Używamy plików cookies, w celu ułatwienia nawigacji, opracowania statystyk, dostosowania serwisu do preferencji użytkownika oraz przy współpracy z serwisami zewnętrznymi takimi jak Google, Facebook i Twitter. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Niedokonanie zmian ustawień przeglądarki internetowej na ustawienia blokujące zapisywanie plików cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie. Więcej informacji o plikach cookies znajduje się tutaj oraz w naszej polityce cookies. Zamknij

Ameryka Środkowa - 2011
Galeria zdjęć
Na skróty
Alajuela (CR)San Salvador (SV)
La Fortuna (CR)Joya de Cerén (SV)
Volcán Arenal (CR)Casa Blanca, Tazumal (SV)
Monteverde (CR)Ruinas de Copán (HN)
Granada (NI)Wyspa Roatán (HN)
Wyspa Kukurydziana (NI)Alajuela (CR)
Mapa

Podróż po Ameryce Środkowej wiedzie nas przez niewiarygodnie zielone zakątki Kostaryki, piękne kolonialne miasta Nikaragui, osady Majów rozrzucone po Salwadorze i perły archeologiczne Hondurasu. Na koniec lądujemy na rajskiej wyspie Roatán, gdzie na kilka dni zatracamy się urokach Karaibów i ich podwodnego świata. Oto relacja z naszej wyprawy do serca Mezoameryki, gdzie gorące rytmy salsy zlewają się z prastarą kulturą i groźnym pomrukiem wulkanów.

Alajuela (Kostaryka)

[13-15.02.2011]

Nasza trasa lotnicza, ze względu na znacznie niższe koszty podróży przez Stany Zjednoczonych w stosunku do lotu bezpośredniego, wiedzie z Monachium przez Nowy Jork do San José. Na trasie międzykontynentalnej lecimy linią Continental Airlines co daje nam pewną namiastkę amerykańskiego życia: przed wejściem do samolotu przechodzimy dodatkową kontrolę, gdzie stajemy w ogniu pytań, które na pewno eliminują 90% terrorystów próbujących się dostać do USA. A mianowicie: czy posiadasz telefon komórkowy? Czy to jest Twój telefon komórkowy? Czy posiadasz broń? itp. W końcu dostajemy się na pokład samolotu, gdzie załoga odzwierciedla polityczną i kulturową poprawność tego kraju tak, że wśród personelu jest i starszy Pan tuż przed emeryturą, i Murzynka, jest też biała kobieta, a także młody mężczyzna (pewnie odmiennej orientacji w sprawach wiadomo jakich).

Nie wiem czy to konsekwencja kryzysu gospodarczego, ale catering jest skrajnie oszczędny. Na początek - owszem - bardzo dobra wołowina, ale potem tylko pustka, susza, pragnienie i łaknienie. O wszystko należy uprzejmie poprosić stewardessę, która na końcu samolotu siedzi zaczytana w książce i bardzo niechętnie się od niej odrywa.
Po dziewięciu godzinach lotu objawia nam się Manhattan i jego drapiące niebo szklane giganty. Miękkie lądowanie na ziemi obiecanej i wpadamy w kocioł lotniska, gdzie przewijają się tabuny ludzi ze wszystkich stron świata. Stajemy przed kluczowym punktem kontroli paszportowej. Trzeba spojrzeć prosto w oczy urzędnikowi, potem w kamerę, która już na zawsze zarejestruje nasz wizerunek w bazie danych, następnie trzeba oddać odciski czterech palców, podać cel podróży aby w końcu łaskawy Nowy York przyjął nas w swoje progi.

Kolejny lot również obsługuje Continental Airlines. Lecimy wzdłuż wybrzeża spoglądając z jednej strony na poszarpany brzeg Ameryki Północnej, z drugiej na ognisty, przepiękny zachód słońca. Zstępujemy na ziemię półkuli zachodniej w San José, gdzie otula nas fala upragnionego ciepła i ostatnie promienie popołudniowego słońca. Jesteśmy w Kostaryce!

Lotnisko położone jest ok. 30 km od stolicy. Po drodze znajduje się miasteczko Alajuela, gdzie instalujemy się w hotelu Trotamundos na najbliższe dwa dni. Hotel ma dość ascetyczne wyposażenie, w pokoju mamy dwa piętrowe łóżka i … trzy i pół ściany, gdyż czwarta z nich kończy się metr przed sufitem, co zapewnia mam nieustanny kontakt dźwiękowy z klatką schodową.

Jedziemy w stronę wulkanu
Jedziemy w stronę wulkanu
© Barbara Kozioł

Jedziemy w stronę wulkanu

Na finał podróży należy wychylić una cerveza, dlatego udajemy się do knajpy. Hotel zamykany jest ogromną, ciężką kratą, a wszędzie na ogrodzeniach widać wielkie zwoje drutów kolczastych. To daje do myślenia. Jest 20:00. Na ulicy czujemy się nieswojo, a rzucane na nas raz po raz spojrzenia ciemnych oczu nie zachęcają do dalszej wędrówki. Czasem ktoś rzuci "Hello", ale nie mamy pewności co do czysto gościnnych wyrazów tych gestów. W dwóch napotkanych barach proponują nam małe piwo za dwa dolary, więc wracamy tylko ze smakiem. Przesunięcie w czasie i przestrzeni sprawia, że zaraz padamy na twarz.

Śniadanie hotelowe składa się z kawy, owoców i krakersów, więc z hasłem "byle do obiadu" pakujemy się do wynajętego Suzuki Alto i ruszamy w stronę wulkanu Poás. Zaraz za miastem wspinamy się krętą ostrą drogą, do cna krzesając ostatnie siły z małego Suzuki. Po drodze na zboczach rozciągają się wielkie połacie plantacji kawy, przykryte czarną siatką, która ma zapobiec nadmiernemu nasłonecznieniu. Im bardziej wspinamy się w górę, tym bardziej gęstnieją chmury i wzmaga się deszcz. Docieramy w końcu do granicy Parku Narodowego Poás, a tam już ulewa absolutna. Pani w kasie biletowej szczerze oznajmia, że przy tych warunkach atmosferycznych, nie będzie żadnej widoczności i nie ma sensu płacić za wstęp. Skoro już Pani rezygnując z zarobku tak radzi – wycofujemy się z jękiem zawodu. Jutro zrobimy drugie podejście.

Kolejnym punktem naszej dzisiejszej wycieczki jest miasteczko Grecia. Tak jak w większości miast Ameryki Środkowej sercem miasta i jednocześnie centrum życia towarzyskiego jest Parque Central z przylegającym do niego kościołem. Na ławeczkach zasiadają mamy z dzieciakami, klan emerytów, a także kwiat młodzieży i każdy na swój sposób delektuje się życiem. Kościół jest atrakcją na skalę światową i właściwie dla niego tu przybyliśmy. Catedral de la Mercedes jest cały wykonany z pomalowanego na czerwono... metalu (!), który przywieziono z Belgi w 1879 roku. Po zbadaniu nitów i obstukaniu fasady potwierdzamy prawdziwość tego budowlanego unikatu.

Ruszamy dalej do odległego zaledwie o dwa kilometry Mundo de las Serpientes. Znajduje się tu ponad czterdzieści pięć gatunków węży, które można bez stresu z bliska obserwować przez szybę. Mimo zabezpieczeń, same opowieści o tych groźnych gadach wywołują w nas dreszcz lęku i niepokoju. To niesamowite jak natura może pokierować genami, aby dany gatunek tak doskonale potrafił się przystosować do otaczających go warunków. Aby nie zagłębiać się tu nadto w ofiologię wspomnę o dwóch ciekawych przypadkach. Wąż z gatunku Bothrops diporus posiada detektor ciepła, którym wyczuwa zmiany temperatury rzędu 0,001oC, czego nie potrafi obecnie żadna kamera termowizyjna! Najmniejsza ofiara nie ma szans się obok niego przemknąć.

Jeden z pięknie ubarwionych węży, którego ciało pokrywają czerwone, białe i czarne pręgi to Lancetogłów Mleczny. Jest bardzo przyjazny, niejadowity i wyjęty z klatki swobodnie wije się po naszych rękach pozostając obojętnym na głaskania. Inny gatunek, na pozór nie do odróżnienia od poczciwego Lancetogłowa to wąż koralowy. Po jego ukąszeniu człowiek zostaje sparaliżowany, zablokowane zostają mięśnie i układ oddechowy, śmierć następuje po kilku godzinach. Gdzie więc tkwi różnica w wyglądzie tych dwóch gatunków? W kolejności pręgów odpowiednich kolorów, i stąd przysłowie: "When the white touches red - you are dead".

