010
Galeria zdjęć
Na skróty
QuitoBañosEl CocaBameno
Mitad del MundoRiobambaEl Oriente
OtavaloIngapircaRío Tiguino
CotopaxiCuencaU Indian
Mapa

Podczas naszej niezwykłej podróży po Ekwadorze doświadczyliśmy tak wielu różnorodnych wrażeń i doświadczeń jak różnorodny jest ten kraj. Stanęliśmy na równiku, wspięliśmy się na zbocze pięciotysięcznego wulkanu, by dalej podążać na południe wzdłuż łańcucha Andów, zatrzymując się w skrytych między górami miasteczkach. Ostatni tydzień spędziliśmy w bezkresnej, niepokojącej a jednocześnie pięknej i pociągającej dżungli, poznając prawdziwe oblicze Indian Huaorani.

Quito

[18.01.2010]

W Amsterdamie za witryną poczekalni widzimy już nasz gigantyczny McDonnell Douglas MD-11 i w odruchu człowieka nie do końca świadomego praw fizyki mówimy do siebie „To nie ma prawa latać!”. Jest on tak wielki, że już w rękawie stajemy przy rozwidleniu prowadzącym do przedniej i tylnej części samolotu. Musimy się jednak oswoić z rozmachem konstrukcyjnym tej maszyny ponieważ na najbliższe kilkanaście godzin ma się stać naszym drugim domem.

Po drodze mamy dwa międzylądowania - na Bonaire, gdzie uderza nas fala tropikalnego gorąca i w już ekwadorskim Guayaquil. W końcu na dobre siadamy w Quito. Nadmienię tylko – pozostając w fascynacji pojazdów latających – że ten potężny MD-11 wszelkie manewry startów i lądowań wykonywał z niezwykłą zwinnością i lekkością, bez żadnych obciążeń błędnika.

Sumaryczny czas podróży z Warszawy do Quito wyniósł 19 godzin (!!!) - z radością schodzimy na ziemię - 2800 m n.p.m. Jest 9.00 rano, 16oC.

Quito położone jest w dolinie, a jego zabudowa wspina się na okoliczne wzgórza i stok górującego nad miastem masywu wulkanu Pichincha. Stara część miasta jest spokojna, wolna od zgiełku, poprzecinana wąskimi uliczkami, które pełzną wysoko w górę, to znów biegną zakręcając w dół, tworząc jakby pofalowaną sieć. Przy uliczkach maleńkie sklepiki, których większość nie przekracza 4 m2, a mieści się w nich wszystko. Szewc z maszyną stojącą już na chodniku, materiały elektryczne, hydrauliczne i narzędzia w jednym, krawiec, który już dwie maszyny wystawił na publiczną część drogi, a nawet drukarnia.

Na starówce czuć atmosferę dawniej świetności kolonialnej. Piękne kamieniczki zdobione licznymi ornamentami, pieczołowicie odrestaurowany Teatro Sucre z 1878 roku, niegdyś wspaniały Teatro Bolivar, monumentalna zabudowa klasztoru San Francisco sprawiają, że Quito to jedno z najbardziej spektakularnych centrów kolonialnej Ameryki. Miasto jest bardzo zadbane, sporo tu przestrzeni z licznymi zielonymi i kwiatowymi klombami. Serce starówki to Plaza Grande, a na nim pełno mieszkańców, którzy po prostu odpoczywają na ławeczkach w promieniach słonecznych. A może kibicują prezydentowi, który pracuje w przyległym Palacio del Gobierno?

Od południowej strony na miasto spogląda z góry statua El Panecillo, czyli Dziewicy Quito z gwiezdną koroną, anielskimi skrzydłami i smokiem na łańcuchu. Mieszkańcy mówią, że to jedyna dziewica w tym mieście ;)

Mieszkamy na starówce w Chicago Hostel (Los Rios 1730; nocleg 8,50 $/osobę) z widokiem na położoną na wzgórzu, ogromną neogotycką Basilica del Voto.

Quito
Quito
© Barbara Kozioł

Quito

Jeszcze tego samego dnia jedziemy autobusem do nowej części miasta. Muszę w tym momencie wspomnieć o spektakularnym transporcie w komunikacji miejskiej. W Ekwadorze nie trzeba się w ogóle zastanawiać, czytać rozkładów jazdy i analizować trasy autobusu, tam informacja przychodzi do Ciebie. Wychodzimy na główną ulicę i zaraz zwalnia autobus, konduktor wychyla się, my krzyczymy: Avenida Amazonas! Konduktor po chwili wahania macha ręką że pasuje. Autobus zwykle nie zatrzymuje się „do zera” lecz lekko zwalnia i trzeba wsiadać w biegu. Płacimy 25 centów i szalony autobus rusza. Pędzi, wymija, wpycha się przed inne pojazdy, trąbi co 5 sekund. Kilkakrotnie wydawało się, że na pewno dojdzie do stłuczki, ale o dziwo południowego świata dojechaliśmy bez mechanicznego uszczerbku.

Północna część miasta to pełnia cywilizacji. Wysokie, szklane wieżowce, banki, salony samochodowe, po prostu „europejsko” (a może raczej „amerykańsko”?).

My docieramy do dzielnicy La Mariscal zwanej „Gingolandią”, która oferuje swoim gościom bogatą infrastrukturę turystyczną. Pełno tu markowych hoteli, wykwintnych restauracji, sklepów w pamiątkami, a główni goście zasiedlający okolicę to oczywiście „białasy” :). Siadamy w restauracji, gdzie zaraz zbierają się sami gringo. W menu widnieje świnka morska i inny gryzoń umownie przez nas zwany szczurem, ale jeszcze nie jesteśmy na to gotowi.

Miasto po zmroku żyje dalej, niestety my z powodu zmęczenia nie możemy już mu wtórować. Dla białego człowieka raczej nie jest wskazane błąkać się w Quito po nocy, dlatego wzięliśmy taksówkę, która za 3$ zawiozła nas do hostelu.

Mitad del Mundo - Środek Świata

[19.01.10]

Aby się dostać do Mitad del Mundo bierzemy metrobus z Quito i jedziemy do jego stacji końcowej – Ofelia (bilet 25 centów). Stamtąd autobus jedzie już bezpośrednio do Mitad del Mundo (za 20 centów). Cała podróż zajmuje około 1,5 godziny. Przy dużym skrzyżowaniu pasażerowie dają nam znać, że trzeba wysiadać i już z przystanku widzimy w oddali monumentalny pomnik z kulą ziemską na szczycie.

Poranek jest przepiękny, choć gęste chmury przy śniadaniu nie wróżyły nic dobrego. Tymczasem kiedy zbliżamy się do równika, słońce jaśnieje w pełni.

Oficjalny pomnik na rzekomym równiku w Mitad del Mundo
Oficjalny pomnik na rzekomym równiku w Mitad del Mundo
© Barbara Kozioł

Oficjalny pomnik na rzekomym równiku w Mitad del Mundo

Wstęp 2$. W tym miejscu równik wyznacza czerwona linia, która przecina wspomniany uprzednio pomnik.

Ze względu na wczesną porę ma jeszcze zbyt dużo ludzi, dlatego możemy sobie pozwolić na swobodną sesję fotograficzną bez przepychanek. Tymczasem Dr Pablo Pogromca Mitów nastawia GPS i oczekuje na weryfikację naszego położenia. Po chwili pada jednoznaczna diagnoza – TO NIE TU!.

Udajemy się w stronę rzekomo prawdziwego równika, który przebiega przez prywatne muzeum Sitio Intiñan. Po drodze zaczepia nas sklepikarz i zaciąga do swego królestwa z pamiątkami. Na pytanie o prawdziwy równik żartobliwie się krzywi, po czym woła nas do komputera, „odpala” Google Maps i dobitnie nas uświadamia: równik nie biegnie ani przez oficjalny pomnik ani przez prywatne muzeum. Miejsce, w którym stoi pomnik było wyznaczone przez inżynierów w latach 70'tych XX wieku metodami „tradycyjnej” geodezji. Nieprawdą jest natomiast również, że przez prywatne muzeum biegnie równik, a prezentowane tam eksperymenty są po prostu fałszowane (jak przyznali później jego pracownicy - są tylko „modelami”). Prawdziwy równik jak pokazuje Google jest jeszcze dalej, za domami. Z GPS-em w ręce udajemy się w tamtą stronę. To prawda! Daleko za celebrowanymi miejscami, przy głośnej ulicy, w tumanach kurzu podrywanymi przez pędzące tiry staliśmy na równiku!

Museo de Sitio Intiñan warto jednakże odwiedzić nie tylko ze względu na „równikowe eksperymenty” (np. z ustawianiem jajka na gwoździu), ale po to by posłuchać opowieści o życiu Indian, o rytuale zmniejszania głów Tzantza, o zastosowaniu halucynogennego kaktusa San Pedro, o konsekwencjach dni equinoxu i o wielu innych ciekawych faktach.

