Używamy plików cookies, w celu ułatwienia nawigacji, opracowania statystyk, dostosowania serwisu do preferencji użytkownika oraz przy współpracy z serwisami zewnętrznymi takimi jak Google, Facebook i Twitter. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji o plikach cookies znajduje się tutaj oraz w naszej polityce cookies. Zamknij

Argentyna, Urugwaj - 2013/2014
Galeria zdjęć
Na skróty
1. Buenos Aires
2. Patagonia
3. Colonia del Sacramento
4. Córdoba – San Agustín del Valle Fértil
5. Park Narodowy Ischigualasto
6. Park Narodowy Talampaya - Belén
7. Belén - Minas Capillitas
8. Minas Capillitas – Tafí del Valle
9. Tafí del Valle - Cafayate
10. Cafayate
11. San Antonio de los Cobres
12. Tilcara
13. Salta - Córdoba
14. Córdoba
15. Puerto Iguazú
16. Buenos Aires
Mapa

Niektórzy mówią, że Argentyna to najpiękniejszy kraj na świecie. Jeżeli spojrzeć wybiórczo na jej perły natury, takie jak lodowce Patagonii, geologiczną historię ziemi w Ischigualasto, czy zjawiskowe wodospady Iguazú, można by sądzić, że próbują one zrekompensować bezkresne pustkowia, niekończonych się pamp tego kraju. Podobnie jak kulturowo daleko poganiającemu bydło gaucho do bywalców salonów Buenos Aires wypełnionych rytmem tanga, a tym z kolei do indiańskich pasterzy kóz, gdzieś wysoko w Andach.

[25.12.2013]

W słoneczny poranek Bożego Narodzenia 2013 roku, kiedy większość Polaków zasiada do świątecznego śniadania, my zasiadamy w przedziałach pociągu Inter City i podążamy do stolicy.

Smakując zapakowane do pudełek potrawy wigilijne w pędzącym pociągu, doznajemy osobliwego dysonansu poczucia tradycji i permanentnego imperatywu poznania świata. Nasze położenie mówi samo za siebie o tym, który z czynników zwyciężył tę walkę.

Nigdy nie widziałam tak opustoszałego Dworca Centralnego, nie ma na nim nikogo prócz nas i… Pani Martyny Wojciechowskiej. Rany! To niesamowite, tym bardziej że przed wyjazdem nabyłam książkę o Argentynie z cyklu „Kobieta na krańcu świata”, więc chyba nie można było sobie wymarzyć piękniejszego początku podróży niż dedykacja naszej niezwykłej podróżniczki „z życzeniami super wyprawy do Argentyny”.

Najpierw lecimy do Paryża, a stamtąd do Buenos Aires przez kolejne 13 godzin. Jak to zwykle bywa w międzykontynentalnych przestworzach, przez całą noc bez powodzenia szukamy dobrego ułożenia dla odcinka szyjnego kręgosłupa, ale stateczność pokładu tego powietrznego potwora rekompensuje ten dyskomfort, dając spokój w aspekcie psychicznym.

Buenos Aires

[26.12.2013]

Plaza de Mayo (Buenos Aires)
Plaza de Mayo (Buenos Aires)
© Paweł Zgrzebnicki

Plaza de Mayo (Buenos Aires)

W Buenos bez problemu przechodzimy przez odprawę paszportową, a deklaracji celnych, które wypełnialiśmy w samolocie, nikt nie sprawdza. W końcu wychodzimy na świeże powietrze i sekundę później dobitnie odczuwamy rzeczywiste warunki atmosferyczne. Czekając na transport, w jeansach i pełnych butach czujemy, jak z minuty na minutę coraz większy gorąc kumuluje się w naszych ciałach i coraz bardziej czerwieniejemy na twarzach.

Lotnisko jest oddalone o 38 km od centrum miasta, więc dojazd do Garden Hostel położonego przy alei San Juan zajmuje nam trochę czasu. Miejsce ma typowo "backpakerski" charakter, a więc taki, w którym wartości społeczne przedkłada się nad wartości indywidualnego komfortu i higieny. Jest 42o C i nawet miejscowi mówią, że to wyjątkowa temperatura jak na to lato. Nasze pierwsze, najmocniejsze wrażenia ze stolicy wiążą się więc z tym, jak ogłupiałe, przygotowane na zimę organizmy nie mogą poradzić sobie z nadmiarem ciepła. Temperaturowe ogłupienie spowalnia nam ruchy i nieco umniejsza przyjemność odkrywania nowego miejsca. Snujemy się po wąskich uliczkach noga za nogą, nerwowo wypatrując najmniejszego cienia. Ponad naszymi głowami, piętrzą się piękne kolonialne kamieniczki najczęściej ze zgrabnymi balkonikami i drewnianymi okiennicami, przyozdobione roślinnymi ornamentami. Nieraz sąsiadują ze współczesnymi plombami i mimo znacznej różnicy wieku dobrze ze sobą współgrają.

Kierujemy się do Plaza de Mayo – miejsca, w którym odbywały się najważniejsze wydarzenia polityczne w historii Argentyny. Poczynając od tych najkrwawszych, jak choćby bombardowanie 16 czerwca 1955 roku, przeprowadzone w celu stłumienia demonstracji na rzecz obalenia prezydenta Perona, poprzez przemówienia kolejnych głów państwa z balkonu Casa Rosada, po spotkania Stowarzyszenia Matek z Placu Majowego. W latach siedemdziesiątych, podczas tzw. „brudnej wojny” prowadzonej w czasie wojskowej dyktatury, szereg młodych osób ginęło bez śladu. Ich matki, przyodziane w białe chusty z wypisanymi imionami poszukiwanych bliskich, spotykały się na placu w każdy czwartek o wpół do czwartej po południu. Pomimo wielokrotnych gróźb oraz prób rozproszenia, zrozpaczone kobiety przychodziły na plac, protestując przeciw barbarzyńskiemu reżimowi. Poprzysięgły, że będą przychodzić dopóty, dopóki nie odzyskają swoich dzieci. Odwiedzają plac po dziś dzień … .

Kolejne miejsce, które warto odwiedzić w Buenos, to Cafe Tortoni - kawiarnia otwarta w 1858 roku, gdzie swego czasu stałymi bywalcami byli m.in. Witold Gombrowicz i Albert Einstein. Przed wejściem tłoczy się kolejka w oczekiwaniu na miejsce. Przez drzwi widzimy piękne, eleganckie wnętrze, z czerwonymi kolumnami, ogromnymi żyrandolami i drewnianymi wykończeniami ścian i okazałego baru. Stojąc tak, wyobrażamy sobie, jak dawnymi czasy wyglądały tu spotkania światowej elity, do późnej nocy rozprawiającej o sztuce i polityce.

Pomimo że 92% Argentyńczyków to katolicy, nie odczuwamy bożonarodzeniowego nastroju, a przynajmniej w aspekcie komercyjnym nie jest on tak mocno zaznaczony, jak w Polsce.

Na głównych ulicach można zauważyć pewne świąteczne akcenty, niektóre sklepy i bary ozdobione są nastrojowym oświetleniem i dekoracjami, ale całości nie towarzyszy pretensjonalna nachalność, która tak powszechnie razi w Europie. Najbardziej spektakularnie wyglądają udekorowane bombkami i lampkami drzewka cytrusowe i inne, niespotykane u nas egzotyczne rośliny. Większość sklepów, restauracji i znaczna część punktów usługowych jest otwartych; życie toczy się normalnie.

Miła dziewczyna spotkana w dalszej części podróży opowiedziała nam sporo na temat różnic w sposobie obchodzenia świąt przez Europejczyków i mieszkańców Argentyny. Miała okazję spędzić kilka lat w Niemczech, gdzie podobnie jak w Polsce, Święta Bożego Narodzenia obchodzone są dość spektakularne. W tej kwestii jednak, Argentyna na tle Europy wypada dość niemrawo. W dzień Wigilii na przykład, rodziny co prawda spotykają się na wspólnym obiedzie bądź kolacji, ale już wieczorem w towarzystwie przyjaciół wędrują do baru lub na dyskotekę. Bardziej ortodoksyjni Chrześcijanie spędzają wigilijny wieczór w kościele, ale również im rzadko przeszkadza późniejsza luźna atmosfera, jakże daleka od naszego stereotypowego wyobrażenia o tym wyjątkowym czasie.

Patagonia

[27-30.12.2013]

Trekking w El Chalten, Park Narodowy Los Glaciares
Trekking w El Chalten, Park Narodowy Los Glaciares
© Paweł Zgrzebnicki

Trekking w El Chalten, Park Narodowy Los Glaciares

O świcie dnia następnego, z lotniska Aeroparque, które obsługuje loty krajowe, lecimy do El Calafate. Kiedy lot zaczyna nam się dłużyć, okazuje się, że lecimy z przystankiem w mieście Ushuaia, położonym 500 km na północ od naszego celu. Dzięki temu możemy powiedzieć, że byliśmy na końcu świata, ponieważ Ushuaia to najbardziej wysunięte na południe miasto na kuli ziemskiej, a w jego porcie rzeczywiście widnieje tablica z napisem Fin del Mundo. Krajobraz tego tajemniczego, osnutego lekką mgłą skrawka lądu, robi wrażenie dość surowego. Poszarpany brzeg zostawił daleko w morzu skaliste wysepki rozsiane po całej zatoce, a wokół piętrzą się góry przykryte śnieżną czapą.

W końcu docieramy do miejsca przeznaczenia – jesteśmy w najpopularniejszej wśród turystów i tym samym najdroższej części Argentyny. Patagonia już w drodze z lotniska rozpościera przed nami bezkresne, rozciągające się po wzgórzach i równinach pampy. Nie widać ani jednego zielonego drzewa, wszędzie tylko przygruntowe trawy, niskie krzewy o drobnych liściach a pomiędzy nimi połacie suchej ziemi. Temperatura waha się w granicach dziesięciu stopni Celsjusza i wieje mocny wiatr, który każe nam zarzucić wierzchnie okrycia.

Mieszkamy w pensjonacie Posada del Angel – prywatnym domu z częścią pokoi podnajmowaną turystom. Po hostelowym noclegu, dom rodzinny jest dla nas wcieleniem luksusu. Uprzejmy gospodarz wita nas na progu, całując w policzek, czyli tak, jak to robią w Argentynie wszyscy, niezależnie od płci, stopnia zażyłości i okoliczności. Schludny, miły, gościnny dom jest dla nas wspaniałą bazą w patagońskiej części wyprawy.