Ręczne zdobienie wyrobów w facryce powozów
Ręczne zdobienie wyrobów w facryce powozów
© Paweł Zgrzebnicki

Ręczne zdobienie wyrobów w facryce powozów

Kolejnym przystankiem w naszej dzisiejszej wycieczce objazdowej jest miasteczko Sarchi i jego słynna Fabrica de Carretas, która przyciąga tu tabuny turystów - głównie całe autokary Amerykanów. Carretas to drewniane wózki, których powszechnie używano do przewożenia ziaren kawy. Cały urok i kunszt tkwi w zdobieniu pojazdu. Ręcznie malowany wózek, dopracowany w najdrobniejszych szczegółach to prawdziwa rozkosz dla oka. Po fabryce można krzątać się bez skrępowania, zaglądać pracownikom przez ramię, patrzeć na ręce począwszy od momentu jak to pan szlifuje deski, jak docina pokrywę do wózka i w końcu jak w zaciszu ogrodu malarze w skupieniu oddają się sztuce zdobienia. Intensywne kolory kształtnych wzorów, wdzięcznych tukanów, czy innych stworzeń zgrabnie i szybko wychodzą spod ich pędzla.

Przy fabryce jest oczywiście gigantyczny sklep, w którym Amerykanie zostawiają bez żalu swoje dolary kupując rozmaite pamiątki. Także i my oddajemy się tej rozpuście zabierając namiastkę tego uroczego miejsca.

Wieczorem wracamy do Alajuela, gdzie miasto tętni życiem, szczególnie w Parque Central. Do zmierzchu delektujemy się narodowym złotym trunkiem Imperial.

Nazajutrz o poranku Suzuki Alto wiezie nas do oddalonej o 40 min drogi farmy motyli(wstęp $19, ale na pocieszenie serwowana jest gościom pyszna kawa). Farma w znacznej części składa się z ogrodu pełnego kwiatów i bujnej roślinności i wszędzie oczywiście krążą motyle. Mienią się błękitem, manifestują czerwienią, emanują żółcią i całą gamą kolorów i wzorów swoich skrzydeł.

Młoda pani przewodniczka o imieniu Misty, jest faktycznie dość uduchowiona i pewne zjawiska przyrodnicze interpretuje w niezwykle metafizyczny sposób, daleki nieraz od czystej biologii. Faktem jest, że rozwój motyla od jajka do jego ostatecznej postaci jest tak osobliwy i niezwykły, że ten cud natury prowokuje do odwołania się do kategorii wyższych.

Chyba najbardziej niesamowity etap rozwoju to ten, gdy otwiera się kokon, mający w środku całkowicie żelową, przezroczystą postać. I nagle, z tej bezpostaciowej masy, wykluwa się piękny, pełnobarwny motyl - chciałoby się rzec "z krwi i kości". Oczywiście odpowiada za to biochemia, ale ta transformacja, skrajna metamorfoza jest wręcz niewiarygodna. Nic więc dziwnego, że stanowi ona inspirację, dla artystycznych wyrazów, które zajmują ostatnią część farmy.

Po tej duchowej i wizualnej uczcie kierujemy się znaną nam już trasą na wulkan. Tak więc Poás – podejście drugie! Niestety warunki atmosferyczne są bardzo zbliżone do wczorajszych, ale w końcu decydujemy się zaglądnąć do krateru bez względu na widoczność. Wstęp do Parque Nacional Volcan Poás kosztuje $10 plus parking $3. Od parkingu podejścia jest najwyżej 500 metrów, a infrastruktura jest absolutnie zamerykanizowana. Do samego punktu widokowego prowadzi asfaltowa droga, obok której ciągnie się nitka przygotowana dla wózków inwalidzkich. Docieramy do celu w absolutnej mgle i jak okiem sięgnąć nie widać nic! Po sesji zdjęciowej kierujemy się do drugiego krateru Botos odległego o 800 metrów. Las mieni się wszystkimi odcieniami zieleni, a każda z nich jest nasycona, tętniąca, żywa. Roślinność spowita we mgle oddaje niezwykły klimat. Warto było pójść, jeśli nie ze względu na widok krateru to właśnie dla tej zielonej atmosfery. Idąc przez las czujemy zapach siarki unoszący się z jednego z kraterów, w którym cały czas wrze siarkowe błoto. Natomiast błękitną lagunę głównego krateru Botos udaje nam się zobaczyć jedynie na zdjęciach.

La Fortuna (Kostaryka)

[16.02.2011]

Jedziemy do La Fortuna. W Alajuela nie ma głównego dworca autobusowego - w zależności od kierunku podróży autobus odchodzi z różnych części miasta. Wczoraj więc, musieliśmy się zorientować w terenie i zakupić bilet, żeby dzisiaj już nie było niespodzianek. Czekamy na dworcu z całym dobytkiem wokół nas, a obok kręci się trzech policjantów. Początkowo nie zwracamy na nich uwagi, ale po chwili dostrzegamy na ich koszulkach napisy Policia Turistica. Jeden z policjantów podchodzi da nas i wręcza ulotki pt. " Enjoy your stay safety!" informujące o przestrzeganiu podstawowych zasad bezpieczeństwa. Kiedy podjeżdża autobus, wszyscy stróże porządku wchodzą do środka, bacznie przypatrując się autochtonom i sprawdzając losowo wybranych, najczęściej tych, którzy siedzą obok białasa.

Składając razem te wszystkie czynniki bezpieczeństwa - kraty w oknach, druty kolczaste na ogrodzeniach i wzmożone patrole policyjne – zaczynamy odczuwać lekki niepokój. Na szczęście dla nas, na obserwacji prewencji zakończył się nasz kontakt z przestępczością w tym kraju.

Widok na wulkan Arenal
Widok na wulkan Arenal
© Paweł Zgrzebnicki

Widok na wulkan Arenal

Droga do La Fortuna jest górzysta, zawiła, kręta, przyprawia o mdłości i dysfunkcje błędnika. Podróż trwa 4 godziny, ku naszej radości pod koniec droga się prostuje. Wokół roztaczają się szerokie połacie plantacji bananów, mango i inszych owoców. Wszędy zielono, pagórkowato, przepięknie. I ta niesamowita zieleń!

Miejsce noclegu, oddalony o 10 minut drogi od centrum miasta hostel Sleepers Sleep Cheaper (nocleg $9), położony jakby w osobnej dzielnicy, wygląda tak, jak wszystkie inne osiedlowe domki dookoła. Niska zabudowa, bez założonego uprzednio kształtu, wydaje się, że tutejsza architektura rodzi się w miarę potrzeb danego mieszkańca.

Hostel jest maleńki, składa się na niego 6 pokoi, jest za to bardzo przytulnie i kameralnie. Nad miasteczkiem góruje zanurzony w chmurach wulkan Arenal. W samym centrum miasta infrastruktura jest iście turystyczna. Co krok biura podróży oferujące rozmaite atrakcje. Oprócz wycieczki na wulkan, są gorące źródła, rafting, canyoning, jazda konna, czyli to, co już bardzo dobrze znamy z innych podróży...

Jeszcze tego samego wieczoru wybieramy się do jednego z największych w okolicy ośrodka oferującego kąpiel w gorących źródłach - Baldi Hot Springs (koszt $32 od osoby z obiadem). Tam na dużej przestrzeni mieści się ok. 20 basenów, które otoczone są dosłownie bajkowym krajobrazem. W najwyższej części znajduje się bananowy las i wodospad zrzucający wodę o temp. 43OC, podgrzewaną energią wulkanu. Tam spędzamy większość czasu, długo przyzwyczajając się do tej temperatury. Wokół wręcz jaskrawozielona kolorystyka gęsto posadzonych drzew i krzewów, przypominająca nam – wielbicielom gier o piratach – klimat rodem z Monkey Island. W osłonie nocy, przy odpowiednim oświetleniu efekt jest jeszcze bardziej spotęgowany i tak stajemy się elementem scenografii rodem z filmów o Tarzanie.

Wszystko jest oczywiście sztuczne, skała, z której spada woda jest odlana z betonu, każdy kamyk w rzece i poniższych akwenach ułożony jest zgodnie z planem . Niemniej jednak, udział w tym beztroskim świecie z bajki jest niesamowity.

Około 20:00 idziemy na obiad z suto zastawionym stołem. Na deser truskawki w czekoladzie …, hm, a tu środek lutego :-)

Volcán Arenal (Kostaryka)

[17.02.2011]

Czas zdobyć wulkan. Biura oferują kompleksowe wycieczki, ale można się wybrać również samemu. Idziemy na autobus, który odjeżdża z dworca o 8:30 do Tilaran i wysiadamy po 15 kilometrach jazdy. Dalej idziemy drogą 2 kilometry do granicy Arenal Volcano National Park, gdzie oddajemy $10 za wstęp.

Pośród lasu trzcinowego wznosimy się lekko w górę, idąc kolejne 2 kilometry do granicy lawy. Kawałek dalej kończy się wytyczona trasa i stąd można właśnie podziwiać okolicę. Księżycowy krajobraz pięknie kontrastuje z intensywną zielenią lasu, który rozciąga się wokół wulkanu. W tej części zbocza zalega lawa z ostatniej erupcji w 1992 roku, szczyt natomiast pozostaje skryty w chmurach.