Myślę, że nasz przewodnik na pewno długo zapamięta naszą grupę, ponieważ Dr Pablo Pogromca Mitów zupełnie wytrącił mu wszelkie pseudonaukowe argumenty z ręki. Przewodnik prezentował efekty siły Coriolisa na przykładzie wody wylewającej się z wanny, która rzekomo ma się kręcić w różne strony, po dwóch stronach równika. Kiedy stanął w ogniu merytorycznych pytań, przyparty do muru nasz sympatyczny przewodnik przyznał, że są to tylko zobrazowane przykłady działania tej pozornej siły fizycznej. Kierunek wiru wody w wannie prowadzący nadawał sam, odpowiednio kierując strumień przy nalewaniu i nie miało to nic wspólnego z działaniem siły Coriolisa. Mit obalony!

Otavalo

[19-20.01.10]

Kończymy stacjonowanie na równiku i obieramy kierunek Otavalo. W tym celu musimy się cofnąć do Ofelii, a stamtąd do terminalu Carcelén. To taki peryferyjny dworzec, z którego mamy połączenie do Otavalo. Acha, płacimy tutaj wstęp na dworzec 20 centów (?) :).

Targ rękodzieła artystycznego w Otavalo
Targ rękodzieła artystycznego w Otavalo
© Paweł Zgrzebnicki

Targ rękodzieła artystycznego w Otavalo

Autobus elegancki, o najwyższym standardzie. Jest tu DVD tak, że Pan konduktor od razu zapuszcza „Nic do stracenia”. Jednakże obrazy za szybą są o niebo ciekawsze, więc autobusowe kino nie ma z naszej strony powodzenia. Nas interesuje Cordillera de Los Andes. Autobus sunie wąską, krętą drogą wciętą w zbocze skalne. Zewsząd otaczają nas piękne góry, co raz to zmieniając swoją formę: ogromny pojedynczy masyw, dalej potężne pasmo (za którym zdaje się, że ziemia się kończy), gigantyczne równoległe grzbiety, ściśnięte u podnóża, tworzące wielki kanion o zboczach porysowanych dłutem natury. Tuż za Quito góry są bardziej surowe i suche zbocze skalne pokrywa skąpa roślinność - kaktusy, agawy, a gdzieniegdzie tylko charakterystyczne pustynne drzewa o rozłożystych koronach. Zbliżając się do Otavalo robi się coraz bardziej zielono. Wielkie góry, których mocno pofałdowane zbocza, poprzecinane są głębokimi bruzdami, mienią się wszystkimi odcieniami zieleni po sam szczyt.

Idziemy główną ulicą Otavalo w stronę centrum, w kierunku Bolivar Plaza, obok którego mamy hostel. Już na pierwszy rzut oka daje się poznać, że miasto jest bogate, dobrze rozwinięte. Małe, przyuliczne sklepiki zastąpiły duże z przeszklonymi witrynami, na prawie każdym skrzyżowaniu światła z odliczanym czasem dla przechodniów. A co najciekawsze, na tle tej nowoczesności widać silny tradycjonalizm mieszkańców co przejawia się np. w pięknych strojach. Kobiety noszą białe bluzki z falbaną zaczynającą się powyżej łokcia odciętą kolorową tasiemką - czarną lub granatową - długie spódnice a na głowie kapelusze, chustki albo … koce! Tak! Panie na głowach noszą kawałek grubego materiału, złożony w kostkę jak koc. Pod szyją mienią się złote koraliki. Widać wiele młodych i bardzo młodych matek, które noszą swoje maleństwa przymocowane na plecach chustą. Panowie w ponczo i białym kapeluszu. Naprawdę wzrok czasami trudno oderwać od tych pięknych, narodowych obrazów.

Mieszkamy w uroczym hostelu Doña Esther z miłą, kolonialną atmosferą. Budynek o budowie atrialnej, z całym ogrodem tropikalnych roślin na patio. Podłogi i schody zrobione z egzotycznego drzewa, poręcze w kolorze indygo. Aż miło patrzeć! (18$ / osobę)

Zasadniczy cel turystyczno-konsumpcyjny w Otavalo to Plaza de Ponchos. Nazajutrz po śniadaniu, przemierzywszy kilka ulic docieramy do 8222;Placu Ponczy”, gdzie od razu uderza nas wielość barw, różnorodność materiałów i pełna gra kolorów bijąca z każdego przedmiotu rozłożonego na straganie. Na początku trochę niepewnie poruszamy się wzdłuż zewnętrznych kramów, ale po chwili wchodzimy do środka i przepadamy bez reszty. Urzeka nas wysoka jakość tych produktów i oczywiście wabiące oko kolory. Wpadamy w wir zakupów! Swetry, koce z alpaki - ciepłe, miłe, solidne. Obrusy w tysiącach kolorów, poncza, którym trudno jest się oprzeć, rzeźby z lawy wulkanicznej i ceramika ręcznie malowana były już nasze.

Kobiety na straganach ubrane w narodowe stroje zachęcają do przymierzania, ale z wyczuciem, nie nachalnie, napastliwie, co daje jeszcze większy komfort zakupów. Dziś nie ma tu zbyt wielu kupujących, słońce jaśnieje pełnią a my z coraz większymi siatami chodzimy od straganu do straganu. Zaufania do produktów dodają panie, które w oczekiwaniu na klienta wywijają na drutach, spod których właśnie kształtuje się czapka z wełny lamy.

W tym dniu z poważnym nadbagażem wracamy z powrotem do Quito.

Cotopaxi - w drodze na wulkan

[21.01.2010]

Dziekie konie w Parku Narodowym Cotopaxi
Dziekie konie w Parku Narodowym Cotopaxi
© Paweł Zgrzebnicki

Dziekie konie w Parku Narodowym Cotopaxi

O 7.30 przed hotelem czeka już na nas Nissan Patrol z charakterem i jego właściciel Arie z nie mniejszą podróżniczą charyzmą. Przedzieramy się przez poranny tłok miasta i po około godzinie jesteśmy przy granicy Narodowego Parku Cotopaxi (wstęp 10 $), gdzie przekraczamy wysokość 3500 m n.p.m.. Potem, przez jeszcze około 40 minut podążamy w stronę wulkanu. Towarzyszy nam aromaterapeutyczna woń zerwanych z przydrożnego drzewa liści eukaliptusa.

Wokół nas roztacza się wprost kosmiczny krajobraz, wielkie, trawiaste połacie ciągnące się po horyzont, a na nich porozrzucane głazy, które wulkan Cotopaxi wyrzucił podczas najsilniejszej erupcji w 1523 roku.

Nissan z coraz większym wysiłkiem ciągnie w górę, a my też nie pozostajemy obojętni na wysokość przekraczającą już 4000 metrów łapiąc co chwila głębszy oddech w poszukiwaniu tlenu.

Dojeżdżamy do parkingu położonego na 4550 metrach. Tam Arie daje nam po bananie i napawamy się nieziemskim krajobrazem nie wiedząc co zaraz nas czeka. Wieje okrutnie i w sekundę ubieramy na siebie wszystko co możliwe (kupione w Otavalo czapki z alpaki też).

Ruszamy w górę, do schroniska, które położone jest o 250 metrów wyżej, na zboczu wulkanu, trochę poniżej granicy śniegu. Po kilku minutach czujemy zewsząd efekty wysokości: ból i zawroty głowy, nienaturalne przyspieszenie bicia serca i po 20 krokach „odcięcie” mocy w nogach. Krok za krokiem walcząc o każdą cząsteczkę tlenu brniemy w górę. Zaskakuje nas ta bezsilność - w normalnych warunkach podejście to zajęłoby 25 minut, tutaj droga wydaje się wiecznością. Przemierzywszy może 5 metrów w pionie trzeba zatrzymać się by wyrównać oddech i uspokoić rozszalałe serce.

Mijają nas schodzący z góry rudowłosi alpiniści z pełnym ekwipunkiem wspinaczkowym na plecach. Na ich twarzach rysuje się głębokie zmęczenie, patrzą w dół, noga za nogą osuwając się po żwirze.

Pytamy:

  •     —   Jak tam droga na szczyt?

a oni po chwili milczenia odpowiadają:

  •     —   Yeee, It was hard…

Tonacja ich głosu wyjaśnia wszystko! Mijamy jeszcze kilka osób które tego ranka zdobyły szczyt - każdy bez wyjątku, jest totalnie wycieńczony. Czubek wulkanu pokrywa śnieżno–lodowa czapa, jeżeli dodamy do tego jeszcze zimno, wiatr i wysokość do 5897 m, potrafimy ich zrozumieć na tym ułamkowym stopniu trudności na jakim obecnie jesteśmy.

Podejście tych 250 metrów do schroniska, zajęło nam… 2 GODZINY!!! Całujemy ziemię i cieszymy się jak dzieci. W nagrodę wypijamy czekoladę i po sesji zdjęciowej z dumną, śnieżną koroną wulkanu Cotopaxi, schodzimy w dół, lekko i beztrosko.

Wulkan Cotopaxi
Wulkan Cotopaxi
© Piotr Minkiewicz

Wulkan Cotopaxi

Przy samochodzie Arie wita nas z mega kanapkami, herbatą z cytryną i cynamonem (pycha!). Chwilę potem jedziemy na drugą stronę parku. Mijamy pasące się stada dzikich koni i wszędzie te głazy mniejsze i te potężne, które straszą myśli gigantyczną siłą, tą która je wyrzucała rozżarzone do czerwoności na odległość kilku kilometrów!