Na ulicach El Calafate pełno jest markowych sklepów z ubraniami sprzętem sportowym, budek z pamiątkami, restauracji i biur podróży, czyli wszystkich komercyjnych udogodnień, które pomóc mają w masowej konsumpcji turystyki. Ulegamy nieco tej tłocznej atmosferze i idziemy zakosztować sławetnej argentyńskiej wołowiny. Kiedy na stół wjeżdża stek argentyński w moich oczach widać przerażenie. To kawał mięcha o wymiarach 10 na 10 centymetrów, gruby niemal na cal, dosłownie jakby był odrąbany ze zwierza i rzucony na grilla. Samo mięso jest naprawdę smaczne, choć jego forma nieco osłabia apetyt.

Po miasteczku wałęsa się niewiarygodna ilość psów. Nie są to małe brudne kundle, ale duże zadbane czworonogi, często z obrożą i co najciekawsze – absolutnie łagodne. Leżą w poprzek chodnika, podchodzą do ludzi, nie okazując za grosz agresji, tak, jakby miały zupełnie odmienny charakter od polskich zacietrzewionych czworonożnych kolegów. Zresztą z ludźmi jest podobnie.

Po południu jedziemy do Glaciarium, położonego 6 km od centrum miasta budynku, w którym wystawy, filmy i bogactwo eksponatów pozwala zdobyć wiedzę o lodowcach. W położonym na wietrznym pustkowiu muzeum, różne prezentacje wyjaśniają historię działalności glaciologów, sposób powstawania lodowców, zjawiska związane z przemianami śniegu i lodu, rozmieszczenie lodowców na świecie i wszelkie odkrycia z nimi pokrewne. To taki teoretyczny wstęp do tego, czego doświadczymy za dwa dni.

Wieczorem szukamy miejsca, które stroniłoby od panoszącej się komercji i trafiamy do minibrowaru – Minicerveceria Chopin. Jesteśmy zauroczeni miejscem już od pierwszych chwil, kiedy barman na powitanie podaje nam do degustacji trzy rodzaje piwa. Zamawiamy dzbanek czerwonego, które ma jeszcze posmak drożdży, jest mętne, prawdziwe i dobre.

Następnego dnia jedziemy autobusem 250 kilometrów do El Chalten – miejscowości, która stanowi bazę wypadową dla turystów na wszelkich stopniach zaawansowania, a także wspinaczy nisko- i wysokogórskich. Droga przecina bezduszną pampę. Co jakiś czas na horyzoncie pojawiają się najróżnorodniejsze formy gór, od ostrych klifów, łagodnych pagórków, po ośnieżone skaliste szczyty. Na tym odcinku mijamy co najwyżej trzy zamieszkałe osady. Patrząc na tę przestrzeń, odnoszę wrażenie, że to obraz nowej, dopiero co uformowanej po wypiętrzeniach ziemi, na której jeszcze nie zdążyło osiedlić się życie. Od czasu do czasu sen pasażerów przerywa głośny klakson, którym kierowca przegania z drogi zdezorientowane gwanako, czy nandu.

Zmyślna prognoza pogody w Glaciarium (El Calafate)
Zmyślna prognoza pogody w Glaciarium (El Calafate)
© Paweł Zgrzebnicki

Zmyślna prognoza pogody w Glaciarium (El Calafate)

Autobus zatrzymuje się przy siedzibie parku narodowego Los Glaciares. Zgodnie z wydanym poleceniem, wszyscy muszą wysiąść i posłuchać przewodniczki, która pokrótce opowiada o możliwościach wycieczkowych, zachowaniu czystości i o zwierzynie, jaką można spotkać na szlaku. Z absolutnym spokojem wyjaśnia schemat postępowania w przypadku napotkania pumy, tak, jakby konfrontacja z zabójczym kotem była tu czymś na porządku dziennym.

Przemierzamy El Chalten na piechotę. Miasteczko jest małe, klimatyczne, gustownie zagospodarowane a na drugim jego krańcu znajdują się wejścia na górskie szlaki. Zaczynamy się piąć w górę do polodowcowego jeziora Laguna Capri, zostawiając w dole rozległą dolinę z krętym korytem rzeki Río de las Vueltas. Jest słonecznie, ciepło, ale cały czas towarzyszy nam nieustanny, niesłabnący, przenikliwy wiatr.

Kiedy docieramy do jeziora, rozumiemy już, że ten wiaterek tuż za miastem, był jedynie lekkim ruchem powietrza. Przy jeziorze jesteśmy w stanie wytrzymać tylko kilka minut. Ledwo spojrzeliśmy na pionowe, granitowe ściany skalistych szczytów, a już porywisty, lodowaty wiatr dosłownie nas stamtąd wywiał. Pozostawiając na szlakach tych, którzy chcieli się zbliżyć do trzytysięczników, stanąć na lodowcu, słuchać wartkich rzek, czy doświadczyć innych uroków tego cudownego, aczkolwiek srogiego zakątka ziemi, wróciliśmy do cywilizacji.

W kolejnym dniu zwiedzamy największą bodaj atrakcję turystyczną Patagonii, czyli lodowiec Perito Moreno. Aby się dostać w jego pobliże, wykupiliśmy zorganizowaną wycieczkę. Znów jesteśmy w Parque Nacional Los Glaciares. Do lodowca droga wiedzie wzdłuż brzegu Lago Argentino, które jest największym zbiornikiem wodnym Argentyny. Kiedy docieramy na miejsce i podchodzimy do pierwszego punktu widokowego, dech zapiera nam w piersiach. Naszym oczom ukazuje się ogromne pole lodowe o nierównomiernej powierzchni, poprzecinanej pęknięciami, z których głębi bije czysty, nieskazitelny błękit. To dynamiczny i jednocześnie najbardziej dostępny lodowiec na ziemi. Ma trzydzieści kilometrów długości, pięć kilometrów szerokości i wznosi się na wysokość sześćdziesięciu metrów ponad poziomem jeziora. Położony jest jedynie sto osiemdziesiąt metrów ponad poziomem morza, będąc jednocześnie jednym z najniżej położonych lodowców na świecie, a zarazem trzecim, największym zbiornikiem świeżej wody na Ziemi.

To ogromne pole lodowe zachowuje się jak wielki organizm, który nieustannie porusza się, pełznąc do przodu nawet do dwóch metrów dziennie. Na skutek miejscowych naprężeń pęka, czemu towarzyszy odgłos podobny do grzmotów podczas burzy. Tak tworzą się wszechobecne szczeliny. W wyniku tych ruchów co jakiś czas z jego czoła odrywa się ogromna bryła lodu i z wielkim hukiem wpada do jeziora. To spektakularne zjawisko przyciąga tu tabuny turystów, którzy ze wzrokiem utkwionym w lodowiec, wyczekują momentu, kiedy fragment niebieskiego kryształu, niczym bomba wpadnie z impetem do wody, wyzwalając ogromną falę na jeziorze. Także i my stoimy jak zahipnotyzowani, wpatrując się w lodowego potwora, w niewiarygodny błękit, wsłuchując się w chłodną ciszę i wyczekując przecudnego pokazu natury.

Perito Moreno jest osadzony w nisko położonej dolinie wśród Andów. Od milionów lat wilgotne powietrze znad Pacyfiku kumuluje się nad górami, a następnie woda z chmur skrapla się w postaci śniegu. W ciągu setek lat, kolejne warstwy śniegu, na skutek własnego naporu i ciśnienia ulegają krystalizacji i tworzą masę lodową.

Lodowiec Perito Moreno, Park Narodowy Los Glaciares
Lodowiec Perito Moreno, Park Narodowy Los Glaciares
© Paweł Zgrzebnicki

Lodowiec Perito Moreno, Park Narodowy Los Glaciares

Po dwóch godzinach wpatrywania się w cudowny widok, płyniemy łodzią na minitrekking po lodzie, który odbywa się w bocznej części Perito Moreno. Lodowiec zachowuje się jak rzeka, której środkowa część (czyli główny nurt) porusza się najszybciej i tam dochodzi do największych przemieszczeń, natomiast brzegi są bardziej statyczne i dlatego tu właśnie odbywają się wędrówki. Mimo zapewnień przewodników o bezpieczeństwie, po monstrualnej strukturze lodowca kroczymy z lekkim dreszczykiem emocji. Oczywiście poruszamy się w rakach, które przyodziano nam na wyznaczonych specjalnie do tego celu stanowiskach. Co jakiś czas ukazują nam się pęknięcia, szczeliny, wyrzeźbione przez migrującą wodę kanały i tunele, odsłaniając przed nami cząstkę błękitnych czeluści. Świadomość, że pod naszymi stopami znajduje się siedmiuset metrowa warstwa poruszającego się lodu, jest naprawdę porażająca.

Na koniec wycieczki wypijamy podane przez organizatorów whisky z lodem z... lodowca, rzecz jasna! To wspaniałe uwieńczenie dzisiejszych niezwykłych przeżyć. Nazajutrz opuszczamy tę „Krainę Wiatrów”. Nasi gospodarze serwują nam kontynentalne śniadanie, a potem żegnają się z nami tak serdecznie, jakbyśmy się znali co najmniej od dekady.

Dziś mamy „dzień drogi”. Lecimy do Buenos Aires, tam z lotniska bierzemy taksówkę do portu, skąd promem przepływany deltę Río de la Plata i późnym wieczorem dobijamy do brzegu urugwajskiego miasteczka Colonia del Sacramento. Od portu, idąc małymi, spokojnymi uliczkami, docieramy do hostelu El Viajero.

Colonia del Sacramento

[31.12.2013 - 1.01.2014]

Sylwestrowe śniadanko składa się (a jakże!) z dżemu i czegoś w rodzaju karmelowego kremu, który umownie nazwaliśmy „krówką” (smak wielce podobny do rodzimych cukierków). W oryginale, przysmak nosi nazwę Dulce de Leche, a w polskiej terminologii kulinarnej – kajmak.

Dzień przeznaczamy na zwiedzanie pięknego miasteczka, docenionego także przez UNESCO. Colonia del Sacramento, założone w 1680 roku przez Portugalczyków, umacniało swoją handlową pozycję między innymi poprzez sprzedaż przemycanego towaru, co rozjuszało panujących na drugim brzegu Hiszpanów w Buenos Aires. Po prawie stu latach ciągłych oblężeń miasta, zatargów i bitew, w 1777 roku doszło w końcu do formalnego przejęcia władzy przez Hiszpanów.

Na ulicach Colonia del Sacramento widać sporo zabytkowych samochodów (Urugwaj)
Na ulicach Colonia del Sacramento widać sporo zabytkowych samochodów (Urugwaj)
© Paweł Zgrzebnicki

Na ulicach Colonia del Sacramento widać sporo zabytkowych samochodów (Urugwaj)

To jedno z najpiękniejszych i najlepiej zachowanych kolonialnych miasteczek Ameryki Południowej. Wąskie, małe, brukowane uliczki, kamienice i domki przyozdobione wspaniałymi ornamentami. Gdzieniegdzie przy murach budynków wyrastają krzewy z obfitymi różowymi kwiatami, tworząc iście bajkowy klimat. Mimo że na każdym kroku, w restauracji, na ulicy, w sklepie z pamiątkami, tłumnie gromadzą się turyści, nie zakłóca to spokoju miasta i swobodnie można się błąkać po jego tajemniczych zakątkach. Nigdy nie widziałam też takiej ilości zabytkowych samochodów w jednym miejscu! Stare auta stanową jakby stałą scenografię. Niektóre z pięknych okazów, właściciele wystawiają na sprzedaż.