Podchodzimy do jeszcze jednego naczelnego punktu widokowego, z którego podobno daje się dostrzec lawę z dwóch następujących po sobie erupcji - z 1968 i 1992 roku. Niestety nie mamy możliwości tego zweryfikować. Docieramy na miejsce w delikatnej, ale równomiernej mrzawce, a przed oczami mamy tylko kłębiaste chmury. Przysiadamy na 10 minut wypatrując skrawka błękitu w szarym niebie, ale Arenal nie chce ukazać nam swego oblicza. Wracamy do głównej drogi do La Fortuna, gdzie łapiemy stopa. Señor conductor sadza nas na pace furgonetki i w oparach spalin dojeżdżamy do centrum. Do gracias musimy dorzucić jeszcze 1000 colonów.

Monteverde (Kostaryka)

[18.02.2011]

Las mglisty w Monteverde
Las mglisty w Monteverde
© Piotr Minkiewicz

Las mglisty w Monteverde

Dzisiaj przemieszczamy się do miejscowości Monteverde, wykupując wcześniej w biurze podróży transport pod szumną nazwą Jeep-Boat-Jeep. O 8:30 spod hotelu zabiera nas nie samochód terenowy tylko normalny bus, już w części zapakowany. Kontynuujemy "objazdówkę" zbierając gości jeszcze z czterech hoteli i kiedy nasz bus zostaje dopakowany już absolutnie, kierujemy się znaną nam od wczoraj drogą, zostawiając za sobą wulkan. Zatrzymujemy się przy jeziorze Arenal. Tam następuje przepakowanie się na łódkę, zwaną przez nas kioskiem, z powodu swej prostej i kanciastej konstrukcji. Przeprawiamy się na drugi brzeg jeziora, a tam czekają już na nas kolejne busy (nie jeepy). Takie czy inne, muszą wykazać się sporą mocą, gdyż ukształtowanie terenu jest niezwykłym wyzwaniem dla pojazdów mechanicznych. Dosłownie wdzieramy się w góry po stromych drogach o sporym nachyleniu prawie na pełnej mocy silnika. W miarę wysokości rozciąga się przed nami coraz piękniejszy krajobraz. Zielone połacie pofalowanej ziemi ukształtowanej w równomierne pagórki, a każdy z nich nasycony tą niezwykłą zielenią. Pomiędzy nimi góruje Arenal Volacno ze swoją nieodzowną chmurną czapą. W tych naprawdę uroczych okolicznościach jedziemy 1,5 godziny w końcu docierając do Monteverde - miasteczka wczepionego w górskie pasmo Tilaran.

Dzień mamy bardzo intensywny i bogaty w atrakcje. Instalujemy się w hotelu tej samej sieci co uprzednio, czyli Sleepers Sleep Cheaper (nocleg $10), gdzie zaraz rezerwujemy sobie miejsce na popołudniowe wycieczki. Tymczasem idziemy do miasta, żeby wykupić bilet na jutro do Nikaragui.

Ta krótka przechadzka po mieście jest nie lada wyczynem, ze względu na ciągle dynamiczną rzeźbę terenu. Pędząc trzy razy ostro w dół i trzy razy ostro w górę (a wszystko na odcinku 300 metrów) docieramy do biura, które sprzedaje bilety linii Tica Bus. Autobusy tej linii jadą autostradą Panamericana przez całą Amerykę Środkową, czyli od Panamy do Meksyku.

Mamy szczęście, ponieważ na jutrzejszy kurs zostało pięć ostatnich miejsc, więc tu przestroga – bilety na Tica Bus należy kupować z dużym wyprzedzeniem!

Pędzimy z powrotem do hotelu, bo już o 14:00 zabiera nas bus na wycieczkę po wiszących mostach w Selvatura Park (wstęp $22). Znajdujemy się w samym środku Lasów Mglistych. Te w odróżnieniu od Lasów Deszczowych są chłodniejsze (ponieważ pokrywają tereny położone na dużych wysokościach) i dosłownie są zanurzone w chmurach. Wilgotność wynosi 100% i to co odparuje z ziemi od razu się skrapla i w ten sposób pada tu nieustanny deszcz.

Na trasie około 3 kilometrów zainstalowano szereg metalowych mostów, rozpiętych pomiędzy wzniesieniami, wiszących od 12 do 60 metrów nad ziemią. Długość konstrukcji dochodzi nawet do 170 metrów!

Miejsce to jest bardzo popularne i (niestety – ze względu na hałas jaki produkują) przyjeżdżają tu całe oddziały Amerykanów i Izraelczyków, przemierzających wśród krzyków i śmiechów tę spokojną z natury trasę. Jeżeli uda się wyczekać na taki moment, aby pozostać sam na sam z przyrodą - wrażenie jest niesamowite. Las wprost tętni zielonością, a błyszczące mokre liście jeszcze bardziej oddają intensywność barw. Cały czas pada drobny, czasami niewyczuwalny chłodny deszcz, który jeszcze bardziej dodaje uroku i "zagęszcza" tę żyzną atmosferę.

Druga nasza dzisiejsza wycieczka również prowadzi do Lasów Mglistych, ale tym razem pod osłoną nocy będziemy wypatrywać zwierzyny. O 17:30 bus zabiera nas spod hotelu i po 20 minutach, tuż przed zmierzchem z sympatycznym przewodnikiem wchodzimy w gęstwinę drzew. Najpierw towarzyszą nam aguti, gryzonie podobne do kapibary, potem w koronie drzewa dostrzegamy śpiącego pieprzojada szmaragdowego , ale absolutnym hitem jest wypoczywający wysoko na drzewie leniwiec. Bombardowany światłem kilku latarek budzi się, ukazując nam ciemny, sympatyczny pyszczek. Sądzi się, że leniwce śpią od 15 do 18 godzin na dobę oszczędzając w ten sposób energię pozyskiwaną z niskokalorycznego roślinnego pożywienia. Jednak najnowsze badania aktywności mózgowej leniwców przeprowadzone w ich naturalnym środowisku pokazują, że w rzeczywistości sen zajmuje im mniej niż 10 godzin. Dalej nasz sprytny przewodnik wypędza ze swego gniazda tarantulę - jak się okazuje także i w lesie każdy ma swoje miejsce i dom, do którego wraca na noc. Wśród opowiadanych nam historii o zwierzętach, najbardziej niesamowita jest ta o manakinach. Na jednej i tej samej gałęzi w lesie , samce ptaka, ustawione w rządku wykonują taniec godowy. Jest on o tyle szczególny, że przypomina znany z teledysków styl tańca Moonwalk prezentowany przez Michaela Jacksona,. Posuwiste kroki w tył i na boki do złudzenia przypominają te, widziane w naturze. Po tym przedstawieniu samice wybierają najbardziej umuzykalnionego tancerza. Gałąź – jedyna w okolicy na której zbierają się co roku samce - pewnie w naszym współczesnym świecie zostałaby nazwana dyskoteką.

I tak, przez kolejne dwie godziny spacerujemy w lesie, szukając w mroku latarkami jego mieszkańców. Wieczorem zaczyna wiać bardzo silny ciepły wiatr i całą przez noc słyszymy falujące dachy domów i łopoczące gałęzie drzew. Tutaj nad górami, ciepłe i wilgotne prądy powietrza znad Morza Karaibskiego ochładzają się, pozbywają wody i spływają dalej, jako suche i chłodne masy do wybrzeża Pacyfiku. Dzięki temu wieją silne wiatry, tworzą się obfite chmury i  padają częste deszcze.

Granada (Nikaragua)

[19-20.02.2011]

Pobudka 4:30, zbieramy manatki i wychodzimy z hotelu. O bladym świcie stoimy już na przystanku razem z grupką białasów. Plan podróży jest taki, że najpierw lokalny autobus zwozi nas z gór do autostrady Panamericana, gdzie przesiądziemy się na Tica Bus.

Pierwsza część drogi to półtoragodzinna mordęga błędnika po górskich serpentynach. Autobus nie zatrzymuje się przy wyznaczonych przystankach, ale przy każdej chałupie przy której pojawi się chętny pasażer. Tica Bus do którego mamy się przesiąść odjeżdża 8:00, więc o 7:50 zaczynamy nerwowo patrzeć na zegarek dalej wijąc się po krętych drogach. Idę więc do kierowcy a on spokojnym głosem mówi, że za 5 minut będziemy na miejscu. Tu nikt się nie spieszy, nie stresuje i na wszystko jest czas. I miał racje. Tyle co wysiadamy z autobusu, wyjmujemy bagaże, podchodzimy do głównej drogi i... za 30 sekund podjeżdża Tica Bus. Elegancki pan kierowca wysiada i wyczytuje nasze nazwiska. System działa!