Na terenie parku mijamy kilka osad – hoteli, położonych na zupełnym pustkowiu tego niekiedy księżycowego krajobrazu, które na pewno dają swoim gościom całkowite ukojenie nerwów i absolutne wytchnienie, …o ile wulkan nie zamruczy :).

Cały czas gwałtownie obniżamy wysokość co odczuwamy znów w boleściach głowy, ale nasze organizmy mają dziś prawo do zażaleń.

W Quito jesteśmy z powrotem około 17.00. Wieczorem jemy kolację w dzielnicy Mariscal w kubańskiej restauracji, w której prawdziwa impreza z muzyką na żywo ma rozpocząć się o 21.00.

Tymczasem gwoździem naszego kulinarnego programu staje się maniok z czosnkiem. Niestety Yuca okazuje się tak mdła, że nawet czosnek nie był w stanie nadać jej smaku i potrawa długo krąży po stole szukając chętnego. Nie dajemy jej rady!

Baños

[22-26.01.2010]

Jedziemy do Baños. Spod hotelu bierzemy taksówkę za 15$ do dworca znajdującego się końcu miasta, stamtąd właśnie odchodzą autobusy do celu naszej podróży. Budynek terminalu dworcowego w Quito zaskakuje nas standardem wykończenia: nowoczesna metalowa konstrukcja, przeszklone ściany, piękna terakota na podłogach - błysk nowoczesności miga z każdej strony.

Poruszając się wzdłuż łańcucha Andów, po trzech i pół godziny docieramy do uroczego miasteczka zatopionego w górach. Położone jest w kotlinie, u podnóża wulkanu Tungurahua, który zaktywował się dosłownie dwa dni przed naszym wylotem do Ekwadoru. Jesteśmy zaszczyceni! Miasteczko jest niewielkie tak, że przemierzając kilka ulic dochodzimy do naszego hostelu Transilvania. Miejsce już za progiem okazuje się bardzo sympatyczne - po ogrodzie biega królik, a gościom towarzyszy chomik sąsiadujący z papugami. Wystrój w tradycyjnych kilimatach ekwadorskich, dodatkowo przy recepcji do dyspozycji gości stoją komputery z darmowym łączem internetowym, bilard i filmy. Pełna swoboda.

Rafting po Río Pastaza
Rafting po Río Pastaza
© Paweł Zgrzebnicki

Rafting po Río Pastaza

Baños to typowo turystyczne miasteczko, w którym na każdym rogu tour operatorzy oferują przyjezdnym masę atrakcji w konfrontacji ze wszystkimi obliczami natury. Można pójść na wulkan, pojeździć na koniach, porwać się na rafting, canyoning, kayaking, skoczyć na bungee, wspinać się po skałach, polecieć na paralotni - jest tu dosłownie wszystko czego dusza zapragnie, a ciało nie zaprzeczy.

W Baños spędzamy cztery dni i nie jeden raz ulegamy pokusie oferowanych tu „Adventure & Fun”, które staramy się jak najpełniej doświadczyć.

Podczas konnego spaceru ujawnia nam się po raz pierwszy w pełnej okazałości i aktywności wulkan Tungurahua, który raz po raz bucha gęstym szarym dymem. Wrażenie niesamowite!

Następnego dnia na rowerach pokonujemy część trasy La Ruta de las Cascadas, którą od Baños jedzie się w dół, przy dość wzmożonym ruchu turystycznym. Niestety trasa nie należy do czysto rekreacyjnych, ponieważ wytyczona jest wzdłuż zwykłej drogi międzymiastowej, którą pędzą samochody, wielkie ciężarówki, cysterny i  autobusy - trzeba się mieć na baczności! Na pierwszym przystanku, za symbolicznego dolara porywamy się na przejazd „klatką” nad kanionem rzeki głębokim na ponad 100 metrów. Przepaść jest tak głęboka, że nawet lęk wysokości tu nie sięga. Dalej po drodze mijamy olbrzymie wodospady roztrzaskujące w każdej minucie hektolitry wody o skały.

Niemałą atrakcją tej trasy są tunele wydrążone w skale - wąskie, niektóre bardzo długie i kręte, bez symbolicznego światełka na końcu, w których to tunelach nie widać absolutnie, niezaprzeczalnie i jednoznacznie NIC! Woda kapie z góry, po obu stronach drogi rowy odpływowe, trzeba się po omacku wpasować w drogę i jeszcze uważać, żeby nie spotkać się z nadjeżdżającym z przeciwka samochodem, bo wtedy tylko do rowu albo prosto w niebiosa. Mijamy rowerzystę, który przeżył chwile grozy, kiedy spadł mu łańcuch w środku tunelu. Strach patrzy jeszcze z jego oczu.

Docieramy do siedemnastego kilometra trasy, do Cascada Pailon del Diablo. Wielu turystów kończy na tym etapie wycieczkę. Jest tu miły restauracyjny zakątek, gdzie zasiadamy do konsumpcji dopiero co ściągniętego z grilla pstrąga.

Kierując się tylko szumem wodospadu (drogowskazów nie ma) schodzimy w dół po zboczu kanionu, w stronę koryta rzeki. Nad nią zawieszony jest subtelny, drewniany most, na którym może przebywać najwyżej pięć osób. Dopiero stamtąd ukazuje nam się rozszalały jęzor wodospadu. Podchodzimy wyżej i już z daleka omiata nas diabelska bryza wiejąca od roztrzaskującej się w małym skalnym zaułku wody. Przed wodospadem wykonane są kamienne tarasy, a z boku wydrążona w skałach wnęka, którą można dojść do samego szczytu wodospadu. Wciskamy się w tunel na kolanach a dalsze podejście możliwe jest tylko na czworakach. Przeciskamy się teraz jeszcze w pionie na górną półkę tunelu i jesteśmy już pod wodospadem. Robimy dwa szybkie zdjęcia i w sekundę jesteśmy cali mokrzy. To chłodne i szokujące uwieńczenie naszego dzisiejszego trudu. Wracamy szybkim krokiem wspinając się pod górę i napotykamy patrzące na nas zdziwione twarze zmierzające dopiero do diabelskiego wodospadu.

Kobieta przędąca włóczkę (Baños)
Kobieta przędąca włóczkę (Baños)
© Piotr Minkiewicz

Kobieta przędąca włóczkę (Baños)

Aby turysta się nie zmęczył się zanadto pnąc się w górę, w drogę powrotną do Baños jeżdżą ciężarówki, które zabierają rowery i ich użytkowników. Z takiej też opcji korzystamy i po pół godzinie jesteśmy z powrotem w pięknym miasteczku.

Następne wyzwanie kolejnego dnia to rafting. Wyprawa poprzedzona jest całym ceremoniałem wstępnym -dobieramy sprzęt, pianki, kaski, następnie tuż przed zejściem na wodę przechodzimy przez szkolenie na temat wiosłowania na komendy kapitana, instruktaż dotyczący pozycji i ratowania. Potem puszczamy się w nurt rwącej, dzikiej rzeki.

Dzisiaj mogę zapewnić, że rafting gwarantuje najwyższy poziom adrenaliny we krwi, przyczynia się do zawałów serca i może powodować trwałe zmiany psychiczne. A tak poważnie - w pewnym momencie nasz ponton utknął w wielkim kłębiastym wirze, na początku wypadł z niego jeden chłopak i przez kolejne sekundy nie wyłonił się spod wody. Ponton jak oszalały wirował w miejscu i nabierał coraz więcej wody, przechylał się z prawej na lewą stronę i ostatkami sił udawało nam się w nim utrzymać. W końcu przewrócił się do góry dnem i wszyscy wpadliśmy w ten oszalały kocioł. Pod wodą minęła wieczność i nie wiadomo było czy się wynurzymy czy rozbijemy o najbliższą skałę. Na szczęście wszyscy wyszliśmy z tego cało, ale rafting w stopniu „4” na Río Pastaza zapamiętamy na zawsze!

Nieco ostudziwszy nasz zapał do sportów ekstremalnych, nazajutrz wybieramy się na trekking po okolicznych górach. Wędrujemy wzdłuż ogromnej, zielonej ściany, która odcina z jednej strony Baños od reszty świata. Mijamy domy i zagrody, w których ludzie przywykli żyć na tej ostrej pochyłości, pola z maniokiem, na których człowiek raczej nie utrzyma się z kopaczką, krowy z zapewne nadwyrężonymi stawami kolanowymi, a nawet szklarnie o kącie nachylenia 60o. To jeszcze jeden dowód na to, że istota ludzka do wszystkiego się może przyzwyczaić.

Docieramy na sam grzbiet wzgórza i naszym oczom ukazuje się kameralny hotelik z basenem na dachu oraz uroczą Café del Cielo. Tam też zasiadamy pod niebem, z którego słońce nie szczędzi dziś energii. Raczymy się wyszukanymi, pięknie podanymi trunkami i potrawami. Pośród tej niezwykłej sielanki nagle rozlega się głośny grzmot. Przy tym bezchmurnym niebie nie wygląda to na burzę, w poszukiwaniu źródła dźwięku odwracamy się a to … wulkan wyrzucił właśnie kłęby szarobiałego dymu. Do tej pory nie słyszeliśmy tych groźnych pomruków! Kelner widząc nasze poruszenie macha ręką bagatelizując całe zdarzenie i spokojnie podaje kolejne danie. Pewnie w Polsce widzowie TVN 24 myślą, że skoro wulkan się zaktywował, ewakuowano już wszystkie okoliczne miasta, tymczasem my spokojnie pijemy frappuccino siedząc tuż pod wrzącym sercem i buchającym gardłem wulkanu.