Po południu na hostelowym patio, spragnieni warzywnej uczty robimy sobie sałatkę i otworzywszy szampana, zaczynamy celebrować ostatni dzień tego roku. Popołudnie jest bardzo upalne tak, że nawet nasze skąpe sukienki stanowią nadmiar odzienia, a ocienione patio nie daje dostatecznego wytchnienia.

O północy wszyscy zbieramy się przy recepcji. Uroczyście zostaje podany cydr oraz „ciastko z owocami”, które okazuje się pysznym keksem. Nie tylko w naszym hostelu, ale w całym miasteczku nie ma hucznych zabaw, pijanej młodzieży na ulicy, czy wybuchających co krok petard. Tylko gdzieniegdzie w wypełnionych po brzegi restauracjach pogrywa kapela i daje się słyszeć pojedyncze fajerwerki, tak jakby każdy ze spokojem godził się z upływającym czasem, ot kolejna kartka z kalendarza. Dlaczego w Europie jest tyle emocji i huku związanych z Sylwestrem? A może tutaj, na południu, wszystko przyjmowane jest z większym spokojem i Nowy Rok jest na to kolejnym dowodem?

W noworoczne popołudnie wracamy do Buenos Aires, by kolejnego dnia polecieć w głąb lądu do Córdoby.

Córdoba – San Agustín del Valle Fértil

[2.01.2014]

Pobudka o 3:30. Zbieramy dobytek i opuszczamy hotel, taksówka zawozi nas na lotnisko. Poranek jest ciepły i spokojny. Podczas gdy my pijemy na lotnisku poranną kawę, na zewnątrz zaczyna padać dość intensywny deszcz. Choć zbiera się na burzę, na razie, nic wzbudza to naszych obaw. Kiedy zbliża się godzina odlotu, zostaje nadany komunikat, że nasz samolot jest opóźniony 30 minut. Trudno – trzeba poczekać. W końcu wzbijamy się w powietrze, ale po pewnym czasie, mimo że teoretycznie osiągamy wysokość przelotową, nie osiągamy żadnej stabilizacji. Za oknami gęste chmury, leją się strugi wody i rzuca samolotem jak na rodeo. Co jakiś czas niebo rozświetla błyskawica i uświadamiamy sobie, że jesteśmy w samym środku burzy. Niekończące się turbulencje miotają nami w górę i w dół, co prowokuje u nas najczarniejsze myśli. Ręce zaciśnięte na poręczach, ciało przyparte do fotela, a czas dłuży się nieubłaganie. W końcu, po półtorej godziny walki z żywiołem, słychać wyczekiwany komunikat o rozpoczęciu lądowania. Ufff... to był najgorszy lot życia, a lądowanie najszczęśliwszym momentem.

Na lotnisku czeka na nas już przedstawiciel wypożyczalni samochodów. Po załatwieniu wszelkich formalności pakujemy się w malutką Toyotę Etios i ruszamy w trasę. Naszym celem jest dzisiaj San Agustín de Valle Fértil, żeby tam dojechać musimy pokonać dziś 500 kilometrów. Droga nr 38 za Córdobą wiedzie jeszcze przez kilka mniejszych miasteczek m.in. Cosquin, w którym wymieniamy amerykańskie dolary po bardzo dobrym kursie. Za każdego "Waszyngtona" dostajemy 9 peso. Pieniądze zdecydowanie korzystniej niż w banku, wymienić można w punktach nieoficjalnie świadczących taką usługę, na przykład w hotelu lub restauracji.

Stacja benzynowa w drodze do San Agustín del Valle Fértil
Stacja benzynowa w drodze do San Agustín del Valle Fértil
© Paweł Zgrzebnicki

Stacja benzynowa w drodze do San Agustín del Valle Fértil

Wkrótce wyjeżdżamy poza cywilizowany teren i wokół otaczają nas zupełne pustkowia. Jak okiem sięgnąć, ciągną się suche, piaszczyste równiny, porośnięte sukulentową roślinnością i mizernymi trawami. Jadąc, nawet przez kilkadziesiąt minut nie spotkamy żadnego domu, żadnego sklepu, żadnego człowieka, a mijają nas co najwyżej dwa samochody. W końcu widzimy stację benzynową. Pomimo że bak w większości jest jeszcze wypełniony, chcemy zatankować, bo nie wiadomo co będzie dalej, albo – stosowniej należałoby powiedzieć – czy cokolwiek będzie dalej. Podjeżdżamy na stację, a na dystrybutorze wisi nabazgrane no hay nafta (pol. benzyny brak). No ładnie! Widać, trzeba zmienić sposób myślenia gringo: to, że jest stacja benzynowa, nie znaczy jeszcze, że jest benzyna! Na dalszej trasie mijamy jeszcze dwie stacje benzynowe bez benzyny i dopiero na trzeciej z ulgą dopełniamy bak.

Kiedy zjeżdżamy z drogi nr 38, kierując się na San Ramón, kończy się asfalt i dalej podążamy drogą szutrową, zostawiając za sobą tumany pyłu. Krajobraz przez to robi się jeszcze bardziej surowy i mamy wrażenie, że jesteśmy na końcu świata. Po chwili, przy drodze widzimy wyschnięte ciała krów i koni. Mają spętane tylne nogi stalową linką, która pozostała na samych kościach powleczonych resztkami skóry. Dlaczego tam się znalazły, nie dowiedzieliśmy się nigdy, ale na pewno ten obraz zagęścił atmosferę tego dzikiego pustkowia. Dalej spotykamy kilka krów i w pełni sił biegającą wzdłuż drogi trzy"osobową" końską rodzinkę, która dziko żyje sobie na tej bezkresnej przestrzeni. Wbrew pozorom nie są to tereny niczyje, ponieważ często wzdłuż drogi widzimy rozciągnięte ogrodzenie złożone z kilku stalowych linek, które ograniczają teren posiadłości.

W końcu docieramy do celu, czyli San Agustín de Valle Fértil, małego miasteczka, na które składa się tradycyjny centralny skwer z kościołem (zwany po prostu la plaza) i otaczające go kilka ulic z bardzo skromnymi domami. Spośród ofert noclegowych wybieramy Cabañas Jorgito - samodzielne domki z kuchnią, łazienką i dwoma pokojami o standardzie raczej skromnym. Korzystając z kuchennej niezależności, postanowiliśmy sami ugotować sobie wieczorną strawę. Robimy zakupy w uniwersalnym sklepie przemysłowo – gospodarczym gdzie można nabyć siano, drewno, mięso, warzywa i wino z regionu San Juan. Wkrótce w garnku powstaje wspaniały makaron z warzywami w sosie pomidorowym. Nie ma jak „domowa” kuchnia!

Park Narodowy Ischigualasto

[3.01.2014]

Rekonstrukcja szklieletu dinozaura z Ischigualasto
Rekonstrukcja szklieletu dinozaura z Ischigualasto
© Paweł Zgrzebnicki

Rekonstrukcja szklieletu dinozaura z Ischigualasto

Jedziemy do jednej z największych atrakcji regionu – do Parku Narodowego Ischigualasto. Poruszamy się wśród krajobrazu, z którym powoli zaczynamy się oswajać: wśród bezkresnego pustkowia z marną roślinnością, nad którą górują monumentalne kaktusy. Gdzieś na horyzoncie ogromne masywy górskie porośnięte „wypłowiałą” zielenią zamykają widnokrąg scenografii rodem z pierwszorzędnego westernu.

Zwiedzanie parku odbywa się tylko z przewodnikiem, ale każdy jedzie swoim autem, poruszając się w kolumnie i zatrzymując tylko w wyznaczonych punktach. Mimo wczesnej godziny, żar leje się z nieba i czujemy jak pali naszą skórę. Park Ischigualasto to miejsce niezwykłe pod względem krajobrazowym i geologicznym, które w dokładny i piękny sposób opowiada nam historię Ziemi i jej biologii. To jedyne miejsce na świecie, w którym znaleziono kompletny zapis całego okresu triasu w postaci skał, osadów, roślin, a także skamieniałości dinozaurów. Żadne inne miejsce na Ziemi tak szczegółowo nie przedstawia sześciu formacji geologicznych sprzed 250 milionów lat.

Na początku naszej wędrówki po parku podjeżdżamy do formacji skalnej, która w swoim przekroju obrazuje jeszcze starszy kawałek historii ziemi, począwszy od paleozoiku, z charakterystyczną czarną warstwą zwęglonych szczątków organicznej materii okresu karbonu w jej dolnej części.

Dalej stajemy nad doliną, w której biały piasek przeplata się w głąb z zielonkawymi i szarymi warstwami ziemi. To dawne koryto rzeki a dziś raj dla paleontologów. Znaleziono bowiem tutaj setki całkowitych, kompletnych szkieletów różnych gatunków dinozaurów. Zwierzęta często próbowały przedostać się na drugi brzeg rzeki, a te, którym się nie udało, możemy dzisiaj oglądać w muzeum. To one właśnie przekazały nam wiedzę o historii życia triasu.

Park Narodowy Ischigualasto
Park Narodowy Ischigualasto
© Paweł Zgrzebnicki

Park Narodowy Ischigualasto

Różnorodność kolorów, formacji skalnych i kształtu terenu dają niezwykły, prawdziwy, namacalny spektakl historii naszej planety. Doliny wyłożone na przemian monochromatycznymi glinkami, pyłem wulkanicznym i innymi minerałami, rzeźby z piaskowców, czy dominujące na horyzoncie czerwone klify gór Cerros Colorados. 630 km2 parku to istna geologiczna i paleontologiczna perła.

Po trzech i pół godzinach spędzonych w tych pustynnych warunkach, jemy małe co-nieco w tutejszym barze i jedziemy do drugiego parku - Talampaya. Niestety, kiedy docieramy na miejsce, jest już późne popołudnie i zwiedzanie musimy przełożyć na dzień następny. Jedziemy więc do najbliższego miasteczka Villa Union, gdzie znajdujemy sympatyczne cabañas na granicy miasta.