Kolorowa zabudowa Granady
Kolorowa zabudowa Granady
© Paweł Zgrzebnicki

Kolorowa zabudowa Granady

Autobus ma czyste, miękkie siedzenia, trzy telewizory i toaletę. Słowem - pełna kultura! Uff, droga jest prosta i gładka, a krajobraz wokół dość suchy, ale nadal zielony.

Po trzech godzinach jesteśmy na granicy Nikaragui. Najpierw odczekujemy swoje w gigantycznej kolejce na pieczątkę wyjazdową. Potem wracamy do autobusu, paszporty razem z $14 oddajemy konduktorowi i kawałek dalej zatrzymujemy się na strefie wjazdowej. Tym razem zabieramy ze sobą również plecaki, żeby poddać je wyjątkowej kontroli z jaką się do tej pory nie spotkaliśmy. Kładziemy je na długim drewnianym stole zastawionym już po brzegi innymi bagażami. Strażnicy przechadzają się wzdłuż stołu i oglądają pakunki, a co bardziej podejrzane poddają wnikliwej analizie. Wrzucamy z powrotem plecaki do bagażnika i zostajemy skierowani na drugą stronę ulicy. W nieubłaganym skwarze czekamy i czekamy. W końcu pojawia się celnik ze srogą miną, staje przy wejściu do autobusu i wyczytuje nazwiska z paszportu, nawet nasze – trudne, słowiańskie. Kiedy właściciel paszportu podchodzi, patrzy mu głęboko w oczy, porównuje facjatę ze zdjęciem i w końcu wpuszcza. Po tej szkolnej procedurze ruszamy dalej. Budzimy się tuż przed przystankiem w Granadzie, więc kiedy autobus się zatrzymuje, następuje szybka ewakuacja.

W Granadzie mieszkamy w hotelu Casa de la Luna, prawie w samym centrum tak, że od Parque Central dzielą nas dwie uliczki. Miasto podoba nam się od pierwszych chwil. Wokół centralnego parku ustawione są przepiękne, odnowione kolonialne kamieniczki, postój dorożek, a na samym środku placu targ z rękodzielnictwem narodowym. Gliniane garnki, torebki, portfele ze skóry węża, czy kajmana, wypchane żaby i inne stworzenia.

Od centralnego skweru odchodzi główny trakt Calle de Calzada, przy którym ciągną się kolorowe kamienice, a co druga z nich to restauracja, knajpka czy hotel. Ulica prowadzi w linii prostej do samego jeziora Nikaragua.

Wieczór jest bardzo przyjemny, ciepłe światło lamp rozlega się na kawiarniane stoliki, gdzie gwar nie ustaje do późnej nocy. Co chwila na ulicy rozlega się głośne bicie bębnów i pojawia się wielka, długowłosa kukła, która tańczy w takt wybijanego rytmu. Za nią mali chłopcy zbierają datki do kapelusza.

Uliczne kapele kręcą się między stolikami i za parę dolarów chcą dodać do atmosfery garść gorących rytmów. Klimat miasta jest osobliwy i z lubością chłoniemy go przy kuflu nikaraguańskiego Toña.

Tymczasem na "rynku" trwa festiwal "Poeci Świata", który od dawna zapowiadają liczne transparenty. Przed sceną zbiera się gęsty tłum a na podium recytowane są wiersze najznamienitszych poetów. Chwilę później na scenę wkracza - jak się domyślamy - lokalna gwiazda sceny. Śpiewak w akompaniamencie gorących rytmów gra największe hity a cała publiczność żwawo podryguje ze śpiewem na ustach. Plac jest wypełniony po brzegi – widać, że artysta jest kluczem programu i dla niego ściągnęli to tłumnie mieszkańcy całej Granady. Wszyscy śmieją się i przytupują w takt znanych szlagierów.

O poranku idziemy na śniadanie do knajpki na koniec naszej ulicy. Wybieramy z menu co ciekawsze propozycje i przy wielkim kubku bardzo dobrej kawy czekamy na realizacje zamówienia. Czekamy, czekamy, czekamy długo, bo przecież się nie śpieszy. W końcu po 40 minutach dostajemy porcyjki nader ciężkiego kalibru. Omlet z cebulą, pomidorami, pieczarkami do tego pieczone ziemniaki, jest też ryż z fasolą, pieczony kawałek sera i opiekane banany. Po tym sutym śniadanku idziemy zwiedzać miasto. A czynimy to w wykwintny sposób, mianowicie dorożką.

Na naszej ścieżce historycznej znajduje się między innymi piękna katedra - Iglesia de la Merced z 1534 roku. Kiedy wchodzimy do środka w bocznej nawie słyszymy gwar i płacz dzieci. Podchodzimy bliżej i stajemy się świadkiem chrztu zbiorowego. Tłumnie zgromadzili się tu rodzice z dziećmi w różnym wieku od niemowląt po czterolatki, w zależności od tego, kto kiedy sobie przypomniał o chrzcie dziecka. Kolejno podchodząc do księdza mówią imię dziecka, a ten wylewa nieborakowi dzban wody na głowę. "Następny proszę!". I tak, jeden za drugim, bez szczególnej celebracji.

Po południu wyruszamy na przejażdżkę łodzią po największym jeziorze Ameryki Środkowej – jeziorze Nikaragua. Tu, nad wodą, toczy się leniwa niedziela. Całe rodziny biesiadują na kocykach, jedzą non stop i kąpią się w mętnej otchłani, uwaga - w ubraniach. Obojętne czy w długich spodniach, czy sukience. W czym przyszli - w tym pływają.

Wykupujemy godzinną wycieczkę łódką (koszt $50). Jezioro usiane jest całym mnóstwem maleńkich wysepek składających się na archipelag Las Islates. Wyspy powstały z lawy wulkanicznej w czasie wybuchu wulkanu Mombacho około 20 tysięcy lat temu.

Początkowo wyspy były zamieszkiwane przez najbiedniejszych ludzi, którzy nie mieli prawa własności ziemi. Obecnie na wysepkach wybudowane są najbardziej luksusowe domy polityków, bankierów i innych VIPów. Krajobraz jest bajkowy, zadbane rezydencje w otoczeniu palm, pięknych kwiatów, a wszystko zatopione w niebieskiej toni jeziora i błękicie nieba. Jakby ktoś był chętny, to kilka wysepek jest jeszcze do sprzedania.

Zatrzymujemy się na najbliższej wyspie, gdzie w 1784 roku wybudowano fort San Pablo mający bronić Granadę przed piratami, a następnie podpływamy do Isla de los Monos, która jest rajem dla biegających po niej małp.

Wieczorem, w mieście zabawa toczy się dalej. Na placu, na środku parku, z wielkich głośników bije muzyka i kilkadziesiąt par wiruje w rytm salsy, a każdy ten kto nie tańczy, stary czy młody, przytupuje w rytm melodii. Atmosfera tego wieczoru jest niezwykła. Ciepło, muzyka, zewsząd uśmiech latynoskich oczu sprawia, że miasto oddycha i tętni południowym temperamentem. My giniemy między straganami i oddajemy się pasji zakupów.

Wyspa Kukurydziana (Nikaragua)

[21-24.02.2011]

Bajeczna Wyspa Kukurydziana
Bajeczna Wyspa Kukurydziana
© Piotr Minkiewicz

Bajeczna Wyspa Kukurydziana

Dzisiaj przenosimy się drugi koniec nikaraguańskiego lądu, na wyspę Kukurydzianą, ale po kolei. Z Granady bierzemy autobus do Managua (20 C$) i za 45 minut jesteśmy w stolicy. Konduktor wskazuje nam miejsce, skąd najlepiej dostać się do lotniska i za $10 taksówka zawozi nas na aeropuerto. W końcu unosimy się nad ziemią. Maleńkim samolotem dwuśmigłowym przelatujemy nad jeziorem Nikaragua i potem długo, długo nad zieloną dżunglą. Na końcu tego lądu mamy 10 minutowy przystanek w Bluefields i fruniemy dalej nad morzem. Z daleka już widzimy maleńką wyspę - to właśnie nasza długo wyczekiwana Isla Grande del Maíz. Po wylądowaniu przechodzimy jeszcze specyficzną procedurę rejestracyjną. Pan urzędnik zbiera wszystkie paszporty, po czym każdego wpisuje do zeszytu: nazwisko, numer paszportu, datę wjazdu do kraju, datę przylotu na wyspę. Siłą rzeczy to trwa, ale chwilę po wyjściu z lotniska, rzeczywistość ma już zupełnie inny wymiar. Jesteśmy w bajce.