Zachęceni tą wyjątkową wizualną i akustyczną aktywnością wulkanu, chcemy go lepiej zobaczyć i wspinamy się kolejne 600 metrów w górę. Kiedy cel mamy już na oku w pełnej okazałości, siadamy z gotową kamera i aparatami. Czekamy aż z wulkanu spłynie zasłona chmur chmury i góra wyda z siebie jeszcze jedno westchnienie, ale po dłużeszej chwili wygląda, że Tungurahua … poszedł już spać. Do miasteczka wracamy z wielką brawurą, na pace Toyoty Truck, której przypadkowo spotkany uprzejmy kierowca zabrał nas z góry.

Piątego dnia opuszczamy nasz sympatyczny hostel. Zbliżając się do dworca autobusowego z daleka słyszymy przekrzykujące się głosy konduktorów: Quito! Quito! Puyo, Tena! Puyo Tena! Riobamba!!! - jak wspomniałam wcześniej, informacja przychodzi do nas. Pan „od Riobamby” prowadzi nas do okienka, gdzie kupujemy bilet za 2$, autobus odchodzi za 15 minut.

Riobamba

[26-27.01.2010]

Indianka w stroju regionalnym (Riobamba)
Indianka w stroju regionalnym (Riobamba)
© Barbara Kozioł

Indianka w stroju regionalnym (Riobamba)

Ruszamy dalej do południe, wzdłuż Andów. Droga prowadzi po skalistych zboczach, gdzie cały czas po jednej stronie drogi mamy przepaść. Pan konduktor, żeby odwrócić uwagę pasażerów „zapuszcza” na DVD Titanica w skróconej wersji, także gdy statek opadł już całkiem na dno oceanu byliśmy na miejscu (ok. 2 godziny).

Riobamba to miasto raczej nieciekawe, szare, z maleńkimi słabo wyposażonymi sklepami tak, że ledwo udało nam się kupić rum do „odkażania” organizmu. Kolorów nadają miastu jedynie tradycyjne stroje kobiet. Tutaj bowiem panie noszą spódnice w jaskrawych kolorach: żółte, różowe, zielone. Na głowie natomiast już nie czarny czy brązowy, ale biały kapelusz. Jak się potem okaże, taka moda obowiązuje także w innych miastach na południu Ekwadoru.

Do Riobamba jedziemy po największą atrakcję tego regionu, czyli przejazd na dachu szalonego pociągu, jadącego przez przełęcz Nariz del Diablo do Alausí. Dotychczas wszystkie źródła mówiły, że bilet na pociąg można kupić tylko dnia poprzedzającego kurs i tak też stawiamy się na dworu kolejowym.

Niestety na stacji wielkie rozczarowanie i pan mówi nam, że wszystkie bilety na jutro są już wyprzedane! Otóż zaszły zmiany, które pozbawiały przy okazji uroku całe wydarzenie. Prawda jest taka, że bilety można zarezerwować wcześniej na riobambatren@efe.gov.ec i nie jeździ się już na dachu pociągu z dymiącą i wyjącą lokomotywą, tylko wewnątrz małego nowoczesnego wagoniku. Zmiany nastąpiły po wypadku, jaki zdarzył się w 2007 roku na tej trasie - wówczas dwóch Japończyków straciło głowy w momencie jak pociąg wjechał do tunelu. Rząd postawił na bezpieczeństwo gringos i jazdę na dachu ukrócił.

W Riobamba zwiedzamy Museo de Arte Religioso, które mieści się w XVI-sto wiecznym klasztorze. Kiedyś do tego klasztoru wysyłano dziewczynki z rodzin z wyższych sfer, aby pobierały nauki w zaciszu jego murów. Zebrane są tu powstałe przed czterema wiekami krzyże, figurki, kapłańskie sutanny i obrazy. Miała być też wielka monstrancja z 1500 szlachetnymi kamieniami o wadze 360 kilogramów, ale na miejscu zastajemy jedynie jej tekturowa replikę. A co najciekawsze - podłoga na dziedzińcu klasztoru wyłożona jest kośćmi sióstr zakonnych.

Na targu kupujemy wszystkie owoce, których nie znamy i degustujemy w zaciszu naszego uroczego hotelu. Kamienne mury, drzwi i okna z kolorowego szkła tworzą nieco przysadzisty, ciężki klimat a wszędzie roznosi się zapach kadzidła. Noc tutaj jest dość chłodna, także klasyczny zestaw: prześcieradło i trzy koce nie wystarcza.

Ingapirca

[27.01.10]

Inkaskie ruiny Ingapirca
Inkaskie ruiny Ingapirca
© Barbara Kozioł

Inkaskie ruiny Ingapirca

Z Riobamba bierzemy autobus w kierunku Cuenca, ale chcemy wysiąść w Cañar, aby dotrzeć do największych i najlepiej zachowanych w Ekwadorze ruin Inków – Ingapirca. Znów podążamy krętymi, górskimi drogami, zasadniczo w dół na ciągłym hamowaniu, co poniewiera nasze błędniki. Po czterech i pół godziny, zmięci i wypluci wysidamy w Cañar. Tam w momencie znajduje się człowiek, który oferuje podwiezienie nas pod ruiny, które są oddalone od głównej drogi o 5$. Pakujemy się na trucka i za 15 minut jesteśmy na miejscu.

Ruiny w Ingapirca są dość skromne i w większości mur przeszłej świetności architektury nie przekracza dziś jednego metra wysokości. Jedynie Templo del Sol, czyli Świątynia Słońca góruje nad całością kolistym murem w kształcie baszty z trójkątnym zakończeniem. Budowle powstawały według tradycyjnych inkaskich metod, bez zaprawy, przez idealne dopasowanie układanych kamieni.

Ingapirca to także niezwykłe miejsce kultu plemienia wcześniej zajmującego te tereny. Cañari, później podbici przez Inków, zamieszkiwali te tereny przez wiele stuleci. Znajduje się tu m.in. grób królowej Cañari a obok niego duży pionowy, niepozorny głaz. Kamień na który nikt normalnie nie zwróciłby uwagi, okazuje się niezwykły: przez dwa dni w roku, podczas równonocy, cień rzucany przez górną krawędź owego głazu przedstawia trzy postacie czczonych przez Indian zwierząt - kondora, pumę i anakondę. Oto niezbity dowód niezwykłej kultury, nauki i techniki naszych przodków, wobec których człowiek XXI wieku odczuwa lekkie skonfundowanie.

W dalszej drodze do Cuenca jesteśmy czynnymi świadkami dość niezwykłego zdarzenia. Jak wspomniałam tutaj na pokładzie każdego autobusu obok kierowcy zatrudniony jest konduktor – naganiacz. Zwykle jest to człowiek o przebojowej osobowości, który potrafi zachęcić i przekonać ludzi, żeby pojechali właśnie tym, a nie innym autobusem. Zazwyczaj stoi przy otwartych drzwiach jadącego pojazdu, wykrzykując nazwę docelowej miejscowości. Pomaga wsiąść pasażerom do nie do końca zatrzymującego się autobusu, kasuje bilety, zarządza bagażami oraz wrzeszczącym na cały regulator DVD. Kiedy dochodzimy do głównej ulicy prowadzącej w kierunku Cuenca, natychmiast podjeżdża autobus, wychyla się z niego konduktor i zgarnia nas do środka. W tej samej chwili podjeżdża drugi autokar i jadący nim konduktor krzyczy, żebyśmy szli właśnie do niego, że on też jedzie do Cuenca. Ponieważ bagaże były już schowane i nic nie przemawiało za konkurencją, zostajemy w pierwszym autobusie. Ruszamy i chwilę później tamten nas wyprzedza. Wiadomo, że ten który pierwszy jedzie zabierze wszystkich czekających pasażerów! Przy najbliższej okazji my znów wyprzedzamy konkurenta i wyścigi w najlepsze trwają na - przypomnę - krętej i górskiej drodze. Po kilkunastu minutach tej przepychanki oba autobusy zatrzymują się a obsługa każe przenieść się nam do tego drugiego pojazdu. Czyżbyśmy przegrali te zawody? :-).

Podczas drogi mamy dużo czasu na podziwianie pięknych widoków, jak również obserwację podróżujących z nami tubylców. Najciekawsze są kontrasty cywilizacyjne - młoda dziewczyna w ludowym stroju, jaskrawożółtej spódnicy i w białym kapeluszu z odtwarzaczem … mp3 w ręce. Inna, z dzieckiem w chuście na plecach i komórką przy uchu. Ot, wzajemne przenikanie się tradycji i wynalazków cywilizacji. Nie pasują ale funkcjonują.