Park Narodowy Talampaya - Belén

[4.01.2014]

O 9:00 rano, z pierwszą grupą zwiedzających park Talampaya, pakujemy się do minibusa i ruszamy w kolejną geologiczną podróż. Jedziemy wąską doliną, a potężne, czerwone klify górują wysoko ponad nami. Na porozrzucanych głazach widnieją rysunki pozostawione przez żyjącą tu przed 1500 laty ludność z kultury Diaguita. W języku Quetchua, Talampaya oznacza „drzewo na rzece”. To najbardziej prawdopodobna etymologia nazwy parku, ponieważ cały czas poruszamy się w dawnym korycie rzeki, która ukształtowała spektakularne formacje skalne. W jednym z miejsc woda wyżłobiła w czerwonym piaskowcu słupy o szpiczastym wierzchołku, dlatego punkt ten nazwano "Katedrą Gotycką". Upodobanie do wymownego nazewnictwa na tym się nie kończy, ponieważ zaraz obok stoi "Wielbłąd". Wokół rozpościera się pustynia, a na horyzoncie rysują się góry, wśród których dominuje ośnieżony szczyt Belgrano o wysokości 6250 m n.p.m., który stanowi jeden z czterech szczytów masywu Famatima.

Wracamy do samochodu. Kiedy jednak próbuję otworzyć naszą Toyotę, okazuje się, że nie działa zamek centralny i w sekundę później z bólem uświadamiamy sobie przyczynę tej usterki. Zostawiłam zaświecone światła, które całkowicie rozładowały akumulator! A przecież pan z wypożyczalni ostrzegał, że nie ma sygnalizacji dźwiękowej, która informuje o zaświeconych światłach po wyłączeniu silnika!

Park Narodowy Talampaya
Park Narodowy Talampaya
© Paweł Zgrzebnicki

Park Narodowy Talampaya

Zwracamy się o pomoc do strażników parku, z którymi próbujemy zapalić auto "na popych". Niestety, akumulator jest wyczerpany całkowicie, pozostaje więc szukanie kabli rozruchowych. Na szczęście te szybko się znajdują i szybko cieszymy się ze sprawnie działającego samochodu. Panowie strażnicy byli bardzo mili i bez wahania rzucili nam się na pomoc. Jednak w przyszłości musimy być bardziej uważni, bo na tym odludziu następnym razem możemy nie mieć takiego szczęścia!

Ruszamy i kierujemy się na północ. Dalsza droga prowadzi przez góry, więc tym razem omijamy już Villa Union i skręcamy na Pagancillo, w kierunku przełęczy pomiędzy pasmem gór Famatima a Sierra de Sanogasta. Skręcamy z drogi krajowej, czyli ruta nacional, w lokalną ruta provincional. Tym samym nawierzchnia zmienia się na szutrową. Zdążyliśmy się już zorientować, że wyasfaltowane są tylko drogi krajowe, ale malutka Toyota sprawdza się doskonale także na szutrze. Dalej, ostrymi serpentynami pniemy się w górę. Droga jest w remoncie tak, że miejscami przewężenia dochodzą do dwóch metrów szerokości, a za krawędzią drogi czai się potężna przepaść. Kiedy mijamy już spektakularne wyżyny, kolejnym przystankiem jest miasteczko Chilecito, gdzie według sugestii przewodnika Lonely Planet atrakcji nie brakuje.

Parkujemy w centrum i szybko okazuje się, że wszystkie lokale są zamknięte z powodu święta i nikt nam nie przyrządzi nawet pizzy. Ruszamy więc w poszukiwaniu atrakcji. Najpierw docieramy do Museo Molino San Francisco, czyli młyna należący do założyciela miasta Chilecito, niejakiego Don Domingo de Castro y Bazán. Niestety miejsce również jest zamknięte, mimo że według naszego przewodnika także i w święta można je odwiedzić. Być może komuś nie chciało się po prostu otworzyć? Postanawiamy zdobyć kolejną atrakcję, czyli podmiejską posiadłość – finca Samay Huasi. Znalezienie jej graniczy z cudem i zajmuje nam pół godziny. W końcu, kiedy wjeżdżamy pod prąd w jednokierunkowa ulicę, człowiek jadący z naprzeciwka mówi, żeby jechać za nim i dopiero wyprowadza nas w prawidłowym kierunku. Po drodze mijamy Chirau-Mita, czyli ogród kaktusów, również zamknięty, więc zza siatki robimy mu parę zdjęć. Potem kluczymy jeszcze po małych uliczkach i zagadnąwszy kolejne dwie osoby w poszukiwaniu drogi, w końcu dostrzegamy na zakręcie wjazd do Samay Huasi. Mieszkał tu niejaki Joaquin Gonzalez, argentyński senator, minister sprawiedliwości, gubernator prowincji La Rioja i rektor prestiżowego uniwersytetu La Plata w Buenos Aires. Sympatyczny młody człowiek wita nas u bram posiadłości i oprowadza po domu Gonzaleza. Oglądamy salon, sypialnię i pomieszczenia, gdzie zgromadzono jego zapiski i dokumenty. Zarówno architektura całego budynku, jak i wnętrza części mieszkalnej mają skromny, prosty charakter, nie na żadnych zdobień, ornamentów. Front domu osłania cień arkad podpartych prostymi, kwadratowymi w przekroju kolumnami. Z tyłu domu rozciąga się mała winnica, w której degustujemy ukradkiem bardzo słodkie, pyszne winogrona. Na co dzień funkcjonuje tu hotel, którego goście mogą odpocząć w sielskiej atmosferze.

Pisząc o Chilecito, warto wspomnieć jeszcze o jednym ważnym wątku historycznym. Na potrzeby kopalni usytuowanej wysoko w górach, wyprowadzono z miasteczka kolejkę, która miała 40 kilometrów długości i wznosiła się na wysokość 4603 m. n.p.m.! Budowę zakończono w 1904 roku. Z kopalni wydobywano złoża metali takich jak złoto, srebro i miedź. Do dziś można zwiedzać dzieło dawnej inżynierii, wożącej przed laty górników w wysokie Andy.

Droga do Belén
Droga do Belén
© Paweł Zgrzebnicki

Droga do Belén

Z Chilecito podążamy dalej, sławną drogą Ruta 40, biegnącą wzdłuż Andów, od granicy z Chile na południowym krańcu Argentyny, po granicę z Boliwią na północy. Jest ona jedną z najdłuższych dróg świata, dwukrotnie dłuższą od Route 66, oraz australijskiej Stuart Highway. Za Chilecito, droga 40 to w dużej mierze proste odcinki aż po horyzont, wokół pustynny krajobraz, wyschnięte koryta rzek i snujące się w piekącym skwarze wychudzone i spragnione dzikie konie, bydło czy osły. Na przestrzeni setek kilometrów nie ma prawie zielonej roślinności, żadnego źródła wody, dlatego przy poboczu widujemy także zwłoki zwierząt leżące tam dłuższego czasu.

Kiedy docieramy do Belén, na la plaza możemy po raz pierwszy zobaczyć argentyńskich kowbojów – gaucho – w pełnej krasie, konno, w swych oryginalnych ubiorach. Są mocno pijani, a to zapewne w związku z sobotnim wieczorem. Pozują do aparatu, zapraszają do robienia zdjęć, więc wykorzystujemy ich stan upojenia i uwieczniamy wspólnie kolorowe chwile.

Tej nocy, siedząc w hostelowym pokoju, jeszcze długo dają się słyszeć odgłosy hucznej zabawy wraz z jeżdżącym i grającym samochodem wypełnionym bardzo rozrywkowymi dziewczętami. I tak do czwartej rano...

Belén - Minas Capillitas

[5.01.2014]

Ruiny El Shincal
Ruiny El Shincal
© Paweł Zgrzebnicki

Ruiny El Shincal

Rano cofamy się 12 km do miasteczka Londres, by stamtąd skręcić do El Shincal. To ruiny miasta założonego w 1470 roku przez Inków, usytuowanego w dolinie otoczonej niewielkimi górami. Jest kolejny upalny dzień, a jego gęstą atmosferę przeszywa świdrujący, hałaśliwy odgłos cykad. Gdy idziemy dalej w stronę ruin, cichnie odgłos owadów i otacza nas absolutna cisza.

Do dziś niewiele pozostało ze starej cywilizacji. W 1991 roku w toku prac archeologicznych ruiny częściowo odkopano i odbudowano kilka budynków. Na środku ruin znajduje się centralny plac, obok zabudowania spichlerza i dawnej administracji, kilkadziesiąt metrów dalej można wspiąć się na wzgórze, na które prowadzi sto ostrych, kamienistych schodów. Wywyższenie stanowiło strategiczny punkt obserwacyjny oraz miejsce prowadzenia różnych uroczystości. Z góry najlepiej widać zarys murów i niektórych domów. Całą resztę przykrywa piach, nadal strzegąc historii tego miejsca.

Dzisiaj mamy jechać dalej Ruta 40, a pod wieczór chcemy dotrzeć do Tafí del Valle. Dochodzimy jednak do wniosku, że możemy nieco urozmaicić sobie trasę, aby znowu nie przemierzać setek kilometrów w linii prostej przez pustkowia. Powstaje plan, aby dojechać nieco na skróty, na wschód w kierunku San Miguel de Tucumán, odbijając po pewnym czasie na północ. Chcemy podążać mniejszymi, ale ciekawszymi drogami. Z Belén kierujemy się więc do odległego o 83 kilometry Andalgalá. Już po trzydziestu kilometrach kończy się asfalt i rozpoczyna szuter poprzecinany poprzecznymi bruzdami, wokół drogę otacza pustynny klimat i nieustanny żar z nieba. W pyle, szumie i permanentnych drganiach docieramy w końcu do pośredniego celu. Dalej kierujemy się w kierunku kopalni Alumbrera, kiedy jednak za miastem chcemy skręcić w kolejną drogę, zatrzymujemy się, bo w poprzek trasy ktoś poukładał kamienie. Dochodzimy do wniosku, że ktoś oznakował drogę jako nieprzejezdną. Ciągnie się ona przez góry, więc być może gdzieś dalej trakt się oberwał, lub droga została podmyta? Mamy więc problem, ponieważ do cywilizowanej drogi z każdej strony jest daleko, a od Tafi dzieli nas potężne pasmo górskie Sierra Aconquija.