Nasz hotel to Le Paraiso czyli raj po hiszpańsku i naprawdę nie jest to nadużycie. Mieszkamy w okrągłych bungalowach, które przykryte są liśćmi palmowymi, otoczone bujną roślinnością, a ponad nami górują palmy kokosowe. Na ganku rozwieszone są hamaki i fotele, tak aby każdy mógł ponad ziemią unieść się w tej rzeczywistości. Z terenu hotelu wychodzi się wprost na plażę, gdzie poraża nas błękit, prawdziwy błękit morza, który wydawało się, że istnieje tylko na pocztówkach. Krajobraz i klimat jest absolutnie bajkowy!

Tuż przed zmierzchem idziemy brzegiem morza w stronę portu, gdzie koncentruje się życie miasteczka. Wyspę zamieszkują głównie czarnoskórzy, stylem i sposobem bycia nie odbiegający od karaibskiego "standardu". Jeżdżą samochodami tym lepszymi im więcej mają błyskotek i dodatkowych świateł. Z domów, muzyka rozbrzmiewa pełną parą, mieszkańcy siedzą na ulicach i w barach. Pozdrawiają nas z każdej strony i co jakiś czas słychać cichsze propozycje "ganja, ganja". Domy i sklepy są ciemne, zaniedbane, ot tak, żeby tylko były. Usytuowane wzdłuż drogi i częściowo nad morzem. Ich konstrukcja mówi wszystko o statusie materialnym ich mieszkańców. Zwykle zbudowane są z przyrdzewiałej blachy falistej, albo pozbijane z desek z odzysku. Wyposażenie domu jest na absolutnym minimum, ale na obowiązkowym meblem jest fotel, który po wysunięciu przed dom pomaga kontemplować rzeczywistość. Nie widać zwierząt domowych, ani żadnych upraw, które przecież wymagają pracy.

Zdarzają się też i ładne murowane domy, wręcz rezydencje, ale najczęściej należą do nielicznych białasów zamieszkujących wyspę. Takie życie wybrał właśnie właściciel naszego hotelu. Jest Holendrem, osiadł tutaj jako zarządca i pracodawca, i teraz wiedzie spokojne życie pośród szumu fal i palm.

Na wyspie często zdarzają się silne, tropikalne deszcze, w czasie których wydaje się, że ktoś dosłownie wylewa wiadra wody z nieba. W momencie przemaka wszystko, ale za kilka minut chmury znikają, niebo rozjaśnia się błękitem i znów żar leje się z nieba.

Całą wyspę w kilka godzin zwiedzamy meleksem (wypożyczenie $50 za 5 godzin), zapuszczając się w najdalsze zakątki lądu. Pól kukurydzianych jednak nie udaje nam się znaleźć. Urzeka nas natomiast serdeczność mieszkańców, obok nikogo nie można przejechać obojętnie. Trzeba pomachać, uśmiechnąć się i powiedzieć "Hello!"

Nie można jednak do końca zwieść się tej uprzejmości - należy być ostrożnym i pilnować swoich rzeczy. Dla przykładu po plaży kręcą się grupki młodych chłopców, licząc na chwilową nieuwagę plażowicza. Chwila nieuwagi i można na zawsze pożegnać się z aparatem lub portfelem.

Przez kilka dni prowadzimy całkowicie beztroskie życie. Bujamy się w hamaku, kąpiemy w morzu i nurkujemy przy plaży - są tu zatopione dwa wraki statków, których dzioby wystają ponad powierzchnię wody. Na lunch także korzystamy z dobrodziejstw morza, wspaniała langusta, czy krewetki są w naszym codziennym menu. Na deser spada nam kokos z drzewa. Wysiłek włożony w rozłupanie scyzorykiem jego zielono-brązowej skorupy, wynagradza niebiańskim smakiem białego miąższu.

Po trzech dniach rozpusty, trzeba wrócić do ciężkiej tułaczki podróżnika. Przy wylocie z wyspy zaskakuje nas jeszcze jedna niespodzianka. Ustawiamy się w kolejce do odprawy parami, ja i Aga na końcu. Kiedy przychodzi kolej na nas, oddajemy bagaże, po czym pan z obsługi lotniska każe stanąć nam na wadze. Do tej pory nikomu z kolei nie sprawdzano wagi! Z niedowierzaniem patrzymy na pracownika odprawy, ale on z poważną miną powtarza polecenie. Stajemy więc na wadze ku radości wszystkich w sali odpraw. Ale o co chodzi?? Otóż ze względu na dużą ilość chętnych na dzisiejszy lot, został podstawiony dodatkowy samolot. Przydzielona nam zostaje maleńka, dwunastoosobowa Cessna 208 i w trosce o niebezpieczeństwo przeciążenia, kolejni pasażerowie są ważeni tak, aby po załadowaniu bagażu samolot nie miał problemów ze startem. Siadamy tuż za plecami pilotów i zwinna maszyna lekko unosi się do góry. Z dreszczykiem emocji wlatujemy nad wody morza Karaibskiego. Z lubością zaglądamy pilotom przez ramię i obserwujemy każde zmiany na kokpicie. Po godzinie lądujemy w Managua.

W stolicy zostajemy tylko na noc, nawet niecałą, bo już o świcie wsiadamy do Tica Bus, któy powiezie nas jutro do Salwadoru. Instalujemy się w hostelu Dulce Sueño tuż przy przystanku autobusowym. Dzielnica jest mroczna, ale hotel ma wszystko co potrzeba, pomijając kwestie estetyczne.

Na tej samej ulicy co nasz hotel, znajdujemy comedor czyli coś niby restaurację, raczej stołówkę, którą stanowi jakby korytarz prywatnego domu, choć poza stołem z krzesłami nic nie przemawia za gastronomicznym charakterem miejsca. Pani domu przyjmuje od nas zamówienie, w pokoju obok leżały jakaś starsza osoba (pewnie babcia!), piwo podaje nam młoda dziewczyna (pewnie córka!), chwilę później przychodzi do chorej jeszcze jakaś starsza Pani (koleżanka babci?) i tak wokół nas przewijają się ze cztery pokolenia. Obiad wbrew obawom okazał się być bardzo dobry. Kiedy spokojnie go wcinamy, nagle na całej na ulicy gaśnie światło. W momencie, po kilkudziesięciu sekundach przyjeżdża policja, wypytuje o coś nasze gospodynie, po czym staje przy wozie patrolowym po drugiej stronie ulicy. Reakcja policji jest naprawdę natychmiastowa - podejrzewamy, że z powodu awarii lub wymuszonej awarii elektrycznej zjawiła się na wypadek ewentualnych prób rabunków i kradzieży pod osłoną nocy. Nasze pierwsze wrażenie nas nie myliło – dzielnica jest doprawdy mroczna. Dobrze, że do hotelu mamy dwa kroki.

San Salvador (Salwador)

[25.02.2011]

Następnego dnia pobudka o 3.45. Zbieramy dobytek i idziemy na koniec ulicy, gdzie mieści się terminal Tica Bus. Procedura jak w samolocie: najpierw nadajemy bagaże, a potem już z samymi wejściówkami kierujemy się do autobusu. Punktualnie o 5.00 ruszamy i tym samym rozpoczyna się nasz "film drogi". Trasa biegnie z Managua do granicy z Hondurasem, następnie przez pas należący do Hondurasu dojeżdżamy do granicy z Salwadorem. Już na dzień dobry błędnik zaczyna dawać o sobie znać i właściwie nie daje spokoju do końca drogi. Na pewno przyczynia się do tego niezbyt zdolny kierowca, który szarpie silnikiem i kiwa autobusem na wszystkie strony. Samo ukształtowanie terenu Ameryki Centralnej wymaga odporności i wytrwałości. Nieustanne serpentyny przecinają zbocza gór i mimo pięknych widoków dają w kość tym wrażliwszym na efekty lokomocyjne. Większość drogi leżymy płasko na dwóch siedzeniach, aby zminimalizować bujanie autobusu.

W drodze do Salwadoru
W drodze do Salwadoru
© Paweł Zgrzebnicki

W drodze do Salwadoru

Przejście przez granice odbywa się płynnie i na sprawdzenie dokumentów czekamy w obu przypadkach zaledwie kilkanaście minut. Jednak na samym końcu, po przejściu przez granicę z Salwadorem, już po kontroli dokumentów, zjeżdżamy na boczny parking i tam zaczyna się prawdziwy magiel. Do autobusu wchodzi strażnik i krocząc powoli, zagląda prosto w oczy każdemu pasażerowi. Dochodzi do końca i w drodze powrotnej upatrzonym osobom sprawdza paszporty i pyta o cel podróży. Nas zapytał czy jedziemy do Salwadoru do pracy ? :-). W tym samym czasie dwóch strażników z psem sprawdza bagażniki i otwiera losowo wybrane bagaże. W końcu puszczają nas i wkraczamy na terytorium Salwadoru. Z okien autobusu, kraj ten nie różni się od dotychczasowych obrazów Ameryki Środkowej. Takie same biedne chatki, rozległe farmy z setkami sztuk bydła, każdy czymś handluje. Przedmieście San Salvadoru wygląda podobnie dopóki nie wjeżdżamy do centrum, gdzie objawia nam się zupełnie inne oblicze stolicy. Banki, salony samochodowe, piękne, duże domy, czysto, na ulicach zielone klomby. Toż to prawdziwa cywilizacja! Kiedy wysiadamy z autobusu, jest już 18:00. Zaraz pojawia się kilku chętnych taksówkarzy i jeden z nich za $7 zawozi nas do hotelu. Podczas drogi w momencie rozpadał się intensywny deszcz. Taksówkarz jest szczerze zdziwiony ponieważ mówi, że w lutym nigdy nie pada. W mieście okrutne korki.