Cuenca

[27-29.01.2010]

Kolonialna zabudowa Cuenca
Kolonialna zabudowa Cuenca
© Barbara Kozioł

Kolonialna zabudowa Cuenca

Cuenca to piękne, zadbane miasto z dużymi, bogatymi rezydencjami, nowymi apartamentowcami, kosztownymi samochodami. Tak wygląda sprawa na pierwszy rzut oka z taksówki. Ale Cuenca ma także drugie, niezwykłe oblicze. Starówka to perełka kolonialnej architektury. Śliczne kamieniczki z bogatymi ornamentami, drewnianymi balkonikami, a nawet elewacjami wyłożonymi pięknymi kafelkami, czy zdobionymi marmurowymi kolumnami. Centralny punkt miasta to Park Calderon z ładną, zadbaną zielenią, od kolorowych kwiatów, przez krzewy po gigantyczne palmy. Przy parku znajduje się Nowa Katedra z górującymi ponad dachami miasta charakterystycznymi dwiema niebieskimi kopułami. Na starówce jest kilkanaście kościołów. Najznamienitsze z nich to kościół Santa Domingo ze szlachetną, egzotyczną, drewnianą podłogą i kościół El Carmen de la Asuncion z 1682 roku. Jego biała fasada pięknie kontrastuje z barwnym targiem kwiatów, rozłożonym przed kościołem. Jest tu także kościół San Franscisco ze starym, wytwornym, złotym ołtarzem.

El Coca

[29-30.01.2010]

Miasteczko El Coca do najpiękniejszych nie należy…
Miasteczko El Coca do najpiękniejszych nie należy…
© Paweł Zgrzebnicki

Miasteczko El Coca do najpiękniejszych nie należy…

Nazajutrz, świtem lecimy do Quito (45 minut) i zaraz potem do El Coca wiezie nas Embraer 190, który dość mocno trzęsie nami w chmurach. Kiedy wzbijamy się ponad biały puch, naszym oczom ukazuje się piękny, śnieżny szczyt wulkanu Cayambe (5790 m n.p.m) wystający ponad warstwę chmur. Rzucamy się z aparatami do okien, żeby uwiecznić ten niezwykły, podniebny obraz. Lekko okrążamy go z jednej strony i obieramy kurs na wschód. Za 35 minut lądujemy w Coca i po otwarciu drzwi samolotu uderza nas fala tropikalnego gorąca. Natychmiast zrzucamy z siebie co tylko się da i rozkoszujemy się temperaturą 31oC i wilgotnością, która zapewnia absolutną pielęgnację kosmetyczną.

Meldujemy się w hotelu w centrum miasteczka. W jego ogrodzie witają nas krzyczące czerwono-niebieskie papugi, biegające kapibary i mniej energiczne żółwie pokaźnych rozmiarów. Jest parno, duszno i jedynie wiatrak w pokoju pozwala złapać głębszy oddech. Gorąc i wilgotność absolutnie nas rozleniwia. Stajemy się pełnowymiarowymi ludźmi południa i zapadamy w drzemkę.

Coca to trochę męczące, hałaśliwe miasteczko. Jedna, bardzo ruchliwa główna ulica, ciągnie się aż do rzeki Napo. Ale prawdziwe życie uliczne zaczyna się dopiero wieczorem. Mali gastronomiczni przedsiębiorcy wystawiają kuchnie, grille, stoły i bufet otwarty. Wołowina z jajkiem sadzonym, hamburgery, kiełbaski, zupy i czego tylko podniebienie zapragnie. Wszyscy siadają przy stołach i posilają się pod chłodniejszą osłoną nocy.

El Oriente - do dżungli na spotkanie z Huaorani

[30.01-06.02.2010]

Nabrzeże Río Napo w El Coca
Nabrzeże Río Napo w El Coca
© paweł Zgrzebnicki

Nabrzeże Río Napo w El Coca

O 9.00 spotykamy się z naszą przewodniczką Francescą w hotelu. Pakujemy się do specyficznego „autobusu” - półotwartej ciężarówki bez ścian bocznych, przerobionej na potrzeby transportu pasażerskiego. Po drodze kupujemy wielki worek ryżu (prezent dla Indian) i wyjeżdżamy z miasta przez most na rzece Napo. Przed nami już tylko nieznane, zielone. Za chwilę kończy się asfaltowa droga i zaczyna kręta, bita przez dżunglę. Drogę tę, kontrowersyjną „Via Auca”, zbudowały kompanie naftowe, które zdołały już głęboko wedrzeć się w wgłąb Amazonii i coraz bardziej zmieniają jej oblicze. Wzdłuż całej drogi ciągną się ropociągi, mijamy wielki zbiorniki na ropę i  kominy z niegasnącym ogniem sięgającym wysoko ponad drzewa. W brutalny sposób została naruszona ta nieskazitelna, nietknięta przez miliony lat, tętniąca życiem tysięcy gatunków zielona kraina naszej planety. Kompanie naftowe niszczą w ten sposób nie tylko naturę, ale także i ludzi. Przy drodze osiedlili się Indianie, którzy wyszli z lasu skuszeni łatwym zarobkiem, wkrótce stali się ofiarami cywilizacji białego człowieka. Dziś większość z nich to nałogowi alkoholicy. Ze względu na specyficzne, genetyczne predyspozycje Indian, zupełnie inaczej tolerują oni alkohol niż biały człowiek, a kiedy zaczną pić - nie mogą przestać. Problem dotyczy już nawet młodych, nastoletnich chłopców, którzy wpadli w nałóg i nie mogą się z niego wyzwolić.

Po około 3 godzinach dojeżdżamy do rzeki Tiguino, gdzie czekała już na nas duża grupa Indian z okolicznych domów i całkiem spora gromadka dzieci. Wkrótce przekonaliśmy skąd to liczne powitanie.

Odbieramy rozdzielany lunch - w miskach kurczak z ryżem i warzywami. Okoliczne dzieci grzecznie i cierpliwie czekają na … resztki z naszych obiadów. Bardzo niezręcznie nam oddawać im niedojedzone porcje, ale najwyraźniej tak się już tu przyjęło, że Indianie zjadają resztki po białasach, bo nikogo oprócz nas to krępujące tylko nas to krępujące zdarzenie nie poruszyło.

Droga, którą tu dotarliśmy, w zasadzie tu się kończy. Jedyny sposób na dostanie się dalej w głąb dżungli, to przeprawa łodzią, w dół rzeki. Nasza załoga w międzyczasie zapakowała już dwunastometrowe stalowe canoe, a znalazły się w nim coolery z jedzeniem, dwie beczki paliwa, namioty, łóżka polowe, nasze plecaki i woda do picia. Z tyłu zapięta 40-konna Yamaha. Ruszamy!

Płynie z nami przewodnik (Francesca) i dwóch Indian - Freddy i kapitan zwany dalej Maestro. Poziom wody w rzece jest najniższy od 10 lat i każdy oprócz nas (jeszcze nie znających tematu) ma obawy co zastanie dalej. Widzimy mocno wymyty brzeg i gałęzie, które kiedyś niósł nurt wody, teraz zawieszone są wysoko na drzewach nawet do 4 metrów ponad nami.

Na rdzenne terytorium Huaorani (stara tablica) stopniowo wkraczają kompanie naftowe (nowe tablice)
Na rdzenne terytorium Huaorani (stara tablica) stopniowo wkraczają kompanie naftowe (nowe tablice)
© Paweł Zgrzebnicki

Na rdzenne terytorium Huaorani (stara tablica) stopniowo wkraczają kompanie naftowe (nowe tablice)

Z wody zewsząd wystają gałęzie, pnie powalonych drzew, a nierzadko wielka kłoda leży w poprzek na całej szerokości rzeki. W wielkich tamujących przeprawę drzewach trzeba wycinać wąskie przesmyki na łódź. Stojący cały czas na dziobie Maestro, daje znaki Freddyemu przy sterze gdzie i jaka przeszkoda kryje się pod lustrem wody. Freddy zgrabnie manewruje tym wielkim kadłubem, kiedy trzeba podnosi silnik, żeby nie zawadzić śrubą o drzewo a my jesteśmy pełni podziwu dla sprawności i zgodności ich działania. W pewnym momencie łódka staje na płytkiej wodzie - musimy wysiąść i pchać ją siłą mięśni. Wtedy zaczyna do nas docierać co nas czeka i co znaczy wyjątkowo niski poziom wody. A im dalej w głąb dżungli, tym będzie gorzej.

Rzeka to wąska przecinka w bezmiarze gęstego i dzikiego lasu deszczowego. Przy brzegach widzimy zielone ściany, przez które nie sposób się wydostać na brzeg. Żółwie wodne siedzą grupowo na gałęziach i czmychają przed nami do wody, podziwiamy całą różnorodność kształtów i kolorów ptaków ścigających się z nami i z niepewnością zerkamy w zielonkawą wodę, zastanawiając się co tam czyha w mętnej toni.

Mimo że ławki na łodzi są wygodne, po czterech godzinach z utęsknieniem wypatrujemy przystani. W dżungli zmierzch zapada o 18.00, pół godziny później jest już zupełnie ciemno.

Przy ostatnich prześwitach słońca docieramy w końcu do Bataburo Lodge.

Miejsce bajeczne, niesamowite. Od rzeki prowadzą drewniane schody na trakt ustawiony na palach. Po lewej stronie drewniany dwupiętrowy dom przykryty liśćmi palmowymi, po drugiej stronie traktu część rozrywkowo – wypoczynkowa z restauracją i barem. Z tamtej strony wychodzi się na zaciszne, romantyczne jeziorko porośnięte szuwarami, z samotnie przycumowanym drewnianym, indiańskim czółnem. W tych uroczych okolicznościach, zostajemy uraczeni kolacją, jakiej nie powstydziłyby się najlepsze restauracje świata. Tak! W tej głuszy, dziczy, gdzie podglądać nas mogły tylko małpy i papugi, podjęto nas na najwyższym poziomie sztuki kulinarnej.