Co prawda na mapie zaznaczona jest jeszcze jedna droga na północ, która przechodzi przez to pasmo i dołącza do ruta 40, ale patrząc na jej kształt i ilość serpentyn, mamy wielkie obawy, czy to na pewno byłby dobry wybór. Z powrotem do Belén też nie chce nam się jechać, mając w perspektywie zaczynanie trasy od początku... Postanawiamy zapytać miejscowych o to, jak naprawdę wygląda ta droga na północ, uprzednio wygrzebując w słowniku kluczowe słowo transitable, czyli "przejezdna". Gospodarze najbliższego domu zapewniają nas, że nie ma żadnego problemu, droga jest wąska, kręta, ale "wszyscy tędy jeżdżą". Drogę tą wytyczono, aby można było dotrzeć do nadal funkcjonujących tam kopalni Capillitas. Ze spokojem więc ruszamy w górę. Po obu stronach drogi, ładne zadbane domostwa, dużo zieleni, a my brniemy w nieznane. Ponad zabudowaniami droga mocno się zwęża, do maksymalnie dwóch metrów szerokości i biegnie wciśnięta w zbocze góry. Szybko pniemy się coraz wyżej, a wokół nas rozpościera się coraz piękniejszy widok na potężne masywy górskie. Jednocześnie, przepaście z boku drogi stają się coraz bardziej przerażające. Andy są przeogromne, w tej perspektywie nasza droga jest zaledwie małą ścieżynką, która wije się po zboczu. Na jego krawędzi, kiedy droga przechodzi z jednej pochyłości na drugą, zakręt tworzy kąt ostry i nie widać kompletnie nic co jest poza nim. Żeby uniknąć katastrofy, trąbimy co chwilę na niespodziewanych współuczestników drogi.

Przełęcz czy Minas Capillitas - 3800 m. n.p.m
Przełęcz czy Minas Capillitas - 3800 m. n.p.m
© Paweł Zgrzebnicki

Przełęcz czy Minas Capillitas - 3800 m. n.p.m

Nasza mała Toyotka wygląda kuriozalnie na tej off-roadowej wycieczce wśród coraz bardziej przybliżających się potężnych masywów górskich. W najwyższym punkcie mamy na GPSie wysokość 3200 m n.p.m. Za tym miejscem droga powoli zaczyna się obniżać, oddychamy więc z ulgą, to już koniec wspinaczki. Dojeżdżamy do drogowskazu kierującego do Minas Capillitas, w których wydobywany jest rodochrozyt, narodowy kamień Argentyny, zwany Różą Inków. W tym miejscu jest też kilka domów, duże gospodarstwo ze stadem bydła, koni i kóz, potem kościół, szkoła i parę domostw. Dalej, droga się prostuje, znów wracają pustynne krajobrazy i kaktusy, ale nawierzchnia jest gorsza, nierówna, z dużą ilością kamieni i większych głazów. Prowadzi wzdłuż pofałdowanego zbocza, w którym widoczne są wyżłobione koryta rzek. Strumienie, płynąc z gór, wydrążyły wgłębienia w poprzek drogi, zostawiając po sobie naniesiony żwir i kamienie. W tym okresie lata wszystkie rzeki są już wyschnięte. Nasze szosowe auto bardzo dobrze radzi sobie z tymi przeszkodami, czasem tylko wysiadamy, żeby było lżej lub usuwamy co większe kamienie. Przemierzamy koleją i kolejna rzekę i nagle znów widzimy kamienie równo ułożone przez kogoś w poprzek drogi! Wysiadamy, żeby ocenić stopień trudności przeszkody. Znajdujący się przed nami rów jest tak głęboki, że nie ma możliwości, aby przejechać tak małym samochodem. Zaczynamy więc układać kamienie i budować most. Po ułożeniu wstępnej konstrukcji przymierzamy się, lekko zjeżdżając w dół. Niestety, jeszcze kilka centymetrów i przód ugrzęźnie na dobre. Z trudem wyciągamy samochód z powrotem z kamienistego nawisu.

Jesteśmy sami, wokół żywej duszy, żadnego samochodu, nie możemy liczyć na żadną pomoc. Jechaliśmy trzy i pół godziny przez wysokie góry, jedyna droga jest zablokowana i nie ma żadnej alternatywnej trasy. Postanawiamy, że wrócimy do Minas Capillitas i poprosić o pomoc.

Niestety jedyny spotkany człowiek jest kompletnie pijany i można z nim nawiązać kontakt co najwyżej wzrokowy. Wracamy więc na szczyt, do miejsca, gdzie mijaliśmy pasterzy i ich dom. Po krótkiej rozmowie, dowiadujemy się, że nie ma innej drogi, a miejscowi mogą nam służyć jedynie końmi. Jest godzina szósta po południu, za dwie godziny będzie kompletnie ciemno, dlatego nie możemy wracać przez góry, bo na diabelskich serpentynach źle by się to skończyło.

Musimy zostać tutaj na noc. Bierzemy od gospodarzy wodę, jemy kolację, a potem przy winku, w absolutnej ciszy gór, na wysokości 3000 m n.p.m., pod niewiarygodnie rozgwieżdżonym niebem, delektujemy się tymi niezwykłymi okolicznościami. Noc spędzamy w samochodzie.

Minas Capillitas – Tafí del Valle

[6.01.2014]

Poskromieni przyrodą Andów, pokonujemy z powrotem tę sama drogę oswojeni już z przepaściami, wąską krętą drogą i wręcz przytłaczającymi górami. Gdy wjeżdżamy do Andalgala, cywilizacja cieszy nas jak nigdy dotąd. Siadamy na kawie przy centralnym skwerku i obserwujemy poranne życie miasteczka.

Kilka godzin później, z pokorą wracamy przez Belén na Ruta 40 doceniając asfalt pod kołami i mknąc dalej przez pustkowia. Powierzchnia Argentyny jest dziewięć razy większa niż Polski, liczba ludności obu krajów jest zbliżona, a 1/3 Argentyńczyków mieszka w obszarze Buenos Aires. Powierzchnia bezludnych terenów jest naprawdę ogromna.

Jezioro Angostura w Tafí del Valle
Jezioro Angostura w Tafí del Valle
© Paweł Zgrzebnicki

Jezioro Angostura w Tafí del Valle

W miarę jak zbliżamy się do Tafí, robi się coraz bardziej zielono i w końcu zjeżdżamy do miasteczka usytuowanego nad jeziorem. Miejscowość otaczają łagodne wzgórza, na których pasie się było, konie, a czasem nawet przechadza się lama. Tafí del Valle to idylliczna dolina znajdująca się w sercu górskiego łańcucha Aconquija i uważana jest za świętą dolinę Diaguita – wspomnianej już grupy plemion indiańskich żyjących od VIII do XVI wieku.

Oglądamy Parque de los Menhires, w którym zgromadzono ponad 100 rzeźbionych obelisków, wykonanych przez kulturę Tafí 2000 lat temu oraz muzeum Casa Duende – miejsce magiczne. U progu wita nas mężczyzna w średnim wieku z mocnymi indiańskimi rysami. Mały budynek o bajkowej architekturze wypełniony jest rzeźbami, figurkami i obrazami a każdy z przedmiotów ma swoje miejsce i znaczenie w tutejszej kulturze. Indianin, po hiszpańsku, przy mocnej gestykulacji rąk objaśnia nam symbolikę owych przedmiotów. Serwuje nam ponad godzinną rozprawę o historii, bóstwach, źródłach wierzeń, kulturze Indian, symbolice i wielu innych tematach, a robi to iście fascynujący sposób. Wychodzimy stamtąd oczarowani, z innym spojrzeniem na przeszłe i teraźniejsze cywilizacje.

Tafí to miejscowość bardzo popularna turystycznie, a szczyt sezonu nie ułatwia nam znalezienia noclegu. W końcu po pukaniu od hostelu do hostelu znajdujemy sympatyczne, czyste i miłe cabañas Ernes Huasi.

Tafí del Valle - Cafayate

[7.01.2014]

Leżące w dolinie ogromne jezioro La Angostura, wielkim łukiem okala droga, dzięki której mamy dziś nadzieję zwiedzić całą okolicę. Naszym pierwszym celem jest dziewiętnastowieczna estancia Las Carreras, która mieści się po przeciwnej stronie jeziora. Wokół pięknego jednopoziomowego domu rozciąga się zadbane gospodarstwo, zagrody z bydłem otoczone kamienistym murem sąsiadują z łąkami, na których pasą się piękne, dorodne konie. Otoczenie rozległych zielonych wzgórz, cisza i bliskość zwierząt sprawia, że miejsce to ma niezwykłą atmosferę.

Jadąc dalej, przewijają nam się przed oczyma równie piękne sielankowe obrazy, soczyście zielone łąki i stada zwierząt beztrosko wałęsające się po stromych zboczach, Na drodze staje nam stado bydła, które leniwie patrząc w naszą stronę, bardzo niechętnie ustępuje nam miejsca.

Wkrótce opuszczamy ten uroczy zakątek argentyńskiej ziemi i kierujemy się do Cafayate, ale po drodze mamy do zobaczenia jeszcze dwie duże atrakcje. Siedemdziesiąt kilometrów za Tafí znajduje się Museo Pachamama. Cały obiekt, czyli główny budynek, mury ogrodzenia, ogród, a nawet toaleta ozdobiony jest mozaiką z kamieni ułożonych w figury i wzory o indiańskich motywach. W muzeum znajduje się część geologiczna przedstawiająca historię tej części ziemi, minerały, skały Andów, a także kamienie szlachetne na czele z rodochrozytem z jakże bliskiej nam kopalni Capillitas. Druga część muzeum dotyczy Indian i innych przodków tej ziemi, ich narzędzi, ubrań, naczyń i stylu życia. Na podwórku wszystko dalej konsekwentnie jest wyłożone kamienną mozaiką, nawet okrągły stół z krzesłami, przy których palące słońce nie pozwala nam za długo posiedzieć.

Ruiny Quilmes
Ruiny Quilmes
© Paweł Zgrzebnicki

Ruiny Quilmes

Ruszamy dalej, a kolejny przystanek robimy przy ruinach Quimles. To pozostałość ogromnego miasta zbudowanego prawdopodobnie przez ludność Diaguita, datowanego około roku 800 naszej ery. Miasto rozciągało się na zboczu góry na powierzchni 30 hektarów i mieściło około 5000 mieszkańców. Kształt pomieszczeń rysuje dzisiaj metrowej grubości mur ułożony z kamienia, którego najwyższe części odsłonili archeolodzy, a cała reszta pozostała zasypana piachem. Niezwykłą chwałą tego miasta był fakt, że w 1480 roku autochtoni odparli atak Inków, którzy przybyli z Peru, próbując zasiedlić te tereny. Historia miasta niestety kończy się wraz z inwazją Hiszpanów, którzy pokonali Quilmes, zdziesiątkowali ludność, a ocalałym z rzezi kazali iść pieszo 1500 kilometrów do Buenos Aires. Część ludności zdołała uciec, część pojmanych zmarła z wycieńczenia, do stolicy dotarło 480 osób.

Wspinamy się na te tysiącletnie mury, podziwiając bezmiar przestrzeni, jaka rozpościera się przed nami, piach i górujące ponad mizerną roślinnością niepokonane kaktusy.