Nasz hotel położony jest w spokojnej, willowej dzielnicy. Jest elegancki, stylowo urządzony i czysty. Cieszymy się, że spędzimy trzy dni w tym najwyższym jak dotychczas standardzie. Hotel po każdym wyjściu, czy przyjściu jest zamykany ciężką kratą. Dwa domy dalej, jednej z willi pilnuje strażnik z wielkim Kałasznikowem. Także podwójne zwoje drutów kolczastych na każdym ogrodzeniu mówią nam, że trzeba się mieć na baczności. Dlatego po zmierzchu nie zapuszczamy się już w miasto, lecz idziemy do pizzerii o dwa domy dalej. Wieczorem ochładza się i w powietrzu unosi się charakterystyczny, znany "zapach wieczoru" w absolutnie obcej krainie.

Tutaj rozpoczyna się nasza Ruta Maya. Decydujemy się na wynajęcie taksówki na cały dzień, która obwiezie nas po wszystkich okolicznych atrakcjach.

Joya de Cerén (Salwador)

[26.02.2011]

Joya de Cerén to ruiny miasteczka, które zostało zasypane popiołem podczas wybuchu wulkanu w 595 r. Ze względy na swoją ponurą historię też nazywane Pompejami Ameryki. Całe miasto zostało przykryte czternastoma warstwami popiołu, co pozostawiło w stanie nienaruszonym gospodarstwa, domy, naczynia, rośliny a nawet resztki jedzenia. Popiół opadając był już zimny tak, że nie zwęglił przedmiotów, ale je zakonserwował. Żadnych ludzkich szczątków nie znaleziono, co wskazuje na to, że mieszkańcy zdążyli uciec. To niesamowite wydarzenie, pozwala nam dzisiaj oglądać elementy życia ludzi sprzed 1400 lat.

Pozostałości kultury Majów
Pozostałości kultury Majów
© Paweł Zgrzebnicki

Pozostałości kultury Majów

San Andrés natomiast, to pozostałości typowego miasta Majów, zamieszkiwanego przez około 12 tysięcy osób między 600 a 900 rokiem naszej ery. Piramidy nie są nader okazałe, częściowo przykryte ziemią, ale miejsce jest bardzo urokliwe, spokojne i zadbane.

Po południu wybieramy się na Plaza Barrios - do samego centrum San Salwador. Miejsce to jest znaczące z tego względu, że wszelkie społeczne ruchy, protesty i demonstracje ostatnich, nie tak odległych lat właśnie tutaj się zaczynały. Dzisiaj na środku placu stoi statua byłego prezydenta - piękny i wyniosły, dumnie dosiada konia, lecz niestety jego godność i dostojeństwo odbierają mu ptasie kupy, którymi pokryty jest cały monument.

Po centrum stolicy Salwadoru poruszamy się z dużym wyczuciem i rezerwą, pamiętając o burzliwej, niedalekiej przeszłości tego kraju - żeby nie podawać tu przesądzających i generalizujących przymiotników "bezpieczny" lub "niebezpieczny", przytoczę tylko jedną statystykę: rocznie w tym kraju ma miejsce prawie 4 tysiące morderstw, czyli około 10 dziennie. Spokojnie! Głównie są to porachunki mafijne, choć widać, że zabijanie przychodzi tu lekko.

Tymczasem na placu pełno ludzi, ruch i hałas. Podchodzimy pod pomnik, a tam właśnie odbywa się religijny koncert, gdzie siostry zakonne wykazują się donośnym wokalem. Kiedy zbliżamy się do widowni, zaraz jakiś człowiek, wciąga nas za rękę i dostawia krzesła do widowni. Publiczność żywo reaguje na zaślubione gwiazdy w białych nakryciach głowy, a my po kilku zawodnych "Alleluja" powoli się wycofujemy.

Podążamy uliczką wzdłuż Palacio Nacional. Na ulicy ogromny tłum i ruch. Po bacznych i niezbyt przyjaznych spojrzeniach przechodniów orientujemy się, że jesteśmy tu jedynymi gringos w okolicy. Bez wątpienia czujemy się jakoś nieswojo gdy wszyscy mierzą nas od stóp do głów zimnym wzrokiem. Aby nie prowokować tego butnego narodu, postanawiamy nie brnąć dalej w tłum i wracamy taksówką do hotelu. Czujemy niedosyt poznania, ale trzeba przyznać, że San Salvador nie jest atrakcyjnym turystycznie miastem i brak tu miejsc, dla których miałoby być ono wyjątkowe.

Casa Blanca, Tazumal (Salwador)

[27.02.2011]

Casa Blanca to miejsce, które w dawnych czasach przeznaczone było wyłącznie dla wielkich ceremonii Majów. Co ciekawe i charakterystyczne dla tego miejsca: cały występujący tu zespół budynków usytuowany był na wielkiej platformie, która miała dwa metry grubości. Aktualnie, kilka metrów pod ziemią, można oglądać odsłonięty przez archeologów fragment tego niezwykłego posadowienia. Piramidy dochodzące do jedenastu metrów wysokości budowane były z kamienia, który pokrywano stiukiem i malowano na jaskrawo pomarańczowy kolor. Stiuk pozostał do dziś, kolor w zasadzie nie przetrwał.

Jak się okazało, w Salwadorze budowano znacznie mniejsze piramidy w porównaniu choćby z tymi z półwyspu Jukatan, a to dlatego, że w Meksyku, na terenach nizinnych wapień wykorzystywany w budowie piramid był bardziej dostępny.

Osada Majów sprzed ponad 1000 lat
Osada Majów sprzed ponad 1000 lat
© Paweł Zgrzebnicki

Osada Majów sprzed ponad 1000 lat

Z Casa Blanca przenosimy się do Tazumal, czyli do najważniejszych i największych ruin Majów w Salwadorze. W języku keczua, Tazumal oznacza "miejsce gdzie palone są ofiary". Do obrządku przeznaczona była główna świątynia, a ofiary i ich szczątki chowano sąsiadującej z miejscem ceremonii piramidzie. W miejscowym muzeum znajduje się oryginalna statua najważniejszego z bogów - Xipe Toteca. Figura boga wojny, urodzaju i jeszcze kilku ważnych dla ludzkości spraw pokryta jest czymś na wzór ceramicznych łusek, ale podobno stanowią ją zabalsamowane fragmenty skór ludzi którzy składani tu byli w ofierze. Powiało grozą.

Za bramą świata historii, przez pół ulicy ciągną się sklepy z majowymi pamiątkami: posągi, ceramika, repliki eksponatów muzealnych. Część z nich jest pokruszona i ubłocona i jak twierdzą sprzedawcy - to autentyczne znaleziska amatorskich archeologów. Tak naprawdę to rzecz jasna odpad poprodukcyjny, ale grunt to dobry marketing. Przepadamy w tych glinach na przeszło godzinę i każdy z nas kończy zakupy wielkogabarytowym, przyciężkawym pakunkiem. A o mało co nie kupiliśmy metrowego Xipe Toteca!

Chwilę potem siadamy do lunchu ramię w ramię z mieszkańcami tego małego miasteczka. Tu, podobnie jak w całym południowoamerykańskim świecie, w porach południowych i wieczornych, kobiety rozkładają się na ulicy ze straganem gastronomicznym. W budce mama z dziesięcioletnią córeczką wyrabia w rękach tortillowe placki, smaży kurczaka na głębokim tłuszczu, i podaje go z ryżem poprzedzając zupą. Każdy przysiada w ciasnym wnętrzu budki, albo wiesza się na barze z głową spuszczoną nad miską. Tutaj nie budzimy zdziwienia i jesteśmy przyjęci naprawdę miło. Ale nie dość tych zalet. To najlepszy kurczak jakiego do tej pory jedliśmy! Prawdziwy, to znaczy na pewno grzebiący :-), idealnie usmażony. Lunch jest wyjątkowo pyszny a to wszystko za $1,5 na głowę.

Wieczorem, już w San Salwador, w parku nieopodal naszego hotelu, siedząc na ławce przyglądamy się niedzielnemu życiu mieszkańców zagryzając kukurydzę z limonką. Wieczorny, "przyparkowy" bufet oferuje z kolei kukurydzę z osobliwymi dodatkami. Przysmakiem jest kukurydza z sosem mlecznym i czekoladą. Jednak, nie mamy odwagi, mimo, że środek do dezynfekcji przewodu pokarmowego mamy zawsze przy sobie. Aktualnie jest to jamajski rum.