Pokoje również niezwykłe - klimatyczne, w oknach tylko siatka przeciw owadom, na łóżkach świeża pościel, nad nim baldachim z moskitiery. Po tymi królewskimi moskitierami zasnęliśmy z lekkim niepokojem wobec nieprzewidywalnej najbliższej przyszłości białego człowieka w dżungli. To ostatnie ucywilizowane miejsce naszej wyprawy. Ze względu na trudne warunki na rzece nikt nie miał pojęcia gdzie spędzimy następną noc.

Przed nami dwudniowa, ciężka przeprawa przez dżunglę
Przed nami dwudniowa, ciężka przeprawa przez dżunglę
© Paweł Zgrzebnicki

Przed nami dwudniowa, ciężka przeprawa przez dżunglę

Nazajutrz budzimy się wraz ze słońcem. Po śniadaniu sprawnie pakujemy ekwipunek na łódź i ruszamy. Trasa będzie tym bardziej trudna, że ostatni raz łódź płynęła tędy dwa miesiące temu. Na pokładzie mamy piłę łańcuchową, siekierę i maczety. To daje nam nadzieję na przetrwanie. Nasza załoga okazuje się niezrównana, z wielkim sprytem pokonuje wszelkie przeszkody. Z rozpędu przepływa po pniach zatopionych tuż pod wodą i w odpowiednim momencie podnosi silnik - nie za wcześnie, żeby nie wytracić prędkości i nie utknąć na drzewie, a nie za późno, żeby nie urwać śruby. Czasami chłopcy ucinają tylko końcówkę drzewa zagradzającego drogę, czasami chyląc nisko głowy przepływamy pod pniem opartym o brzeg, a nieraz wchodzimy do wody i pchamy łódkę zablokowaną między gałęziami. Mamy nieustający tor przeszkód i bieg przez kłody.

W pewnym momencie bijemy dziobem w wielki pień leżący na powierzchni wody w poprzek rzeki i ani z prawej, ani z lewej, ani od spodu nie widać możliwości przejścia. Wychodzimy z łódki i na wszystkie sposoby próbujemy znaleźć drogę przedostania się. Chłopcy wzięli piły w dłoń a my na brzegu kibicujemy. Freddy przedziera się przez naniesione przez rzekę drzewo i nagle zanurza rękę w wodzie i wyciąga z niej prawie metrowego kajmana. Oczy roztworzyliśmy z zachwytu, podziwu za odwagę, spryt i szybkość Freddyego. No tak, indiańska krew!

Po godzinie chłopcy przecięli fragment drzewa i zastosowaliśmy najczęściej praktykowaną metodę pokonania przeszkody, nazwijmy ją „szturmową”. Na wstecznym wycofujemy jakieś 50 metrów, potem cała naprzód i na pełnym gazie przejeżdżamy kolebiąc się po gałęzi. W ostatniej chwili śruba do góry i… jest! Kolejne drzewo za nami!

Za chwilę kolejne i kolejne, przy następnym, podczas gdy chłopcy piłują, robimy przerwę na lunch i łowienie ryb. Potem znów następne. Chwilami wydaje się, że nie starczy sił na pokonywanie tych przeszkód i nie dotrzemy do Indian. O ile teraz spływ w dół rzeki jest ekstremalnie ciężki, o tyle droga powrotna w górę rzeki wydaje się całkowitym absurdem.

Río Tiguino

[30.01.2010]

Nasze obozowisko nad Río Tiguino
Nasze obozowisko nad Río Tiguino
© Paweł Zgrzebnicki

Nasze obozowisko nad Río Tiguino

Jest 16.00, GPS pokazuje, że jesteśmy na około 40 kilometrze drogi. Do wioski indiańskiej mamy jeszcze 90 kilometrów! Mijamy dość dużą, piaszczystą plażę i Francesca decyduje, że tu rozbijamy obóz. Musimy zdążyć przed zmierzchem. Stawiamy w szeregu trzy namioty, a z kilku wyciosanych pali powstaje kuchnia i living room. Maestro zaczyna przygotowywać kolację.

Na stół wjeżdża wspaniale podana i przyrządzona ryba, którą złowiła dziś Francesca. Jesteśmy oszołomieni tym luksusem. Potem przy świecach rozgrywamy partyjkę Cuarenta rozkoszując się niezwykłą atmosferą nocy. Nigdy nie widziałam tak rozgwieżdżonego nieba.

Francesca opowiada nam o zwierzętach jakie możemy usłyszeć lub nawet zobaczyć nocą. Naśladuje odgłosy ptaków, które aktywują się o określonych godzinach. Uświadamia nas też o potencjalnym towarzystwie tapirów, pekari, jaguarów i o zgrozo kajmanów, które mogą nawet spać koło nas na tej samej plaży. Z lekkim strachem kładziemy się do łóżek słuchając tętniącego życiem, wręcz krzyczącego tysiącem głosów i dźwięków lasu. Jest wcześnie, dochodzi 21.00, ale tu wpasowujemy się w rytm natury.

Rano Francesca budzi nas dosadnym Good morning! i o 6.00 wstajemy wraz ze słońcem. Maestro już krząta się po kuchni a my zajmujemy się poranną toaletą i pakowaniem dobytku. Siedzimy sobie przy śniadaniu o tym rześkim, pięknym poranku, a tu nagle stado wydr olbrzymich wyłania z wody główki z głośnym parsknięciem. Patrzą na nas i po chwili są już pod wodą. Oto wspaniałe ujęcie przyrodniczego reality show!

Składamy obóz i ładujemy się na łódkę, która stała się naszym drugim domem. Płyniemy dalej na bój ze stateczną częścią natury.

Pomijając wysiłek naszych przewodników podziwiamy również ich niezwykle pogodną naturę. Chwilami są już bardzo zmęczeni i brakuje już sił na szarpanie się z kłodami, a mimo to uśmiech nie schodzi im z twarzy. Pewnego razu jeden z nich wpadł do wody po czapkę. Innym razem, kiedy łódka po raz trzydziesty siódmy wpadła na pień po prostu śmiali się. Ani raz nie zaklęli, nie zezłościli się, nie rzucili w nas maczetą. To jeszcze bardziej umilało nam tę ekstremalną podróż.

U Indian - z wizytą u Wodza

[31.01.2010]

Chata Wodza
Chata Wodza
© Barbara Kozioł

Chata Wodza

Po południu niebo zaczyna się mocno chmurzyć a wioska Bameno jeszcze daleko, daleko przed nami. W związku z tymi trudnymi warunkami następuje zmiana planów. Rozbijamy obóz dużo wcześniej, na wysokości miejsca, w którym zamieszkuje jedna jedyna rodzina indiańska na tym terenie.

Tyle co wyszliśmy na brzeg, rozbiliśmy jeden namiot, przed nami spadła ściana deszczu. Tak może padać tylko w lasach deszczowych, po prostu wodospad z nieba. I tak bez przerwy przez pół godziny.

Jeszcze tego samego dnia idziemy z wizytą do Indian. Na szerokiej polanie stoi jedna, duża tradycyjna chata indiańska pokryta liśćmi palmowymi, a obok niej kilka mniejszych z blachą falistą na dachu. Tak, Indnianie poznawszy cywilizację białego człowieka, korzystają z jej dóbr, wpasowując je w swój rdzenny, pierwotny styl życia. Mimo że w domu przykrytym blachą jest bardziej gorąco, korzystają z jej, bo po prostu jest łatwiej. Na podwórku obok wypatroszonych, wielkich żółwich pancerzy wiszą trzy silniki motorowe do łodzi. Skąd mieli na nie pieniądze? Częściowo z turystyki. Kiedyś wycinali i sprzedawali białym unikalne gatunki drzew. Rząd także wspiera Indian w wielu działaniach, choć ustawowa opieka socjalna sięga czasami absurdu, którego przykład dane nam było zobaczyć na własne oczy. Żona jednego z synów wodza miała wypadek, w którym uszkodziła sobie nogi. Teraz ma trochę zniekształcone stopy, ale porusza się, lekko tylko utykając. Troskliwy rząd podarował jej wózek inwalidzki! Pani co prawda mieszka w dżungli ale ustawa przewidziała zamiast drogiego leczenia przydział tańszego wózka. Skoro przewidziała, Indianie przywieźli wózek w canoe i stoi sobie obok chałupy a kobieta kuleje dalej. Tak właśnie, wózek inwalidzki w dżungli! Zapewniam Was, między gałęziami, po korzeniach, błocie i nierównościach, nie ma szans się na nim poruszać! Lepiej już na czworakach, a dziewczyna przecież jakoś chodzi. Ale rząd się wykazał i pomógł.

Jednak poza tymi współczesnymi naleciałościami, dostrzegamy pierwotny i  niezmienny charakter życia Indian. W chacie tli się ognisko, a w hamaku kiwa się jeden z synów. Rodzice poszli do lasu. Syn jest dość powściągliwy w powitaniach, ledwo odpowiedział buenos tardes i w ogóle się nie zdziwił, że ktoś obcy przyszedł do domu położonego na zupełnym ludzkim pustkowiu. Zwykle w takiej chacie mieszka kilka rodzin i każda z nich pali swoje ognisko, a obok niego rozwieszone są hamaki. Za utrzymanie ognia w domu odpowiedzialna jest kobieta.