W końcu umykamy z palącego słońca i jedziemy w dalszą drogę. W pewnym momencie robi się bardziej zielono, potem mijamy winnice i to oznacza, że zbliżamy się do celu. Cafayate tętni życiem, w centrum pełno sklepów, restauracji ze stójkowymi, którzy wabią turystów do środka i wszystko wskazuje na to, że jesteśmy w bardzo popularnej miejscowości turystycznej. Odczuwamy to również, poszukując miejsca na dwie noce. W większości hosteli brakuje miejsc, ale po dłuższych wędrówkach znajdujemy w miarę sympatyczny pokój będący kompromisem ceny i standardu.

Cafayate

[8-9.01.2014]

Cafayate to drugie po Mendozie argentyńskie centrum wina. Warto zaglądnąć więc do muzeum wina, Museo de la Vid y el Vino, które w tajemniczej aranżacji przedstawia specyfikę regionu podniesionej do rangi mistycyzmu. W muzeum wychwalany jest klimat, geologia, a nawet absolutnie czyste niebo górujące nad miastem, dające światłem gwiazd swój nieoceniony wkład w doskonały smak tutejszych win.

Winnica w Cafayate
Winnica w Cafayate
© Paweł Zgrzebnicki

Winnica w Cafayate

Miasteczko usytuowane jest na wysokości 1700 m n.p.m. w dolinie Calchagui otoczonej wysokimi górami.To najwyżej położony region na świecie, gdzie uprawia się winorośl na skalę przemysłową. Występują tutaj duże dobowe różnice temperatur, które nie pozwalają owocom osiągać dużych rozmiarów, ale dzięki temu w drobnych gronach kumuluje się skoncentrowany smak i aromat. Teren jest słabo nawodniony i ponoć właśnie dlatego rośliny czerpią podziemną wodę nasyconą minerałami z bogatych w odpowiednie składniki okolicznych skał. W rzeczywistości, są one po prostu precyzyjnie nawadniane wodą miejską, co widzimy chwilę później na winnych plantacjach.

Właśnie po to, aby zweryfikować ową poezję całego procesu otrzymywania wina, jedziemy do małej, organicznej winnicy Bodega Mounier. Na skrawku ziemi rozciągają się wypielęgnowane krzewy winogron z dojrzewającymi już dorodnymi kiśćmi w kolorze fioletowym. Ze względu na kierunek wiatrów krzewy zorientowane są z północy na południe. Jest cicho, spokojnie i przy pewnej dozie dobrej woli, można faktycznie doszukać się tu mistycznie nadnaturalnej atmosfery.

Wieczorem, kiedy siadamy na la plaza przy pizzy oraz winie, delektujemy się wspaniałą atmosferą letniego wieczoru. Mamy szczęście zobaczyć uliczny pokaz grupy tanecznej w pełnych kostiumach i choreografii. Młodzi chłopcy dumnie stukając kowbojskimi butami z mocnym przytupem, z poncho na ramionach i pięknymi kapeluszami, podejmują zalotna grę taneczną z dziewczynami w falbaniastych sukniach, a pełne wdzięku panny wirują wokół dzielnych kawalerów. Taniec narodowy Argentyny chwilę później podrywa na bruk rozbawioną publiczność.

Rano pakujemy Toyotę i ruszamy dalej na północ drogą nr 68. Trasa wiedzie malowniczą doliną Valle de Lerma. Jest to dość uczęszczany trakt, dlatego z łatwością orientujemy się, gdzie po drodze znajdują się godne uwagi atrakcje – w ciekawych miejscach z daleka widać skupiska parkujących samochodów. Najpierw zatrzymujemy się przy Quebrada de las Conchas – wielkim kanionie z pięknie kontrastującymi, czerwonymi skałami, podobnymi do tych znajdujących się w Parku Talampaya. Wśród strzelistych skał, odnajdujemy wyschnięte koryto rzeki. Na jednej ze ścian woda wyżłobiła korytarz i jaskinię, do której wszyscy wchodzą, poszukując na ścianach prastarych malunków. Następny przystanek to Garganta del Diablo, czyli Gardło Diabła, ogromny lej wydrążony w skale, który swoimi rozmiarami robi piorunujące wrażenie.

Lamy w San Antonio de Los Cobres
Lamy w San Antonio de Los Cobres
© Paweł Zgrzebnicki

Lamy w San Antonio de Los Cobres

Dalej droga wije się wzdłuż koryta rzeki, pomiędzy skałami, wciśnięta w zbocze, wzdłuż którego rozstawione są złowrogie znaki ostrzegawcze camino sinuoso. W miejscowości Alemania wysoko na zboczu skalnym pojawia się tor kolejki Tren a las Nubes. Będzie nam towarzyszył do końca dzisiejszego dnia, co raz pojawiając się setki metrów ponad naszymi głowami. „Pociąg do chmur” to najsławniejsza argentyńska trasa kolejowa, która swój początek bierze w Salcie. Jest dziełem sztuki inżynieryjnej, ponieważ do jej działania nawet na najbardziej stromych zboczach nie użyto kół zębatych, a tory zostały ułożone tak, by umożliwić zygzakowatą wspinaczkę pod górę. Po przejechaniu przez San Antonio de los Cobres pociąg zatrzymuje się na wysokim na 63 metry i długim na 224 metry wiadukcie La Polvorilla położonym na rekordowej wysokości 4220 m n.p.m.

Serpentyny i nachylenia górskiej drogi nie pozwalają nam na rozwinięcie dużej prędkości, powoli wznosimy się więc w górę w coraz surowszym otoczeniu Andów. Co jakiś czas mijamy gospodarstwo z kamienną chatą, stadem owiec i lam. Kobiety przyodziane w grube, kolorowe, wełniane chusty, z kapeluszami na głowach, i wysmaganymi słońcem ciemnymi twarzami. Obrazki do złudzenia przypominające Peru i Boliwię.

Około szóstej po południu wjeżdżamy do miasteczka San Antonio de los Cobres i mamy wrażenie, że jesteśmy gdzieś na innej planecie. Miasto założono na potrzeby pobliskiej kopalni rud srebra, złota i miedzi. Znajduje się na ono na wysokości 3775 m n.p.m., wśród otaczających go kamienistych szczytów Andów. W małych, wąskich uliczkach mieszczą się jednakowe niskie domki przykryte warstwą pyłu, wokół góry, a dalej długo, długo nic. W rysach mieszkańców wyraźnie widać cechy indiańskie. Patrzą na nas życzliwie, a my, zmęczeni drogą, jeździmy wzdłuż i w poprzek miasteczka szukając jakiegoś miłego hotelu.

Wieczorem zrywa się silny, zimny, wiatr, który hula po San Antonio i z hukiem podrywa dach hotelowego atrium. My w ten czas siedzimy w ciepłej jadalni i czekamy na zamówienie canelloni con verdura zaintrygowani niezwykłą atmosferą surowego miejsca, w scenerii wprost wyjętej z thrillera o zapomnianym mieście gdzieś wśród wysokich skał.

San Antonio de los Cobres

[10.01.2014]

O świcie budzi mnie organiczna rewolucja i bunt żołądka. Pomyślałam od razu: "no tak, makaron z jarzynami przeleżany i odgrzany w mikrofali; przecież nie mają świeżych warzyw na tym pustkowiu". Słabość przykuwa mnie do łóżka i czuję się bezpiecznie tylko blisko toalety.

La Polvorilla - najwyżej położony wiadukt kolejowy na świecie - 4220 m. n.p.m
La Polvorilla - najwyżej położony wiadukt kolejowy na świecie - 4220 m. n.p.m
© Paweł Zgrzebnicki

La Polvorilla - najwyżej położony wiadukt kolejowy na świecie - 4220 m. n.p.m

Po chwili okazuje się, że dysfunkcja pojawiła się również u innych członków załogi. Dopadły ich mdłości i ból głowy. Wkrótce zdajemy sobie sprawę, że to wszystko efekty choroby wysokościowej. Czuję się na tyle fatalnie, że chcę stąd jak najszybciej uciekać, byle niżej. Jednak pomimo że zbieram wszystkie siły, żeby się spakować i zawlec do samochodu, perspektywa większego stężenia tlenu nie jest tak bliska. Wyjeżdżamy z miasteczka, ale droga prowadzi przez jeszcze wyższy punkt, dla którego między innymi tu przyjechaliśmy – 4200 m n.p.m – wiadukt La Polvorilla. Droga jest absolutną męką i permanentną walką z odruchem wymiotnym. Kiedy zatrzymujemy się nad wspaniałym, strzelistym, odcinającym się stalowym połyskiem od górskiego otoczenia wiaduktem, nie mam siły nawet zrobić zdjęcia i tylko walczę z buntującym się nie wiedzieć, o co organizmem. Przecież jest pięknie !

Jesteśmy znów na Ruta 40, szutrowa droga prowadzi przez altiplano, czyli wysoko położony, plaski teren w Andach. Drogi ubywa, lecz mimo to nieznacznie obniżamy swoją wysokość. Kiedy już zdaje się, że będziemy zjeżdżać w dół, trasa niespodziewanie wznosi się znów o kilkaset metrów. Wokół nas piętrzą się góry w najróżniejszych, niesamowitych formach i kształtach.

Z Ruta 40 skręcamy na drogę nr 52 i po pewnym czasie przecinamy Salinas Grandes, czyli wielkie słone jeziora jaśniejące bielą pośród tych rozległych przestrzeni. Każdy robi tu sesję fotograficzną, przyjmując najróżniejsze pozy na białym tle krajobrazu. Wszyscy oprócz nas. Ledwo wypełzamy z samochodu, by zaraz usiąść na najbliższym kamieniu i mimo krytycznego gorąca przeszywają nas dreszcze. Nasza znikoma percepcja wystarcza jednak, by sprawić, że jesteśmy poruszeni przyrodniczym cudem krystalizujących, słonych jezior.

Jadąc dalej, już zdecydowanie obniżamy wysokość, wijąc się po serpentynach, aż do samego miasteczka Tilcara. W końcu jesteśmy na wysokości 2600 m n.p.m., odczuwając na razie tylko psychiczną ulgę.

Salinas Grandes
Salinas Grandes
© Paweł Zgrzebnicki

Salinas Grandes

Okazuje się, że kolorowa miejscowość to mekka turystów, po ulicach plątają się tłumy ludzi, a prym wiedzie rozbawiona młodzież. Jeżdżąc od hotelu do hotelu, po przeszło godzinie poszukiwań, z trudem znajdujemy lokum, cabañas przy polu namiotowym.

Dosłownie padamy na twarz i śpimy do wieczora. Z godziny na godzinę tuż obok, na polu namiotowym coraz bardziej rozkręca się impreza, której odgłosy słabną dopiero o 4:00 nad ranem.