Ruinas de Copán (Honduras)

[28.02-3.03.2011]

O 7:00 mamy autobus linii King Quality, który zawiezie nas do miasta CopánHondurasie. Na terminalu przechodzimy odprawę, gdzie nadajemy bagaże i przydzielone nam zostają miejsca w autobusie. Przechodzimy przez bramki zlustrowani przez strażnika i idziemy na dolny pokład, gdzie znajduje się poczekalnia z dostępem do internetu. Po chwili pakujemy się do autobusu, jak się za chwilę przekonamy, naprawdę królewskiej jakości. Siedzenia są bardzo oddalone od siebie, a to dlatego, że przed każdym znajduje się podnóżek, tak, że można swobodnie wyprostować nogi w kolanach. I uwaga - jest i pani stewardesa! Kiedy ruszamy, rzeczona pani rozdaje każdemu podusię, czyniąc to z wielką gracją i namaszczeniem. Następnie dostajemy kocyki, potem soczek i ciastko, a po chwili śniadanie. Ciepły, tradycyjny posiłek, czyli jajecznica, czerwona fasola i pieczone banany. Na granicy z Hodurasem, przy chwilowym postoju serwowana jest kawa. Narzekać można tylko, że autobus nie lata.

Kontrola na granicy ma dość zabawny przebieg. Zostajemy oddelegowani do migraciones, gdzie pani w okienku wbija pieczątkę w paszport, pobiera opłatę $3 i zabiera wypełnione przez nas formularze. Przy wyjściu, drugi urzędnik sprawdza efekty pracy poprzedniczki w okienku i w większości przypadków stwierdza niezgodności. Albo nie ma pieczątki, albo nie ma kartki potwierdzającej wpłatę, a jeśli jest pieczątka to jest postawiona w złym miejscu albo pod złym kątem. Robi się komiczne zamieszanie, bo urzędnik z poważną miną przegania nas to w prawo, to w lewo i raz za razem nakazuje powrót po lepszą wersję stempla. Po przejściu tej procedury wracamy do naszego luksusowego pojazdu, układamy się na poduszkach i mkniemy dalej.

Po drodze mamy jeszcze przesiadkę i z głównej drogi odbijamy na Copán. Przesiadka nie jest łatwa, ponieważ nasza mobilność w ciągu ostatnich kilku dni znacznie się pogorszyła, a to z powodu powiększającego się dobytku, który obecnie stanowią cztery wielkie plecaki, cztery plecaki podręczne, cztery siatki w ręku i do tego dwa wielkie kartony z ceramiką przepasane sznurkiem. Ceramikę trzeba mieć na baczeniu i pilnować, żeby któryś z porywczych chłopców nie wrzucił ją na dach samochodu, gdzie znajduje się główny bagażnik.

Ruiny Copán
Ruiny Copán
© Barbara Kozioł

Ruiny Copán

W końcu jesteśmy w Copán, które zachwyca nas od pierwszych chwil. Kamienne uliczki wspinają się pod górę pomiędzy ładnymi, zadbanymi domami. Większość z nich to hotele, ponieważ ruiny dawnego Copán to największa atrakcja turystyczna Hondurasu. Wśród mężczyzn panuje kowbojska moda - słomkowy lub skórzany kapelusz, jeansy i wysokie buty ze szpicem.

Koni za wiele nie widać, za to głównym środkiem transportu jest tuk tuk. Pakujemy więc nasze bagaże na jednego dwusuwa i za nim na nogach podążamy do hotelu Graditas Mayas.

Do późnego wieczora błąkamy się po tym urokliwym miasteczku. Na obiad, w Restaurante Asado Copán jemy wspaniałą wołowinę podawaną na sposób argentyński. Miejsce godne polecenia - tutaj menu i porcje przygotowane są dla prawdziwych mięsożerców. Wieczór kończymy na tarasie knajpki, gdzie poznajemy po kolei wszystkie gatunki piw Hondurasu.

Po śniadaniu na dachu naszego hotelu, idziemy zwiedzać główną atrakcję regionu czyli ruiny Copán - państwa-miasta Majów (wstęp $30). Bierzemy przewodnika Cezara i myślę, że w dużej mierze dzięki niemu tak zachwyca nas to miejsce, dlatego pozwolę sobie trochę rozwinąć historycznie temat.

Do czasu kiedy dotarli tu Europejczycy w 1839 roku, cały obszar był porośnięty dżunglą. Drzewa wrosły w kamienne struktury rozpychając ściany budowli i pod bujną roślinnością nie było widać śladu dawnej cywilizacji. Kiedy pierwsi archeologowie rozpoczęli tu prace, zaczęli oczyszczać teren i wycinać wielkie drzewa. Wówczas, niespodziewanie pozostałości starych budynków zaczęły się kruszyć. Okazało się, że całość w ryzach trzymają korzenie – z jednej strony dewastujące teren ale z drugiej blokujące konstrukcje przed zawaleniem. Wkrótce zaniechano wycinki i dzisiaj widać wielkie, trzystuletnie puchowce z ogromnymi korzeniami wrośniętymi w domy, które zapewniają stabilność pozostałościom cywilizacji Majów.

Zaraz przy wejściu widać przy drodze kopczyki z kamieni i ziemi. Były to królewskie domy, z głębokimi piwnicami, służącymi do pochówku zmarłych. Na terenie miasta nie znaleziono cmentarza. Domów królewskich było około 5000.

Copán to najbogatsze pod względem artystycznym miasto Majów. Z czasem budowle uległy destrukcji a na ziemię spadały fragmenty dachów i fasad. Dlatego dziś na całym obszarze porozrzucane są piękne ornamenty, rzeźby w postaci małp, węży i innych zwierząt.

W zachodniej części ruin, znajduje się replika rzeźby Altar Q, przedstawiającej szesnastu kolejnych władców miasta. Ołtarz powstał z inicjatywy ostatniego z nich - Yax Pasaja. Pod rzeźbą archeologowie znaleźli kości 15 jaguarów, każdą poświęconą jednemu władcy. Dodatkowo kości kilku małp stanowiły ofiarę dla tego dla ostatniego. Władcy Majów zawsze aspirowali do boskich tytułów, a ich boskość potęgowała się po wielokroć po śmierci. Wierzono, że po śmierci monarsze towarzyszy nadprzyrodzony towarzysza, który często przyjmuje postać zwierzęcia - zwykle właśnie jaguara. Precyzja wykonania rzeźby, mnogość szczegółów i bogactwo zdobienia robi ogromne wrażenie.

Dalej dochodzimy do serca miasta, gdzie odbywały się najważniejsze spotkania i zebrania z udziałem króla. Plac otaczają ze wszystkich stron wysokie schody, na których zasiadały rodziny możnowładców. Jedna strona była zarezerwowana tylko dla głowy państwa. Na szczycie schodów znajdowała się gigantyczna paszcza węża, gdzie dolna szczęka z dwoma kłami po bokach była siedziskiem króla, nad nią zwieszona była wielka głowa. W głębi znajdowało się miejsce ceremonii, gdzie król zabijał w ofierze zwierzęta. Władca był bowiem zarazem kapłanem – szamanem odpowiedzialnym za pomyślność swego ludu i kontakt ze światem nadprzyrodzonym. Kluczowy rytuał do jakiego był zobowiązany polegał na złożeniu ofiary z własnej krwi, zawierającej według wierzeń fragment duszy. Krew skapywała do naczynia ofiarnego z papierem, który następnie podpalano. W kłębach dymu, wprowadzonemu w trans królowi ukazywał się tak zwany Wąż Wizji, umożliwiający kontakt z zaświatami i przodkami. Ikonografia miejsca, w którym odbywały się ceremonie symbolizowała niebo i piekło. Niebo zarysowane zostało przez ludzkie postacie w kolistym ciągu, co można interpretować jako reinkarnacje. Piekło natomiast przedstawione jest w postaci licznych, kłębiących się bestii i demonów o dziwnych twarzach. Król zabijając w tym miejscu ofiary, przywracał równowagę pomiędzy niebem a piekłem i w ten sposób zachowywał balans życia ludzkiego.

Copán to niezwykłe miejsce, gdzie głęboko uświadamiamy sobie potęgę dawnej kultury - porządku hierarchii społecznej, przekonań religijne, rozwoju architektury, techniki i życia kulturalnego.