Wódz w całej swojej doskonałości
Wódz w całej swojej doskonałości
© Piotr Minkiewicz

Wódz w całej swojej doskonałości

Za chwilę pojawia się wódz z żoną. Niosą całe naręcze palmowych liści i kosz z rybami. Wódz zaraz zabiera się do uszczelniania dachu a wodzowa układała ryby przy ogniu i raz po raz co mniejsze zjada. Wódz, z natury wesoły człowiek, cały czas coś opowiada, macha rękami i śmieje się. Ona także mówi, czasami głośno, czasami jakby krzyczy. W ogóle sposób wypowiadania słów, gestykulacja i mimika twarzy sprawiają wrażenie jakby Indianie byli na dobrym rauszu. Po chwili orientujemy się jednak, że taka właśnie jest specyfika ich języka.

Wódz, mimo przeszło 50 lat na karku, ma zgrabne, jędrne, doskonale umięśnione ciało. Synowie także paradując w samych spodenkach emanują siłą i energią. Na ciemnej, jednolitej skórze idealnie zaznaczony jest każdy mięsień, naturalnie ukształtowany pracą i walką.

Obok chaty w bananowym ogrodzie biegają na uwięzi dzikie świnie. Wyłamano im kły, żeby dzieci mogły się z nimi bezpiecznie bawić. Dalej mały ateles tańczy na sznurku. Jego matkę upolowano i zjedzono. Mały chowa się jako zabawka dla dzieci, a potem gdy podrośnie podzieli los rodzicielki i zostanie przeznaczony na zupę.

Do niezapomnianych chwil tej wyprawy na pewno zaliczy się nasz kolejny dzień spędzony z wodzem w lesie. Na spotkanie przybywa o poranku w białych slipach, kaloszach, z maczetą, włócznią i nożem. Zawsze kiedy Indianin idzie do lasu, jako prawdziwy myśliwy bierze ze sobą broń. A nuż się coś nawinie?

My, z nieco bardziej osłoniętymi ciałami, również paradujemy w kaloszach, które doskonale przyjęły się w dżungli. Upał i wilgoć nieziemska. Już po kilku minutach ciężko nam iść. Wódź żwawo pomyka na przedzie. Co jakiś czas zatrzymuje się i entuzjastycznie mówi machając rękami. Jak się domyślaliśmy, prawdopodobnie opowiada o swoich myśliwskich przygodach. Po chwili zamiera w bezruchu wsłuchując się w las. Na jego znak także zatrzymujemy się w miejscu, żeby krokami nie płoszyć zwierząt. Docieramy do uroczego miejsca, gdzie zlatuje się całe ptactwo z okolicy. Tutaj na błotnistym terenie znajduje się glinka, którą jedzą papugi gdy odczuwają dolegliwości pokarmowe. Glinka neutralizuje toksyny, jakie papugi zjadają z ziarnami, które chronią się trującymi substancjami aby przetrwać. Bogate w mikroelementy złoża pozwalają też ptakom na uzupełnienie ich braków w organizmie. W absolutnej ciszy, powolnymi ruchami skradamy się aby podziwiać wysoko na drzewach piękne papugi m. in. arę żółtoskrzydłą o niezwykłym czerwono - niebiesko - żółtym ubarwieniu.

Syn wodza z upolowaną sarną
Syn wodza z upolowaną sarną
© Piotr Minkiewicz

Syn wodza z upolowaną sarną

Gdy my wpatrujemy się w ten kolorowy świat ptaków, wódz nagle słyszy gdzieś w dali małpę i w jednym momencie wrze w nim myśliwska krew. Rzuca się za ledwo dosłyszalnym odgłosem. Narzuca zawrotne tępo. Biegniemy za nim co jakiś czas robiąc gwałtowne przystankami na nawoływanie i lokalizowanie zwierzyny. Wódz niezwykle podekscytowany, ostro gestykuluje znacząc domniemaną wędrówkę małpy. Kiedy jesteśmy już całkiem blisko, Indianin nagle rzuca się w pogoń. Wódz biegnie za małpą, a my za nim. Dostaje takiego przyspieszenia, że ledwo za nim nadążamy, a zgubić go przecież nie możemy, bo natychmiast stracimy orientację w terenie, gdzie wokół wszystko wygląda tak samo. Wódz zwinnie toruje sobie drogę maczetą i zgrabnie przesmykuje się między gałęziami (po to właśnie ewolucja dała Indianom niski wzrost). Szybki jak gepard zostawia nas daleko w tyle. W końcu także my widzimy cel! Ucho myśliwego nie myliło się i zadzierając mocno głowy w końcu dostrzegamy małpę wysoko, wysoko, między gałęziami.

Huaorani używają do polowania na małpy specjalnych dmuchawek, z których wystrzeliwują zamoczone w kurarze strzały. Strzałka za częścią umoczoną w truciźnie jest lekko nadcięta tak, że gdy wbije się w ciało zwierzęcia, nawet jeśli to będzie próbować ją wyciągnąć, złamie grot pozostawiając zatrutą część w ciele. Wówczas Indianin drażni małpę, trzęsie drzewem, zmusza do ruchu, żeby pobudzić przepływ krwi, która rozprowadzi truciznę po organizmie. W końcu sparaliżowane zwierzę spada na ziemię. To unikalny i podobno charakterystyczny tylko dla Huaorani sposób łapania małp.

Po tej gonitwie jesteśmy wykończeni, spoceni, bez tchu. Wódz oczywiście bez cienia zmęczenia ochoczo gna dalej na przód i tylko on wie w którą stronę, bo my w tych pagórkowatych przestrzeniach dżungli czujemy się jak we mgle. Po drodze Indianin udziela nam tropikalnej lekcji przyrody, objaśniając z której palmy robi się kosze i hamaki, z jakich lian naszyjniki, pokazuje rośliny lecznicze, a także na naszych oczach wchodzi ze zwinnością małpy na drzewo, żeby uciąć liany chondodendronu, z których później zeskrobuje korę, bo właśnie z niej pozyskuje się cenną truciznę.

Żona wodza
Żona wodza
© Paweł Zgrzebnicki

Żona wodza

Po sześciu godzinach masakrycznie umęczeni docieramy do naszego obozowiska. Tak oto Indianin w średnim wieku przegonił młode białasy po lesie.

Jeszcze tego samego dnia uczestniczymy w codziennym życiu rodziny. Obserwujemy jak wódz z zebranej kory ekstrahuje kurarę, potem uczestniczymy w zawody w strzelaniu z dmuchawki do banana. Kiedy siedzimy w chacie, do środka wbiega mała dziewczynka trzymając jakieś zwierzątko bez skóry. Kiedy przypatrujemy się z bliska stwierdzamy, ze jest to… płód jakiegoś ssaka. Chwilę później zagadka zabawki małej Indianki zostaje wyjaśniona - syn wodza wkracza do wioski niosąc na barkach zabitą sarnę, która jak się okazuje była w ciąży. Zwierzę wypatroszono i po usunięciu wnętrzności dano płód dzieciom do zabawy. Takie właśnie naturalistyczne obrazy towarzyszą nam w indiańskiej gościnie nad Rio Tiguino.

O zmierzchu wracamy do naszego obozu, żeby umyć się w rzece jeszcze za dnia. Pozostając w nieufności do wodnych stworzeń, kąpiel odbywa się na stojąco w kaloszach. Indianie przychodzą do nas codziennie i uczestniczą w każdym posiłku. W dżungli bardzo trudno zdobywa się pożywienie, a kiedy ono już jest dostępne, trzeba zjeść ile się da, ponieważ nie wiadomo kiedy będzie następna okazja. Czyli: jedz póki jest! Tego są nauczeni tak, że korzystając z obecności gringos jedli, jedli i jedli. Ile im Maestro nałożył na talerz, tyle zjedli. Nic nie do siebie kulinarnie pasować: ryż z warzywami i kurczakiem, na to ser, chleb, ryba też jeszcze mogła być. Zjadają wszystko!

Bameno

[03.02.2010]

Indianka przygotowująca chichę
Indianka przygotowująca chichę
© Paweł Zgrzebnicki

Indianka przygotowująca chichę

Następnego dnia płyniemy do Bameno. Ponieważ jesteśmy już za dopływem rzeki Shiripuno, poziom wody znacznie się podniósł. Pomogły również deszcze ostatnich dni tak, że podróż przebiega nam sprawnie i gładko. Po około 2 godzinach jesteśmy na miejscu. Tutaj też nie witają nas nadzy Indianie z penisami podwieszonymi na sznurku, ale radośni mieszkańcy w odzieży rodem z naszej cywilizacji.