Tilcara

[11-12.01.2014]

Wstajemy, a raczej zwlekamy się z łóżek osłabieni wczorajszą podniebną eskapadą, bez apetytu, ale poprawa samopoczucia jest diametralna i to nas cieszy. Jedziemy więc zwiedzać okolicę, w tym urocze, klimatyczne miasteczko Humahuaca, odległe o 25 kilometrów w poziomie i tylko 500 metrów w pionie. To mała, urokliwa górska mieścina, z wąskimi, wybrukowanymi uliczkami, żółtymi kamieniczkami i uroczym biało-szafirowym kościółkiem. Humahumaca jest jednocześnie wielkim centrum rzemiosła artystycznego, a na centralnym placu i bocznych uliczkach rozciągają rzędy straganów. Piętrzą się tu barwne swetry, obrusy, czapki i mnóstwo innego rękodzieła wykonanego z wełny alpaki i lamy. Każdy plac i zaułek oblężony jest przez handlarzy. Przepadamy na tym bazarze na przeszło dwie godziny. Łowy okazują się wielce udane, bo w końcu wychodzimy z pełnymi siatami zakupów.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się w miejscowości Huacalera, przez którą przebiega zwrotnik koziorożca i fakt ten upamiętniamy na zdjęciach, pozując pod wielkim obeliskiem z napisem Tropico del Capricorno.

Dziewczynka w Humahuaca
Dziewczynka w Humahuaca
© Paweł Zgrzebnicki

Dziewczynka w Humahuaca

Po powrocie tuż obok naszego domku słyszymy ludową muzykę, pomruki bydła i ogólne poruszenie. Biegniemy więc zobaczyć co się dzieje za płotem. Płacąc 30 peso, wchodzimy na imprezę, którą nazwałabym Gaucho Show. Zawody polegają na tym, że na plac wypuszczany jest zdezorientowany byk, a drużyna gaucho ma go spacyfikować, przez obalenie na ziemię i spętanie zwierzęcia. Wszyscy mężczyźni z najdrobniejszymi detalami zadbali o swój strój na sobotni wieczór. Koszula spięta pod szyją chustą, szeroki, ozdobny pas w spodniach schowanych w kowbojkach, poncho przerzucone luźno przez ramię i oczywiście kapelusz. Jeżeli żona towarzyszy mężowi gaucho, ona również ma koszulę w kolorze tym samym co mąż, także poncho i kapelusz. Pary wyglądają bardzo dostojnie. Wino i piwo leje się strumieniami, otępiając stopniowo umiejętności gaucho, którzy z godziny na godzinę coraz gorzej władają lassem ku pewnej uciesze byka. W przewie pomiędzy kolejnymi rozgrywkami, odbywają się tańce, których choreografia jest nam już znana z Cafayate. Potem słyszymy zza płotu, że zabawa trwa do północy, natomiast młodzież z pola namiotowego bawi się do świtu. Jesteśmy jeszcze zmęczeni dopiero co przebytą chorobą wysokościową, więc mimo hucznych zabaw zasypiamy kamiennym snem.

Kolejnego dnia ruszamy do tutejszej perły archeologicznej. To Pucará – obszar, na którym zrekonstruowano prekolumbijską fortyfikację datowaną na XI – XV wiek. Na zboczu znajdują się tarasowe zabudowania z kamienia przykryte dachem. Kamienne budynki mają stropy konstruowane z pni kaktusa i poprzecznie ułożonych tyczek bambusowych. Całość przykryta jest gliną. Dzięki takiej konstrukcji w środku jest chłodno i przyjemnie. Na samym szczycie wzgórza w 1950 roku wybudowano piramidę, ku czci prowadzących tu prace archeologów. Ot, drobna autopromocja.

Wyjeżdżając z miasta, mijamy Cerro de los Siete Colores, czyli Wzgórze Siedmiu Kolorów, które wygląda jak paleta kolorów powtarzająca się na wybrzuszeniach masywu górskiego. Powstało na skutek erozji i silnych deszczów, które wymywały kawałek zbocza, odsłaniając warstwy różnokolorowych skał. To prawdziwa uczta dla oka.

Zbaczamy z trasy do maleńkiego miasteczka Purmamarka, nad którym dalej rozciągają się te spektakularne, w najlepszym artystycznym wykonaniu formacje górskie. Warstwowo ułożone są najróżniejsze odcienie czerwieni, bordo i beżu, na drugim planie widać pagórek delikatnie przechodzący w zieleń, a ponad wszystkim dominuje jednolity szary szczyt masywu. Widok jest zniewalający.

Rodeo w Tilcara
Rodeo w Tilcara
© Paweł Zgrzebnicki

Rodeo w Tilcara

Po drobnych zakupach pośród straganów uginających się pod stosami barwnych materiałów, wyjeżdżamy z powrotem na trasę. Droga biegnie w dolinie Rio Grande wzdłuż kanionu Quebrada de Humahuaca. To ciąg dalszy przepięknej gry kolorów na górskich zboczach.

Późnym wieczorem wjeżdżamy do Salty i dość szybko udaje nam się znaleźć ładny, czysty hotel w stylu kolonialnym. Zrzucamy szybko manatki i idziemy – póki jeszcze widno – zobaczyć miasto. Warto wspomnieć o pięknym kościele św. Franciszka, którego czerwona fasada wspaniale kontrastuje z białymi kolumnami. W środku dominują pastelowe kolory różu i błękitu, tworzące miłą i przyjazną atmosferę. Ołtarze poboczne wraz z figurami dają jasny poblask, nie ma tu atmosfery mroczności i tajemnicy, z którą spotykamy się w europejskich XVIII-to wiecznych kościołach. Każdy z wiernych ma swojego faworyta, przed którym się modli. Dla mnie najbardziej niezwykła jest postać La Virgen de la Dulce Espera (pol. Dziewica Słodkiej Nadziei). Pierwszy raz widzę figurkę Matki Boskiej w stanie błogosławionym (!) w pięknej pastelowej różowej sukni. Podchodzą do Niej młode dziewczyny i głaszcząc Jej sukienkę, wznoszą do Niej prośby.

Plaza tętni życiem, ożywionym jeszcze przez uczestników rajdu Dakar, którzy przewijają się z pełnym wyposażeniem swoich skąpanych w pyle maszyn, czy też z tuzinem obłoconych groźnie wyglądających motocykli.

Salta - Córdoba

[13.01.2014]

Rano pakujemy nasz wóz prawie ciężarowy i kierujemy się już w drogę powrotną na południe do naszego punktu startowego. Mamy do przebycia 860 km do Córdoby. Za Saltą biegnie szeroka droga dwupasmowa. Nie jest to autostrada i czasami mijamy rowerzystę lub krowę. Pomimo to, droga pozwala na rozwinięcie większej prędkości, niż byliśmy w stanie jechać przez ostatnie dni. Przystanek robimy dopiero w San Miguel de Tucumán, mającym obficie zapisaną kartę w historii państwa. Właśnie tu, 9 lipca 1816 roku podpisano deklarację niepodległości Argentyny od Hiszpanii. Zwiedzamy Casa de la Independencia (pol. Dom Niepodległości) i salę, w której podpisano deklaracje, która jako jedyna pozostała niezmieniona. Resztę budynku przebudowano.

Salta
Salta
© Paweł Zgrzebnicki

Salta

Miasto zbudowane jest zgodnie z planem hiszpańskiej organizacji miasta. Jest więc la plaza a wokół centralnego placu znajdują się budynki z najważniejszymi instytucjami miasta. Okrążamy główny skwer, zawieszając oko na pięknych kamieniczkach, z których każda ma inną formę i ornamentykę.

Posileni pizzą ruszamy w dalszą drogę. Krajobraz wokół nas znów się zmienił i na nowo przyzwyczajamy się do zieleni. Otaczają nas równiny i na horyzoncie nie widać już gór. Droga jest absolutnie prosta, a z każdej strony otacza nas rozległa przestrzeń pampy. Pędzimy już bez przystanku. Miejscowości, które wstępnie typowaliśmy do noclegu, nie zachęcają do dłuższego pobytu. Mijamy wię Lavalle, Frias, i Recreo. Potem wjeżdżamy na teren Salinas Grandes, ale te znajdujące się tutaj, nie są już tak spektakularne jak słone jeziora na Andyjskim altiplano.

Przed północą jesteśmy w centrum miasta. Po niedługich poszukiwaniach udaje nam się znaleźć sympatyczne miejsce do spania. Po długiej trasie mamy dość, a jutro kolejny dzień kilkusetkilometrowej trasy.

Córdoba

[14.01.2014]

Hostel daje nam pełną swobodę kulinarną, tak, że po przydziałowym śniadaniu, uzupełniamy smaki produktami z naszego tzw. kartonu spożywczego, który przez cała trasę stanowił spiżarnię i zajmował jedną trzecią tylnego siedzenia. Znalazły się w nim lokalne rarytasy: serca palmowe i „krówka”, czyli Dulce de Leche. Potem pijemy herbatę w obszernym, przewiewnym salonie. Ociągamy się przed wyjściem na miasto, czując, że żar leje się z nieba. Mobilizujemy się dopiero dwóch kawach i trzeciej herbacie.

Centrum Córdoby
Centrum Córdoby
© Paweł Zgrzebnicki

Centrum Córdoby

Córdoba jest czysta, zadbanea, hiszpańskie kamieniczki odrestaurowane, a w ścisłym centrum część ulic jest wyłączona z ruchu. Są przepełnione ludźmi, sklepami, a te z kolei zarzucono tanimi, chińskimi towarami.

Centrum zwiedzamy dość pobieżnie i skupiamy się głównie na okolicznych kościołach. Oglądamy Iglesia de la Compania, datowany na 1645 rok, oraz neogotycki, mocno intrygujący Iglesia Sagrado Corazon z imponującą fasadą ozdobioną pięknym, rozbudowanym portalem i strzelistymi arkadami na każdej kondygnacji. Jedna z dwóch wysokich wież kościoła jest jakby niedokończona, tworząc niezwykłą asymetrię.

Miasto jest ruchliwe, tłoczne i w tym upale raczej trudno napawać się jego urokami. Popołudnie spędzamy więc w chłodzie naszego hostelu, popijając Yerba Mate.

Puerto Iguazú

[15-17.01.2014]

Oddajemy wspaniałą Toyotę Etios, która przez ostatnie dwa tygodnie stała się naszym drugim domem. W sumie przejechaliśmy nią 3930 km.

Lecimy na północ kraju, pod granicę brazylijską, do miasta Puerto Iguazú. Po wyjściu z samolotu uderza nas wilgotne, gorące powietrze tropików. Lotnisko oddalone jest 20 km od miasteczka, które jest jednym z najpopularniejszych kierunków turystycznych Argentyny.

Nazajutrz ruszamy do właściwego celu, czyli słynnych wodospadów. Autobus odchodzi sprzed naszego hostelu, przystanek znajduje się po przeciwnej stronie ulicy. Po kilku minutach oczekiwania wsiadamy do pojazdu wypełnionego po brzegi turystami. Kiedy znajdujemy się przed wejściem do Parku Narodowego, zdajemy sobie sprawę, jak bardzo to miejsce jest skomercjalizowane. Kilka kas obsługuje jednocześnie tabun turystów, a zaraz za wejściem gości witają wyasfaltowane dróżki, sklepy i nagabujący przewodnicy.