Nazajutrz kolejnym punktem naszego programu kulturoznawczego jest wycieczka konno do wioski położonej wysoko w górach, gdzie zamieszkują współcześni potomkowie Majów. Spotykamy się z Cezarem, który czeka już na nas z czterema rumakami. Dosiadamy koni i podążamy wzdłuż rzeki. Następnie ostro wznosimy się w górę - konie dzielnie stąpają pokonując wysokości i w końcu w pocie nie czoła, lecz sierści docieramy do wioski. Zaraz zjawia się koło nas wianuszek dzieci, które próbują nam sprzedać ręcznie wykonane laleczki z liści kukurydzianych za 20 lempiras. Chodzą za na nami krok w krok i wołają "veinte, veinte". W jednym z domów, tutejsze kobiety prowadzą szkołę rękodzieła artystycznego - dochód z lalek przeznaczony jest na rozwój dzieci. Mieliśmy sporo szczęścia, ponieważ większość maluchów była w szkole, a zwykle wszystkie z nich wykazują niestrudzoną aktywność handlową tak, że pewnie każde z nas musiałoby kupić co najmniej po dziesięć laleczek.

Wioska współczesnych Majów - ręcznie robione laleczki z liści kukurydzy do kupienia po 20 lempiras
Wioska współczesnych Majów - ręcznie robione laleczki z liści kukurydzy do kupienia po 20 lempiras
© Paweł Zgrzebnicki

Wioska współczesnych Majów - ręcznie robione laleczki z liści kukurydzy do kupienia po 20 lempiras

Mieszkańcy wioski rzeczywiście mają znacząco różną fizjonomię od tych zamieszkujących dolne części doliny Copán - charakterystyczne szerokie i ostre rysy twarzy wyróżniają ich spośród pozostałych mieszkańców regionu i niechybnie wskazują, że są w prostej linii potomkami prastarej kultury. Współcześni Majowie domy budują się z najstarszego a zarazem najbardziej rozpowszechnionego materiału w Ameryce Środkowej - cegły adobe, zrobionej ze słomy i mułu rzecznego.

Po południu wybieramy się z Cezarem na plantację kawy. Na Plaza Centrale pakujemy się do dwóch tuk tuków i pylistą drogą pniemy się w górę, po lewej stronie zostawiając miasto. Jesteśmy pełni podziwu dla tych trzykołowych pojazdów, które w trudnym terenie, na wąskich kółkach, po kamieniach, żwirze i błocie jadą jak szalone. Ale do czasu - nagle tuk tuk gubi kurs - opona przebita. Nie wzrusza to w ogóle naszego kierowcy. Jeden przechyla pojazd, drugi zmienia koło i za 5 minut jedziemy dalej. Po godzinie jesteśmy na plantacji kawy Don Alfreda. Siadamy na ganku i popijając sok z owoców noni słuchamy opowieści Alfreda o sztuce uprawy kawy; potem właściciel oprowadza nas po swojej plantacji.

Co najważniejsze, przekonujemy się na własne oczy, co oznacza - jak się wydawało puste - marketingowe hasło "żywność organiczna". Tutaj, ta kawa jest naprawdę organiczna! W uprawie nie ma oczywiście mowy o nawozach syntetycznych. Don Alfredo przygotowuje specjalną mieszankę z mleka, węgla drzewnego, melasy, jajek i ziemi. Dojrzewa ona w beczkach i potem rozlewana jest pod krzewy. Plantacja wygląda jak wielki ogród. Obok krzewów kawy sadzi się inne rośliny, które dają cień, zatrzymują wodę w glebie, i pełnią inne ważne dla uprawy funkcje. Jest drzewo limonkowe, różne gatunki bananowców, drzewo cynamonowe, goździkowe, noni. Pośród nich krzewy kawowe o wielkich ciemnozielonych, błyszczących liściach. Ogród jest wielki i gęsty, dlatego Don Alfredo idzie na przedzie z maczetą i toruje drogę.

W końcu udajemy się do miejsca, gdzie w dalszej kolejności obrabia się ziarna kawy. Tutaj zwożony jest produkt ze wszystkich okolicznych gospodarstw. Ziarna są suszone, pozbawiane łusek i następnie palone. I tak trafia w świat Cafe Organico Guacamaya.

Wyspa Roatán (Honduras)

[3-7.03.2011]

Dziś opuszczamy piękne miasteczko Copán i wyruszamy w kolejny dzień drogi. Autobusem jedziemy do San Pedro Sula a  stamtąd do La Ceiba i potem już taksówką do portu na prom na Roatán. Prom z impetem odbija od brzegu i cały czas utrzymuje tempo, zostawiając w tyle kłęby wzburzonej wody tak, że już po godzinie jesteśmy na wyspie.

Zamieszkujemy w przeuroczym miejscu, w drewnianych bungalowach West Bay Logde usytuowanych na zboczu, pośród gęstej roślinności, wśród której liście bananowca pochylają się na ganek naszych eleganckich domków.

Wieczorem w sympatycznej restauracji posilamy się tortillą z krewetkami, fasolą, warzywami i dużą ilością sera. Pyszna! Przy kolacji towarzyszą nam kiwające się na patykach papugi, obok pływające żółwie i przechadzające się koty i nade wszystko ciepły zapach morza. Jest przytulnie i egzotycznie.

Już po zmroku idziemy nad morze, do którego mamy zaledwie sto metrów. Przechadzamy się brzegiem nurzając stopy w rozkosznie ciepłej toni, pod niebem rozbłyskującym milionami gwiazd. Radość rozpiera serce!

West Bay to najpiękniejsza część wyspy z przepiękną plażą. Całą można ogarnąć wzrokiem: od skalistego cypla, plaża biegnie łagodnym łukiem do wysuniętego daleko w morze molo. Na piasek chylą się bujne kokosowe palmy i oczywiście wpływa ten niewiarygodny, zniewalający błękit morza. Kilka kolejnych dni leżymy na plaży, kąpiemy się w turkusowej toni i napawamy się tym - wydawałoby się nieziemskim - karaibskim klimatem.

Pod wodą kryje się jeszcze piękniejszy wymiar świata. Przed oczami przemykają całe ławice ryb we wszystkich kolorach tęczy, piękne, fioletowe, falujące "liście" rafy, wielkie rozgwiazdy przylgnięte do dna; gdzie nie spojrzeć - tam niezwykłe okazy tej barwnej, podwodnej przestrzeni. W pogoni za kolorowymi stworzeniami można się całkowicie zapomnieć i poddać (byle nie oddać) prądom morskim.

Zachód słońca nad Roatán
Zachód słońca nad Roatán
© Paweł Zgrzebnicki

Zachód słońca nad Roatán

Podczas tego beztroskiego dla nas czasu piękne jest to, że nie trzeba patrzeć na zegarek. Rytm dnia dyktowany jest przez łaknienie i ruch słońca. Kiedy ognista kula schyla się nad horyzont wiemy, że zbliża się szósta.

Wieczorem plaża tętni życiem, pełne knajpki i restauracje, muzyka na żywo, tańce, hulanki. Jednak niedzielnego wieczoru gwoździem programu jest niezwykłe wydarzenie, mianowicie wyścig krabów. Na piasku zostaje narysowany wielki okrąg, a następnie na jego środku, mały chłopiec wysypuje z wiaderka kilkadziesiąt krabów, które zaczynają dreptać na zewnątrz. Oczywiście zabawie towarzyszą liczne zakłady o to który zawodnik wygra i ostry doping niczego nieświadomych skorupiaków.

Alajuela (Kostaryka)

[8.03.2011]

Dzisiaj zaczynamy drogę powrotną i przemierzamy w powietrzu całą Amerykę Środkową. Wieczorem jesteśmy w naszych - już można powiedzieć "starych" - kątach w Alajuela, w Hotelu Trotamundos.

Idąc na ostatnie zakupy przy Parque Central, próbujemy utrwalić w pamięci te śniade twarze z jasnym uśmiechem, wieczorny gwar spotkań towarzyskich, dźwięki lekkich latynoskich rytmów i ten ciepły zapach wieczoru.

Była to jeszcze jedna podróż życia, która wzbogaciła nasze myśli, emocje i dostarczyła niezapomnianych wrażeń. Mam nadzieję, że ta opowieść choć w części je oddaje i pozwoli Drogiemu Czytelnikowi podglądnąć ten odległy świat naszymi oczami.

Tekst: Barbara Kozioł
Po raz kolejny chcielibyśmy podziękować za wspólną podróż Basi i Piotrkowi. Dziękujemy także obojgu za udostępnienie zdjęć a Basi składamy szczególne podziękowania za wspaniałą relację.
Przygotowując wyprawę i relację korzystano z następujących opracowań:
  • Matthew D Firestone, Carolina A Miranda, César G Soriano, Costa Rica, Lonely Planet, Footscray 2010, 9th edition
  • Lucas Widgen, Adam Skolnick, Nicaragua, Lonely Planet, Footscray 2009, 2nd edition
  • Greg Benchwick, Honduras & the Bay Islands, Lonely Planet, Footscray 2010, 2nd edition
  • Paige Penland, Gary Chandler, Liza Prado, Nicaragua & El Salvador, Lonely Planet, Footscray 2007, 1st edition