Jest zupełna dowolność ubioru. Młode dziewczyny noszą T-shirty, starsze częściej nagie do pasa w spódnicy, a niektóre w samych majtkach. Noszą dużo naszyjników, starsi mają charakterystyczne wielkie dziury w uszach, które od wieków dodawały urody i świadczyły o mądrości. Przywitał nas Aua, najstarszy w wiosce zwany dla wtajemniczonych „Dziadkiem Dzidkiem”. Kiedyś najstarszy a tym samym najważniejszy i dowodzący w wiosce. Dzisiaj się to już zmieniło. Prym wiedzie jego syn, który nauczył się hiszpańskiego, skończył szkołę w mieście i dba o interesy wioski Bameno. Tak naprawdę to oglądaliśmy ostatnie tchnienia życia kultury Indian Huaorani. Po kontakcie z naszą cywilizacją wszystko się zmienia i tak jak to zawsze w historii się działo silniejsza cywilizacja wchłania słabszą. Przetrwają tylko Ci, którzy żyją w zupełnym odosobnieniu.

Idziemy w głąb wioski, wszędzie brudno, porozrzucane rzeczy, tu beczka, miska nawet muszla klozetowa, ale tym rozgardiaszem się absolutnie nie przejmują. Sami chodzą w tak umorusanych rzeczach, że trudno znaleźć na nich czyste miejsce.

Wewnątrz chaty tradycyjnie jest ognisko, stoi dmuchawka oparta o ścianę, krewni i znajomi leżą w hamakach i zawzięcie o czymś dyskutują. Jedzą czerwone owoce palmy, które gospodarz akurat miał na ogniu, starsza kobieta przygotowuje chichę.

Po drugiej stronie rzeki mieszka jeszcze kilka rodzin, jest także szkoła i lądowisko dla awionetek.

W tej wędrówce przez wioskę towarzyszy nam gromadka dzieci, kobiety niosące swe małe pociechy w chustach, podąża za nami niemały tłum - przecież jesteśmy dla nich jak telewizja! Nasze zdumienie budzi Murzyn. Otóż jak się okazuje, jedna z kobiet przyprowadziła go sobie z miasta a społeczność nowego „Indianina”zaakceptowała. To również dowód postępujących zmian w plemieniu.

Canoe mieszkańców Bameno
Canoe mieszkańców Bameno
© Piotr Minkiewicz

Canoe mieszkańców Bameno

Wiele zmienili też misjonarze, którzy postanowili niegdyś nawracać Indian. Z jednej strony załagodzili stosunki między plemionami, które jeszcze w latach 70-tych toczyły do tego stopnia krwawe walki, że populacja Huaorani była poważnie zagrożona wyginięciem. Indianie zabijali też z dużym okrucieństwem poszukiwaczy ropy, jako intruzów na ich ziemi i do pewnego czasu żaden biały człowiek nie przeżył spotkania z krwawymi Huaorani.

Z drugiej też strony, misjonarze wykorzenili wiele zwyczajów z kultury Indian, a bez tych obrzędów, kultura skazana jest na wymarcie. Huaorani już nie przebijają sobie uszu, bo Chrześcijanie wpoili im, że to wymysł diabła. Szamani nie używają już Ayahuasca, a właśnie tą drogą wcielali się w krążące po dżungli jaguary i dowiadywali się co dzieje się w okolicy, czym żyją mieszkańcy lasu. Tak więc kultura i styl życia Huaorani ciągle się zmienia i kto wie co zastaniemy tu za kilkanaście lat?

Po południu wracamy do naszego obozowiska, gdzie Maestro czeka już na nas z obiadem. Oczywiście przyszli też Indianie, tak akurat w porze obiadowej :-)

Tej nocy pada deszcz. Dobrze, bo ułatwi nam to powrotną podróż. Z kolei nasze rzeczy, które w tych tropikach nie schną już od kilku dni coraz bardziej pogrążają się w stęchliźnie.

Nazajutrz od świtu zwijamy mokre namioty, pakujemy zatęchłą odzież, czyli wszelkie efekty lasów deszczowych. Zapakowani, ruszamy o 8.00. Faktycznie poziom wody się podniósł, nabieramy pełnej prędkości i bez problemu pokonujemy przeszkody, na których w tą stronę traciliśmy masę czasu. Po kilku godzinach przeliczamy czas, porównujemy odległości i wychodzi nam, że powinniśmy dotrzeć do Bataburo Lodge już dziś! Z tą nadzieją na czyste i suche spanie przemierzamy kolejne kilometry rzeki.

Rodzinne ognisko Indian Huaorani
Rodzinne ognisko Indian Huaorani
© Paweł Zgrzebnicki

Rodzinne ognisko Indian Huaorani

W pewnym momencie Freddy orientuje się, że silnik nie do końca dobrze pracuje. Zatrzymujemy się na przegląd i z wielkiej beczki chłopcy zlewają ostatni kanister paliwa. Po krótkiej debacie, płyniemy dalej. Przy kolejnym przystanku okazuje się, że silnik pobrał ¾ kanistra, tzn. dziesięć razy więcej niż powinien! No to przerwa na lunch i remont silnika. Najpierw znajdują pękniętą uszczelkę w pompie paliwa. Francesca pyta czy mamy banknot jednodolarowy. Patrzymy na nią zdziwieni: po co komu dolar w środku dżungli, kiedy mamy zepsuty silnik? Ale jest życzenie to i banknot się znalazł. Maestro wziął go do ręki, przeciął na pół i zainstalował na miejsce uszczelki. No tak! Banknot ze względu na dużą zawartość bawełny, nie rozmaka i może doskonale służyć za filtr! Jeszcze raz szacunek dla Maestro!. Chłopcy przeczyścili jeszcze gaźnik i możemy ruszać, ale paliwa jest niewiele. W tym momencie możemy zdecydować się na awaryjne rozwiązanie, bo niedaleko stąd jest dojście do ścieżki, która prowadzi do naszego celu, to jakieś pięć godzin szybkiego marszu. Maestro odważnie decyduje, że paliwa powinno starczyć - jedziemy!

Przejmuje ster i z wyczuciem dokręca gaz, a Freddy trzyma przechylony kanister zbierając każdą kroplę benzyny. Rzeka wije się okrutnie, zatacza wielką pętlę, żeby znów wrócić do tego samego miejsca i tak za każdym zakrętem wypatrujemy w napięciu drewnianych schodków Lodge'a.

Nagle z nieba spada ulewny deszcz i z góry leją się na nas wiadra wody. W ciągu kilku minut przemakają nawet nieprzemakalne sztormiaki. W końcu w strugach deszczu dostrzegliśmy nasz dom! Rany, dojechaliśmy! Na oparach benzyny! Mamy niesamowite szczęście, że ulewa dopadła nas na ostatnim odcinku drogi i że nie musieliśmy pchać łódki pod prąd. Doszczętnie przemoczeni, ale szczęśliwi chowamy się do suchego schronienia i rozkoszujemy na nowo docenionym luksusem. Wykafelkowana łazienka, deski pod stopami, światło dostępne do 22.00, zamiast rzeki prysznic (z wodą z tej samej rzeki oczywiście), łóżko, pościel.

Umyci, wysuszeni i szczęśliwi siadamy w barze. Cuatro cervezas por favor! Szczęście osiągnęło apogeum!

Freddy z anakondą
Freddy z anakondą
© Paweł Zgrzebnicki

Freddy z anakondą

W Lodge'u spędzamy jeszcze jeden sielankowy dzień. Podczas spaceru po lesie odbywamy szaloną pogoń za dzikimi świniami. Pościg kończy się sukcesem, ale zaprawdę powiadam Wam: nie jest łatwe. Kiwamy się w hamaku, pływamy łodzią po jeziorze, a na zakończenie dnia płyniemy na połów piranii. Tu niestety nie mamy dobrych wyników jak w pogoni za pekari, bo drapieżne szczęki małych rybek zrywały nasze krwawe przynęty nie zaczepiając o haczyk.

Następnego dnia ostatni raz siadamy na łódź. Powrót niezwykle uatrakcyjnia nam Freddy, kiedy gołymi rękami chwyta anakondę! Mogliśmy dokładnie przyglądnąć się jej z bliska, zmierzyć i… pogłaskać.

Z niemałym sentymentem żegnamy się z tym niezwykłym światem przyrody, który przyciąga swym pięknem, a zarazem niepokoi, intryguje i budzi respekt.

Z łodzi przesiadamy się do ciężarówki i pod płaczącym rzewnymi łzami niebem wracamy do Coca.

Następnego dnia z Coca lecimy samolotem do Quito. Korzystając z wolnego popołudnia w stolicy, gasimy jeszcze niedosyt pamiątkowych zakupów.

Nazajutrz opuszczamy ciepłe geograficznie i kulturowo klimaty Ameryki Południowej. Odfruwamy do zimnej Europy.

Tekst: Barbara Kozioł
Chcielibyśmy podziękować naszym wspaniałym towarzyszom podróży - Basi i Piotrkowi - tylko dzięki nim ta wyprawa była jedną z najwspanialszych przygód jakie do tej pory przeżyliśmy. Dziękujemy także obojgu za udostępnienie zdjęć a Basi składamy szczególne podziękowania za wspaniałą relację.
Przygotowując wyprawę i relację korzystano z następujących opracowań:
  • Regis St. Louis, Michael Grosberg, Lucy Burningham, Aimee Dowl, Ecuador & the Galapagos Islands, Lonely Planet, Footscray 2009, 8th edition
  • World Mapping Project, Peru - mapa 1:1500000 (publikacja zawiera mapę dużego obszaru Ekwarodu), Reise Know How