Park narodowy Iguazú
Park narodowy Iguazú
© Paweł Zgrzebnicki

Park narodowy Iguazú

Wodospady znajdują się w miejscu, w którym rzeka Iguazú dociera na skraj płaskowyżu i spada w przepaść. Wygląda to, jakby ziemia tąpnęła o kilkadziesiąt metrów w dół, przerywając ciągłość nurtu.

Parkowa kolejka zawozi nas na położony najwyżej w biegu rzeki punkt obserwacyjny – Garganta del Diablo (do tej nazwy Argentyńczycy mają wyraźną słabość...). Od przystanku idziemy po metalowych platformach zawieszonych nad wodą, biegnących daleko w nurt rzeki. Po chwili w oddali widzimy mgłę wysoko unoszącą się ponad wodą – to właśnie jest ów groźny, diabelski oddech. Stajemy na najdalej wgłąb wysuniętej platformie, by móc spojrzeć wprost w ten kłębiący się kocioł. Tysiąc siedemset metrów sześciennych wody w ciągu sekundy spada z bazaltowych klifów w 80-metrową przepaść. Siła i odgłos spadającej wody, z hukiem rozbijającej się o występy skalne jest poruszająca i z lekką trwoga patrzymy na to zjawisko. Ponad wodospadem w pryzmacie drobinek nieustannie wrzącej wody, cały czas tworzą się wielobarwne tęcze, a my po kilku minutach jesteśmy cali mokrzy.

Bez końca można patrzeć na ten wodny żywioł, nieustanie przelewający się po kaskadach w najróżniejszej formie, szerokości i natężeniu. W Parku naliczono 275 osobnych wodospadów, które ze wszystkich stron z niestrudzonym impetem przelewają każdej sekundy nieliczone masy wody.

Wodospady Iguazú
Wodospady Iguazú
© Paweł Zgrzebnicki

Wodospady Iguazú

W niżej położonym biegu rzeki można poruszać się pomiędzy kaskadami się po wytyczonych ścieżkach w prowadzonych gęstej atmosferze dżungli. Niestety cały czas poruszamy się w tłumie, a przy barierkach trzeba odczekać parę minut, by zrobić sobie samodzielne zdjęcie z wodospadem.

Nazajutrz powstaje plan znalezienia się w trzech państwach jednego dnia. Najpierw mamy zamiar dostać się do Parque Nacional do Iguaçu od strony brazylijskiej, potem zobaczyć co słychać w Paragwaju, aby na koniec wrócić do Argentyny.

Poruszamy się komunikacją miejską, więc najpierw dostajemy się do granicy argentyńskiej. Tam trzeba rzecz jasna wysiąść i się odmeldować. Punkt graniczny Brazylii jest odległy o trzy kilometry, tak, że trzeba znów czekać na autobus. Kiedy dostajemy pieczątkę brazylijską, czekamy na następny autobus, który zawiezie nas do Foz do Iguaçu – miasta położonego najbliżej wodospadów. Z dworca centralnego jedziemy kolejnym autobusem, który podwozi nas do bram Parku. Podróż czterema autobusami przez dwie godziny w piekącym upale – bezcenne! Strudzeni tą migracją siadamy na – a jakże – brazylijskiej kawie.

Zwiedzanie odbywa się tutaj autobusem, w którym kobiecy głos wydobywający się z głośników informuje na bieżąco o mijanych atrakcjach. Jest mniej ludzi, lepsza organizacja i spokojniejsza atmosfera, a widok wprost zapiera dech w piersiach. Widać pełny zasięg wodospadów w pełnej różnorodności i na każdym poziomie. Szersza perspektywa uświadamia ogrom tego zjawiska. Tysiące ton wody spadającej w otchłań pękniętej ziemi dostarczają niesamowitych wrażeń, zupełnie odmiennych od tych po stronie argentyńskiej. Zachwyceni kończymy wycieczkę po kilku godzinach i atakujemy kolejny punkt programu – Paragwaj. Mamy już przesyt autobusów, do granicy bierzemy więc taksówkę. W punkcie imigracyjnym dostajemy pieczątkę i idziemy do Paragwaju pieszo, przez olbrzymi, długi most na rzecze Rio Paraná, która stanowi granicę państw. W końcu docieramy do na drugi brzeg i paragwajski urzędnik bez słowa akceptuje naszą wizytę. Wchodzimy od razu na ulicę, na której jakby dopiero co został zamknięty bazar. Jeszcze jest otwarty jeden stragan z „markowymi” zegarkami, a dalej szmatki z Chin rodem.

Wodospady Iguazú
Wodospady Iguazú
© Paweł Zgrzebnicki

Wodospady Iguazú

Paragwaj słynie z taniej elektroniki sprowadzanej tu bez cła, natychmiast zalewa nas więc tłum handlarzy namawiających do wizyty w ich sklepie. Jest brudno i nieprzyjemnie. Ponad straganami wznoszą się monstrualne wieżowce, a każdy z nich stanowi siedzibę sklepów sprzedających elektronikę. O! Jest także McDonald's! Idziemy na frytki! Naszą wizytą sprawiliśmy ogromną radość obsługującemu nas chłopcu, który gonił wokół nas z radosnym uśmiechem na twarzy i z nieskrywaną satysfakcją wypowiadał pojedyncze słowa po angielsku. W każdym razie frytki smakują tak samo, jak w innych lokalach tej firmy, spełniając wyraźnie najwyższe kryterium globalizacji.

I co tu dalej zrobić w tym wątpliwej urody mieście? Nie mamy potrzeb elektronicznych, kulturowe trudno zaspokoić, więc chyba czas się zbierać. W ten sposób spędziliśmy pół godziny w Paragwaju, ale pieczątka w paszporcie jest! Wieczór poświęcamy delektowaniu się pysznym wołowym stekiem, który uratował tym samym kulinarny honor swej ojczyzny. Oczywiście w asyście rodzimego, czerwonego wina.

Buenos Aires

[18-19.01.2014]

Lecimy do Buenos Aires. Po zrzuceniu plecaków w hostelu, mamy kurczące się popołudnie i ostatni wieczór w stolicy. Jedziemy do La Boca – dzielnicy, którą trzeba zobaczyć!

Oto podrzędna niegdyś część miasta, ale i jego kolebka. Właśnie tutaj, w portowej dzielnicy, gdzie dawnymi czasy można było kupić wszelkie uciechy cielesne, narodziło się tango. Dzisiaj, tak jak to i dawniej wyglądało, mamy kolorowe kamieniczki malowane resztkami farb, które zostały z malowania statków, częściowo obite blachą falistą. Ubodzy mieszkańcy sklejali domy z materiałów, jakie im tylko wpadły w ręce. Całość mogłaby robić wrażenie niechlujności i bylejakości, lecz jaskrawe kolory z pełnej palety nadają miejscu niepowtarzalnego, bajkowego uroku. Na balkonach naturalnej wielkości, karykaturalne figurki nawołujących klientów prostytutek, a na fasadach domów piękne, stare ornamenty o tematyce morskiej i portowej, w postaci płaskorzeźb zamknięte w eliptycznej ramie. To wystarczy, by wyobrazić sobie owo miejsce sprzed stu laty. Tygiel kulturowy, przepełnione knajpki, w których rozbrzmiewa tango i wyuzdane tańce nieporządnych dam.

Dziś musimy jeszcze zobaczyć tango! Hostele oferują wieczorne pakiety obejmujące naukę tańca, posiłek potem pokaz tańca, a wszystko w cenie nieco ponad 500 peso, czyli około 60 dolarów. My jednak nie chcemy oglądać komercyjnego show, lecz to, jak bawią się zwykli mieszkańcy w sobotni wieczór. Idziemy więc do Cofiteria Ideal odległej trzy przecznice od ulicy Florida. Wchodzimy do wnętrza pięknej kamienicy, przekraczając jednocześnie próg czasu. Ściany obszernej sali wyłożone są drewnem i lustrami. Przy wejściu drewniany pulpit z poprzedniej epoki, zza którego pani recepcjonistka wita gości. Jest też drewniany bar. Szerokimi schodami idziemy na pierwsze piętro, gdzie za chwilę ma się zacząć milonga. Pośrodku sali znajduje się miejsce do tańca a wokół ułożone krzesła ze stolikami, tak, by tancerze mogli swobodnie wymieniać spojrzenia. Na parkiet wychodzi para w średnim wieku i zgrabnie, absolutnie profesjonalnie i dystyngowanie porusza się w takt muzyki. Sala powoli się zapełnia. Grupka młodych ludzi, starsze małżeństwo, samotna młoda dziewczyna, czy dojrzały kawaler, każdy bez względu na wiek i partnera. Wszyscy przyszli potańczyć. Patrzenie na pary, które z pełnym szykiem, namiętnością i energią przesuwają się po parkiecie, stanowi wielką przyjemność. Zamawiamy kolejną butelkę wina i z zachwytem oglądamy pary wirujące na parkiecie. Melodie ułożone są w grupy, po kilku utworach następuje przerwa ze skoczną muzyką w tle. W trakcie przerwy pary mogą zmienić partnerów i chwilę potem zabawa toczy się dalej. Podchodzi do nas starszy, sympatyczny człowiek, który zapowiada, że z każda z nas musi zatańczyć. Mimo usilnych sprzeciwów, poczucia niezręczności i o zgrozo … w klapkach wychodzimy kolejno na parkiet i nadrabiając elokwencją, staramy się podążać w kroku za tym miłym człowiekiem. Można zatem powiedzieć, że tańczyłyśmy tango w Buenos Aires! Na koniec żegnamy się ze wszystkimi jak starzy znajomi. Wychodzimy oszołomieni tym miejscem, kulturą tańca, wspaniałymi ludzi, którzy okazali tyle serdeczności gapiącym się turystom.

To był wspaniały wieczór i lepiej nie mogliśmy sobie wyobrazić pożegnania z Argentyną. Tak właśnie rozstajemy się z tym cudownym krajem: w rytmie tanga.

Tekst: Barbara Kozioł
Dziękujemy bardzo Basi i Beacie za wspólną wyprawę! Kochanej Basieńce składamy również najserdeczniejsze podziękowania za napisanie relacji z podróży.
Przygotowując wyprawę i relację korzystano z następujących opracowań:
  • Sandra Bao, Gregor Clark, Carolyn McCarthy, Andy Symington, Lucas Vidgen, Argentina, Lonely Planet, 2012, 8th Edition
  • Mapa, Argentinien 1:1900000, Freytag & Berndt
  • nawigacja GPS, Sygic Argentina, Chile, Uruguay, Sygic